poniedziałek, 22 września 2014

1914 Jean Echenoz - zaświadcza się, że była wojna...


KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO NOIR SUR BLANC ***

Niedawna rocznica wybuchu pierwszej wojny światowej jest poniekąd rocznicą rozpoczęcia naszej epoki.Było to pierwsze w historii doświadczenie, które pozostawiło traumę całym społeczeństwom, zmieniło tradycyjny porządek życia, role kobiet i mężczyzn, sztukę europejską i granice państw. Żołnierze, którzy wyruszyli na wojnę - wrócili po niej do całkiem innego świata... łącznie z tym, że kilka potężnych państw po prostu się rozpadło i niektórzy zostali z patriotyzmem bez celu.
Opis skutków tej wojny nadaje się na temat obszernych studiów - jednak warto o tym wszystkim przypomnieć przy okazji powieści Jeana Echenoza, między innymi dlatego, że rozmiary tej niewielkiej objętościowo i bardzo minimalistycznej w stylu powieści bardzo mocno sprzeciwiają się jej tematowi.
Z minimalistycznym założeniem powieści świetnie koresponduje okładka zaprojektowana przez Tomasza Leca - secesyjne liternictwo odchodzącej epoki, ręcznie kolorowana pamiątkowa fotografia z bohaterskim a wąsatym żołnierzem, wybierającym się do walki za ojczyznę w staroświeckim mundurze, który już za kilkanaście dni miał pokazać swoje całkowite nieprzystosowanie do rzeczywistości... podobnie jak cały wcześniejszy świat.
Echenoz, jeden z najwybitniejszych francuskich pisarzy współczesnych, podjął próbę opisania doświadczenia wojny z poziomu konkretnej osoby, w skali mikro. Jednocześnie zredukował do minimum zabiegi stylistyczne przypisane zazwyczaj do osobistych relacji. Losy pięciu przyjaciół i dziewczyny jednego z nich oglądamy poprzez wszechwiedzącego narratora, zaglądamy im przez ramię w każdy fragment życia, ale nie wiemy, co myślą, niewiele i pośrednio dowiadujemy się o ich uczuciach, nawet rozmowy poznajemy nie w formie dialogu ale tak, jakby w cytatach  - jak gdybyśmy otrzymali urzędowe sprawozdanie z procesu przystosowywania się do życia na tyłach, marszu na front, wojny w okopach, zabijania z bliska, ran, egzekucji, rekonwalescencji i kalectwa. Może to wydawać się dziwne, ale przecież I wojna światowa była wstępem do epoki przemysłowego traktowania ludzi: począwszy od ujmowania w statystyki, masowego wysiedlania, masowego zużywania w niewolniczej pracy, masowego mordowania, wreszcie - masowego modelowania gustów, życia intymnego, marzeń i myśli. Na tle doświadczenia historycznego naszych czasów taki styl opowiadania, jaki przyjął Echenoz, staje się zrozumiały, chociaż nie przestaje być niecodzienny.

Ale czy doświadczenia zwykłych obywateli powołanych do wojska w 1914 miały cokolwiek wspólnego z ich wcześniejszą codziennością?

POL

niedziela, 21 września 2014

Dominik Dan „Czerwony kapitan”***

Tłumaczył z języka słowackiego Antoni Jeżycki
Książka przekazana przez Wydawnictwo Media Rodzina

Czerwiec 1992 roku był wyjątkowo upalny. Robotnicy pracujący przy przenoszeniu grobów na cmentarzu Ondrejskim ocierali pot z czoła i marzyli o zimnym piwie. Starali się maksymalnie skoncentrować na wykonywanej pracy, ale mieli pecha, jedna trumien w czasie załadunku wysunęła im się z rąk i upadła na ziemię. I nic by takiego się nie stało, wystarczyło tylko szczątki nieboszczyka poskładać z powrotem, gdyby nie to, że w jego czaszce tkwił gwóźdź. Tym sposobem na biurko młodego i energicznego detektywa Richarda Krauza pracującego w komendzie policji w Naszym Mieście trafiła sprawa, która z pozoru wyglądała na prostą.
Tylko z pozoru. Okazało się, że po zmarłym 17.05.1985 roku kościelnym Karolu Kloknerze nie pozostał ślad w papierach. Mało kto z pytanych wie kim był człowiek, po którym ślady ktoś zacierał z niezwykłą starannością, a sam napis na grobowej płycie został wyryty wiele lat po jego śmierci.
Tylko pół roku brakuje do rozłamu Czechosłowacji, ale nadal część słowacka jest zależna od strony czeskiej. To tam podejmowane są decyzje, tam przechowywane są najważniejsze akta, tam jest władza. Struktury policji już nie milicji, zwierają szyki po czystkach, a do policji powoli wracają ci, którym udało się przeczekać gorący czas. Powoli wkręcają się do służb kryminalnych, które najrzadziej są kojarzone ze służbami politycznymi. Wielu z tych, którzy służyli w dawnej StB chciałoby jak najszybciej zapomnieć o przeszłości, ale przeszłość zawsze upomni się o swoje. Hierarchowie kościelni uwikłani we współpracę ze służbami wierzą, że tamten etap życia mają już za sobą.
Czy naprawdę?
 „Czerwony kapitan” to książka, od której nie można się oderwać. Znakomicie zarysowane tło polityczne nadal tak dla Czechów jak i dla Słowaków niewygodne, wielu z nich chciałoby zapomnieć o swojej współpracy ze służbami, a także milczącej zgodzie na przemoc fizyczną i psychiczną nawet wobec bliskich osób.

Dominik Dan wykreował postaci, które wręcz wychodzą z kart książki i żyją bynajmniej nie papierowym życiem, a błyskotliwe, podane z lekką ironią i dowcipem dialogi wciągają i zmuszają do szukania podtekstów.
Richard Krauz prowadząc swoje śledztwo dotrze tam gdzie nikt go nie prosił, a kończąc śledztwo będzie bogatszy nie tylko o doświadczenia związane z polityczną teraźniejszością, ale także pozna historię pewnego zakonu.
Fascynujący, klimatyczny, momentami mroczny kryminał – ekranizacja „Czerwonego kapitana” w toku. Film powstaje w koprodukcji słowacko-czesko-polskiej, a rolę detektywa Richarda Krauza gra Maciej Stuhr. Po przeczytaniu książki jestem pewna, że to dobry wybór i czekam na film wierząc, że klasą i rozmachem dorówna tej znakomitej powieści.
Trzy gwiazdki za fabułę – kryminał to gatunek, w którym można spożytkować nawet najbardziej niebezpieczną wiedzę, a tej Danowi nie brakuje. Autor pracuje od 25 lat w policji, w Bratysławie i jego wiedza o pracy w policji i sprawach sprzed lat wynika z praktyki, to się czuje w powieści. I oczywiście za genialne dialogi, mam nadzieję, że zostały przeniesione do scenariusza filmowego.
Polecam.

Iwona Mejza

piątek, 19 września 2014

Szczęsliwy, kto poznał Hrdlaka - Janosch



KSIĄŻKA OTRZYMANA OD WYDAWNICTWA ZNAK ***

Kraj lat dziecinnych: małe osiedle (nawet nie miasto) gdzie większość ludzi pracuje ciężko i żyje w biedzie, gdzie mężczyźni od młodości przyzwyczajają się do taniego bimbru... bo nic ich innego nie czeka a bez treningu tego się nie da pić. Miejsce, w którym pozycję społeczną manifestuje się poprzez odcinanie się od "niższych warstw". Miejsce, w którym awans społeczny oznacza możliwość życia bez pracy, w którym niepowodzenia najlepiej odbijać sobie na dzieciach a małżeństwo to okazja do obciążania kogoś winą za swoje zranione uczucia.
Janosch, autor uroczych książek dla dzieci i pogodnej powieści "Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny", tym razem napisał książkę całkiem inną, zresztą jedną z najlepszych, jaką w tym roku czytałem.
Bohaterów nakreślił dość grubą, groteskową kreską... pełną ekspresji i uczucia. Charaktery są wyraziste i zapadają w pamięć.
Kamieniczniczka Dziubowa podobna do Dulskiej ale uboższa i bardziej pretensjonalna, jej zięć-pijak, który omal nie zaspał na własny ślub, Elza marząca o wytwornym fryzjerze, stary Dziuba - kaleka z wojny światowej, zgorzkniały i z nerwicą wojenną,  zapracowani i milczący Mainkowie - zbyt zmęczeni, by mówić, para przyjaciół-hedonistów starających się dobrze spędzić życie  - całe to towarzystwo zapada w pamięć i dość mocno porusza. Czasem skłaniają do śmiechu a czasem chciałoby się ich porządnie trzepnąć. Każdy ma swoją wielką opowieść... ale poznajemy ją w formie skondensowanej. Podobnych ludzi spotykamy i dzisiaj, chociaż inne są nasze realia dziejowe i konwenanse sterujące naszymi zachowaniami. Wśród nich zagubiony i tłamszony przez wszystkich Norbert Furchtegott Mainka, który pierwsze imię dostał, bo łatwiej w Kłodnicy być Niemcem niż Polakiem a drugie - bo tak pijany proboszcz Urbańczyk wyobrażał sobie chrześcijańskie imię. Tego dzieciaka było mi naprawdę żal... gdyby nie opis jego wychowywania przez całą rodzinę - ta książka byłaby piekielnie śmieszna. 
Zamiast czystego śmiechu oferuje nam groteskę mocno zaprawioną goryczą, czasami aż chce się krzyczeć na potworną głupotę ludzi. Wszyscy oni mogliby uczynić swoje życie lepszym, ale nie wiedzą jak, a przy tym nie chcą o tym myśleć. Krzywdzą się nawzajem wedle wydumanej przez siebie hierarchii ważności, kosztem więzi międzyludzkich pielęgnują system wartości pochodzący "z wyższych sfer" i tylko czasem po omacku zdołają pójść za odruchem serca. 
Janosch opowiada historię osadzoną w świecie, w  którym nie ma nikogo świadomego, czym jest dobro i zło. W tym świecie w ogóle świadomość nikogo nie kusi - lepiej wypić niż za dużo myśleć. Próbę rozumienia podejmuje Cwi Bogaiński i Ballestrem, jego druh w hedonizmie, jednakże nie robią specjalnego użytku ze zdobytej wiedzy, bowiem dawno wybrali ucieczkę od rzeczywistości. A gdzieś w tym wszystkim, na uboczu tkwi tajemniczy Hrdlak, magiczny przybysz znikąd, ni to lokalny głupek, ni tajemniczy mnich azjatycki, uważany powszechnie za idiotę i żebraka ale zdolny do obudzenia w ludziach dobra. Wobec Hrdlaka każdy ma szansę, ale nie każdy chce z niej korzystać. 
A zatem szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka albowiem on zyska moc kochania i przebaczenia zanim nadejdzie wojna, katastrofa i przypadkowa śmierć.
Kiedy myślę o tych wszystkich bohaterach - uparcie podsuwają mi się w pamięci obrazki ze starych fotografii pokazujących ludzi tak, jak chcieli i mogli się zapamiętać. Ale bohaterowie Janoscha nie przepadli bez śladu wraz ze swoim czasem. Coś sprawia, że obrazy z tej książki przykłada się do ludzi dzisiejszych. Nie mogę się pozbyć potrzeby poszukania ich wokół... 
(POL)

czwartek, 18 września 2014

"Anglicy na pokładzie" Matthew Kenale'a - człowiek nowoczesny w pogoni za rajem.


Książka dostarczona przez Wydawnictwo Wiatr Od Morza ***
Matthew Kneale podjął niezwykłe zadanie: opowiedział o epoce wiktoriańskiej w sposób oryginalny. Można się śmiać z takiego stawiania sprawy, dopóki nie uświadomimy sobie, jak wielką liczbę szablonów i konwencji dała ta epoka literaturze, nie wspominając już o mrowiu tekstów nią inspirowanych. Kneale wziął na warsztat jeden z najważniejszych mitów naszej epoki:
rozprzestrzenianie cywilizacji i wyższych, chrześcijańskich wartości. Wszystkie główne elementy opisane w tej powieści są autentyczne i udokumentowane, co sprawia, że nie mamy tu do czynienia tylko z artystyczną fikcją skłaniającą do przemyślenia rozmaitych ewentualności - przeciwnie: Kneale podsuwa nam pod nos lustro. Bardzo często takie autorskie zabiegi tracą na sile poprzez ograniczenia związane z osobowością narratora: wszechwiedzącego czytelnik podejrzewa o stronniczość i wciskanie WŁASNYCH POGLĄDÓW AUTORA jako boskich... zaś narrator będący jednym z bohaterów daje wręcz gwarancję stronniczości. Wspominam o tym czysto technicznym pisarskim problemie, bo "Anglicy na pokładzie" pod tym względem stanowią niezwykły ekspertyment: mamy tu do czynienia z kilkudziesięcioma narratorami a każdy z nich wypowiada się w bardzo osobisty sposób. Natchniony pastor Wilson wierzy, że Biblię należy odczytywać dosłownie - aby to udowadniać organizuje wyprawę na poszukiwanie Ogrodu Eden, którego upatruje w Tasmanii. Szybko dochodzi do wniosku, że z racji świętości jego misji należą mu się przywileje... i ma okazję poddać próbie swój system wartości.
Doktor Potter w swoim środowisku uchodzi za wzór naukowca - istotnie, w każdej chwili prowadzi notatki do planowanego epokowego dzieła. Ale właściwie nad czym pracuje? Nad podziałem ludzi na lepszych i gorszych, przy czym gorsi jego zdaniem muszą zostać wyrżnięci przez lepszych. A jakie są kryteria podziału? Otóż doktor Potter, mąż uczony i ceniony jako luminarz londyńskiego środowiska antropologicznego, klasyfikuje ludzi wedle tego, czy mu czymś podpadną, czy poczuje do nich sympatię czy odrazę albo strach. Kogo lubi - ten należy do najlepszej odmiany ludzi. Zaś badania dr. Pottera polegają na kradzieży ciał ludzi z niższych ras celem urządzenia w Londynie wystawy szkieletów uzasadniającej jego tezy. Cywilizacja? Nauka? Czy bezwzględna cmentarna hiena? A może po prostu prekursor doktora Mengele i jego kolegów, który przecież nie spadli z księżyca, lecz skądś się wzięli... Pytanie: skąd? Ano z epokowych dociekań doktorów Potterów i ich oryginalnej metody badawczej...

Kapitan Kewley - sympatyczny cwaniak z wyspy Man, bezskutecznie próbujący zarobić na przemycie, ma tyleż sprytu i profesjonalizmu co i pecha - ma w tej historii sporo do powiedzenia. Jako właściciel statku Sincerity i twórca jego unikalnych właściwości godnych brytyjskiego biznesmena pokazuje niektóre mechanizmy funkcjonowania imperium brytyjskiego i techniczne aspekty wyprawy, dzięki czemu możemy spojrzeć na wyprawę chłodnym okiem fachowca, który w nią coś zainwestował.  
Ponadto wypowiadają się też wiktoriańskie panie z różnych sfer - od małżonki gubernatora do właścicielki sklepu... mamy wgląd w teksty z lokalnych gazet, możemy zapoznać się z głosami kolonistów, urzędników Korony Brytyjskiej, w tym również ideologów jednego z najbardziej sadystycznych systemów więziennych w historii, obliczonego na sprawianie więźniom jak najdłuższych i najróżniejszych cierpień... i skazańców odbywających kary ciężkiego więzienia w kolonii karnej.  
Kneale w bezprecedensowy sposób podsuwa nam możliwość zapoznania się z prawie wszystkimi przedstawicielami angielskiego społeczeństwa, jacy pojawili się na Tasmanii. Wszyscy oni przedstawiają swój punkt widzenia, wszyscy  żyją na ziemi dopiero co zabranej Aborygenom, wszyscy jakoś wchodzą w kontakt z pierwotnymi mieszkańcami ziemi, na którą przybyli. Każdy z nich na swój sposób niesie im europejską cywilizację i w większości wypadków postępuje z rozmysłem.
Naprzeciwko dziewiętnastu Europejczyków - dwoje Aborygenów: Pagerly i Peevay. Pagerly wypowiada się tylko raz, chociaż jest obecna w powieści przez okres prawie czterdziestu lat, natomiast Peevay odgrywa w tej opowieści rolę o wiele większą. Większość pozostałych narratorów spotyka go w taki czy inny sposób, ma okazję wypowiadać się na jego temat a niektórzy nawet mogą... spotkać go w walce.
O życiu Peevaya wiemy najwięcej, jego obserwacje są głównym głosem nie-europejskim w powieści, tym ważniejszym, że poznajemy go najdokładniej: jego wychowanie, tradycję, doświadczenia od najwcześniejszych. Peevay jest dzieckiem mieszanej krwi, pochodzącym z gwałtu - jego matkę porwał biały uciekinier z kolonii karnej aby mieć seksualną niewolnicę. Peevay wychował się w tradycji tasmańskich Aborygenów ale wciąż padał na niego cień pochodzenia. To dlatego, gdy został uwięziony wraz ze swoją grupą. postanowił nauczyć się wiedzy białych i zrozumieć ich, aby walczyć o wolność ich metodami i zdobyć szacunek rodaków. Zdołał do pewnego stopnia zgłębić zasady moralności białego człowieka... i wciąż konfrontuje je z postępowaniem kolonistów. Poniekąd występuje jako niezależny sędzia europejskiej cywilizacji: inteligentny, wnikliwy i surowy, o tyle nam bliski, że podobnie jak ludzie z początku XXI wieku - nie uwikłany w wiktoriańskie pojmowanie cywilizacji. 
Ale nie musimy ślepo wierzyć jego osądom. 
Żaden spośród 21 narratorów powieści nie przypisuje sobie absolutnej racji (no może poza dr Potterem i wielebnym Wilsonem), każdy mówi tylko we własnym imieniu. Każdy zresztą ma swój własny język: Peevay używa literackiego angielskiego wplatając liczne kalki z własnej mowy ojczystej, co nadaje jego wypowiedziom dość niezwykły smak, damy używają konwencjonalnych form wypowiedzi stosownych dla swojej warstwy społecznej, kapitan Kewley przeplata angielszczyznę gwarowymi wtrętami a pastor Wilson w miarę zbliżania się do celu wyprawy w mowie codziennej zwiększa ilość stylu biblijnego. Gazety donoszą o wydarzeniach w sposób charakterystyczny dla angielskiej prasy z II połowy XIX wieku, urzędnicy wypowiadają się oficjalnymi raportami i memoriałami, zaś dr Potter udostępnia nam swe osobiste notatki, pisane na szybko, pełne skrótów, silące się na obiektywizm i bezosobowość... jakby każde wydarzenie z dnia odbierała cała ludzkość za jego pośrednictwem. W wersji polskiej wydawca postarał się o zachowanie tej charakterystycznej cechy "Anglików na pokładzie" - dwudziestu jeden narratorów przełożyło na polski dwudziestu jeden tłumaczy - całość robi duże wrażenie.
Czy powieść Kneale'a jest tylko historią pewnej wyprawy i pewnego ludobójstwa? 
Nie do końca. To bardzo uniwersalna przypowieść, o wielu wątkach, wielu tematach: od roli tradycji w rozwoju człowieka do kwestii związanych z relacjami rodzinnymi, postawą wobec własnej cywilizacji, narodu, religii. Tak naprawdę "Anglicy na pokładzie" są trochę jak drzwi do pokoju z przemyśleniami: od nas zależy, co tam znajdziemy, możemy też dodać coś od siebie.
To jedna z tych książek, które przechodzą do historii literatury... o ile po nas będzie jeszcze jakaś historia. 
Jedyne, co mógłbym zarzucić wydawcy, to kilka literówek - przydałoby się więcej uwagi ze strony redaktorów.
(POL)

środa, 17 września 2014

„Ślubos” w Rodos - Maja Porczyńska-Szarapa


 Tegoroczny urlop spędziliśmy z mężem na przepięknej greckiej wyspie Rodos. Ale nie był to typowy wyjazd wakacyjny. W głębokiej tajemnicy, bez mała konspiracji, postanowiliśmy zaskoczyć moją najlepszą przyjaciółkę i zjawić się na jej ślubie. Do spisku był włączony Tomek, jej przyszły mąż, natomiast ona o niczym nie wiedziała do samego końca.
Trudy podróży i męczący transfer z lotniska do hotelu w ponad trzydziestostopniowym upale w całości rekompensowała nam przygotowana niespodzianka. Jeszcze w autokarze słaliśmy esemesy do Tomka, dogrywając szczegóły tak, aby Iwa nie natknęła się na nas w lobby hotelowym. Po odebraniu kluczy do naszego pokoju, ekspresowym odświeżeniu się po wielogodzinnej podróży i ponaglaniach męża, wparowaliśmy do ich pokoju hotelowego z szampanem. Iwa zakryła twarz dłońmi i przez następne dwie godziny była w szoku. Nie mogła uwierzyć, że udało nam się utrzymać tajemnicę przez prawie trzy tygodnie. W szczególności nie była w stanie pojąć jak ja, gaduła i absolutna sierota konspiracyjna, mogłam niczego nie wygadać, niczym się nie zdradzić. A jeszcze tydzień przed wyjazdem mówiłam jej na spacerze, że „ważne tajemnice potrafię zachować dla siebie”, hipokrytka jedna ze mnie, ha ha ha. W dodatku uczestniczyliśmy w ich ślubie nie tylko jako goście, ale również jako świadkowie. Od tygodni marzyłam o tej chwili i reakcja Iwy mnie nie zawiodła. To jedno z moich najpiękniejszych wspomnień.
Sama uroczystość odbyła się w Zatoce Św. Pawła w Lindos. Przepiękna sceneria dopełniła całości, tak samo jak pogoda, chociaż trzeba przyznać, że żar lał się z bezchmurnego nieba. Wynajęliśmy biały kabriolet, którym dotarliśmy na miejsce. W pobliskiej miejscowości kupiliśmy piękny bukiet dla panny młodej. Ostatnie chwile przed uroczystością asystowałam Iwie w przygotowaniach, chociaż raczej paplałam coś bez sensu i kursowałam między piętrami hotelu, ponieważ chłopcy zajęli nasz pokój, a my pokój przyszłych państwa młodych.
Kiedy zobaczyłam Iwę w sukni ślubnej, na chwilę nim do pokoju wszedł pan młody z bukietem, popłakałam się ze wzruszenia. Musiałam szybko wziąć się w garść, bo panna młoda nie wybaczyłaby mi, gdyby i ona się rozpłakała, rujnując pieczołowicie nakładany makijaż.
W lobby hotelowym wzbudziliśmy niemałą sensację. Mój mąż pstrykał zdjęcia jak nakręcony, czym zasłużył sobie na ksywę „paparazzo”, zaś ja, niczym objuczony dromader, tachałam torby, kapelusze, walizkę na kółkach i masę innych szpargałów. Specjalnie na tę okazję zabrałam buty na platformie, które gdzieś mi zaginęły i których w końcu nie założyłam, ponieważ nie dość, że nie było na to czasu, to w dodatku było tak piekielnie gorąco, że zrezygnowałam ze szpanowania na wysokościach koturnów.
Podczas uroczystości chlipałam już bez skrupułów, rozmazując sobie piękny makijaż „smoky eyes”. Przed ślubem, jak i po, państwo młodzi zostali obfotografowani z każdej strony i dzielnie pozowali w upale. Polał się szampan i gratulacje, wzruszenie i radość.
Po Iwie i Tomku ślub w zatoczce brała pewna para z Wielkiej Brytanii. Ponieważ na Wyspach panuje przesąd, że panny młode nie mogą się minąć na drodze, orszak czekał aż wdrapiemy się na górę, a ja stopowałam urlopowiczów, którzy wchodzili w kadr fotografowi, ponieważ w zatoczce obok kapliczki jest też kąpielisko. Strofowałam ich wszystkich konsekwentnie, dzięki czemu zdjęcia się udały, a państwo młodzi mieli swoje pięć minut.
Po sesji fotograficznej zapakowaliśmy się do kabrioletu i wróciliśmy do hotelu, zahaczając po drodze o stację benzynową i piękne miejsce widokowe, żeby popstrykać trochę zdjęć poza protokołem. Państwo młodzi pozwolili mi poprowadzić, chyba ze współczucia, ponieważ na tylnym siedzeniu moja choroba lokomocyjna dała znać o sobie, zaś siedząc za kółkiem poczułam się jak młody bóg.
Kiedy zajechaliśmy pod hotel, szybko przebraliśmy się w stroje kąpielowe, zmyłyśmy z Iwą makijaż i z szampanem przywiezionym jeszcze z Polski udaliśmy się na plażę. W słonych wodach Morza Śródziemnego wznieśliśmy toast za młodą parę i chłodziliśmy się w przyjemnej morskiej toni. A wieczorem poszliśmy do restauracji na obiad ślubny.
Wyjazd na Rodos jest jednym z najpiękniejszych naszych wyjazdów, ponieważ spędziliśmy go we czworo, w najważniejszym dniu naszych przyjaciół.



piątek, 12 września 2014

Sierpień miesiącem książek – ranking redaktorów KzK

Ze względów wakacyjnych sierpniowy ranking KzK połączył nam się również z książkami przeczytanymi w początkach września... a zatem redakcja proponuje swoje osobiste wybory:

Grażyna Strumiłowska:
1. "Życie to podróż to ocean" z Julią Hartwig rozmawia Artur Cieślar
2. Anna Klejzerowicz "Sekret czarownicy"
3. Iwona Banach " Lokator do wynajęcia"
4. Marcin Ciszewski "Wiatr"


Małgorzata Kursa:
1. "Lalki" James Carol
2. "Sekret czarownicy" Anna Klejzerowicz
3. "Lokator do wynajęcia" Iwona Banach
4. "Psychoanioł w Dublinie" Łukasz Stec

Anna Klejzerowicz:
1. Katarzyna Nowak "Owca w krzaku dzikiej róży" 
2. Marek Krajewski "Władca liczb"
3. Christina Baker "Sieroce pociągi"
4. Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni"

Iwona Mejza:
1. "Scotland Yard" Alex Grecian
2. "Jutro" Guillaume Musso
3. "Lokator do wynajęcia" Iwona Banach
4. "Kocham cię Lilith" Radek Rak

Piotr Olszówka:
1. 1914 Jean Echenoz
2. Szczęśliwy kto poznał Hrdlaka - Janosch
3. Na skrzydłach jachtów
4. Lokator do wynajęcia Iwona Banach

Pocztówki z Marrakeszu - Jan Antoni Homa



– To już wszystko, więcej bagaży nie ma.
– Na pewno? – pytam załamany.
– Tak, to się często zdarza w lotach z Casablanki.
– Ale ja mam kwity… – bez większej nadziei pokazuję bagażowemu dowód nadania.
– Zaraz, zaraz… – mężczyzna znika w otworze taśmociągu.
– No, masz wyjątkowe szczęście – wyłania się po chwili, i niczym sztukmistrz wyczarowujący królika stawia walizki na ziemi.
Myślałbym, że chciał się zabawić naszym kosztem, gdyby nie grupa pasażerów, których bagaże zniknęły na dobre.
***
W riadzie wita nas uderzająco uprzejmy Badar. – Macie szczęście – mówi. – Temperatura spadła dziś o parę stopni. Wczoraj było nie do wytrzymania.
Świeżo zaparzona mięta i powitalne ciasteczka mają kojący smak. Na patio, z czubka wysokiego bananowca zlatuje mały ptaszek, taki tutejszy wróbel. Ceremoniał powitania dokonany.
***
– Hej, poznajesz mnie? – pyta po francusku, a powtarza po angielsku uśmiechnięty mężczyzna. – To ja, pracuję w riadzie, w którym się zatrzymałeś, ale w tym ubraniu – pokazuje koszulę o europejskim kroju – możesz mnie nie poznać.
Nie wiem, czy go poznaję. Jestem tu za krótko, mieni mi się w oczach. Ma w sobie coś natarczywie serdecznego, nie mogę go nie poznać, bo sprawię mu zawód.
– Masz szczęście, że trafiłeś na mnie – powiada – pokażę ci, gdzie ludzie z gór sprzedają swoje wyroby.
***
Z ulicy gwarnej jak głośnik i gorącej niczym piec wchodzimy do pomieszczenia, w którym dwie Berberyjki z zasłoniętymi twarzami w ręcznych żarnach wyciskają olej arganowy. Trzecia z kobiet bez zwłoki wprowadza nas w tajniki naturalnych kosmetyków. Poddani upajającej terapii zapachowej kupujemy kawałek drzewa sandałowego. Już wkrótce, na lokalnych targach zwanych sukami okaże się, że przepłaciliśmy kilkakrotnie.
***
Zatłoczona ulica pełna jest zakładów i zakładzików najróżniejszego autoramentu. Fryzjerzy, którym nie dałbyś się ostrzyc. Krawcy, u których chętnie zamówiłbyś dżelabę. Sklepy, sklepiki, stragany, rowery, osły, ludzie siedzą, ludzie stoją, chodzą, rozmawiają i kłócą się, rozsypujący się chodnik… Odruchowo ściskasz torbę lub łapiesz się za kieszeń z portfelem. Szaleńczy i bezładny ruch upewnia cię, że za chwilę wydarzy się totalny karambol, a ty znajdziesz się w jego centrum. Martwisz się niepotrzebnie. W tym szaleństwie jest metoda, a ze strony ludzi nic ci nie grozi.
Skręcamy w labirynt wąskich uliczek. O rozeznaniu się w nim nie ma nawet co marzyć. Medyna to miasto w mieście, średniowieczny gród otoczony murem obronnym długim na siedemnaście kilometrów. Z okien zwisają kolorowe dywany, prawie wierzysz, że któryś wyląduje u twoich stóp i zaprosi cię na przejażdżkę. Ale labirynt ma swoje prawa. Już wkrótce nie wiesz, gdzie jesteś, a pierwotny cel wędrówki traci na znaczeniu. Harmider znów się wzmaga. Z impetem mijają cię motorowery. Spaliny z ich zaskakująco głośnych silników nie mogą znaleźć ujścia. Kotłują się w rynnie ścian, a ich zapach wdziera się nozdrzami aż do mózgu. Robi się ciepło. Gliniane rynny, które stygną chyba tylko w porze deszczowej powoli zamieniają się w brytfanny. Chciałbyś się napić soku pomarańczowego – stoisk, gdzie się je wyciska nie brakuje – ale brakuje odwagi. Stragany nie mają dostępu do bieżącej wody. Temperatura i zapach mówią, że lepiej nie ryzykować.
Przez trzy miesiące woda nie zlitowała się nad tymi ulicami, nie odświeżyła ich, pozostawiając na pastwę ludzi, zwierząt i pojazdów mechanicznych.
***
Nie ma czym oddychać. Temperatura sięga czterdziestu stopni. W rozgrzanych uliczkach może dochodzić do pięćdziesięciu. Co ja tu robię? Przecież w Europie przy mniejszym upale leżałbym plackiem, niezdolny do jakiegokolwiek wysiłku.
Ale tu jest Afryka.
Już wiem. Tak może wyglądać piekło. A na pewno czyściec. Błąkanie się w rozżarzonym labiryncie aż do wyczerpania, które jest blisko, ale nigdy nie następuje…
Ostatkiem sił otwieram pierwsze z brzegu drzwi…
Podwórzec otoczony krużgankami, porośnięty figowcami, drzewami pomarańczy, krzakami datury, które kwitną na biało, czerwono i fioletowo. Tu i ówdzie niskie stoliki z rozłożystymi fotelami. Na gałęziach przycupnęły śpiewające ptaki. Odpowiadają im krewni w złotych klatkach. Droga do raju okazała się nadzwyczaj krótka. Wystarczyło uchylić drzwi.
Kelner przynosi imbryk z marokańską herbatą i dwie małe szklaneczki. Sączymy napój. Wraca w nas życie. I wówczas z zarośli między stolikami wychodzi żółw.
– Madame, proszę mu to dać – kelner wręcza Ewie liść sałaty.
Żółw pochłania zieleninę wcale nie w żółwim tempie.





***
Ruszamy w kierunku medresy Alego ibn Jusufa, zbudowanej w XVI wieku słynnej szkoły koranicznej. Ponieważ ani mapy, ani ludzie nie są w medynie precyzyjnymi przewodnikami, uruchamiam nawigację dla pieszych. Początkowo prowadzi pewnie, ale potem zaczyna się wahać. – GPS w medynie? – śmieje się młody człowiek, który widzi jak wpatruję się w ekran. – No way!
Zastanawiam się, kto jest bardziej skołowany, sprzęt czy ja. Miejscowi z uporem kierują nas na „big square”, czyli Dżama al-Fna. W ich pojęciu to jedyne miejsce interesujące turystów. W końcu docieramy do zabytku. Miejscowi mieli rację. Turystów tu niewielu, bo i kupić nie ma co. Ale można przenieść się w czasie.
Odpoczywam na rozgrzanych kamieniach. Podziwiam mozaiki, polichromie, sztukaterie, ściany, posadzki i stropy. Arabeski. Rozbuchana ornamentyka mająca zrekompensować brak niedozwolonych w sztuce islamu elementów figuratywnych.
***
Dopiero po jakimś czasie dociera do nas, że część obiektów ważnych dla Marrakeszu znajduje się poza medyną. Ogrody Majorelle zawdzięczają nazwę swojemu twórcy, francuskiemu malarzowi. W roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym kompleks stał się własnością Yves Saint Laurenta, który przywrócił mu pierwotną świetność. Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni zgromadzono rośliny charakterystyczne dla różnych części świata. Olbrzymie kaktusy rywalizują z bambusami. Ukwiecone drzewa dają cień i schronienie. Szemrze woda, a wplecione w zieleń ławki zachęcają do chwili kontemplacji. Dom w hipnotycznym kolorze indygo. Należał do króla mody, teraz, oprócz ekskluzywnego butiku znajduje się tu muzeum sztuki berberyjskiej.
W głębi ogrodu grób projektanta. Prosty fragment antycznej kolumny. YSL dobrze to wymyślił. Jest w podróży, ale przecież u siebie. Prawie w sercu nieokiełznanego miasta, ale w oazie urzekającej urodą i spokojem. Codziennie odwiedzają go ludzie z całego świata. Siadają na ławeczce i pewnie myślą to samo, co ja.
***
Skoro raz opuściliśmy medynę warto pojechać jeszcze dalej. Decydujemy się na wycieczkę z kierowcą-przewodnikiem. Said jest człowiekiem pełnym taktu, wszechstronnie wykształconym, doskonale władającym językami. Wyczerpująco odpowiada na nasze pytania.
Ruszamy w kierunku gór Atlasu, w miejsce zwane Ourika Valley.
Po drodze odwiedzamy targ berberyjski. Niewypał. Stare stragany stoją puste. Poniedziałek? Koniec ramadanu? Inny powód? Nie wiadomo. Tym razem nie mieliśmy szczęścia. A może właśnie mieliśmy? Nagle jak z podziemi wyłania się mężczyzna w białym, no, powiedzmy białym, kitlu, z okazałymi obcęgami ściskającymi teatralnie wielki ząb.
– Jestem dentystą. Nie potrzebujecie moich usług?
– Nie! – zapewniam szybko. Jedyne przed czym naprawdę ostrzegały przewodniki to, tak zwani, dentyści.
– To może zdjęcie?
Też nie. Od tych obcęgów lepiej trzymać się z daleka.
Na olbrzymim pustym dziś placu targowym, którego nikt nigdy nie sprząta, w pełnym słońcu stoi przywiązany do drzewa osiołek. Próbuję go pogłaskać, ale wzdryga się, nieprzyzwyczajony widać do pieszczot z ludzkiej ręki. Jeszcze parę godzin i nadejdzie zmrok, pocieszam go. Wytrzyma. Jest twardszy niż skała.
Codzienna część bazaru pełna jest towarów quasi zachodnich czyli chińskich. Wokół człowieka otwierającego karton z koszulkami pełnymi nadruków kłębi się tłum. Ubrania znikają w parę minut. Dla miejscowych ich własne dobra nie stanowią atrakcji. Interesuje ich powiew Zachodu, jego moda, elektronika. Zainteresowanie wzbudza moja przeciętna Nokia i okulary słoneczne kupione w Warszawie za kilkanaście złotych.
Docieramy do podnóża Atlasu. Lunch przy stoliku ustawionym w strumieniu, który chłodzi stopy to miłe doświadczenie. Pasiemy oko widokiem gór, podziwiamy wiszące mosty w stylu Indiany Jonesa, którymi restauratorzy próbują uatrakcyjnić przyrodę.
Już na piechotę ruszamy w górę. Po drodze stragany. Padamy łupem sprzedawców, a naszym łupem pada oryginalny naszyjnik berberyjski ze starych monet (jego oryginalność potwierdzi urzędniczka security control na marrakeskim lotnisku).
***
– Na pustynię nie ma co jechać o tej porze roku – mówi Said. – Za gorąco. To dopiero prawdziwe piekło. Karawana w palącym słońcu jest doświadczeniem ekstremalnym. Poza tym, taka wyprawa ma sens, gdy jedziesz na co najmniej dwa dni. Kto nie zaznał wschodu i zachodu słońca na pustyni, kto nie spędził na niej nocy pod gołym niebem, ten nie wie, czym jest. Ale może – proponuje Said – pojedziemy do palmowego gaju. Tam też można urządzić przejażdżkę na wielbłądach, po piasku i wśród palm. Tuaregowie –ludzie pustyni – odzieją was w swoje błękitne stroje.
Nasze wielbłądy – Sanaka i Aisza – wbrew obiegowym opiniom są grzeczne. Nie kąsają, nie wydają niepokojących odgłosów, bez protestu pozwalają się dosiąść i lekko unoszą nas na grzbietach. Gdy ruszamy małą karawaną, w ślad za nami biegną dwa wielbłądzie maluchy – dzieci Sanaki i Aiszy. Towarzyszą nam przez całą wyprawę. W palmowym gaju panuje spokój. Aż trudno uwierzyć, że ledwie parę kilometrów stąd znajduje się plac Dżama al-Fna.
Przez moment czuję się jak wieczny pielgrzym, nomada zabłąkany w czasie, zaznaję mistyki słońca, piasku i ciszy…
***
Z upału i zmęczenia zapominam o ramadanie. Częstuję Saida śliwką.
– Nie mogę – odmawia z uśmiechem, a mnie robi się głupio, jakbym testował jego lojalność wobec Koranu.
Powoli zbliża się zmierzch. Said nie jadł i nie pił od wschodu słońca. Nie przeszkadza mu to wykonywaniu swoich obowiązków. Na szczęście chwila ulgi jest blisko. O dziewiętnastej czterdzieści pięć czwarta modlitwa muezzina da znak, że już można jeść i pić. Wszystko z wyjątkiem alkoholu. Tego muzułmanom nie wolno brać do ust przez całe życie.
Zaczną delikatnie, od wody i soków, aby zbytnio nie obciążyć wyposzczonych organizmów. Dopiero później, kiedy rozgrzane miasto zacznie stygnąć, ulice wypełnią się zapachem potraw przygotowywanych w tadżinach.
***
– English? – dopytują się sprzedawcy, gdy zagajam po angielsku. Z pozoru logicznie. Jeśli odpowiem „polish” rozmowa będzie skończona, myślę. Nic bardziej błędnego! Większość rozmówców zna co najmniej kilka polskich słów, a niektórzy całe frazy! Jeden zaczął skromnie, od Roberta Lewandowskiego, ale po chwili rozwinął skrzydła, wymieniając pełny skład srebrnej jedenastki Kazimierza Górskiego. Marokańczycy są gotowi podjąć rozmowę na temat każdego kraju. Wiedzą jak to robić. Od razu uderzają w tony najciekawsze dla rozmówców (czyli – przeważnie – futbol). Raz tylko zastosowałem trik mojego znajomego, mówiąc, że jesteśmy z Islandii. To ucięło rozmowę, czego właściwie żałowałem.
***
Zabudowa Marrakeszu jest niska. Siedzimy na dachu kawiarni, reklamowanej w przewodniku jako idealne miejsce do obserwacji zachodu słońca. Po dwóch dniach już wiemy, że takich miejsc jest bez liku i to zorientowanych w lepszym kierunku. Właściwie każdy mógłby napisać swój przewodnik. Zapis emocji, olśnień i zmęczeń. Pytań bez odpowiedzi. Odpowiedzi bez pytań. Przypominają mi się „Podróże i inne podróże” Antonio Tabucchi’ego.
***
Plac Dżama al-Fna niezauważalnie przechodzi w targowiska zwane sukami, które przyciągają z jakąś magnetyczną siłą. Jeśli zdasz sobie sprawę, że znalazłeś się w zadaszonych alejkach, to znaczy, że suk cie wchłonął. Oto miejsce, w którym nie znasz nikogo, ale wszyscy znają ciebie. Każdy zagaduje, uśmiecha się, pozdrawia, a wszystko przy akompaniamencie kanonicznego tekstu: „No buy – just see!”
Jeśli jednak twój wzrok dotknie któregoś z towarów lub przelotnie choćby zahaczy o wzrok sprzedawcy, już po tobie. Nie miałeś zamiaru nic kupować, ale kupisz. Zaprawdę, powiadam ci, kupisz! Dokonywać będziesz najbardziej nieracjonalnych zakupów w życiu. Zapłacisz krocie za przedmiot niewiele wart, zaś dzieło sztuki jubilerskiej nabędziesz za bezcen. Tu wszystko jest umowne. I jest wszystko. Od kiczu do artefaktów najwyższej próby.
Badar mówił: dziel cenę wyjściową przez trzy. Dodaję nieco od siebie i dzielę ją przez cztery. To nie zniechęca sprzedających. Zamiast tego prowadzi do uczciwych negocjacji. „What’s democratic price, good for you, good for me?” – w powietrzu zawisa chęć dogadania się. Jeśli nie posiadasz niezmierzonych pokładów asertywności, nie wywiniesz się z macek tych sympatycznych spryciarzy. Tutaj nikt nikogo nie oszukuje. Dogadasz się, jak potrafisz, ale do zakupu nikt cię ostatecznie nie zmusi. Decyzję podejmujesz sam. Dla ciebie to barwna przygoda, dla nich – treść i sens życia.
Kiedy w końcu dobijasz targu, okazuje się, że jesteś szczęściarzem jakich mało. Bo: jutro sprzedawcy już tu nie będzie, taka cena tylko dla ciebie, to była ostatnia sztuka, jutro ostatni dzień ramadanu, jutro święto, jutro zamknięte, jutro otwarte, ale ceny inne, jutro koniec świata… – wymyśl co chcesz.
Z tych ciężkich prób wychodzę w miarę obronną ręką. Za przystępną cenę kupuję małą figurkę wielbłąda z drewna cedrowego. Sąsiedni sprzedawca wciska mi taką samą – za taką samą cenę, choć przedtem żądał czterokrotnie więcej. W alejce dogania mnie jakiś chłopak i za cenę dwukrotnie niższą wciska mi wielbłądzika. Tym sposobem staję się właścicielem całej wielbłądziej rodziny.
Moim ulubionym wspomnieniem jest kupowanie fezu.
– Sto osiemdziesiąt dircham – mówi sprzedawca, zasuszony staruszek o pogodnej twarzy.
– Dwadzieścia – rzucam bezmyślnie.
– Zgoda – odpowiada mężczyzna.
***
Dżama al-Fna dopiero po zmierzchu nabiera rozmachu. Środek placu to dziesiątki jasno oświetlonych stoisk z owocami i grillów, nad którymi unoszą się gęste dymy. Rozległe połacie placu stanowią arenę dla niezliczonych widowisk większych i mniejszych.
Mieszają się wszelkie rasy Afryki, odmienne kolorem skóry i ubraniem. Są tancerze z bębnami i dzwonkami. Grupki akrobatyczne. Zespoły muzyczne w strojach Berberów, rdzennych mieszkańców Maroka. Czarni jak noc Afrykanie sprzedają sztukę Senegalu. Mauretańczycy oferują misterne miecze i kindżały. Rząd ślepców snuje na głosy śpiewaną opowieść. Kobry kołyszą się w takt melodii granych przez zaklinaczy. Ponoć mają usunięte zęby jadowe. No, ja myślę! Są małpy, przytroczone za łapę do właściciela. Jedna wskakuje mi na głowę. Olbrzymi sęp prostuje skrzydła. Ich zasięg jest imponujący. Osiołki przytroczone do wózków nie są tu atrakcją. Dzięki Bogu, że zapadł mrok, który przyniósł ulgę im i ich poganiaczom. Kobiety, o twarzach zasłoniętych, odsłoniętych, oczach gorejących lub pozbawionych nadziei. Żebrząca matka z dwójką dzieci. Gdy wręczamy jej talerz z deserem, obdarza nas najpiękniejszym uśmiechem świata. Staruszka obdarowana miedziakiem kiwa ręką na pożegnanie. Ma oczy mojej babci – mówi Ewa.
***
Naraz, ponad barwne tło wzbija się pieśń muezzina. I jeszcze jedna, i jeszcze. Meczetów jest tu sporo, ale nie wszystkie można dostrzec. Tylko El-Koutubija, największa świątynia Marrakeszu sięga nieba. Jej wieżę zdobi dżamur. To stała ozdoba minaretów, od jednej do pięciu kul rosnącej wielkości, wykonanych z polerowanego mosiądzu. Ale dżamur na El-Koutubija jest wytoczony ze szczerego złota. Kruszec ofiarowała pewna zamożna kobieta, jako zadośćuczynienie za zjedzenie w trakcie postu trzech winogron. Może dlatego dżamur na El-Koutubija składa się z trzech kul?
***
Ponoć gdzieś w medynie mieszkają wróżki przepowiadające przyszłość i pomagające w miłości. Są i czarownicy, u których można wynająć złego ducha do nękania wskazanej osoby. Ale przyjezdni ich nie odnajdą. Ta wiedza jest zbyt niebezpieczna dla niewtajemniczonych. – A co na to – zastanawiam się jakiego użyć słowa – meczet? – pytam Saida.
– Potępia te praktyki. Nie mają nic wspólnego z islamem. A, nawiasem mówiąc, czy wiesz, co to jest dżihad? – pyta znienacka.
– Wiem – odpowiadam. Święta wojna.
– Zgadza się – przytakuje. – Święta wojna dobra ze złem, która toczy się w każdym muzułmaninie. W jego wnętrzu, i tylko w jego wnętrzu, rozumiesz?
Rozumiem. Nic nie rozprzestrzenia się bardziej niż stereotyp. I nic nie jest trudniejsze do zwalczenia.
***
W Marrakeszu znajduje się stara dzielnica żydowska. Marokańczycy myślą o Żydach bez zajadłości, traktując ich jako starszych braci w wierze. Nie żywią też wrogości wobec francuskich kolonizatorów, którzy zwrócili im niepodległość dopiero w drugiej połowie dwudziestego wieku. W Marrakeszu mieszka około trzydziestu tysięcy Francuzów. Ze zdumieniem dowiaduję się natomiast, że granica z Algierią, największym sąsiadem Maroka, jest od lat zamknięta.
***
Wysoko ponad Dżama al-Fna wzbijają się kolorowe światełka. Mali sprzedawcy diodowych świecidełek bawią się, prezentując ich działanie.
Ostatni wieczór. Pora uszczęśliwić miedziakiem któregoś z malców. Niech i on powie: „ale mam szczęście”. Którego wybrać? Może tego najmniejszego, który siedzi na ziemi i zasypia ze zmęczenia? Przecież dochodzi północ! Transakcja nie uchodzi uwadze czujnych kolegów. Też chcieliby sprzedać chociaż jeden wiatraczek. Dobrze, dam jeszcze temu parę groszy. Błyskają białka wokół czarnych oczu. Kolega dostał kasę za friko. To nieetyczne! Chyba że i oni coś dostaną.
Eskortuje mnie dwójka maluchów. Moja kieszeń robi się lżejsza. Trzech kolejnych podąża moim szlakiem. Pozbywam się ostatnich niklowych monet.
Ostatni z malców ze spokojem ogląda moją pustą kieszeń. Doskonale rozumie wymowny gest rozłożonych ramion. Ale nie daje za wygraną. Wie, że skończyły mi się drobne, ale on banknotem też nie pogardzi, może nawet rozmienić. Euro albo dolar? Dlaczego nie, chłopiec jest finansowym pragmatykiem. Idziemy wzdłuż alei, przy której stoją dziesiątki, może setki caleche, powozów zaprzęgniętych w dwójkę koni. Za pięćset metrów skończy się Dżama al-Fna, terytorium małego łowcy.
Przegrał. Z dziecięcym przekleństwem na ustach znika w ludzkim morzu.
Tak skończył się łańcuch szczęśliwości. Ostatnie ogniwo z reguły zawodzi.
Nasze światy się rozłączyły. Może nie na zawsze? Może kiedyś spotkam go ponownie, a on spyta: – Poznajesz mnie?



***
Koniec ramadanu. Od rana daje się wyczuć odświętny nastrój. Ludzie poubierani w białe dżelaby spieszą na uroczystą modlitwę. Badar podaje nam na śniadanie okrągły placuszek, podobny w smaku do naleśnika. Potrawa nazywa się „tysiąc dziur”. Rzeczywiście, jego powierzchnia pokryta jest nieskończoną ilością małych gejzerów. Polany miodem, konfiturą i jogurtem smakuje jak bajka z tysiąca i jednej nocy. Dziś ludzie będą świętować. Spotkania w gronie rodzinnym. Posiłki, rozmowy i radość. Pikniki przy skraju drogi. Said powiedział, że mieliśmy szczęście. Wycieczka dzisiaj oznaczałaby wleczenie się w wielokilometrowych korkach.
Ale to dopiero poranek. W drodze na lotnisko jestem pod wrażeniem spokoju, jaki panuje na zazwyczaj tłocznych ulicach. Dziś odpoczną ludzie i zwierzęta. Zasłużyli na odpoczynek.
Oglądając Marrakesz z samochodu, a potem ogarniając czerwone miasto z okien startującego samolotu zastanawiam się czy rację mieli ci wszyscy, którzy od kilku dni przekonywali mnie, że miałem szczęście. Po namyśle przyznaję im rację. Zobaczyłem na własne oczy, usłyszałem własnymi uszami, poczułem własnym sercem to, co w opowieściach zazwyczaj brzmi inaczej.

Jan Antoni Homa

Korfu - moje greckie wakacje 2014

Podróż na Korfu planowałam już dawno. Mało jest miejsc w Grecji, których jeszcze nie znam, tymczasem Korfu poznała większość podróżujących Europejczyków - ja nie. Rzadko, bowiem, podążam za stadem. Jestem przekorna i uparta. W tym roku przełamałam jednak uprzedzenia, a moje wrażenia po obejrzeniu wyspy, na której wypoczywali już Wenecjanie, są mieszane. 
Z wyprawy do zjawiskowych Kanałów Miłości w Sidari zapamiętałam głównie tłumy niemieckich turystów. Najpiękniejsza plaża na świecie w ocenie Durrella, nosząca nazwę od nazwiska pisarza, okazała się zdominowana przez nudystów. „Tekstylni”, zakłopotani widokami golizny szpecącej miejscowy krajobraz, czmychają stamtąd szybko. W słynnych Ogrodach Cesarzowej Sisi przekonałam się, że najlepszy sposób na smutki i zdradę męża, to wybudować sobie letni pałac. Tyle, że w okolicach wspomnianej budowli kwiatów było jak na lekarstwo. Podobno wszystko przez grecki kryzys. Generalnie Korfu, za sprawą setek lat zaboru, kojarzy się bardziej z południem Włoch, nie z Grecją
To nie znaczy, że wyspa mi się nie podobała. Oczarował mnie wenecki klimat jej stolicy. Podążając śladami greckich turystów w najbardziej niedostępne rejony wyspy, przeżyłam olśnienie i to niejedno. A wracając do Polski sześćdziesięcioma tunelami, na przepięknej autostradzie Egnatia, w Górach Pindos, na wysokości prawie 1000 m n.p.m. przeżyłam burzę. Mało ze strachu nie umarłam.
Mimo wszystko wspomnienie zachodniego wybrzeża Korfu, widok pięknej plaży Porto Timoni i zachody słońca w bajecznie okwieconym Afionas będą mnie ścigać w chłodne zimowe wieczory.
Pozdrawiam serdecznie
Bożena Gałczyńska-Szurek.

środa, 10 września 2014

ANNA KLEJZEROWICZ "Sekret czarownicy" ***

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. PRÓSZYŃSKI i S-ka.

Trzecia książka o Małgosi. Bohaterka "Czarownicy" i "Córki czarownicy" jest już dorosłą kobietą, lekarzem weterynarii, mężatką. Mieszka nadal w rodzinnej wsi, w odremontowanym, starym domku. Wszystko toczy się spokojnym rytmem do czasu, kiedy w pobliskim kościele nie zostaje odnaleziona krypta ze zwłokami rycerza sprzed siedmiuset lat i pięknymi freskami. Pojawia się też przystojny archeolog, który spowoduje zawirowania w małżeństwie Małgosi. Zresztą nie tylko on. Dawna historia, tajemniczy rycerz i nieznana dziewczyna wniosą wiele zamieszania do życia tej małej osady. Trudno jest mi zaliczyć tę powieść do jakiejś kategorii, bo mamy tu obyczaj, tajemnicę z wątkiem kryminalnym, dużo historii, legendy ale też dużo ważniejsze sprawy. Anna Klejzerowicz we wszystkich swoich książkach coś ukrywa, daje nam mądre i ważne przesłania, wciągając czytelnika w swoistą łamigłówkę. Ja znalazłam w tej powieści kilka ważnych rzeczy. Małgosię, jako kobietę, która wymyka się narzucanym schematom, ma swoje życie, marzenia, dążenia, swój świat, należący tylko do niej, ogromną potrzebę wolności. Jest silna, ale jednocześnie wrażliwa. Swoim postępowaniem przysparza sobie wrogów, dostaje się mówiąc kolokwialnie "na ludzkie języki". Współczesna czarownica, czy kobieta, która ma poczucie własnej wartości, niezależności, godności? Jest prawdziwa, wzbudza szacunek i sympatię, wyrasta ponad stereotypy, ma hierarchię wartości. Autorka pokazała kobietę inną, nie osobę prymitywną, płytką, żyjącą powierzchownie. Nie matkę polkę, westalkę domowego ogniska, ale dziewczynę z ambicjami, zainteresowaniami, czującą świat, naturę, otoczenie, otwartą na życie. "Pamięć jest skarbem wszechrzeczy", to inskrypcja wyryta przez rycerza siedem wieków temu. Mądra i nieprzemijająca, tak jak nie przemija wiedza, miłość.
Piękna, świetnie napisana, mądra książka. Trzy gwiazdki, nie dlatego, że autorka jest w zespole KzK. Gwiazdki za klimat, magię i mądrość. Ta książka coś w nas zostawia, zmusza do myślenia, do refleksji. Gorąco polecam. (G.S.)

Wakacje Iwony Banach

Zaraza zaczęła się wczesną wiosna. To tu to tam, sporadycznie pojawiały się pierwsze oznaki, jakieś symptomy, jeszcze nie takie poważne, ale już niepokojące. Mnie choroba dopadła dopiero w marcu. Zaczęła się gorączką. O Boże? 56? I co ja teraz zrobię?! Potem doszły halucynacje. Są siwe! Prawie wszystkie są siwe!
Pojawił się też dziwny niepokój, że z czym do ludzi, że jak, że te oponki i w ogóle... W szale rzuciłam się do pracy wszak wymagało tego najwyższe dobro. WAKACJE. Tak! Niestety po kilku dniach choroba rozwinęła się na dobre, bo wakacje, owszem są dla mnie, ale nie TYLKO dla mnie! To nie jest mój prywatny luksus! To inwestycja, a żeby taką być, wakacje muszą się zwrócić, no, nie nie finansowo, muszą się zwrócić zawiścią znajomych, czkawką przyjaciół i depresją wrogów. Tak więc trzeba je dobrze wybrać. Teneryfa? O nie! To już się przejadło, Cypr? W zeszłym roku chwaliła się nim Zuzanna, jeszcze powie, że ją małpuję, to może Paryż? Zbyt intelektualne, nie zrozumieją... I masz tu babo placek! Potrzebne mi było coś co nie jest zbyt mainstreamowe, ale i nie snobistyczne. Snobizm nie popłaca. Jak Karol dwa lata temu pojechał na Kubę to połowa przyjaciół się go wyrzekła. Trawiona gorączką przeglądałam oferty biur podróży – o co to to nie! Nuuuuda. Wodziłam palcem po mapie i marzyłam. Wakacje to przecież największe coroczne marzenie i wcale nie chodzi o wypoczynek! Po co komuś wypoczynek, śpiewające ptaszki, przejrzysta woda, czy grupa fajnych przyjaciół jak nie da się tego wstawić na fejsa?! Że śpiewają? Jasne i co z tego, ale ile dostaną lajków?! Tyle co nic! Za to Himalaje.... Hmmm – Himalaje, to byłoby coś, ale... Nogi nie te, płuca też nie bardzo...
Nagle te niewesołe rozważania przerwała mi reklama banku. Zadziałała jak lekarstwo. Natychmiast zadałam sobie lecznicze pytanie. Za co? Wakacje są świetne, ale rzadko bywają darmowe. Bo nawet jak ktoś je poświęca na remont domu, to i remont kosztuje.
Błędnym wzrokiem spojrzałam dookoła siebie. Wysupłałam resztki pieniędzy.
Kupiłam herbatę, kilka paczek ciasteczek, butelkę wina. 
Wakacje zaczęłam w Ankh Morpork, potem zwiedziłam całe Lancre, pogadałam sobie z babcią Weatherwax, upiłam się z nianią Ogg, spotkałam kilka krasnoludów, Vimes'a i trolle. Szkoda, że zapomniałam aparatu!

piątek, 5 września 2014

Podziękowanie i przypomnienie


Dawno temu napisałem Felieton historyczny o Krzyżakach... i nieoczekiwanie dostałem za niego podziękowanie w "Sekrecie czarownicy" Ani Klejzerowicz.
Miło być inspiracją lub jej dostarczać.
A zatem podaję link do tego tekstu aby zainteresowanym łatwiej było znaleźć i przekonać się, o co chodziło.

Piotr Olszówka

czwartek, 4 września 2014

Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne 2010 *

Redaktor antologii LEE CHILD
Książka przekazana przez Wydawnictwo Albatros

Już samo nazwisko redaktora antologii gwarantuje wysoki poziom opowiadań, a jeśli dodamy, że redaktorem serii jest Otto Penzler, właściciel księgarni The Mysterious Bookshop, laureat prestiżowej nagrody Allan Edgar Poe oraz Ellery Queen Award za wkład wniesiony w promowanie literatury kryminalnej będziemy pewni, że czeka nas doskonała lektura.
Antologia obejmuje najlepsze opowiadania opublikowane w 2009 roku i jest to już jej czternasta edycja. Autorzy, redaktorzy, wydawcy z najróżniejszych zakątków Ameryki przesyłają na biurko Otto Penzlera opowiadania opublikowane w danym roku. Do antologii kwalifikuje się dwadzieścia najlepszych opowiadań, a ostateczną decyzję podejmuje Lee Child.
Otto Penzler
I tak oto w jednej antologii mają szansę znaleźć się opowiadania literackich sław i autorów, którzy opublikowali tylko jedno opowiadanie. Jak słusznie w swej przedmowie zauważył Otto Penzler „Współczesna literatura skupia się głównie na odpowiedzi „jak” lub „kto”, tym samym większość historii opiera się na analizie psychologicznej – dokonywanej przez detektywa, samego czytelnika czy też bohatera powieści”. Słusznie też zauważa ( a jest to prawda, która dopiero powoli dociera na nasz rynek ), że granica pomiędzy literaturą kryminalną a klasyczną zatarła się niemal całkowicie. Wybitni autorzy kryminałów tworzą dzieła literackie, a wybitni pisarze mają w swoim dorobku opowiadania i powieści detektywistyczne.
Tak jak napisałam wcześniej wszystkie opowiadania prezentują bardzo wysoki poziom i w moim odczuciu mogłyby się stać kanwą scenariusza filmowego. Począwszy od hipnotyzującego „Połowu” Matta Bella, który skupia się na opisie psychiki Puntera, poprzez zaskakującego i wzruszającego „Psa” Dennisa Lehana, do „Powiedzcie mi” Lyndy Leidiger, moim zdaniem najbardziej
wstrząsającego ze wszystkich i jakże często mającego swe odbicie w rzeczywistości. Ileż to razy dla naszego dobra ktoś ukrywa prawdę, wie lepiej. Czasami nie chce podać lusterka, nie pozwala na samodzielna próbę zmierzenia się z rzeczywistością, z prywatnym koszmarem.
Największą moją uwagę przykuła „Sprawiedliwość w każdym calu” Phyllis Cohen. Nie tylko ze względu na bardzo pomysłową koncepcję zemsty ( tu od początku świata nie wymyślono nic innego jak słynne oko za oko, ząb za ząb), ale także dlatego, że jest ona autorką jednego opublikowanego opowiadania, które przez wiele lat było przez wydawców gazet odrzucane. Phyllis nie dożyła publikacji swego opowiadania w antologii, zmarła 26 stycznia 2009 roku. Jej mąż otrzymał wstępny egzemplarz dzień po jej śmierci.
Dwadzieścia opowiadań, dwudziestu autorów i dwadzieścia podróży w nieznane. Myślę, że bardzo udanych.

Iwona Mejza


Zbigniew Truszczyński MAMY DUSZE MUSZKIETERÓW


KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO WAR BOOK. *

Wydana przez War Book książka Zbigniewa Truszczyńskiego pt. "Mamy dusze muszkieterów" właściwie od początku wydaje mi się książką trudną do zaklasyfikowania. Przypomina nieco powieść, ale tak naprawdę jest raczej fabularyzowanym i nieco podkolorowanym wspomnieniem ze służby w Legii Cudzoziemskiej - bardzo specyficznej formacji  o bardzo długiej tradycji, być może jednej z najdłuższych na świecie trwających nieprzerwanie do dzisiaj. Wspomnienie to przybrało postać powieści, co skutecznie pozwala udawać, że fakty to fikcja a fikcja to fakty.
Czy jednak ta książka opowiada bajki? Zawiera relację z kilku miesięcy służby polskiego legionisty w Czadzie. Opowiada o zwyczajach typowych dla formacji, daje wgląd w specyficzny styl życia przedziwnej zbieraniny młodych zabijaków, opowiada o Afryce, jakiej nie zobaczymy na wycieczkach. Robi to barwnie, z poczuciem humoru i znakomitym wyczuciem zasad gawędy... i przez różowe okulary. To ostatnie nie tylko dlatego, że tak nakazuje kanon opowieści przygodowo-rozrywkowej... ani nie dlatego, że autor ucieka od poważnej tematyki. Jest w tym pewien sens natury światopoglądowej. Służba w Legii Cudzoziemskiej należy do najcięższych - i tak ma być. Czy jest sens rozczulać się nad trudami codziennymi legionisty Nowaka, skoro dobrowolnie wybrał taki styl życia, wiedząc, co on oznacza? Wspominać należy dobre chwile, złe zostawić za sobą - tę myśl autora można właściwie przypisać jego bohaterom.
Sporo miejsca zajmują kwestie niecodzienne, charakterystyczne dla tej grupy młodych ludzi: specyficzne dla tej formacji wojskowej zwyczaje, poczucie grupowej więzi, stosunek do bójek i starć, rozmaite wyczyny, łącznie z imprezowymi ekscesami legionistów... i to, jak patrzą na świat. Oprócz obrazków obyczajowych pokazanych lekko i z wdziękiem w książce znalazło się miejsce dla relacji z misji bojowej w ogarniętej wojną domową Afryce. I tu kończy się śmiech i różowe okulary. Afryka oglądana przez Nowaka jest przytłoczona nędzą. Dzieci próbujące kupić jedzenie za seks, prostytucja jako jedyne źródło utrzymania rodzin, głód i choroby - w tej wojnie Nowak prawie nie strzela. Za to ogląda efekty bezpardonowej strzelaniny i morderstw, ogląda Afrykę z bliska. Obraz nie należy do miłych ale realizm nie musi być miły.
Czy bohaterowie książki Zbigniewa Truszczyńskiego mają dusze muszkieterów? Wątpię. Nie ma w nich nic z zarozumiałej szlachty XVII wieku, pokazującej, na co ją stać. Nie przypominają też bohaterów Dumasa. Ale są elitą i mają stosowne dla elity wojska poczucie wartości. Na pewno warto zobaczyć, na czym ono polega.
Świat legionistów to nie świat łatwej przygody rodem z powieści sensacyjnych - koledzy legionisty Nowaka są prawdziwymi ludźmi, z gatunku, który zdecydowanie nie nadaje się do chóru parafialnego - jak to już we wstępie napisał Autor.
Czy jest to, jak mówią reklamy, najlepsza książka o Legii Cudzoziemskiej napisana przez Polaka? Nie wiem. Nie przeczytałem wszystkich książek z tej kategorii, więc nie mogę ferować wyroków. Na pewno jednak trafiła mi się fascynująca lektura, zawierająca przy okazji trochę nietypowych zdjęć. Fotografie nie są profesjonalne, nie rzucają na kolana artyzmem, wręcz przeciwnie: mają warsztatowy poziom typowych zdjęć z urlopu. Ot, takie pamiątki z codziennego życia w absolutnie niecodziennym miejscu i sytuacji. Wpisują się w poetykę książki: znakomitej i smakowitej mieszanki zwyczajności z egzotyką.

(POL)

środa, 3 września 2014

Wakacje, których nie było - Iwona Mejza

Nieco zazdroszczę młodzieży szkolnej, chociaż gdy sama byłam młodzieżą szkolną to nie zdawałam sobie sprawy z uroku dwóch miesięcy wakacji. W dorosłym życiu wakacje kurczą się w najlepszym wypadku do dwóch tygodni urlopu, najczęściej jednak sprowadzają się do wolnych długich weekendów czyli maksimum pięć dni. I nie jest to najgorsze rozwiązanie zwłaszcza, że moim zdaniem lepiej mieć częściej parę dni wolnych od pracy niż raz w roku dwa tygodnie. Ja zazwyczaj pod koniec pierwszego tygodnia chcę wracać do domu i co oczywista - do pracy, i staję się marudna mimo uroków południowych mórz Ten rok obfituje w dni wolne więc nie narzekałam tylko korzystałam ze słońca i wody. Tak, tak, nawet nie mieszkając nad morzem można mieć pod dostatkiem wody i to w bardzo różnych wersjach.
Wersja podstawowa to oczko wodne w moim ogródku, w tym roku zawitała do nas żabka, która godzinami wygrzewała się na położonych nad oczkiem konarach, ćwiczyła skoki do wody i pływanie długodystansowe. Wpatrywałam się w nią intensywnie i wypatrywałam, gdy wydawało mi się, że zniknęła.

Staram się prowadzić aktywny tryb życia, ale jednak godziny spędzone przed komputerem nie tylko na pisaniu procentują bólem głowy, problemami z kręgosłupem i wzrokiem, dlatego staram się chodzić na spacery, też nad wodę. Jednym z takich miejsc są Bulwary nad Sołą. Bulwary to nazwa oficjalna i tak wszyscy chodzą na Planty.
A jeżeli nie idę na Planty to na Kruki. Spacer pomiędzy domkami działkowymi położonymi nad jeziorem to prawdziwa przyjemność, zwłaszcza, że lubię ten specyficzny zapach zamulonej wody, ryb, tataraku i trzcin.
I na koniec miejsce, które niedawno odkryłam, to fontanna na Placu Pokoju w Oświęcimiu. Jeżeli tylko mam okazję przychodzę tam, siadam na ławce, zamykam oczy i odpływam. Morza szum, ptaków śpiew… 

wtorek, 2 września 2014

Jak odróżniam wakacje od czegoś innego? - Piotr Olszówka

Wakacje i urlopy to sprawa śmiertelnie poważna i biada temu, kto traktuje je lekko. Potrafią się zemścić okrutnie za niedocenianie... Ale aby docenić, trzeba najpierw rozpoznać. No i nikt nie może opowiedzieć o swoich wakacjach, dopóki nie ma pewności, że dwa tygodnie laby nad morzem to były wakacje a nie konferencja szkoleniowa na temat wpływu piasku na zgrzytanie zębów. To, co robię w czasie wakacji nie jest ani w połowie tak ważną kwestią, jak określenie: kiedy właściwie mam te wakacje i czy to już?
Od wielu lat mam taki kłopot, bowiem pracuję na własny rachunek w czasie całkiem nienormowanym, nienormalnym a czasami ponadnormatywnym. Dlatego fakt, że w danym dniu nic nie robię, nie oznacza wakacji, bo równie dobrze może okazać się bezrobociem. W poszukiwaniu należycie dokładnego systemu rozpoznawania sięgnąłem na półkę z literaturą historyczną. W albumie poświęconym jednemu z wileńskich fotografów działających ponad wiek temu znalazłem wskazówkę pod jednym ze zdjęć: "odświętne ubrania dzieci wskazują że to niedziela a bose nogi - że lato i wakacje". Niestety autorytet badacza dawnych dziejów na nic mi się nie zdał. Niedziela mnie nie interesuje bo badam problem wakacji... a boso łażę zazwyczaj, również przy pracy, o ile tylko nie trafi mi się sytuacja garniturowa. Nawet, jeśli jestem na bosaka i nic nie robię, to nadal nie mogę w ten sposób rozstrzygnąć, czy to urlop czy bezrobocie.
Z pomocą w takich trudnych kwestiach przychodzi mi zazwyczaj zestaw urządzeń pomiarowych przenoszonych przez Pumę i Nanę, czyli np. kotolokalizator czy O.G.O.N. Otóż, jeśli siedzę przy biurku, znoszę jajko z niecierpliwości i nic nie robię, bo na rękach leży mi Puma, to znaczy, że czas oddania pilnej pracy nadchodzi wielkimi krokami. Z kolei intensywna praca terenowa systemu O.G.O.N. zainstalowanego na Nanie (mniej więcej z tyłu pieska) wskazuje, że znajduję się razem z nosicielką systemu w miejscu o wysokiej atrakcyjności (bo jakbym tam był bez niej, to nie widziałbym pracy urządzenia) co pozwala przypuszczać, że trwa właśnie aktywna część wakacji. System U.C.H.O. ustawiony w pozycji roboczej, w połączeniu z inteligentnym spojrzeniem Nanusi (wyrażającym nadzieję na małe conieco) i rytmicznym wachlowaniem urządzenia O.G.O.N. pozwala rozpoznać chwilę deseru... a jeśli takie zachowania psiwskaźników widzę na dworze, to znaczy, że jestem na pikniku. Jeżeli jednak czuję pod sobą trawę, na sobie słońce, przy sobie psie futerko a do tego nie widzę żadnego psiwskaźnika - to znaczy, że razem z Nanusią znajduję się z zamkniętymi oczami w pozycji LB czyli leżę bykiem, co oznacza najwyższą formę wakacji... czego sobie i Wam życzę.

(POL)

ps. O.G.O.N. - Organ Generujący Ogólny Nastrój - wielofunkcyjny system wbudowany w psa, służący m.in. do strącania ze stolika drobiazgów i zamiatania kota.

Bernd Heinrich - Wieczne życie






KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO CZARNE

W naszej cywilizacji chętnie zajmujemy się śmiercią w sposób całkowicie oderwany od jej materialnej strony,  zamieniamy ją w abstrakcyjne pojęcie filozoficzne lub religijne, czasami rozrywkowe niczym zombie w kawiarni. Przy pomocy rozmaitych sztuczek próbujemy przedłużyć życie i młodość... i niekoniecznie jesteśmy z tym szczęśliwi, tym bardziej, że czasu nie da się oszukać. Okłamywanie jest łatwiejsze ale na dłuższą metę mnoży problemy zamiast je rozwiązywać. Znalezienie rozwiązań wymaga wiedzy... a nade wszystko pogodzenia się z faktami.
Bernd Heinrich napisał książkę o śmierci ciała, a dokładniej: o tym, co dzieje się z martwymi ciałami zwierząt i roślin. Temat wydaje się obrzydliwy ale wciąga a w miarę czytania, gdy trochę się oswoimy, zaczyna fascynować. To seria opowieści o różnych stworzeniach, które związały się ze sobą dosłownie na śmierć i życie - bo życie jednych zależy od tego, czy zdążą na śmierć innych.
Wzajemne powiązania rozmaitych gatunków, nasz wpływ na ich życie, ich rola w naszym życiu, inaczej mówiąc: porządek naturalny istniejący w świecie, w którym my, ludzie, lubimy się powoływać na powierzchownie pojmowane i wcale nie rozumiane prawa natury - to właściwa treść "Wiecznego życia". Heinrich opisuje fascynujące zachowania zwierząt... i zmusza do porównywania z ludźmi.
To książka prowokująca do refleksji, dlatego bardzo cenna.
W miarę czytania coraz łatwiej o rozmaite własne przemyślenia na temat życia i śmierci... a mnie nasuwa się uparty wniosek: jeśli uważamy się za coś więcej niż  stertę (chwilowo) żywego mięsa - dlaczego boimy się tego, co nastąpi po życiu?

(POL)

poniedziałek, 1 września 2014

JANET EVANOVICH "STEPHANIE PLUM: PARSZYWA DWUNASTKA"




KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO FABRYKA SŁÓW

Dwunasta część przygód Stephanie Plum z agencji poręczycielskiej skupia się w dużej części na relacjach bohaterki z Komandosem, którego policja podejrzewa o uprowadzenie własnej córki. W Stanach coś takiego często się zdarza a w przypadku Komandosa nabiera specyficznego wymiaru przez jego opinię niebezpiecznego wariata działającego na granicy prawa. Z opowieści można się też dowiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni a zespół, którego soliści nie potrafią śpiewać - po prostu powinien grać głośniej. Babcia Mazurowa postanawia robić karierę sceniczną, gdyż odkrywa u siebie podobieństwo do Micka Jaggera, powraca Joyce Barnhardt, Lula zostaje łowcą nagród i naraża się na niebezpieczeństwo w sex-shopie, pojawiają się nowi przedsiębiorcy pogrzebowi w Grajdole, Czołg spotyka kobietę swojego życia a ponadto pojawia się dziewczyna, która twierdzi, że jest żoną Carlosa Manoso...
Akcja - zwariowana i dynamiczna, jak zawsze - zyskuje tym razem nieco inny wymiar: w niebezpieczeństwie jest dziesięcioletnia dziewczynka, toteż Stephanie angażuje się w śledztwo ze wszystkich sił. Dużo Luli i babci Mazurowej dodatkowo poprawia smak powieści Janet Evanovich.
Buick 1953 - Wielki Błękit...
Gdzieś tak w tle wydarzeń zauważyłem ciekawą obserwację socjologiczną: Grajdół jest miastem kobiet. Mężczyźni prawie nie uczestniczą w życiu rodziny. Ich obowiązki sprowadzają się do zarabiania i interwencji w razie katastrof - na co dzień ich nie ma. Oczywiście Stephanie znacznie częściej spotyka się z osobnikami patologicznymi, którzy dla reszty rodziny są głównie zagrożeniem i źródłem przemocy... tyle, że ci normalni faceci zajmują się głównie jakąś pracą (niekoniecznie rzetelną) i czekaniem na obsługę. W jednym  z poprzednich tomów, kiedy Valerie przyjechała nagle do domu z córkami, gdy mąż ją okradł, oszukał i zrujnował, ojciec Stephanie jako jedyny nie zareagował na katastrofę w życiu starszej córki i po prostu zażądał sosu do obiadu. Kataklizm kataklizmem a żona ma obsłużyć! Tak zachował się człowiek, który w powieści uchodzi za oddanego rodzinie i nie raz bez namysłu pomaga córkom... co pozwala snuć interesujące hipotezy na temat zachowań mniej solidnych obywateli. Żony takich mężczyzn MUSZĄ być posłuszne ich przywilejom, bo tego wymaga tradycja. Ale matka Stephanie regularnie idzie trzasnąć talerzem o ścianę lub wypić kielicha, babcia po śmierci dziadka szaleje, żeby odreagować kilkadziesiąt lat życia w roli idealnej żony, pani Morelli na zmianę przeklina pamięć swojego męża i modli się, żeby Bóg mu wybaczył, Valerie zdradza objawy bulimii po rozpadzie małżeństwa a sama główna bohaterka mimo upływu dziesięciu lat od własnej klęski matrymonialnej wciąż zachowuje się bez sensu jeśli w grę wchodzi facet.
Na tle ojców i mężów z Grajdoła Joe Morelli wygląda jak anioł, bo dba o dom, wyprowadza psa na spacer i przejmuje się uczuciami swojej dziewczyny (zgrywającej twardzielkę). A do tego jest męczennikiem, gdyż Stephanie wciąż sobie na nim odbija nie jego grzechy i nawet nie próbuje być w porządku wobec jedynego faceta, który poważnie myśli o związku z nią na resztę życia.
Nie warto być świętym.
Obraz współczesnego społeczeństwa kreślony przez Evanovich jest tyleż wyrazisty i śmieszny, co niepokojący. Chciałoby się za Maksem z "Seksmisji" powiedzieć: mężczyźni wyginęli? To nie były mamuty!
A głos z pomiędzy wierszy książki odpowie: Okazuje się, że tak...


(POL)

PS. Szkoda czasu na oglądanie ekranizacji z 2012. Wywołuje zażenowanie prawie takie jak "Wiedźmin" w reżyserii Marka Brodzkiego.