Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piesek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piesek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Pisane psem i kotem - Teoria drzemki (Piotr Olszówka)

Miałem do przeczytania trochę rzeczy a jednocześnie wzywał mnie piec. Taki normalny ciepły piec ma ogromną siłę przyciągania i jeśli człowiek nie uwzględnia jej w swoich planach, to kończy drzemiąc przy piecu zamiast przy nim pracować. Zaplanowałem wszystko jak należy, czyli obok fotela postawiłem kawę na stoliku, zawinąłem się kocem tylko częściowo (zawinięcie zbyt dokładne powoduje senność), w rękę wziąłem sztywny notatnik z przypiętym dzwonkiem (żeby narobił hałasu, jak zasnę i puszczę go z rąk), w drugą rękę - książkę i zacząłem czytać, notując przy okazji różne złote (lub pozłacane ew. tombakowe) myśli. Po drugiej przeczytanej stronie usłyszałem: Mrrrrrru?
Spojrzałem na podłogę. W tej samej chwili Pumiasta wskoczyła mi na nogi. Nauczony doświadczeniem wiedziałem, że od tej chwili może się wydarzyć wszystko... może za wyjątkiem spokojnego czytania. Z lekką rezygnacją spojrzałem w szmaragdowe oczy.
- Drzemiesz? - zapytała.
- Nie. Pracuję.

- Akurat. - spojrzała na mnie z wyższością, jakbym najzwyczajniej w świecie próbował ją oszukać. No, odkąd się pojawiła, to z pracą faktycznie będzie kiepsko.
- Akurat tak, chociaż z tobą to może się już nie udać. - wyjaśniłem bez wielkiej nadziei na przekonanie kotki. Przespacerowała po mnie, minęła książkę i "przypadkowo" strąciła notes na podłogę. Spojrzała mi w oczy z bliska.
- Według mnie, to coś udajesz, żeby się przespać. Ale słabo udajesz. I źle się zabierasz do rzeczy.
- Kiedy to stałaś się specjalistą od pracy?
- A co to takiego? - kocie oczy powiększyły się do rozmiarów dwuzłotówki - Zresztą... nieważne.
Podreptała po mnie wzdłuż i wszerz, okręciła się, przejechała mi ogonem po oczach.
- A nie mówiłam? Już zamykasz oczy!
Kłopot z kotami polega na tym, że zawsze mają rację. I to nie jest sarkazm. One po prostu obserwują i wiedzą więcej od nas. Mimo wszystko otworzyłem powieki. Książka dawno spadła na bok - nie da się czytać z kotem jako zakładką. Pumianna tymczasem deptała mi po brzuchu.
- Znowu mnie leczysz?
- A skąd! Ty jesteś nieuleczalny...
Powiedziała to kocica, która nie wysiedzi sama pół godziny i wszędzie łazi za nami jak uzależniona. Pumowa arogancja ma zapewne czemuś służyć... może dodaje jej pewności siebie? Ale czy Kot, który ujeździł psa, potrzebuje więcej pewności siebie? Koty są tajemnicą dla ludzi, a kocie kobiety na zawsze będą tajemnicą dla wszystkich facetów, nie tylko tych na czterech łapach.
- No to co robisz? - zapytałem
- Prześpię się trochę. Ty i tak nie robisz nic ważnego.
No jasne. Nie pamiętam, żeby Kot przyznał, że jakaś ludzka czynność jest ważniejsza od Jego drzemki.
Usiadła i rozpoczęła Staranne Lizanie Własnej Łapki Przedniej - z zaangażowaniem zasługującym na pisanie z wielkiej litery.
Postanowiłem powalczyć o prawo do pracy.
- Robię coś ważnego. Czytanie to część mojego zawodu.
Położyła mi łapkę na ustach. Spojrzała z góry.
- Drzemka jest częścią MOJEGO zawodu. Ważną.
Poczekałem chwilę. Zabrała puchatą kończynę i znowu zaczęła ją lizać.
- No to się zdrzemnij. Możesz spać na mnie, jak chcesz, nie muszę się bardzo ruszać przy czytaniu.
- Czyżby? - złoto-zielone oczy zaświeciły o parę centymetrów od mojej twarzy. - Przecież ty nie możesz głupich dwunastu godzin wytrzymać bez ruchu... jak mam na tobie drzemać?
- Możesz się zwinąć, wsadzić nos w ogon i spać.
Spojrzała tak, że ciarki mi przeszły po plecach.
- CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ? ŻE TO TYLE?
- Jak dla mnie tak to właśnie wygląda...
Chyba nie mogłem zrobić niczego więcej, żeby stracić twarz.
Położyła mi się na klacie, wyciągnięta tak, żeby zablokować moje ręce. Westchnęła... co brzmiało jak skrzyżowanie zipnięcia i odgłosów parowozu.
- Okej... chyba muszę wytłumaczyć ci podstawy... chociaż to chyba strata czasu... ale koty mają pewne obowiązki wobec świata.
Widziałem tylko jedno stworzenie lekceważące pojęcie obowiązku bardziej niż Pumiasta... i to też był kot. Musze przyznać, że zaintrygowała mnie swoją zapowiedzią. Zamieniłem się w słuch. Książki, notesy, recenzje i praca itd zeszły sobie nie tyle na plan dalszy, co na podłogę ale w starciu z Pumianną i tak nie miały wielkich szans.
- Po pierwsze: czas. - spojrzała w okno oceniając porę.
- Zauważyłem, że śpisz cały czas. - zaryzykowałem.
- Uważaj, jak wyjdziesz z domu, bo z takim zauważaniem pies cię przejedzie. - odparowała - Spać trzeba we właściwej porze. Nie możesz spać, kiedy na parapecie siedzi gołąb, jak Nana wróci ze spaceru i przyniesie wiadomości na futrze, jak okno jest otwarte... Jeśli chcesz się zdrzemnąć - musisz wybrać moment, kiedy nic cię nie obudzi i nie masz nic do roboty. To nie może być noc, bo noc jest do łażenia po dziurach a nie do drzemki. Właściwie... - Puma spojrzała w okno z wyrazem pewnego zamyślenia - nie ma prostej recepty na odpowiedni czas. To trzeba wyczuć. Ale żeby wyczuwać - trzeba trenować codziennie przez wiele godzin.
To przynajmniej wyjaśnia, dlaczego Puma przesypia większość czasu: trenuje drzemkę wyczynową... Wykład brzmiał coraz ciekawiej.
- Niezależnie od wyczucia chwili... wiesz, to się nazywa "timing"... - pouczyła mnie - musisz opanować odruchowe i precyzyjne chwytanie koordynat astronomicznych.
No ładnie. Kocica-astronom mi się trafiła...
- Możesz to wyjaśnić? - zapytałem - Nie wiem, co mają wspólnego gwiazdy ze spaniem, poza tym, że jak się je widzi, to trzeba iść spać.
Znowu dostałem spojrzenie pełne politowania.
- Koordynaty astronomiczne to położenie względem gwiazd. Na przykład: słońca. Musisz kłaść się tak, żeby grzało futerko jak najdłużej ale nie świeciło w oczy. No i masz to robić dobrze przez sen. Nie można się budzić co sześć godzin tylko dlatego, że słońce poszło sobie dalej.
- Nie mam futra.
- To sobie wyrośnij! Jak chcesz drzemać bez futra?
Przez chwilę leżała na boku i lizała sobie brzuszek, jak się okazało: żeby uporządkować futerko, myśli i wykład.
- Kolejna rzecz, to ułożenie. Jak się źle położysz to plecy bolą.
Robiło się ciekawie... często budzę się jak połamany, może dowiem się jak Koty osiągają tę swoją słynną elastyczność. Tym razem Pumianna zaczęła demonstrować: wstała i pokazywała co i jak.
- Przede wszystkim nie kładź się nigdy na rzeczach wypukłych, bo sobie plecy rozciągniesz. Szukaj dołków. - usiadła mi na brzuchu, gdzie z racji mojej pozycji miałem dołek. Wpasowała się od pierwszego razu i kontynuowała - Jak chcesz myśleć przez sen, to układasz się z głową podpartą wyżej, ale nie przyciskaj łapek. Jeśli bolą cię kości albo spuchniesz od pogody, kładź się z głową niżej. Kiedy po prostu chcesz sobie podrzemać dla sztuki i wprawy, zwiń się w kłębek. Układasz się okręcając, żeby ułożyć futerko wzdłuż włosa, bo inaczej uwiera. Nigdy nie wypuszczaj ogonka, bo cię byle co obudzi. Ogonek ma być przy nosie, ewentualnie przy policzkach. A łapki trzeba trzymać razem.
Korciło mnie, żeby zapytać, jak spać, jeśli się nie ma ogonka... ale według kociej teorii to chyba niemożliwe.
Przemaszerowała mi na nogi. Udeptała koc i wyciągnęła się wygodnie patrząc mi w oczy.
- W tym wszystkim nie wolno pominąć kwestii kompozycyjnych.
- To znaczy? - trochę mnie zaskoczyła. Sztuki plastyczne i drzemka?
- Masz wyglądać słodko i elegancko, bo inaczej każdy cię obudzi przy byle okazji. Trzeba spać tak, żeby budzenie cię wyglądało jak świętokradztwo. No i...
Urwała w pół słowa. Z sypialni dobiegło znajome szuranie pazurami po parkiecie. Przyszła Nana, która najwyraźniej postanowiła zmienić łóżeczko, ale po drodze ucieszyła się na nasz widok.
Nanułkowa radość objawia się tak, jak zwykle u psów: lizaniem. Liznęła mnie w rękę po czym z rozmachem przejechała różowym językiem po Pumowej łopatce, policzku, nosie, oku, uchu i czubku głowy. Kotka omal nie udławiła się językiem. A Nanusia z radości wsadziła w nią nos, bo przyjemnie wsadza się nos w ciepłe, miękkie kocie futerko... A ponieważ zrobiła to z entuzjazmem - Pumiasta spadła mi z kolan na fotel.
- Co robicie? - zapytała psina merdając powitalnie.
- Rozmawiamy o drzemce. - wyjaśniłem drapiąc ją po uszach.
- O tym, jak to robić właściwie! - wyjaśniła Puma wyłażąc mi na kolana.
- O! Fajnie! - ucieszyła się Nanka. Temat spania idealnie odpowiada jej zainteresowaniom.
- Ja to robię tak... - oświadczyła, po czym przewróciła się na bok, wsadziła nos w koc i zasnęła.

Piotr Olszówka

sobota, 13 grudnia 2014

Marcin Pałasz - "Dasz radę, Marcelko!"


KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO BIS

Marcelka niezbyt pali się do pójścia do szkoły. Wciąż trwa jej rehabilitacja po wypadku samochodowym - wprawdzie jakiś czas temu zeszła z wózka i chodzi o jednej kuli a nie o dwóch... ale w szkole wyżywa się na niej Nikola - bardzo nieprzyjemna postać, która uwielbia znęcać się nad Marcelką z powodu jej kuli i prowokować takie sytuacje, żeby Marcelka wychodziła na winną. Do tego tata wyjechał na długi kontrakt do pracy, żeby spłacić koszty leczenia Marcelki, mama jest smutna i zmęczona... i właściwie nie ma kolegów.
Pewnego dnia ciocia przyniosła znalezionego szczeniaka, mama jednak nie zgodziła się na zatrzymanie go - miała dość pracy a nie wierzyła by Marcelka podołała obowiązkom. Marcelkę na dłuższy czas wprowadziło to w przygnębienie... jednak podczas sesji rehabilitacyjnej doktor uświadomił mamie, że codzienne zabawy z psem i dbanie o niego to dokładnie to, czego dziewczynce potrzeba najbardziej.
I tak w domu pojawiła się Rozrabiak. I wszystko się zmienia a Marcelka nieoczekiwanie odkrywa jaka jest silna...

Książki Marcina Pałasza adresowane do dzieci mają w sobie pewien rodzaj ciepła i humoru, który bardzo mocno przemawia do uczuć. A urocze ilustracje Katarzyny Sadowskiej jeszcze wzmacniają ten efekt. Blisko tej opowieści do świata Muminków, Czerwcowego Wzgórza i Bullerbyn, chociaż dzieje się gdzieś na polskim osiedlu, w zwyczajnej rodzinie i zwykłym mieście.
Ale kto powiedział, że o rzeczach zwyczajnych nie da się opowiedzieć czegoś zasługującego na niezwykłą uwagę?

(POL)





niedziela, 23 listopada 2014

Marcin Pałasz i Elf "Chciałbym mieć psa" *

Książka dostarczona przez Wydawnictwo Skrzat

Kiedy mam zrecenzować tę książkę, uporczywie przypomina mi się historia, która niedawno usłyszałem: do starszego człowieka, który niedawno stracił pieska podeszła mniej więcej dziesięcioletnia dziewczynka z półtoramiesięcznym szczeniaczkiem i poprosiła go, żeby się zaopiekował psinką. Dostała szczeniaka na mikołajki ale "tata się nie zgodził". Piesek miał szczęście - trafił w dziurę po poprzednim psie, dostał imię Mikołaj i dożył pięknego wieku 19 lat.
Co tu komentować? Ojca bez serca? Nieodpowiedzialnego darczyńcę?
"Chciałbym mieć psa" to książka na ten temat, napisana przez Marcina Pałasza na spółkę z Elfem. Elf przybliża rozmaite psie problemy widziane z perspektywy 4 łap - w stylu Elficznym czyli zabawnie i jasno.
Książka zawiera też całkiem przydatne rady Psiej Matki.
Polecam ją serdecznie bo człowiek wtedy jest człowiekiem, kiedy po ludzku traktuje innych - a Elfie rozmyślania bardzo pomagają się tego nauczyć.
Elfa lubię, chociaż panoszy się u swoich ludzi jak kot a tego bym nie zniósł. Mnie wystarczy Pumiasta do panoszenia się, Nana jest od robienia słodkich oczek.
Ale co ja będę komuś życie z psem urządzał? Kochać psa i głaskać nasze Elfy, ale już!

wtorek, 2 września 2014

Jak odróżniam wakacje od czegoś innego? - Piotr Olszówka

Wakacje i urlopy to sprawa śmiertelnie poważna i biada temu, kto traktuje je lekko. Potrafią się zemścić okrutnie za niedocenianie... Ale aby docenić, trzeba najpierw rozpoznać. No i nikt nie może opowiedzieć o swoich wakacjach, dopóki nie ma pewności, że dwa tygodnie laby nad morzem to były wakacje a nie konferencja szkoleniowa na temat wpływu piasku na zgrzytanie zębów. To, co robię w czasie wakacji nie jest ani w połowie tak ważną kwestią, jak określenie: kiedy właściwie mam te wakacje i czy to już?
Od wielu lat mam taki kłopot, bowiem pracuję na własny rachunek w czasie całkiem nienormowanym, nienormalnym a czasami ponadnormatywnym. Dlatego fakt, że w danym dniu nic nie robię, nie oznacza wakacji, bo równie dobrze może okazać się bezrobociem. W poszukiwaniu należycie dokładnego systemu rozpoznawania sięgnąłem na półkę z literaturą historyczną. W albumie poświęconym jednemu z wileńskich fotografów działających ponad wiek temu znalazłem wskazówkę pod jednym ze zdjęć: "odświętne ubrania dzieci wskazują że to niedziela a bose nogi - że lato i wakacje". Niestety autorytet badacza dawnych dziejów na nic mi się nie zdał. Niedziela mnie nie interesuje bo badam problem wakacji... a boso łażę zazwyczaj, również przy pracy, o ile tylko nie trafi mi się sytuacja garniturowa. Nawet, jeśli jestem na bosaka i nic nie robię, to nadal nie mogę w ten sposób rozstrzygnąć, czy to urlop czy bezrobocie.
Z pomocą w takich trudnych kwestiach przychodzi mi zazwyczaj zestaw urządzeń pomiarowych przenoszonych przez Pumę i Nanę, czyli np. kotolokalizator czy O.G.O.N. Otóż, jeśli siedzę przy biurku, znoszę jajko z niecierpliwości i nic nie robię, bo na rękach leży mi Puma, to znaczy, że czas oddania pilnej pracy nadchodzi wielkimi krokami. Z kolei intensywna praca terenowa systemu O.G.O.N. zainstalowanego na Nanie (mniej więcej z tyłu pieska) wskazuje, że znajduję się razem z nosicielką systemu w miejscu o wysokiej atrakcyjności (bo jakbym tam był bez niej, to nie widziałbym pracy urządzenia) co pozwala przypuszczać, że trwa właśnie aktywna część wakacji. System U.C.H.O. ustawiony w pozycji roboczej, w połączeniu z inteligentnym spojrzeniem Nanusi (wyrażającym nadzieję na małe conieco) i rytmicznym wachlowaniem urządzenia O.G.O.N. pozwala rozpoznać chwilę deseru... a jeśli takie zachowania psiwskaźników widzę na dworze, to znaczy, że jestem na pikniku. Jeżeli jednak czuję pod sobą trawę, na sobie słońce, przy sobie psie futerko a do tego nie widzę żadnego psiwskaźnika - to znaczy, że razem z Nanusią znajduję się z zamkniętymi oczami w pozycji LB czyli leżę bykiem, co oznacza najwyższą formę wakacji... czego sobie i Wam życzę.

(POL)

ps. O.G.O.N. - Organ Generujący Ogólny Nastrój - wielofunkcyjny system wbudowany w psa, służący m.in. do strącania ze stolika drobiazgów i zamiatania kota.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Czar zapachów - Piotr Olszówka, Nana





Zachciało mi się kawy przy pracy. Kiedy przechodziłem przez drugi pokój, Nana przewróciła się brzuszkiem do góry i z miną absolutnie bezbronną zawołała:
- Nie bij mnie! Jestem malutka!
Kamień by się popłakał na ten widok. Nogi pode mną zmiękły i klapnąłem obok na dywan. Zgodnie z psimi zasadami powinienem ją polizać po mordce i piszczeć ale nie zszedłem aż tak na psy. Dlatego posmerałem biedną psinę po gardełku i spróbowałem uspokoić:
- Przecież wszystko jest w porządku, jesteś w domu, nikt cię tu nie skrzywdzi...
- A kto mnie tak okrutnie wykąpał? - popatrzyła z wyrzutem.
Nie ja, ale nie zamierzałem uciekać od odpowiedzialności. Ostatecznie pilnowałem, żeby nie uciekła z kabiny prysznicowej...
- Nie trzeba było tarzać się w krecie. Albo mogłaś znaleźć takiego świeżego... Musieliśmy cię wykąpać. Okropnie śmierdziałaś.
- Wcale nie śmierdziałam. To były perfumy. Przecież nie mogę być taka nieatrakcyjna... - Zmieniła pozycję na bardziej kokieteryjną - To był Naturalny Zapach Polny.
- No... ale w zbyt dużym stężeniu. - Nie chciałem sugerować jej, że nie tolerujemy jej gustu.
- E, tam w za dużym. - Nana poczuła się pewniej i postanowiła polemizować.



Dla podkreślenia wagi swoich argumentów wierciła się przez chwilę leżąc na plecach. - Nie macie węchu.
- Niestety mamy. I bardzo tego pożałowaliśmy. Samego kreta jakoś z trudem można było przez chwilę wytrzymać, ale jak dołożyłaś do niego te gnijące bagienne rośliny z potoku, to już było za dużo.
- To element tonizujący. Letnia Trzcina. Bez żadnej chemii ani konserwantów. Naturalny i trwały. - nadal kokosiła sie na plecach. Samo wspomnienie tych wszystkich perfum ją podkręciło.
- Dało się zauważyć, że trwały. Praliśmy koc z samochodu a i tak zalatuje.
- To po co praliście?
- Żeby nie zalatywał. Okropnie śmierdział... bagienko zmieszane z ze zdechłym kretem... na mokrym psie... ledwie dojechałem do domu.



- Wcale nie. To był bardzo atrakcyjny zapach. Wiesz, że pieski na osiedlu nie mogą tak pachnieć? Wszystkie by mi zazdrościły! A wy to zepsuliście...
- Pieski mogą sobie pachnieć jak chcą...
- No właśnie nie mogą! Wykąpaliście mnie! To jak mam sobie pachnieć? Szamponem? - Wpadła mi w słowo i aż kichnęła na samo wspomnienie.
- ... dopókie nie przeszkadzają innym.
- Mój zapach nikomu nie przeszkadzał. I na pewno spodobałby się wszystkim w promieniu kilometra.
Było całkiem możliwe, że w promieniu kilometra wyczułby ją każdy pies a nas kląłby każdy człowiek w kamienicy i okolicy.
- Nanusia... - pogłaskałem psie ucho - okropnie śmierdziałaś. Nie dało się tego wytrzymać.



- To nie mogę używać perfum? - przybrała zasmucony wyraz uszu - A Ilonka może?
- Ilonka nigdy nie wytarzała się w gnojówce. Ani w nadgniłym bażancie.
To ostatnie zdanie było całkowicie niepotrzebne. Nana przypomniała sobie swój największy zapachowy wyczyn sprzed dwóch lat. Zrobiła całkiem nieprzytomne z zachwytu oczy i z lubością zaczęła tarzać się po dywanie. Pogłaskałem ją po brzuszku żeby oprzytomniała.
- Myślisz, że ten bażant jeszcze tam jest?
- NIE!!!!!



wtorek, 7 stycznia 2014

Fizyka Psa - Poczucie prawa i porządku - Piotr Olszówka


Ludzie na ogół nie myślą o tym, że zwierzęta mają bardzo stanowcze poglądy polityczne. Nie chodzi tu o angażowanie się po stronie jakiejś konkretnej partii ale o zasady, których zwierzęta bezwzględnie przestrzegają. Na przykład każdy naprawdę duży rekin jest zwolennikiem wolnego rynku a sęp – nihilistą. Natomiast każdy kot jest zwolennikiem teokracji, bo za jedynego istniejącego Boga uważa sam siebie.
Pies jest monarchistą - za władcę absolutnego uważa szefa swojego stada a inni dla niego nie istnieją.
Oznacza to, że pies zgodzi się z każdym naszym działaniem, dopóki nie zwątpi w naszą pozycję. Problem polega na tym, że zwątpi bardzo szybko, jeśli będziemy zachowywać się głupio.
Rozważmy to na przykładzie popularnego modelu psa zaczepno-obronnego, który wyróżnia się sposobem działania: on zaczepia a pan musi bronić.
Możemy pozwalać mu na zaczepki, ale wówczas będziemy kłócić się z zaczepionymi ludźmi lub gryźć z zaczepionymi psami, co przysparza czasem problemów.
Pilnowanie prawa i porządku w psim wykonaniu oznacza reagowanie na zmiany: trzeba obszczekać samochód Zieleni Miejskiej, który wczoraj nie stał na trawniku a dzisiaj stoi, powarczeć na żołnierza, który znienacka zaczął pilnować bramy do jednostki i obsikać worek ze śmieciami zostawiony przez kogoś na chodniku. No i oczywiście trzeba zasygnalizować, że mały chłopiec z wielkim plecakiem jest czymś, co zasługuje na psią i pańską interwencję, ponieważ na widok pieska ucieka na płot zamiast głaskać.
Inaczej mówiąc: pies czuje się odpowiedzialny za wyłapanie zmian – ale to my mamy ocenić, czy one są do przyjęcia, inaczej sam się zajmie oceną... z czysto psiego punktu widzenia.
Dlatego sami musimy trzymać się praw, jakie wpajamy psu... bo inaczej pokażemy mu, że można je naruszać. A w tej sytuacji lepiej, żeby były to prawa mądre - wówczas pies będzie starał się robić karierę w naszym domowych stadzie zgodnie z nimi a nawet osobiście ich dopilnuje.
Nana dostarczyła mi idealnego przykładu takiego psiego podejścia do kariery już na początku naszej znajomości. Zdecydowaliśmy, że z wielu powodów nie wolno jej włazić nam do łóżka – dozwolone było tylko zaglądanie na dzień dobry, bo i tak musiała nas rano polizać. Trzeciego dnia naszej znajomości musieliśmy iść na duże zakupy. Psina została sama w domu na 4 godziny. Po naszym powrocie posiusiała się z radości, że jednak jej nie porzuciliśmy... a kiedy spojrzeliśmy na łóżko – był tam odcisk psa... wzdłuż szeregu ułożonych równo kapci i butów, którymi otoczyła się dla zapewnienia sobie naszego zapachu. Najwyraźniej bała się skutków naruszenia zakazu, bo próbowała przekonać nas merdaniem ogonka, że wszystko jest w porządku. Przez cały następny tydzień nie właziła na łóżko, podczas porannych powitań i ceremonii stawiała na nim najwyżej dwie łapki. Po tygodniu jednak znowu została sama na kilka godzin. Kiedy wróciłem – na naszym łóżku leżało jej posłanie, które sama sobie wciągnęła.
Formalnie rzecz biorąc – nie spała w naszym łóżku a zatem nie naruszyła zakazu.

czwartek, 26 grudnia 2013

Kartki świąteczne - Piotr Olszówka


W mojej pracy bardzo dużo zależy od uporządkowania i systematyczności, dlatego staram się prowadzić regularny tryb życia. Po śniadaniu wychodzę z Nanusią, jakieś zakupy i drobiazgi załatwiam później szybko i sprawnie a potem biorę się do pracy. Tyle teoria... a praktyka...
Tym razem w drobiazgach znalazła się gruba koperta z napisem UNICEF.
Kiedyś coś wpłaciłem na ich konto i od tamtej pory co rok dostaję paczkę kartek świątecznych... i prośbę o wsparcie. Czasami wspieram.
Oglądałem kartki przy biurku i już miałem się wziąć do pilnej ilustracji, kiedy usłyszałem szuranie pazurków po parkiecie. Nana zaraz po obudzeniu wygląda, wydaje dźwięki i zachowuje się niczym dobrze zadomowiony bambosz, chociaż normalnie jest pieskiem zgrabnym i ruchliwym.
Siadła, spojrzała mi w oczy z wyrazem niezwykle pobudzonej inteligencji i zapytała:
- Dostanę kawałek tego ciasteczka? Chociaż malutki...
Spojrzałem na nią z wyżyn mojego fotela, czyli mniej więcej tak, jakby Jagiełło z pomnika grunwaldzkiego zerknął na przedszkolaka.
- To nie jest ciasteczko. A poza tym dopiero co jadłaś.
- Ale jestem puściutka! - wywróciła się na plecy i pokazała brzuszek. Brzuszek, nawiasem mówiąc, kulisty jak piłka.
- To wygląda jak balonik.
- I jest tak samo puste w środku! Widzisz? - przewróciła się z boku na bok dla podkreślenia wagi sytuacji.
Ta pokerowa zagrywka skłoniła mnie do blefowania. Delikatnie ją posmerałem po temacie rozmowy.
- Tu wyczuwam psie ciasteczka ze śniadania dwie godziny temu... a to... chyba ten gryzak do czyszczenia zębów... który skończyłaś przed chwilą.
Zwinęła się w kulkę, żeby polizać łapę i ukryć zakłopotanie, po czym sprytnie zmieniła temat:
- To dasz mi to ciasteczko? Chociaż kawałeczek... - zdecydowała się na ustępstwo - ...może być malutki.
- To są kartki na Boże Narodzenie a nie ciasteczko. Tego się nie je. Są papierowe.
- Papier się je.
No tak, Nana już nam udowodniła jadalność papieru... Nieźle odczuliśmy w portfelu skutki jej zainteresowania tekturą malarską. Nie zamierzałem tego odpuścić.
- A pamiętasz, że po zjedzeniu tej tektury musieliśmy zabrać cię do doktora? Pamiętasz jak cię bolał brzuszek i byłaś na diecie?
- Ale na pewno to nie papier mi zaszkodził... zresztą zjadłam go tyle co nic... - Nana opuściła uszy i wyglądała jak aniołek.
- Wymiotowałaś papierem. A zjadłaś go prawie pół metra kwadratowego. - celowo przesadziłem. W tej kwestii wolę utrwalić jej w pamięci moją wersję. - Jak nie pamiętasz, to pojedziemy do doktora i on ci opowie.
- Nie jadę do doktora. Tak bardzo go lubię, że nie będę mu przeszkadzać. - pokręciła się i znowu łakomie spojrzała na kartki.
- To po co one, jak się ich nie je? - w kwestii jedzenia Nana wierzyła tylko w dostawanie smakołyków. Resztę musiałem jej z trudem udowadniać.
- Wysyła się na święta Bożego Narodzenia.
- BożegoNaco?
- To takie bardzo ważne święto. Tak ważne, że w tym dniu zwierzęta mówią ludzkim głosem.
- Głupie jakieś?
- Kto?
- No... te zwierzęta.
- Dlaczego?
- Bo nie mówią, tylko raz do roku. A w ogóle, to co to za jedne?
- Zwierzęta i ludzie to tylko takie rozróżnienie między gatunkami. Na przykład ty i Puma to zwierzęta a ja i Ilonka to ludzie.
- Nieprawda! Jesteśmy jednym stadem! I rozmawiamy bez przerwy a nie raz na rok! - wyglądała jakby miała się rozpłakać, musiałem szybko coś wyjaśnić. Siadłem obok na podłodze.
- Nie marudź, tu chodzi o ogon. Zwierzęta mają ogony a ludzie nie. - pogłaskałem ją po boku.
Powąchała mnie.
- Acha... czyli Gama jest ludziem?
- Nie, przecież jest psem tak jak ty... czyli zwierzęciem.
- Ale nie ma ogonka.
- Ma, tylko malutki.
- E tam... - spojrzała na swoją imponującą chorągiewkę z tyłu - taki ogon, którego nie wdać, w ogóle się nie liczy.
Nana bywa czasami małostkowa. Musiałem wystąpić w obronie Gamy, którą zresztą oboje lubimy.
- Gama merda ogonkiem, czyli go ma. Ludzie nie potrafią merdać. A poza tym ludzie chodzą na dwóch nogach a zwierzęta na czterech.
- Gama chodzi na dwóch. Czasami.
- Czasami to i ty chodzisz na dwóch. Jak zaglądasz do kieszeni albo chcesz ciasteczko.
- To ja wtedy jestem ludziem?
- Nie. Tego nie da się zmienić. Jak się urodzisz pieskiem, to zawsze będziesz pieskiem. No i ogon jest ważny. Ludzie nie maja ogonów. Nie chcesz swojego ogonka?
- No to ja nie chcę być ludziem. A dasz mi teraz ciasteczko?
- Nie mam.
- A te rzeczy na Boże Narodzenie? I o co chodzi z tym nie-mówieniem, skoro my rozmawiamy? - przypomniała sobie po niewczasie. Rozmowa z Naną przypomina zakupy w drogerii: zawsze się po coś wraca przez cały sklep.
- Ludziom często się wydaje, że zwierzęta nie mówią... bo nie używają słów, tylko ogonka, uszu, miny... a ludzie rozmawiają głównie językiem.
- Ja też rozmawiam językiem. Kocham cię. - po tej deklaracji uczuć musiałem wytrzeć ucho.
- No ale większość ludzi nie wie, że pieski mówią.
- Głupi jacyś?
Właściwie to się z nią zgadzałem ale w tak delikatnej materii wolałem nie obniżać powagi własnego gatunku.
- Nie, tylko zajęci. Jak ty jesteś zajęta, to też nie zauważasz, że się do ciebie mówi.
- Wcale nie! Zawsze od razu zauważam!
- To dlaczego muszę cię tyle razy wołać?
- Przychodzę od razu, jak tylko usłyszę.
- A zanim usłyszysz, wołam pięć razy i trzy razy gwiżdżę.
- Bo... czasami jestem strasznie zajęta. A jak mam dużo pracy to nie mogę uważać na wszystko...
Położyła się z nosem schowanym w łapach.
Spojrzałem na zegarek. Rany Boskie, gadam z nią już godzinę... a ja też mam dużo pracy!
- Wielu ludzi też jest bardzo zajętych. I wtedy nie widzą, że pies mówi do nich ogonem. A jak nie widzą, to myślą, że pies nie mówi. I dopiero jak jest wielkie święto, to siadają na chwilę, rozglądają się spokojnie... i widzą, że pies do nich mówi. A Boże Narodzenie to właśnie takie wielkie święto. Dlatego myślą, że pies mówi tylko wtedy.
- To dlaczego ja nic nie wiem o takim święcie? - popatrzyła jak zbity pies.
- Wiesz, tylko nie pamiętasz. Rok temu świętowałaś z nami u mamy. Leżałaś pod stołem, Puma strącała z choinki zabawki a ty objadłaś się jak bąk.
Na sekundę zatopiła się we wspomnieniach z miną bardzo szczęśliwą.
- To teraz dasz mi to świąteczne ciasteczko, żeby uczcić święta!
- To nie ciasteczko, tylko taka wiadomość. Ludzie piszą wiadomości, jeśli nie mogą się zobaczyć na święta.
- A nie mogą nasikać na drzewko?
- A spodnie?
Powąchała moje spodnie. Najwyraźniej doszła do wniosku, że przez spodnie nie można sikać... co mnie ucieszyło. Gdyby pomyślała inaczej, chyba bym się załamał.
- Spodnie tylko przeszkadzają - oświadczyła z miną znawcy.
- Ludzie nie mają futra i marzną - powiedziałem i zauważyłem, że Nana chce mnie poprawić, więc szybko dorzuciłem - i nie mają takiego węchu, jak pies. Mamy dobry wzrok, dlatego wiadomości piszemy tak, żeby czytać wzrokiem a nie nosem.
Zamyśliła się... widziałem, że nie bardzo ogarnia nie-psie sposoby komunikacji. Istniała szansa, że szybko zakończę wyjaśnienia i wreszcie wezmę się do pracy. Nadchodziło południe a ja byłem w lesie z terminami.
- Piszemy wiadomość na takich specjalnych kartkach i wkładamy do czerwonej skrzyneczki a w niej każdy może przeczytać wiadomość dla siebie. - chciałem uniknąć tłumaczenia, jak działa poczta.
- I to są te specjalne kartki?
- Tak.
- I nie można ich zjeść?
- Nie.
- To znaczy, ze nie dostanę ciasteczka? - postanowiła upewnić się w jedynej kwestii, która interesowała ją tak naprawdę.
- Nie. Nie mam ciasteczka.
Wobec takich faktów Nana postawiła iść na swoje posłanie. Odetchnąłem z ulgą. Przysiągłem sobie, że już nigdy nie będę tłumaczył psu zawiłości ludzkich świąt.
Mogłem wziąć się do pracy. Odwróciłem się do monitora.
Na tablecie siedziała Puma vel Pumianna znana również jako Pumiasta albo Pumidło.
- Co tam masz? - zapytała owijając ogonkiem łapy i siadając wygodnie na moim narzędziu pracy.
- Kartki na Boże Narodzenie... - wyszeptałem z cichą rozpaczą i spojrzałem w zielone oczy głębokie jak szmaragdowe studnie.
- Boże Narodzenie? Musisz mi o tym opowiedzieć. - zamruczała asertywnie.
Ano, muszę.


piątek, 20 grudnia 2013

Piotr Olszówka w kuchni, czyli horror surrealistyczny.


Lubię pichcić ale te rzeczy, które robię dobrze, nijak nie pasują do wigilii. Z dań mniej więcej wigilijnych udaje mi się tylko zakalec drożdżowy. A zatem podaję przepis:

Zakalec Drożdżowy:
Robimy ciasto dokładnie tak, jak każdą inną drożdżówkę, ale po wyrośnięciu lekko przygniatamy od góry. Możemy też podczas wypieku na chwilę wyjąć ciasto z piekarnika i potrząsnąć.  Gwarantowany efekt daje też pominięcie drożdży w przepisie.
Dokładna metoda uzyskania zakalca nie ma większego znaczenia, ponieważ i tak nie będziemy tego jedli.

Oprócz zamierzonych wigilijnych specjałów są i takie, które robią się same, zresztą nie tylko na Wigilię.
Jednym z nich jest Pies Nadziewany Mamą.
Składniki:
1 piesek o dużym uroku osobistym i apetycie (czyli każdy)
1 Mama
1 kuchnia Mamy

Sposób przyrządzania: kiedy Mama pójdzie do kuchni, żeby coś ugotować - wpuszczamy za nią pieska. Piesek siada za Mamą i z wielką inteligencją oraz pożądaniem w oczach patrzy jej na plecy lub na ręce. Po kilku minutach Mama nie wytrzymuje i zaczyna napychać Pieska smakołykami, które jej w ręce wpadną, tłumacząc się co chwila: Ja nie mogę wytrzymać jak on się tak patrzy!
Jedyna wada tego przepisu to fakt, że Piesek nigdy nie uzna się za wystarczająco napchanego. Po prostu pieski mogą jeść bez końca a zatem nasze danie nigdy nie będzie gotowe.



Pewną modyfikacją tego przepisu są Znikające Żeberka w Sadełku. Modyfikacja polega na tym, że nie potrzebujemy Mamy i jej kuchni, wystarczymy my sami i Piesek. Również procedura przyrządzania jest o wiele łatwiejsza: po prostu karmimy Pieska normalnie lub z minimalną przesadą, ale za to wyprowadzamy na mocno skrócone spacery, bo mamy przecież mnóstwo pracy. Po kilku dniach żeberka w Piesku udadzą się na emigrację wewnętrzną i trzeba będzie wielu długich terenowych spacerów zanim znowu znajdziemy je w psich boczkach. Dodatkową zaletą przepisu jest mozliwośc zastosowania na ludziach.


Łyżka w Miodzie to coś prostego, co przygotowujemy w sekundę a efekt dostarcza nam przyjemności i satysfakcji przez wiele śniadań.
Składniki:
1 duży słoik miodu
łyżeczka do kawy, najlepiej malutka i elegancka, może być srebrna lub bogato zdobiona.
Sposób przyrządzania:
Słoik miodu stawiamy na stole wśród innych rzeczy przygotowanych do śniadania. Łyżeczkę opieramy na jego brzegu, tak, żeby trzymała się ledwie-ledwie. Po czym zaczynamy śniadanie. Przy pierwszym nieuważnym ruchu łyżeczka wpada do miodu i tonie - i to już wszystko. Dopóki nie skończymy całego słoika miodu - będzie nas cieszyć i rozśmieszać. Efekt można zwielokrotnić używając większej ilości łyżeczek.


Codziennym, prostym i interesującym przepisem jest Kocia Sierść w Maśle.
Składniki:
1 nasza własna kuchnia
1 kostka masła (może być mniej)
1 ciekawski kotek
Sposób przyrządzania:
Wyjmujemy masło i umieszczamy w otwartej maselniczce. Zostawiamy je na chwilę z boku a o resztę zatroszczy się kotek. Gotowe danie podawać ze świeżym chlebem i ziołami oraz wędliną i serem.


Smacznego!