Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mejza Iwona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mejza Iwona. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 listopada 2014

Osobisty ranking redaktorów KzK - październik - Iwona Mejza

Mój ranking:
1. Nele Neuhaus "Kto sieje wiatr" - za temat, zmiany klimatyczne to temat na czasie, bardzo drażliwy, czuły politycznie i niezmiernie ciekawy. 
2. Błażej Przygodzki "Niech strawi cię płomień" - interesująca fabuła i ten delikatny, nieco ironiczny humor. Bardzo wciągająca kontynuacja przygód komisarza Niedźwieckiego.
3. Roberta Gately "Szminka w Afganistanie" - spojrzenie osoby z zewnątrz na problemy afgańskich kobiet przyprawione odrobiną romansu.

Iwona Mejza

środa, 28 maja 2014

Książki mojego dzieciństwa - Iwona Mejza


 Było ich tak dużo, były tak piękne, że każda z nich zasługuje na wspomnienie, ale skupię się na kilku najciekawszych. Nadal stoją na półkach i od czasu do czasu do nich sięgam.


Kto z nas nie pamięta Pana Kleksa Jana Brzechwy? Uwielbiałam całą serię i wracałam do niej co jakiś czas. Alojzy Bąbel i jego trzecia noga, pan Lewkonik i jego kwiatowa rodzina, szpak Mateusz, Adaś Niezgódka.

Niemniej lubiłam Profesora Gąbkę i Szpiega w Krainie Deszczowców. Nie tylko czytać, ale także oglądać. Mistrza Bartolliniego herbu Zielona Pietruszka, też chyba każdy pamięta.

„Joachim Lis detektyw dyplomowany”, to klasyka kryminału dla dzieci. Uwielbiam Joachima i do dzisiaj się z nim nie rozstaję.

Ale gdy byłam bardzo małym dzieckiem najbardziej kochałam opowieści „O krakowskim kocie” Hanny Januszewskiej przepięknie zilustrowane przez Jana Marcina Szancera.

Kot ten:

„Włóczył się po dachach wielu,

Od Sukiennic - do Wawelu.

Tu – z czujności drwiąc strażników,

W głębie wsuwał się dymników

I kominem z nich wyszedłszy

Patrzył, jak król Zygmunt Pierwszy

Drzemie w krześle po wieczerzy,

A przed królem na talerzu

Leżą wielce smaczne kąski:

Pasztet, ser, salceson włoski.

Kot podchodził, Kocią łapą

Lekko but królewski drapał,

A że szelma był i śmiałek

Mruczał:

- Królu, daj kawałek.”

Wspaniała książka dla dzieci.

wtorek, 25 lutego 2014

Iwona Mejza kończy osiem zdań




1. Pierwszy idol...
To jednak Arsene Lupin. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że pierwowzorem filmowego Lupina był ten książkowy z powieści Maurice’a Leblanca. Jak on mi się podobał, jak imponował! Był taki nie z naszego świata ( lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku), elegancki, szalenie przystojny z zabójczym wąsikiem. Zawsze otoczony wianuszkiem pięknych kobiet z nieodłącznym lokajem Grognarem u boku. Prawdziwy dżentelmen-włamywacz. Z jaką klasą zdejmował kolie z wysmukłych kobiecych szyi. Bardzo chciałabym żeby powtórzyli ten serial. Arsena Lupina grał, już niestety nieżyjący, Georges Descrieres.

2.Książka, która nigdy mi się nie znudzi…
Uczciwie się zastanowiłam i doszłam do wniosku, że nie mam takiej jednej, szczególnej książki. Gdybym napisała, że „Lesio”, którego uwielbiam to byłaby prawda, ale w części, „Lesio” to lek na chandrę, na zwątpienie. Gdy chcę całkowicie odseparować się od rzeczywistości sięgam po „Mistrza i Małgorzatę”. W momentach ciężkich, wręcz beznadziejnych nadal pomaga mi „Przeminęło z wiatrem” i dewiza Scarlett: „Pomyślę o tym jutro”.

3.Lubię w sobie…
Upór i wiarę w urzeczywistnianie marzeń. Jestem zodiakalnym Baranem i mam wiele cech tego znaku. Kiedyś napisałabym „niestety”, teraz zaakceptowałam siebie taką jaką jestem.

4.Najbardziej nie znoszę…
Fałszu, żerowania na cudzej krzywdzie i wtrącania się ludzi w nie swoje sprawy.

5.Brakuje mi…
Czasu. Wszystko robię w „biegu”, na już, na natychmiast. A ja chciałabym mieć czas aby spokojnie pomyśleć, nabrać dystansu do wielu spraw, odpocząć przez moment. Niestety brakuje mi też pieniędzy, które dają luksus robienia tego, na co ma się ochotę. Luksus pisania książek – tylko i wyłącznie.

6.Humor poprawiam sobie…
Oglądając stare zdjęcia. Wyciągam albumy i siadamy z mamą przy stole i opowiadamy. Często mama wspomina różne zabawne historie sprzed lat, z domu, ze szkoły. Albo przypominamy sobie opowieści babci o moim pradziadku i o tym jak poznała swego męża, czyli mojego dziadka. A jak nie zdjęcia to komedie w telewizji. Szukam czegoś odpowiedniego tak długo aż znajdę.

7.Gdyby nie było Internetu…
Miałabym więcej czasu, ale też nie spotkałabym tylu wspaniałych ludzi, nie miałabym takich możliwości, internet bardzo skraca dystans, świat się kurczy. Jest jednak tylko i aż narzędziem, a narzędziami warto umieć się posługiwać.

8.Rozczulają mnie…
Zwierzęta, ich zachowanie, ich wiara w ludzi. Rozczulają mnie też historie, które wbrew wszystkiemu i wszystkim dobrze się kończą.

środa, 19 lutego 2014

Aleksander Buszkow OSTATNIA WIELKANOC IMPERATORA


Z niecierpliwością, a nawet utęsknieniem czekałam na drugą, nie ostatnią, część „Antykwariusza”. Gdy przyniosłam książkę do domu najpierw sprawdziłam kto tłumaczył, nadal Jan Cichocki. Pierwsze zdania stanowiły ciągłość do ostatnich w „Antykwariuszu” – tak jakbym przełożyła następną kartkę powieści. Musiałam znaleźć odpowiednią ilość czasu by czytać bez przerwy, wiedziałam, że nic zaplanowanego wcześniej nie zrobię, książki nie odłożę. Nie zawiodłam się, a moje zauroczenie Smolinem tylko się spotęgowało.
Nadzieje Smolina na wydobycie pancerki pełnej złota wzrastały z każdą minutą. Kot Uczony doskonale przygotował wszystko by operacja powiodła się. Plany były jak trzeba i sprzęt, i ekipa gotowa na wszystko, bo któż by taką okazję przepuścił. Nawet prasa z czołową jej reprezentantką Ingą miała zaplanowane swoje pięć minut. Ale o tym w trzeciej części.
Gdy pracownicy Smolina pracowicie wypełniali swoje codzienne obowiązki związane z handlem antykami, on podążył śladem maleńkiej kolekcji, którą chciał sprzedać jakiś chłopak mieszkający na obrzeżach Szantarska, a nawet dalej. I zaczęły się kłopoty, nie zdradzę jakie, bo odebrałabym przyjemność czytania. Jest ucieczka, jest strzelanina, i przechadzka przez dzikie ostępy tajgi. Jest wszystko co w dobrej powieści przygodowej być musi.
Jest fantastyczny tekst, który chłonęłam zazdroszcząc pomysłu i pióra, że zacytuję:
„Wyjął portfel, zastanowił się jakie w tym niedźwiedzim kącie mogą być ceny taniego alkoholu, wyciągnął pięćdziesiątkę. Pomyślał i dodał jeszcze jedną. Uprzedził życzliwie, ze znajomością rzeczy:
- Wiktorze Nikanorowiczu, bardzo pana proszę, tylko bez denaturatu, dobrze? Mamy jeszcze przed sobą poważne negocjacje biznesowe.
- Rozumiem, proszę być pełnym ufności! – Gospodarz wyrwał mu setkę. – Spirytusu technicznego nawet sam nie bardzo szanuję, bez szkody dla organizmu może go używać jedynie element lumpenproletariacki, natomiast inteligentnemu człowiekowi wystarczy wino i owoce.” (201 s.)
My się dzisiaj skupimy na motywie przewodnim książki, czyli ostatniej Wielkanocy imperatora, cara Mikołaja II i jego rodziny. Ostatnia Wielkanoc przypadała na 1917 rok, a przygotowania do niej rozpoczęły się dużo wcześniej. Mistrz Faberge otrzymał od cara specjalne zamówienie na siedem jajek, car nigdy ich nie otrzymał.


W Petersburgu, na Wielkiej Morskiej mieściły się warsztaty mistrza, salon wystawowy i wreszcie apartamenty rodzinne. Faberge sygnował swe wyroby, ale prace wykonywało u niego około pięciuset mistrzów, z których tylko nieliczni posiadali osobiste znaki, pozostali wykonywali prace czysto techniczne. Niesłychanie ważni byli projektanci, jednym z nich była Alma Phil, to właśnie ona wymyśliła wzór słynnej śnieżynki. Pomysł przyszedł jej do głowy, gdy patrzyła na wzory tworzone przez mróz na szybach. Jaja Faberge to także praca wytwórców, emalierów i zdobników.


W książce znajdziecie mnóstwo informacji na temat słynnych jajek, mistrza Faberge i jego pracowników. A wszystko po to by rozwikłać tajemnicę i zaginione cudeńka odnaleźć.


Czy się to uda? Co jeszcze się wydarzy i o co tak naprawdę toczy się skomplikowana gra? „Ostatnią Wielkanoc Imperatora” trzeba koniecznie przeczytać, oczywiście najpierw sięgnąwszy po „Antykwariusza”.
A na koniec zdanie, które wpisałam do osobistego notesu:
„Smutno, ale co robić, mądrość życiowa na tym polega, żeby wiedzieć kiedy trzeba się wycofać, a kiedy, nie bacząc na nic, przeć do przodu.” (272 s.)


Iwona Mejza

sobota, 15 lutego 2014

Aleksander Buszkow ANTYKWARIUSZ - Iwona Mejza


Spójrzcie na okładkę, widzimy na niej ściany komnaty zakryte rzędami półek z książkami, tajemne okno, rzeźbione biurko i imponujący okaz broni palnej – wieje tajemnicą i dobrą przygodą.
Gdy otwieramy pierwsze strony książki wita nas cytat z „Antykwariusza” Waltera Scotta:
„Dawid Wilson – zaczął swoją opowieść – był prawdziwym królem tropicieli, myszkujących po wszelkich kątach, piwnicach i sklepikach w poszukiwaniu rzadkich książek. Miał węch węża i żelazny uścisk buldoga”.
Jeszcze nie zaczęłam czytać a już poczułam się oczarowana i zaintrygowana. A potem? Potem zauroczyłam się na amen opowieścią o pracy, życiu i przygodach szantarskiego antykwariusza Wasilija Jakowlewicza Smolina.
Zawód antykwariusza w Rosji to zawód wysokiego ryzyka. Trzeba uważać na wszystko i mieć oczy szeroko otwarte, wszak milicja nie śpi, lubi się zabawić kosztem nieboraka i wystawia go co i rusz na pokuszenie. A to w progach antykwariatu zawita staruszka z orderem wysokiej klasy i z kruszcu szlachetnego odlanym. I jak takiej odmówić? A trzeba, bo akurat ten order to towar trefny, podpucha milicyjna, a babcia to prowokatorka. Prawo zabrania handlu akurat takimi dziełami sztuki orderowej. Albo trafi się jakiś mały naganik, pistolecik, mikra armatka. Też trzeba się pilnować i w try miga iglicę odpiłować, ponieważ broń z iglicą to broń prawdziwa i zabójcza, a bez iglicy – okaz sztuki. Trzeba też mieć rozeznanie na rynku i mimo drobnej rywalizacji dobrze żyć z konkurencją. Nigdy nie wiadomo co, kto i komu…
A i jeszcze trzeba mieć oko na okolicznych kolekcjonerów, wdowy po uznanych malarzach radzieckich i nuworyszów panoszących się w brykach z przyciemnianymi szybami.
Trzeba umieć zachować umiar, nie obnosić się z bogactwem pomimo znacznych obrotów, bo i cóż, antykwariusz pieniądz ma, ale zawsze w obrocie – tu kupi, tam sprzeda, czasem zamieni. A wszystko tak by nie wpadać w oczy przypadkowym ludziom. Nawet miejsce na antykwariat zostało wybrane z godną podziwu inteligencją. Trochę na uboczu, ale nie za bardzo, nie rzucające się w oczy, ale możliwe do odnalezienia, z parkingiem – bogaci ludzie nie lubią dalekich spacerów. Obsługa także odpowiednia, Mariszka kusi i czaruje długimi nogami, personel bystry, ale na miarę przewidzianych dla niego zadań. Wszystko akurat. Antyki też akurat, samowary, posrebrzane łyżeczki do herbaty, cukiernic parę, figurki drobne. Żadnej broni, nic ekstra. Ekstra schowane głęboko.
Smolin właśnie wrócił od wdowy po malarzu Biedryginie, kolekcja warta trzysta tysięcy zielonych – nie do uszczknięcia. W parę godzin później dla Smolina rozpoczyna się przygoda życia – wzywa go do siebie Kościej – król antykwariuszy na Szantarsk i okolice.
Przygoda życia niebanalna, pełna sensacyjnych zwrotów akcji i wciągająca bez reszty czytelnika.
„Antykwariusz” został napisany specyficznym, barwnym, pełnym porównań, wyszukanych zwrotów i antykwarskiego żargonu językiem. Nie jest to działanie przypadkowe dotyczące sposobu wysławiania się jednej konkretnej osoby. O nie! Tu wszyscy obracają się w świecie antykwarsko zaklętym i rozumieją się, a my wciągnięci w grę słów rozumiemy co Autor miał na myśli. Wielkie brawa należą się tłumaczowi książki Janowi Cichockiemu, który przełożył także „Ostatnią Wielkanoc Imperatora” i „Skarb antykwariusza”. To maestria by w sposób tak pełny i przekonujący oddać ten specyficzny język stanowiący o klimacie powieści.
Przyznam się szczerze, że „Antykwariusza” czytam drugi raz, pierwszy to było czytanie na wdechu, pełne napięcia i oczekiwania, czas zatrzymał się w miejscu, a ja nieczuła na bodźce zewnętrzne tkwiłam wewnątrz tej intrygującej historii. Czytając po raz drugi dostrzegam dużo więcej, wyłapuję smaki i smaczki tekstu, odniesienia do literatury – bawię się.

„Antykwariusza” z pełnym przekonaniem polecam, to lektura jedyna w swoim rodzaju, innymi słowy – unikat.

Iwona Mejza

czwartek, 13 lutego 2014

Pamiętniki kota Bartłomieja część 4 i ostatnia - Iwona Mejza


Lata płynęły coraz szybciej i z małego kotka stawałem się dużym i pięknym kocurem. Ważyłem już siedem kilogramów i zachwycałem wszystkich urodą i zwinnością. Zimą brodziłem po pachy w śniegu i obrzucałem się kulkami z Miki i z mamą Jakubiną. Czasami do zabawy przyłączał się Cezar. Niestety Cezar miał zapędy wodzowskie i zabawa z nim kończyła się szybko. Ciepłe lata upływały nam na opalaniu się, zabawie, i wzajemnym droczeniu się. Czasami do zabawy przyłączał się pan Nero, a pan Asko kibicował nam zza płotu. Pan Nero coraz częściej mówił, że się starzeje i czas zajrzeć, jak wygląda życie po drugiej stronie tęczy. Był piękny czerwcowy dzień gdy pan Nero wybrał się na zwiedzanie tej pięknej krainy, nam na razie niedostępnej. Mama tłumaczyła nam, że nadszedł czas na rozstanie, ale to oznacza tylko tyle, że pan Nero niewidoczny dla nas jest wśród nas nadal i nadal obserwuje jak się bawimy, jak się kłócimy i jak śpimy. Jest obecny duchem. 
Długo nie trwało, gdy na podwórku pojawiły się dwie nowe właścicielki bud i misek, tym razem panie Dina i Stella. Pani Dina była wtedy bardzo młoda, mówiła, że ma niecałe trzy miesiące, czyli była jeszcze dzieckiem. Jaka ona była wesoła i beztroska! Pierwsze kontakty mieliśmy bardzo pozytywne, do momentu, gdy przypomniała sobie, że pochodzi z rodziny terierów i trochę się tym przejęła. Bo jakże to tak, pies przeznaczony do polowania, do łowienia będzie się bawił z tymi na których powinien chociażby dla rozrywki szczekać? Czekały nas ciężkie chwile okraszone momentami wzajemnej sympatii. 
Pani Stella była całkiem inna. Miała za sobą ciężkie życie i bardzo cieszyła się, że trafiła do pełnej miłości rodziny. Gdy pani Dina nie widziała, bawiliśmy się razem i baraszkowali, podjadając ze wspólnej miski co lepsze kąski. Teraz wiem, że pani Dina dobrze wiedziała o naszych zabawach tylko nie chciała tracić twarzy i dlatego udawała, że śpi, albo że jest zajęta czym innym, niezwykle ważnym. W każdym bądź razie życie ułożyło się nam spokojnie i nadal mogliśmy się wszyscy cieszyć pełnią bezpieczeństwa i miłości. 
Wtedy też przeżyłem pierwszy świadomy kontakt z lecznicą i lekarzami pracującymi w tej lecznicy. Do tej pory to do nas przychodził pan doktor raz w roku i robił nam zastrzyk. Tak na dzień wcześniej już przeczuwaliśmy, że będzie się działo. Pani dzwoniła i umawiała się na kawę. Oj my dobrze wiedzieliśmy co się za tą kawą kryje, ale nie było zmiłuj. Zresztą po latach jestem pani wdzięczny, nie musiałem odwiedzać lecznicy, przeżywać stresu na widok tych wszystkich wilczurów i dobermanów siedzących w kolejce i ostrzących sobie zęby na takich biedaków jak ja. U nas było inaczej. Do czasu.
Trzeba trafu, że pewnego zimnego dnia zawitała do nas matka z dziećmi. Sterana życiem poszukiwała jakiejś komórki, czy chociażby zadaszenia i odrobiny jedzenia by nakarmić i ogrzać swoje dzieci. Była u kresu sił, gdy znalazłem ją leżącą pomiędzy zagonami kapusty. Dzieci przytulone do jej piersi spały, ona ledwo oddychała. Była taka ładna. Nie wiedziałem co robić, ale wiedziałem, że bez mojej pomocy ta piękna istota nie przetrwa następnego dnia. Nie mówiąc nic mojej mamie i siostrze poszedłem prosto do pani. Wyciągnąłem ją do ogrodu pod pozorem wspólnego spaceru. Pani była przyzwyczajona, że lubię jak tak sobie wspólnie obchodzimy ogród i sprawdzamy jakie rośliny wykiełkowały, jakie już zakwitły. Co się zmieniło. Trochę narzekała, że musi przerwać gotowanie obiadu, ale nie ustępowałem. Czasami dobrze jest mieć opinię rozpieszczonego kocurka. 
Szliśmy razem rozglądając się, zaczynało mżyć, robiło się bardzo nieprzyjemnie. Chciałem by wszystko wyglądało naturalnie. Szedłem wolno, przy grządkach markując chęć zrobienia siusiu. Poszedłem kawałek dalej i na widok nieznajomej kocicy udałem zaskoczenie. Zawołałem panią by podeszła bliżej. Kamień spadł mi z serca jak zobaczyłem, że pani pochyla się nad szarą pięknością i głaszcze ją powoli pytając: - A skąd ty tutaj przyszłaś? I to z dziećmi! Co ja z tobą zrobię? – Uważałem sprawę za załatwioną przynajmniej na razie. Pani przyniosła mleko, do mleka wdrobiła bułeczkę i tym nakarmiła szarą kocicę i jej dzieci. 
Potem były następne posiłki i następne, aż Mimi, bo tak szara kocica dostała na imię, zadomowiła się u nas. Dzieci odkarmione i wesołe powędrowały do nowego domu dwie ulice dalej, tak, że Mimi wiedziała, ze są bezpieczne. Najgorzej stosunki ułożyły się pomiędzy Mimi a moją siostrą Miki. Najważniejsze dla mnie kobiety nienawidziły się wzajemnie i żadne moje pertraktacje nie odnosiły skutku. Robienie sobie na złość stało się pasją i treścią ich istnienia. Reszta spraw straciła na znaczeniu. Byłem zrozpaczony. Kochałem moją siostrę i nie wyobrażałem sobie życia bez niej, ale byłem także pod ogromnym urokiem szarej damy. Nie wyobrażałem sobie życia bez nich! Któregoś dnia Mimi zniknęła. Byłem zrozpaczony, a Miki triumfowała, twierdząc, że Mimi sama opuściła nasz dom. To nie była prawda, Mimi nigdy by mnie nie zostawiła samego. Potrzebowała opiekuna, potrzebowała pomocy i mojego oddania. 
Sprawa wyjaśniła się na następny dzień. Pani nasza nie wytrzymała tych swarów i awantur, i oddała Mimi do dobrego, przyjaznego domu, gdzie nie było innego kota i Mimi mogła sobie spokojnie żyć. Za to ja myślałem, że tego nie przeżyję. Jak to możliwe bym już nigdy nie miał się zobaczyć z tak kochaną przeze mnie istotą. Uświadomiłem sobie, że nigdy nawet jej nie wspomniałem ile dla mnie znaczy i kim naprawdę jest. Byłem rozżalony na panią, że mogła mi zrobić coś takiego! Nie upłynęły dwa dni gdy okazało się, że Mimi uciekła z tamtego domu. Tęskniła! Przybyła do nas z powrotem dopiero po dwóch tygodniach, wymęczona i schorowana, ale szczęśliwa, że wróciła. Ja też byłem szczęśliwy. Z tego szczęścia właśnie, biegnąc za Mimi pośliznąłem się i złamałem sobie palec. O rany jak bolało! Nigdy bym nie pomyślał, że złamany palec może boleć aż do zemdlenia. Skończyło się na tym, że pierwszy raz musiałem jechać do lecznicy i poddać się zabiegowi operacyjnemu. Palec był oderwany, nie złamany, pan doktór musiał zrobić z nim porządek. Po powrocie do domu musiałem wkładać taką irchową skarpetkę zabezpieczającą moją łapkę przed zakażeniem. Mówi się trudno, przez wszystko trzeba przejść. Najważniejsze, że byliśmy razem. 


Moja siostra Miki

Miki powoli, bo powoli, ale zaakceptowała Mimi. Udawała, że jej nie widzi i miała do mnie ogromny żal, tak jakbym ją zdradził. Nie czułem się z tymi wyrzutami siostry dobrze, zwłaszcza, że trochę racji w nich było. Już nie sypialiśmy razem po obiedzie i czyściliśmy sobie nawzajem uszu, bo z kolei Mimi była zazdrosna. Tak żyliśmy wszyscy razem cztery lata, aż któregoś dnia serce Mimi nie wytrzymało i dołączyła do pana Nera po drugiej stronie tęczy. Ja także coraz częściej czuję, że nadchodzi czas by połączyć się z nimi i też zaznać innego życia. Cieszę się na myśl o tym, że znowu zobaczę Kiciulka, którego nie ma wśród nas od wielu lat, i Kleopatrę, o której napiszę za chwilę. Zobaczę Rudzielca, wielbiciela motyli i Bąbla, któremu los nie sprzyjał. Zobaczę się z panią Diną, która musiała odejść od nas nagle złożona ciężką chorobą. Ciekawe czy dalej poluje na zaskrońce? 
Zobaczę wszystkich moich przyjaciół i znajomych. Znowu jak w młodości będziemy się bawić na zielonych, pokrytych rzeżuchą łąkach. Wąchać kwiaty i wylegiwać się do woli. Na razie zamierzam dokończyć kronikarskie obowiązki i tak jak obiecałem wszystkim moim najbliższym i bliskim poświęcić choć po parę słów. 
Kleopatra pojawiła się na naszej ulicy znienacka. Podobno kiedyś miała dom i rodzinę. A potem wszystko się skończyło. Jedna przejażdżka samochodem z panem, otwarcie okna i porzucenie. Kleopatra długo nie mogła dość do siebie. Kompletnie nie rozumiała co się stało!? Jak ogłuszona chodziła wzdłuż naszej ulicy aż natknęła się na mnie. Leżałem sobie jak zawsze przy brzegu ulicy, przytulony do krawędzi chodnika i obserwowałem zwyczaje mrówek. Były do mnie przyzwyczajone, więc nawet nie zwracały uwagi na to co się dzieje dookoła pewne, że w razie czego ostrzegę je przed niebezpieczeństwem. 
No więc leżałem sobie i drzemałem, patrząc spod wpółprzymkniętych powiek czy coś nie jedzie. Był spokój. Nagle doszło do mnie ciche zawodzenie i zobaczyłem przed sobą czarną piękność. Wyglądała tak jak królowa Kleopatra. Zapytałem co się stało i skąd przybywa. Nie mogłem uwierzyć, że zdarzają się takie historie. Wcześniej Mimi, teraz Kleo. Poradziłem jej, żeby podeszła do sąsiadów. Wiedziałem, że to porządni ludzie, bez kota i bez psa. Była szansa, że ją przygarną. Gdyby się nie udało poszlibyśmy do mojej pani. 
Kleopatra miała szczęście i znalazła dom na długie lata, ale i tak większość czasu spędzała ze mną. Razem jadaliśmy śniadania, a nierzadko i obiady. Była bardzo zaborcza i agresywna. Porządna była z niej kocica, tylko bała się by znowu ją jakieś nieszczęście nie spotkało. Bardzo mi jej momentami brakuje. Tej jej zadziorności i nieustępliwości, tej skłonności do stawiania na swoim. Teraz najwięcej czasu spędzam z moim przyjacielem i oczywiście nadal z dziewczynami. Z moją mamą i moją nadal ukochaną siostrą, oraz ze Stellą. Ona tak jak i ja lubi marzyć i snuć wspomnienia. Lubi słuchać jak opowiadam o czasach, gdy na podwórku rządził pan Nero. Teraz wszystko pootwierane, wchodzę na podwórko kiedy chcę, a czasami Stella zajmuje moje miejsce na wycieraczce przed domem. Bardzo się lubimy.
Mój przyjaciel jest o wiele lat młodszy ode mnie. Ma na imię Towdy i mówimy do niego Tołdi. 


Tołdi - przyjaciel. Parapet okienny to jego ulubione miejsce do spania, gdy słońce grzeje.

Razem chodzimy po ogrodzie, razem jadamy i razem śpimy. Tak bezpieczniej zwłaszcza wtedy, gdy na nasz teren usiłują wedrzeć się obce kocury. Ja już nie mam siły na obronę terenu, a Tołdi jest jeszcze w pełni sprawny i zadowolony z tego, że ma większy teren niż inni. Czasami trochę się szarogęsi, ale i tak miły z niego kolega. Cieszy się , że razem spędzamy zimy. Gdy byłem młodszy noce spędzałem w domu, no chyba, że udało mi się wyrwać spod skrzydeł pani. 
Gdy się zestarzałem i przestałem wędrować w świat, zwłaszcza odkąd zrobili nowe ogrodzenie i niestety wszystkie dziury zniknęły, siedzę na moim terenie. Już nie zaszaleję, dlatego mogę zostać na dworze na noc. Uparłem się i chcę zasmakować normalnej kociej egzystencji pod gwiazdami. Mama i Mikunia śpią w domu. Mikunia chciałaby się wyrwać ale pani jej nie pozwala, a i mama woli jak śpią razem. Ja mam teraz wolność. Kiedy chcę mogę być w domu, kiedy zechcę mogę wyjść. Przywilej starości. Teraz siedzę w domu. Znowu byłem tak zaziębiony, że przestraszona pani zadzwoniła do doktora i zaczęło się. Zastrzyki, antybiotyki, leki na wzmocnienie. Specjalne jedzenie. Otulanie kołderką. Nie wiedziałem dokąd mam uciec. Kocham moje panie, ale czasami bywają nadopiekuńcze.
Teraz wykorzystuję czas na pisanie, wiedząc, że pamięć bywa ulotna. Dzisiaj pamiętam, jutro już mogę zapomnieć imiona moich bliskich i najbliższych. Pisząc te wspomnienia mam pewność, że przetrwa imię mojej kochanej Mimi, Kleopatry, pana Nera i wielu, wielu innych. Mam nadzieję na jeszcze długie i szczęśliwe życie. Gdy się zakończy bez żalu przejdę na drugą stronę tęczy i z tej krainy wiecznej zabawy i szczęśliwości będę się opiekował tymi którzy pozostali w teraźniejszości, wiedząc, że prędzej czy później dołączą do mnie i znowu będziemy razem.


Spisał kot Bartłomiej roku pańskiego 2010.

wtorek, 11 lutego 2014

Pamiętniki kota Bartłomieja część 3 - Iwona Mejza


Gdy miałem całe dwa lata uznałem, że powinienem zobaczyć jak wygląda świat na innych ulicach. To były niebezpieczne wyprawy czynione w ścisłej tajemnicy przed mamą i siostrą. Mama nigdy by mi nie pozwoliła oddalić się w tak niebezpieczne rejony, z kolei Miki chciałaby na pewno iść ze mną, a na to nie mogłem pozwolić. Jedna z tych wypraw szczególnie zapadła mi w pamięci. Na wyprawach, jak to na wyprawach cały czas poznawałem nowych kolegów. Szary Pręgowany, Cezar, Kiciulek i Przylepa. Z Kiciulkiem łączyło nas wspólne zamiłowanie do podróży i odkrywania nowych terytoriów. Czasami on przychodził do mnie, czasami ja zaglądałem do niego i wspólnie ustalaliśmy plan marszruty. Najczęściej spotykaliśmy się wczesnym rankiem, gdy dookoła panowała jeszcze senna cisza. 
Ten ranek miał być podobny do tych, które już razem przeżyliśmy. Spotkanie w garażu, wspólne śniadanie i planowanie dokąd tym razem oczy i łapy nas poniosą. Byliśmy przyzwyczajeni do tego, ze w czasie naszego śniadania pani Kiciulka wyjeżdża do pracy, zostawiając nam do dyspozycji cały garaż. Siedzieliśmy w kącie czekając aż wyjedzie i przełykając ostatnie kęsy posiłku. Zamierzaliśmy wtedy wybrać się na okoliczne łąki, gdzie podobno można było obserwować żaby. Nigdy jeszcze nie widziałem żaby z bliska. Kiciulkowa pani wyjechała samochodem i słyszeliśmy jak z kimś rozmawia. Potem powinna wsiąść do samochodu i pojechać do pracy, tymczasem , jak nigdy dotąd usłyszeliśmy skrzypienie drzwi i nagle w garażu zapadła absolutna ciemność. Byliśmy uwięzieni! Pani nas zamknęła i pojechała! Jak ona mogła tak zrobić?! Spojrzeliśmy po sobie zmartwieni. Z naszej wyprawy nici. Całe szczęście, że mieliśmy pod dostatkiem jedzenia i picia, oraz nadzieję, że pani zaraz wróci i otworzy nam drzwi. Gdy po jakimś czasie, nie mieliśmy zegarków, a i słońce było poza naszymi oczami, nic się nie zmieniło, zaczęliśmy wołać o pomoc. Bo cóż my biedni zrobimy jeżeli Kiciulkowa pani wyjechała na dłużej? Na dwa dni, a może tydzień. Już wyobrażałem sobie siebie i Kiciulka wychudzonych, nie ruszających łapkami, z języczkiem szorstkim i spragnionym chociażby kropli wody. Rozpłakaliśmy się obaj bezsilni wobec przerastających naszą wyobraźnię zdarzeń. W końcu przytuleni do siebie usnęliśmy. W ten sposób minęło kilka godzin. 
Gdy się obudziłem Kiciulek nadal spał, a garaż był nadal zamknięty. Uświadomiłem sobie co w tej chwili czuje moja mama i Miki i wszystkie moje pańcie. Pewnie szukają mnie i nawołują całe zrozpaczone, że już nie żyję, albo zostałem uprowadzony przez złych ludzi. Dałbym wszystko by je uspokoić. Kobiety mojego życia, takie kochane. Słyszałem za drzwiami garażu jakieś głosy, szum silnika, wydawało mi się, że rozpoznaję głos mojej pańci. Otrzepałem się i przygładziłem włosy. Nie chciałem wyglądać jak ostania bieda, by nie sprawiać bólu mojej pani. Pamiętam jaki byłem szczęśliwy gdy zobaczyłem je obie; panią od Kiciulka, który nie wiadomo kiedy zawisł w jej ramionach i moją panią wyciągającą do mnie ręce. Przytuliłem się, przyrzekając sobie w duchu, że to była moja ostatnia tak daleka i niebezpieczna wyprawa. Słyszałem jak Kiciulkowa pani mówi, że jak wyjeżdżała to nas nie zauważyła, ale spieszyła się bardzo, nagły telefon i tak mechanicznie przymknęła ten garaż. Zazwyczaj go właśnie przymyka, no dzisiaj tak mocniej. Zdarzyło się. 
Nie zamierzam przytaczać co usłyszałem od mamy i od siostry. Pani była tak ucieszona, że jestem z powrotem, że darowała mi wyrzuty. Swoje wiedziałem. Co dom to dom. Najwyżej, no najwyżej wyjdę sobie na ulicę, poleżę przy chodniku obserwując samochody. Coś mi się od życia należy. Przez kilka następnych tygodni siedziałem jak trusia. Najcięższym zadaniem było przebłaganie Miki, która obraziła się na mnie. Ona też chciała obserwować żaby i zdobywać obce terytoria, a ja ją zostawiłem. Było ciężko. 



Moja siostra jest kochana, ale charakter ma niełatwy. Nie dość, że w ramach przeprosin musiałem zmywać za nią nasze talerzyki, to jeszcze musiałem jej towarzyszyć w wyprawach na myszy. Moja siostra to znana obserwatorka gryzoni. Jeżeli uda się jej znaleźć miejsce, w którym przebywają gryzonie, czasami są to myszy, czasami nornice, zdarzyły się nawet orzechówki, to nic i nikt nie jest w stanie odwrócić jej uwagi. Siedzi i czeka aż wyjdą. Siedzi godzinę, dwie, trzy. Bez jedzenia i bez picia. Czasami w pełnym bezruchu, zamiera nad okrągłą dziurą. Czeka. Ja razem z nią, w ramach pokuty. Cały zdrętwiały, znudzony. Jak sobie teraz przypominam tamte chwile z młodości to nadal czuję ścierpnięte łapy i lekką senność, która mi zawsze wtedy towarzyszyła. Potem skok adrenaliny, gdy w otworze pokazywała się głowa rezolutnego przedstawiciela mysiego gatunku. Oczy jak dwa koraliki badawczo wodziły wokół, napotykając nieruchome spojrzenie mojej siostry. Czasami gryzoń znikał w wygodnej i bezpiecznej dziurze, czasami nie zdążał, a wtedy zaczynała się zabawa mojej siostry, uwielbiającej tego typu sporty. Zazwyczaj po jakimś czasie Miki odpuszczała, a wykończona mysz znikała w dziurze, nie rozumiejąc jakim cudem umyka z życiem. Taka to jest moja siostra. Lubi się pobawić, ale wszystko z umiarem i bez krzywdy dla innych.

Ciąg dalszy nastąpi...

niedziela, 9 lutego 2014

Pamiętniki kota Bartłomieja część 2 - Iwona Mejza


Rosłem, więc widziałem więcej i kartonowy domek przestał mi wystarczać. Poza tym coraz częściej wychodziłem na pole, do ogrodu. Zwiedzałem okolice wraz z Miki pod czujnym okiem mamy i naszych opiekunek. Najpierw, to pamiętam bardzo dobrze, Mikunia i ja byliśmy wsadzani do takiego wielkiego koszyka z miękkiego plastiku. W tym koszyku pańcia nas przenosiła, a mama zawsze szła obok. Potem byliśmy stawiani na ziemi i przykrywani od góry tym koszykiem, po to, jak tłumaczyła nam mama byśmy się oswoili z otoczeniem. Dość szybko zaczęliśmy być wypuszczani na zewnątrz koszyka, zawsze pod nadzorem. Dopiero wtedy mieliśmy szansę poznać także innych domowników, to znaczy psa Nera. Nero był już wtedy starszym panem, o nieco rozwichrzonym wyglądzie. Urody przeciętnej, sierść miał godną pozazdroszczenia, gęstą, czarną, kręcącą się. Trzymaliśmy do niego dystans, chociaż kusiło nas zaglądnąć na podwórko, sprawdzić jak ma urządzoną budę. 
No i któregoś dnia doczekaliśmy się. Pan Nero wyszedł do ogrodu, by urwać sobie marchewki, całe życie podobno miał ciągoty wegetariańskie, wtedy, skradając się prześliznęliśmy się przez uchyloną bramkę. Było warto. Podwórko z bliska było całkiem inną przestrzenią niż ogród. Buda pachniała starym psem i poczuciem bezpieczeństwa, w środku wyłożona wygodnymi, miękkimi swetrami. Ach! jakbyśmy się tam chętnie przeprowadzili, ale nie było czasu, trzeba było szybko spenetrować pozostałe zakątki podwórka. Miejsce dookoła budy było wyłożone płytami chodnikowymi nagrzanymi przez słońce. Dużą część podwórka porastała zielona, pachnąca trawa. Brodziliśmy w niej, oszołomieni tym ogromem zieleni .Najbardziej kusił nas otwarty domek zwany komórką. Drzwi były uchylone, nic tylko zwiedzać! Wszedłem do środka. Na podłodze stało całe mnóstwo doniczek, jakieś wiadra, worki, i inne nieznane mi przedmioty zajmowały całą powierzchnię podłogi. Do góry, do sufitu przystawiona była drabinka, taka zwyczajna, drewniana. Podniosłem wzrok i ujrzałem sufit z desek. Tak się gapiłem jakbym te wszystkie cuda pierwszy raz na oczy widział, co zresztą było prawdą, gdy nagle usłyszałem syknięcie mojej siostry. W ten sposób przestrzegała mnie przed niebezpieczeństwem. No tak… tego nie przewidziałem. Obróciłem się powoli teraz już czując wyraźnie nieco cuchnący oddech starszego pana. To Nero stał tak blisko mnie, że nie miałem już żadnej możliwości ruchu. Cały przerażony ujrzałem wyszczerzone zęby i usłyszałem pełne irytacji pytanie: - Ty, ty mały, czy ty nie wiesz, że to mój teren? Zwiewaj stąd, ale już! – Nero nie miał ochoty na żarty. Wiedział, że od początku musi na nas wymusić dyscyplinę bo inaczej wejdziemy mu na głowę i do budy. Znowu wyszczerzył zęby, a ja wiedziony instynktem uniosłem łapkę i uderzyłem go pazurkami w nos. Nie chciałem zrobić nic złego, tak mnie poniosło. Przeraziłem się widząc jak moja łapka się czerwieni, a po nosie Nera spływa krew. W jednym momencie zrozumiałem, że muszę uciekać. Nero stał jak wmurowany, kompletnie nie spodziewał się, że coś takiego zrobię, gdy wydał głos myślałem, że ogłuchnę. Moja siostra nie była gorsza i darła się tak jakby to ona miała pierwszy kontakt z panem Nerem, a nie ja. Nie czekając wbiegłem na drabinę i nie odwracając się dobiegłem do samej góry ułożonej z desek. Pachniało sianem, a między dachem a deskami było bardzo mało przestrzeni. Dopiero gdy poczułem się bezpieczny, zacząłem wzywać pomocy. Po chwili wyczerpany strachem zamilkłem. Już nie byłem niczego ciekawy, chciałem tylko by przyszła moja pańcia i mnie uratowała. Czekałem długo. Najpierw usłyszałem głosy. To wszystkie panie, łącznie z Babcią zgromadziły się na podwórku. Widziałem jak mnie szukają, zaglądając we wszystkie zakamarki. Chciałem krzyknąć, że jestem, że tutaj, popatrzcie do góry! Głos uwiązł mi w gardle. W końcu usłyszałem skrzypienie drabiny, a znajome ręce wyciągnęły się do mnie. Po chwili przytulony schodziłem na dół. Usłyszałem jak zdziwiona pani mówi: - popatrz, cały i zdrowy. Ciekawe jakim cudem, skoro Nero cały oblany krwią?
To była moja druga prawdziwa przygoda. Po tej scysji nasze życie z panem Nerem ułożyło się całkiem przyjemnie. Po prostu staraliśmy się nie wchodzić sobie zbytnio w drogę, nawet przebywając na jednym terenie. Podwórko polubiliśmy tak samo jak on. Ah, te rozkoszne chwile, gdy słysząc gdakanie pobliskich kur i pianie znajomych kogutów leżeliśmy ułożeni na budzie, nad panem Nerem, wylegującym się na nagrzanych słońcem płytach. Tak tym ciepłem rozleniwieni, że niejedna mysz mogła nam przemknąć przed oczami pewna czasowej bezkarności.
Gdy nieco dorosłem i usamodzielniłem się moją pasją stały się dalekie wyprawy. Najpierw jako mały kotek poznawałem ogród przy domu, ogrody moich kuzynów i kuzynek. Potem przekroczyłem magiczną dziurę w płocie i znalazłem się na terenie obcym. Z panem Asko znaliśmy się przez siatkę. Obwąchiwaliśmy się i pozdrawiali z daleka, tak że nie byliśmy dla siebie zupełnie obcy. Ogród pana Asko był tak samo duży jak nasz, ale było w nim więcej wysokich drzew, po których mogłem się wspinać. Czasami dołączała do mnie moja siostra Miki, a mama z daleka groziła nam łapą. Pan Asko już wtedy był mocno starszym panem, nieco zobojętniałym na nasze harce. Na jego terenie musieliśmy przestrzegać podstawowej zasady niezakłócania jego spokoju, lubił pospać sobie przez dzień, i nie przeszkadzania przy jedzeniu. Jeżeli my szanowaliśmy jego potrzeby to i on pozwalał nam na wiele, od czasu do czasu kontrolując czy jesteśmy cali i zdrowi. Czasami z terenu pana Asko przechodziliśmy na tereny niczyje. Oazy kwiatów, krzewów i ptaków. W taki oto sposób upływało nam dzieciństwo i okres dorastania.


Rudzik w ogrodzie

ciąg dalszy nastąpi...

sobota, 8 lutego 2014

Pamiętniki kota Bartłomieja część 1 - Iwona Mejza


Czując, że zbliżam się do kresu mojej ziemskiej wędrówki postanowiłem dla pamięci potomnych spisać dzieje moje i mojej rodziny, by sława imion mi bliskich nie przepadła w mrokach przeszłości. Piszę nocami, gdy w domu zapada cisza i słychać tylko oddechy najbliższych. Wtedy wyciągam stary, splamiony tuszem kajet i drżącą ze starości łapą sięgam po pióro, by skreślić choć parę słów.
Długo myślę, zastanawiając się od czego zacząć, co pominąć skromnym milczeniem, a co spisać. A może nie pomijając niczego, tak jak to robią ludzie niekoniecznie zasłużeni napisać o wszystkim? Tylko, też myślę głęboko, czy ja, stary kot, pamiętam wszystko? Czy pamiętam tak by nikogo nie skrzywdzić i nikogo nie pominąć, by pozostać sprawiedliwym? Nie wiem, nie wiem, ale próbować trzeba. Zacznę, tak jak zaczyna się wspomnienia, od dnia narodzin moich i mojego rodzeństwa, wiele, wiele lat temu. Ściskam mocniej w łapie pióro i zaczynam:
Urodziłem się czternaście lat temu, na Galicyjskiej prowincji jako jedno z pięciorga dzieci Kocicy Jakubiny i znanego łamacza kobiecych serc Tygrysa Pięknego. Rodzice moi kochali się bardzo i spędzali ze sobą dużo czasu, razem wędrując na romantyczne spacery przy świetle księżyca, wzdychając do siebie i obdarzając się pełnymi czułości spojrzeniami. Tak, że mogę powiedzieć o sobie i moim rodzeństwie iż jesteśmy dziećmi miłości. Niestety, mój ojciec odziedziczył po swoich arystokratycznych przodkach, tak arystokrata z manier jak i wyglądu, naturę nieco awanturniczą i skorą do nieprzemyślanych decyzji. Pomimo posiadania małżonki i licznego potomstwa ojciec nie porzucił swego stylu życia, nadal skory do bójek i wspólnych z kolegami z kawalerskich czasów wypadów. Z jednego z takich wypadów, zawsze trochę ryzykownych, nasz papa nie wrócił. Na resztę życia pozostaliśmy półsierotami, mając w pamięci niewyraźny portret ojca. Najpierw tęskniliśmy bardzo, potem, z czasem, obraz ojca zacierał się i stawał się prawie nierealnym wspomnieniem. 


Moja mama Kubusia

Mama troszczyła się o nas bardzo. Starannie wybrała dla nas miejsce urodzin i dom, w którym dane mi było przeżyć całe życie.
Początków nie pamiętam, ale na zdjęciach widzę siebie i czwórkę mojego rodzeństwa przytulonych do mamy. Gdy tak patrzę na to zdjęcie prawie namacalnie czuję bliskość mamy, jej ciepło i jej mamin, przesycony mlekiem zapach. Przytulam się do rodzeństwa, ufny i pełen poczucia bezpieczeństwa, nieświadom zagrożeń czyhających na nas za progiem domu. Na razie mamy tydzień i śpimy razem z mamą w ogromnym kartonowym domku wypełnionym przytulnymi kocami. 


Ja i moje rodzeństwo na starej fotografiii...

Jemy, siusiamy i śpimy. Mama wynosi nas z domku po jednym, każdego pewnym gestem chwytając za kark. Trochę się w duchu buntowałem, czując, że potrafię już sam chodzić bez pomocy mamy, ale jej troska przeważała. Każdy dzień to była nauka samodzielności pod kontrolą mamy. Miałem dwie siostry i dwóch braci i bardzo ich kochałem. Każdy z nas był inny i miał inny charakter. Najbardziej wojowniczy i największy był Tygrys, który otrzymał imię po ojcu, a i charakter miał z naszej piątki najbardziej do charakteru taty podobny. Potem bliźniaki rozrabiaki Kaj i Kaja i moja ukochana siostra Miki. Mnie imię nadała Babcia. Zawsze miałem szczęście do kobiet, a oprócz mamy, Babcia była dla mnie jedną z najważniejszych. Kochała mnie i głaskała i rozczulała się nade mną jaki jestem piękny i inteligentny. Powiedziała, że powinienem być mocny jak dąb i nadała mi imię Bartek. Potem Babcia zmieniła zdanie i stwierdziła, że jestem jak Burt Lancaster, taki wielki aktor z Babcinej młodości i że to po nim to imię. Tak mam zresztą wpisane w mojej książeczce. Wszyscy i tak mówią do mnie Bartek, albo zdrobniale Bartuś. Tak żyliśmy z dnia na dzień w poczuciu bezpieczeństwa, dorastając i ucząc się coraz to nowych rzeczy. Gdy mieliśmy dwa miesiące okazało się, że moje rodzeństwo się wyprowadza. Było nam strasznie smutno, bo myśleliśmy, że będziemy już razem do końca życia, ale mamusia wytłumaczyła nam, że tak to już w kocich i nie tylko kocich rodzinach się dzieje i im wcześniej postawimy na samodzielność tym lepiej. Kaja i Kaj mieli ogromne szczęście trafiając na prawdziwą wieś do dużego gospodarstwa. Czekało ich dużo pracy, ale równocześnie mieli zapewnioną przestrzeń życiową, dobre jedzenie i opiekę. Nasza pańcia dopilnowała by trafili do porządnych, lubiących zwierzęta ludzi, by nie działa im się krzywda. Pożegnanie było oblane potokami łez, ale trzeba było żyć dalej. W kilka dni później pożegnał nas pupilek mamusin Tygrys. Przeprowadzał się o kilka ulic dalej od nas, zmieniając życie w domu na życie w bloku. Byliśmy pewni, że sobie poradzi i dalsze życie ułoży się po jego myśli. Pozostaliśmy w domu w trójkę. Mama, Miki i ja. I tak pozostało do dzisiaj. Właśnie wtedy, po przeprowadzce rodzeństwa, w ramach usamodzielniania się dostaliśmy osobne domki do mieszkania. Każdy z domków wyścielony był nowym kocykiem, w każdym mieliśmy nowe poduszeczki. Mój domek był wysoki, tak, że musiałem ćwiczyć przeskoki. Raz przeskoczyłem i drugi raz i trzeci, a potem pomyślałem, aby spróbować wydostać się w całkiem inny sposób. Oglądałem program w telewizji. Zapomniałem napisać, że nasze domki stały w pokoju, w którym także było miejsce telewizora. Wieczorem, a nawet czasami od rana telewizor był włączony i my mogliśmy się z niego uczyć jak się żyje w szerokim świecie. Wtedy zobaczyłem góry i morze. Góry nie takie malutkie tylko podobno jedne z największych na świecie. Nasi wspinali się znowu na Mont Everest, czy coś takiego. Widziałem jak wchodzą na szczyt smagani wiatrem, zmrożeni, mówili, że tak wygląda podejście zimą. Bardzo mi się to podobało, taki prawdziwie męski sport. Pomyślałem, dlaczego nie miałbym się wspinać po kartonowej ścianie mojego domu, zawsze to będzie inaczej niż tradycyjny wyskok. Gdy mama i Miki wyszły razem na spacer, a pańcia była zajęta gotowaniem obiadu, postanowiłem spróbować i zrobić pierwsze podejście. Ściana była stroma, ustawiona pionowo, trudna do zdobycia. Namierzyłem się i wbiłem pazurki w twardy karton. Szło ciężko, ale krok po kroku wspinałem się na szczyt. Gdy dochodziłem do szczytu, to znaczy do krawędzi pudła, miejsca, w którym powinien znajdować się dach, zauważyłem okrągłe okienko. Było niezwykłe. Do tej pory wszystkie okna, które widziałem miały kształt prostokąta, a tutaj koło. Postanowiłem zajrzeć. Przesunąłem przednie łapy ku górze, wbiłem je mocniej w ścianę i zbliżyłem głowę do okrągłej dziury. Widać było przez nią kawałek świata na dywanie. Zbliżyłem się i gnany ciekawością wsadziłem głowę w kuszącą dziurę. Widziałem zielony jak trawa i miękki dywan, widziałem wszystkie pozostawione po naszym posiłku okruszyny i spodeczek z jedzeniem, ustawiony dość blisko. Dopiero na widok jedzenia poczułem jaki jestem głodny. Szarpnąłem głową chcąc ją wyciągnąć z okienka i nagle zawisłem w powietrzu. Łapki wysunęły mi się ze ściany, a głowa pozostała w dziurze. Łatwo było ją wcisnąć, ale trudno wyciągnąć. Nie wiedziałem co mogę zrobić. Z rozpaczą myślałem, że moje młode życie dobiega końca, zaczynało mi brakować powietrza, a na szyi powoli acz nieustępliwie zaciskała się kartonowa obręcz. Ostatkiem sił zacząłem wzywać ratunku, w tych zduszonych kwikach nie rozpoznając własnego głosu. Nagle, gdy już myślałem, że czas się żegnać, drzwi do pokoju otwarły się z impetem i wbiegła rozglądająca się dookoła pańcia. Jeden rzut oka wystarczył jej by zobaczyć w jakim niebezpieczeństwie jestem. Sięgnęła po nożyczki i szybko rozcięła więżącą moją głowę dziurę. Osunąłem się bezwładnie na zaściełające pudełko kocyki. Byłem uratowany. Gdy ocknąłem się pańcia przytulała mnie do siebie tak mocno, że czułem bicie jej serca. Głaskała mnie powtarzając bez przerwy, że napędziłem jej wielkiego strachu, i że nie wie co by beze mnie zrobiło. To było przyjemne. Po tym zdarzeniu nożyczki poszły w ruch, a mój kartonowy domek zrobił się niższy o dziesięć centymetrów. 

Ciąg dalszy nastąpi...

środa, 29 stycznia 2014

Franio i "Wyszedł z domu i nie wrócił"


Uwielbiam czytać późnym wieczorem, właściwie to już raczej nocą w łóżku. Przy filiżance aromatycznej herbaty w ciszy, spokoju, bez dzwoniących telefonów. W domu o dziwo też było cicho. Zagłębiłam się w kryminał Iwony Mejzy i z zapartym tchem śledziłam śledztwo prowadzone przez komisarza Ożegalskiego. Nagle usłyszałam huk. Zaczytana, nie zauważyłam, że Franio wszedł na półkę i zrzucił lampę. Bardzo z siebie zadowolony rozpoczął zwalanie z półki pozostałych rzeczy.
- Franuś, nie wolno. Czy ty wreszcie pójdziesz spać?
- Nie pójdę, bo światło jest zapalone.
- Nie widzisz, że czytam.
Franek zainteresował się i podszedł do mnie.
- Co czytasz. Fajna okładka. O... jakiś pan. To o miłości? 
- Nie, to jest kryminał.
- Co? Opowiedz.
- Taka książka, gdzie ktoś morduje innego człowieka, a detektyw rozwiązuje zagadkę.
- Czemu? – usłyszałam swoje „ukochane pytanie”.
- Żeby znaleźć mordercę i wsadzić go do więzienia.
- Po co, jak on już i tak zamordował?
- Musi zostać ukarany.
Franio spojrzał na mnie i ziewnął.
- Ludzie to chyba nie mają co robić. Ale ja lubię zagadki. Poczytaj.
- Nie będę ci czytać. 
- To opowiedz.
- W tej książce na cmentarzu znajdują w jednym grobie zwłoki dwóch ludzi. Komisarz musi dowiedzieć się, skąd w grobie znalazły się drugie.
- A co to jest ten cmentarz?
- To jest miejsce, gdzie są groby ludzi, którzy umarli.
- I fajnie tam jest?
- Czasem tak. Wtedy, kiedy palą się znicze, jest dużo światełek, kwiatów, a nagrobki to kawał historii każdego miejsca.
- Bardzo to trudne. A ty też będziesz na tym cmentarzu ze światełkami?
- Franusiu. Każdy będzie.
- A kto zabił? Ten komisarz już wie.
- Nie powiem ci, bo to jest bardzo ciekawa książka, każdy musi sam przeczytać i wtedy dowie się, jakie jest rozwiązanie tej zagadki. Wiesz, tu jest jeszcze opisane miasto Oświęcim.
- Nie znam.
- Dużo ludzi nie zna, ale autorka pięknie pokazuje to miasto, oprowadza nas po nim. Zresztą właśnie tam mieszka.
- Długo jeszcze będziesz czytać?
- Jeszcze trochę.
- To ja idę spać, będę sobie myślał o zagadkach – Franek ziewnął i przeciągnął się. Poszedł na swoje legowisko i jak zwykle zaczął je bardzo dokładnie ugniatać. Po chwili spał, a ja po przeczytaniu ostatniej strony, zamknęłam książkę. Zasypiając, pomyślałam, że to fantastyczne, że mamy autorkę umiejącą napisać klasyczny, wciągający kryminał.

Grażyna Strumiłowska

wtorek, 24 września 2013

Pięć pytań do pisarza - Iwona Mejza


1. Najważniejsze spotkanie z drugim człowiekiem.

- Najważniejsze spotkanie z drugim człowiekiem jeszcze chyba przede mną. Spotkałam na swojej drodze wielu fantastycznych, wyjątkowych ludzi. Wielu z nich miało wpływ na moje życie, pozostawiło po sobie ślad. Wielu już nie żyje. Osobą, która miała największy wpływ na mnie ( trudno jednak mówić o spotkaniu, to był kontakt stały) była moja babcia Tekla. To ona uczyła mnie pisać i czytać, to ona od niechcenia rzucała łacińskie sentencje i gotowała najlepsze potrawy. Po prostu zawsze była.

2. Książka, do której wracasz.

- Od wielu lat, systematycznie wracam do "Lesia" Joanny Chmielewskiej. Gdy nachodzi mnie chandra, gdy potrzebuję uśmiechu mimo wszystko, gdy jest naprawdę źle. A gdy "Lesiu" to za mało, sięgam po jedyny poradnik, który potrafi pomóc bez zbytniego moralizowania i odwoływania się do mojej podświadomości. To "Jak przestać się martwić i zacząć żyć" Dala Carnegie. Zawsze stawia mnie na nogi.

3. Twoje miejsce na ziemi.

- Tu i teraz. Nie szarpię się, nie szukam, żyję.

4. Twoje największe marzenie.

- Móc w spokoju robić to co lubię, czyli pisać. I oczywiście pokój na świecie. To chyba najważniejsze dla wszystkich i bardzo trudne do zrealizowania.

5. Zwierzę, które odegrało najważniejszą rolę w twoim życiu.

- U nas w domu zawsze były zwierzęta. Pies Szatan, który był wiecznym uciekinierem i pozwalał kurom w swojej budzie znosić jajka. Pierwsza Stella, owczarek podhalański, przywieziona przez wujka Mariana za pazuchą kurtki, maleńka biała kulka. I druga Stella, przylepa jakich mało. I oczywiście koty i najważniejszy wśród nich - Bartuś. Mieszkał ze swoją siostrą Miki i mamą Kubusią. Razem przez całe życie. Odszedł 19.10.2010 roku, brakuje mi go każdego dnia. Ukochany pieszczoch, kot-czarodziej, przy którym w niepamięć szło zło całego dnia. Wystarczyło, że się przytulił. Bartusia opisałam w książce "Wyszedł z domu i nie wrócił". Tak jak on książkowy Bartuś lubi sernik i wylizuje budyń z kremówek.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

IWONA MEJZA "WSZYSTKIE GRZECHY NIEBOSZCZYKA"


Lekki, odprężający, napisany z polotem kryminał. Jest to historia morderstwa w agencji ubezpieczeniowej „Bezpieczna Przyszłość. Bożenka Kryspin, kasjerka przychodzi rano do pracy i znajduje trupa pod swoim biurkiem. Okazuje się, że trup, oczywiście przed staniem się denatem miał pracować w firmie jako agent ubezpieczeniowy. "Bezpieczna przyszłość" okazuje się miejscem, gdzie prawie każdy pracownik bierze udział w machlojkach finansowych. Akcja dzieje się w zamkniętej grupie pracowników firmy, postacie są barwne i różnorodne, trup ściele się gęsto, a przy tym czytając z zaciekawieniem tę książkę, doskonale się bawimy. Jednocześnie z niecierpliwością przewracamy kartki książki, żeby dowiedzieć się kto jest mordercą, bo może być nim właściwie każdy. Polecam. Miła, ciekawa, odprężająca lektura.
 
KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO OFICYNKA