Moja książka - "Elf i pierwsza gwiazdka" Marcina Pałasza. Po pierwsze kocham książki o Elfie, po drugie moim zdaniem mamy bardzo mało dobrej, mądrej literatury dla starszych dzieci i młodzieży.
Grażyna Strumiłowska
Książka zamiast Kwiatka jest stroną promującą polską literaturę, na której zamieszczane są informacje o książkach, recenzje, wywiady z autorami, informacje o nich, zdjęcia.
Strony
- Aktualności
- Kontakt
- O Kawiarence
- KZK na Facebooku
- Opowieści z Kraśnika
- Kawa z Iwoną
- Wywiady
- Konkursy
- Zwierzaki
- Pięć Pytań Do Pisarza
- Czat z Autorami
- Z opowieściami pod górkę
- Osiem zdań...
- Wydawcy
- Pisarze gotują
- Patronaty
- Ranking redaktorów - najlepsze książki miesiąca
- Czytane Kotem. I nie tylko...
- Księgarenka
- Czas relaksu, relaksu...
- Recenzje
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 4 stycznia 2015
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Pisane psem i kotem - Teoria drzemki (Piotr Olszówka)
Spojrzałem
na podłogę. W tej samej chwili Pumiasta wskoczyła mi na nogi.
Nauczony doświadczeniem wiedziałem, że od tej chwili może się
wydarzyć wszystko... może za wyjątkiem spokojnego czytania. Z
lekką rezygnacją spojrzałem w szmaragdowe oczy.
-
Drzemiesz? - zapytała.
-
Nie. Pracuję.
-
Akurat tak, chociaż z tobą to może się już nie udać. -
wyjaśniłem bez wielkiej nadziei na przekonanie kotki.
Przespacerowała po mnie, minęła książkę i "przypadkowo"
strąciła notes na podłogę. Spojrzała mi w oczy z bliska.
-
Według mnie, to coś udajesz, żeby się przespać. Ale słabo
udajesz. I źle się zabierasz do rzeczy.
-
Kiedy to stałaś się specjalistą od pracy?
-
A co to takiego? - kocie oczy powiększyły się do rozmiarów
dwuzłotówki - Zresztą... nieważne.
Podreptała
po mnie wzdłuż i wszerz, okręciła się, przejechała mi ogonem po
oczach.
-
A nie mówiłam? Już zamykasz oczy!
Kłopot
z kotami polega na tym, że zawsze mają rację. I to nie jest
sarkazm. One po prostu obserwują i wiedzą więcej od nas. Mimo
wszystko otworzyłem powieki. Książka dawno spadła na bok - nie da
się czytać z kotem jako zakładką. Pumianna tymczasem deptała mi
po brzuchu.
-
Znowu mnie leczysz?
Powiedziała
to kocica, która nie wysiedzi sama pół godziny i wszędzie łazi
za nami jak uzależniona. Pumowa arogancja ma zapewne czemuś
służyć... może dodaje jej pewności siebie? Ale czy Kot, który
ujeździł psa, potrzebuje więcej pewności siebie? Koty są
tajemnicą dla ludzi, a kocie kobiety na zawsze będą tajemnicą dla
wszystkich facetów, nie tylko tych na czterech łapach.
-
No to co robisz? - zapytałem
-
Prześpię się trochę. Ty i tak nie robisz nic ważnego.
No
jasne. Nie pamiętam, żeby Kot przyznał, że jakaś ludzka czynność
jest ważniejsza od Jego drzemki.
Usiadła
i rozpoczęła Staranne Lizanie Własnej Łapki Przedniej - z
zaangażowaniem zasługującym na pisanie z wielkiej litery.
Postanowiłem
powalczyć o prawo do pracy.
-
Robię coś ważnego. Czytanie to część mojego zawodu.
Położyła
mi łapkę na ustach. Spojrzała z góry.
-
Drzemka jest częścią MOJEGO zawodu. Ważną.
Poczekałem
chwilę. Zabrała puchatą kończynę i znowu zaczęła ją lizać.
-
No to się zdrzemnij. Możesz spać na mnie, jak chcesz, nie muszę
się bardzo ruszać przy czytaniu.
-
Możesz się zwinąć, wsadzić nos w ogon i spać.
Spojrzała
tak, że ciarki mi przeszły po plecach.
-
CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ? ŻE TO TYLE?
-
Jak dla mnie tak to właśnie wygląda...
Chyba
nie mogłem zrobić niczego więcej, żeby stracić twarz.
Położyła
mi się na klacie, wyciągnięta tak, żeby zablokować moje ręce.
Westchnęła... co brzmiało jak skrzyżowanie zipnięcia i odgłosów parowozu.
-
Okej... chyba muszę wytłumaczyć ci podstawy... chociaż to chyba
strata czasu... ale koty mają pewne obowiązki wobec świata.
Widziałem
tylko jedno stworzenie lekceważące pojęcie obowiązku bardziej niż
Pumiasta... i to też był kot. Musze przyznać, że zaintrygowała
mnie swoją zapowiedzią. Zamieniłem się w słuch. Książki,
notesy, recenzje i praca itd zeszły sobie nie tyle na plan dalszy,
co na podłogę ale w starciu z Pumianną i tak nie miały wielkich
szans.
-
Po pierwsze: czas. - spojrzała w okno oceniając porę.
-
Zauważyłem, że śpisz cały czas. - zaryzykowałem.
-
Uważaj, jak wyjdziesz z domu, bo z takim zauważaniem pies cię przejedzie. - odparowała - Spać trzeba we właściwej porze. Nie możesz
spać, kiedy na parapecie siedzi gołąb, jak Nana wróci ze spaceru
i przyniesie wiadomości na futrze, jak okno jest otwarte... Jeśli
chcesz się zdrzemnąć - musisz wybrać moment, kiedy nic cię nie
obudzi i nie masz nic do roboty. To nie może być noc, bo noc jest
do łażenia po dziurach a nie do drzemki. Właściwie... - Puma
spojrzała w okno z wyrazem pewnego zamyślenia - nie ma prostej
recepty na odpowiedni czas. To trzeba wyczuć. Ale żeby wyczuwać -
trzeba trenować codziennie przez wiele godzin.
-
Niezależnie od wyczucia chwili... wiesz, to się nazywa "timing"...
- pouczyła mnie - musisz opanować odruchowe i precyzyjne chwytanie
koordynat astronomicznych.
No
ładnie. Kocica-astronom mi się trafiła...
-
Możesz to wyjaśnić? - zapytałem - Nie wiem, co mają wspólnego
gwiazdy ze spaniem, poza tym, że jak się je widzi, to trzeba iść
spać.
Znowu
dostałem spojrzenie pełne politowania.
-
Koordynaty astronomiczne to położenie względem gwiazd. Na
przykład: słońca. Musisz kłaść się tak, żeby grzało futerko
jak najdłużej ale nie świeciło w oczy. No i masz to robić dobrze
przez sen. Nie można się budzić co sześć godzin tylko dlatego,
że słońce poszło sobie dalej.
-
Nie mam futra.
Przez
chwilę leżała na boku i lizała sobie brzuszek, jak się okazało:
żeby uporządkować futerko, myśli i wykład.
-
Kolejna rzecz, to ułożenie. Jak się źle położysz to plecy bolą.
Robiło
się ciekawie... często budzę się jak połamany, może dowiem się
jak Koty osiągają tę swoją słynną elastyczność. Tym razem
Pumianna zaczęła demonstrować: wstała i pokazywała co i jak.
Przemaszerowała
mi na nogi. Udeptała koc i wyciągnęła się wygodnie patrząc mi w
oczy.
-
W tym wszystkim nie wolno pominąć kwestii kompozycyjnych.
-
Masz wyglądać słodko i elegancko, bo inaczej każdy cię obudzi
przy byle okazji. Trzeba spać tak, żeby budzenie cię wyglądało
jak świętokradztwo. No i...
Urwała
w pół słowa. Z sypialni dobiegło znajome szuranie pazurami po
parkiecie. Przyszła Nana, która najwyraźniej postanowiła zmienić
łóżeczko, ale po drodze ucieszyła się na nasz widok.
-
Co robicie? - zapytała psina merdając powitalnie.
-
Rozmawiamy o drzemce. - wyjaśniłem drapiąc ją po uszach.
-
O! Fajnie! - ucieszyła się Nanka. Temat spania idealnie odpowiada
jej zainteresowaniom.
-
Ja to robię tak... - oświadczyła, po czym przewróciła się na
bok, wsadziła nos w koc i zasnęła.
Piotr Olszówka
sobota, 13 grudnia 2014
Marcin Pałasz - "Dasz radę, Marcelko!"
Marcelka niezbyt pali się do pójścia do szkoły. Wciąż trwa jej rehabilitacja po wypadku samochodowym - wprawdzie jakiś czas temu zeszła z wózka i chodzi o jednej kuli a nie o dwóch... ale w szkole wyżywa się na niej Nikola - bardzo nieprzyjemna postać, która uwielbia znęcać się nad Marcelką z powodu jej kuli i prowokować takie sytuacje, żeby Marcelka wychodziła na winną. Do tego tata wyjechał na długi kontrakt do pracy, żeby spłacić koszty leczenia Marcelki, mama jest smutna i zmęczona... i właściwie nie ma kolegów.
Pewnego dnia ciocia przyniosła znalezionego szczeniaka, mama jednak nie zgodziła się na zatrzymanie go - miała dość pracy a nie wierzyła by Marcelka podołała obowiązkom. Marcelkę na dłuższy czas wprowadziło to w przygnębienie... jednak podczas sesji rehabilitacyjnej doktor uświadomił mamie, że codzienne zabawy z psem i dbanie o niego to dokładnie to, czego dziewczynce potrzeba najbardziej.
I tak w domu pojawiła się Rozrabiak. I wszystko się zmienia a Marcelka nieoczekiwanie odkrywa jaka jest silna...
Książki Marcina Pałasza adresowane do dzieci mają w sobie pewien rodzaj ciepła i humoru, który bardzo mocno przemawia do uczuć. A urocze ilustracje Katarzyny Sadowskiej jeszcze wzmacniają ten efekt. Blisko tej opowieści do świata Muminków, Czerwcowego Wzgórza i Bullerbyn, chociaż dzieje się gdzieś na polskim osiedlu, w zwyczajnej rodzinie i zwykłym mieście.
Ale kto powiedział, że o rzeczach zwyczajnych nie da się opowiedzieć czegoś zasługującego na niezwykłą uwagę?
(POL)
czwartek, 4 grudnia 2014
Marcin Pałasz "Elf i pierwsza gwiazdka" *
Książka dostarczona przez Wydawnictwo Skrzat
Co się dzieje, kiedy do rodzinnego domu przybywa po raz pierwszy Elf, tajemnicza kuzynka i dawno nie widziany wujek zdradzający objawy choroby? Do tego przybywa nieoczekiwany wigilijny gość (żeby nie zmarnowac nakrycia dla nieoczekiwanych gości).
Cóż... dzieje się dużo. Aż żal uprzedzać.
Opowieści Marcina Pałasza o Elfie dostarczają niezłej zabawy. osobiście zaelfiłem się odkąd przeczytałem pierwszą.
Wydawać by się mogło, że Pałasz stosuje od lat znaną receptę na historie dla dzieci: fajni bohaterowie, szybkie tempo akcji... a potem zwrot i tempo wzrasta.
Jednakże wszystkie recepty literackie są od dawna znane, sztuka polega na tym, by je zastosować w praktyce.
Kolejne książki o Elfie, Młodym i Dużym czyli psio-ludzkiej rodzinie trzech panów trzymają poziom a kiedy przeczyta się jedną - chce się następnej.
I tylko biednego recenzenta świerzbi klawiatura, bo chciałby coś zaspoilerować.
Ale psucie innym zabawy byłoby nieludzkie, więc wytrzymam.
Powiem tylko, że w tej książce zdarza się kilka wybuchowych niespodzianek i fajerwerki efektów specjalnych.
Bardzo specjalnych - jak specjały kuchni skandynawskiej.
(POL)
niedziela, 23 listopada 2014
Marcin Pałasz i Elf "Chciałbym mieć psa" *
Kiedy mam zrecenzować tę książkę, uporczywie przypomina mi się historia, która niedawno usłyszałem: do starszego człowieka, który niedawno stracił pieska podeszła mniej więcej dziesięcioletnia dziewczynka z półtoramiesięcznym szczeniaczkiem i poprosiła go, żeby się zaopiekował psinką. Dostała szczeniaka na mikołajki ale "tata się nie zgodził". Piesek miał szczęście - trafił w dziurę po poprzednim psie, dostał imię Mikołaj i dożył pięknego wieku 19 lat.
Co tu komentować? Ojca bez serca? Nieodpowiedzialnego darczyńcę?
"Chciałbym mieć psa" to książka na ten temat, napisana przez Marcina Pałasza na spółkę z Elfem. Elf przybliża rozmaite psie problemy widziane z perspektywy 4 łap - w stylu Elficznym czyli zabawnie i jasno.
Książka zawiera też całkiem przydatne rady Psiej Matki.
Polecam ją serdecznie bo człowiek wtedy jest człowiekiem, kiedy po ludzku traktuje innych - a Elfie rozmyślania bardzo pomagają się tego nauczyć.
Elfa lubię, chociaż panoszy się u swoich ludzi jak kot a tego bym nie zniósł. Mnie wystarczy Pumiasta do panoszenia się, Nana jest od robienia słodkich oczek.
Ale co ja będę komuś życie z psem urządzał? Kochać psa i głaskać nasze Elfy, ale już!
wtorek, 21 października 2014
Jesienny pies - Piotr Olszówka
Usłyszałem charakterystyczne szuranie pazurami po parkiecie... Do pracowni wtoczyła się Nana. Potrafi ona wpaść, wejść, wbiec, wskoczyć, wjechać (na dywanie, z Pumą pod brzuchem), wkroczyć, wparować, wleźć... a tym razem się wtoczyła. Klapnęła ciężko na dywanik, oparła melancholijną mordę na łapach i zerknęła na mnie, czy zwracam uwagę na swojego pieska.
Udałem, że nie zwracam.
- Yyyypfffźźźśśśśffff... - westchnęła i podparła się policzkiem na obydwu łapach. Machnęła ogonkiem z boku na bok tak ciężko, jakby był co najmniej z ołowiu.
Nie mogłem dłużej pozostawać obojętny... O tej porze dnia Nanusia śpi w ciemnościach pod kanapą albo leży na plecach na swoim oficjalnym posłaniu. Jeśli w ogóle się ruszyła, to powód był piesko poważny.
- Co się stało, Nanusiu? - odwróciłem się w jej stronę.
W orzechowych oczkach zabłysło coś jakby łza (co nie oznacza smutku ale bardzo uczuciowo wygląda). Opuściła uszy na boki, nabrała nostalgicznego wyglądu i westchnęła znowu:
- Jesień....
- Ano jesień. To źle?
- Tak smutno...
Znałem te objawy. Od czasu do czasu nostalgia jesienna napada i ludzi.
- Mogę w tym pokoju pokazać przynajmniej jedną osobę, która godzinę temu biegała jak glupia i skakała na łeb w każdą kupę suchych liści na alejce.
- Kogo? - Nana obejrzała się na boki...
- Ciebie. Godzinę temu machałaś ogonkiem jak samolot śmigłem. Dziwne, że nie pofrunęłaś. A teraz ci tak strasznie smutno?
Nastawiła uszy w sposób wskazujący na intensywne myślenie.
- Jakoś tak mi się teraz zrobiło smutno. Bo drzewa łysieją... i liście się robią jak amstaffy... - znowu zrobiła minę nostalgiczną a do tego użyła porównania... Psy nie bawią się poezją, sprawa wyglądała poważnie. Ale musiałem coś wyjaśnić.
- Liście jak amstaffy? Takie brązowe i w paski?
- Nie. Takie ciężkie, że spadają z drzew. - sprecyzowała.
Wyglądało to jeszcze poważniej niż na początku. Nana kocha od kilku lat pewnego starszego amstaffa, na jego widok biegnie z daleka piszcząc, tuli uszy, biega wokół na tylnych łapkach i liże go z wielkim zaangażowaniem. Ten pies wygląda jak uosobienie mitu o psie-mordercy, ale przy niej zaczyna skomleć i rozkrochmalać się w bardzo wyrazisty sposób. To dowód potęgi miłości, który zauważają nawet osoby postronne i niezbyt zainteresowane psami. Uczucie Nanusia rozszerzyła na buldogi wszelkich kolorów i rozmiarów, boston-teriery oraz połowę bokserów. Może nie aż tak wylewnie ale wyraźnie woli je od innego towarzystwa.
Musiałem wyjaśnić, czy ten napad poetyckości u Nany wywołała jakaś rewolucja w uczuciach i czy wszystko z nią w porządku.
- Co do amstaffów.... jak tam z twoim ukochanym?
- Słabiej pachnie... - powiedziała tak rozdzierająco, że udzieliła mi odrobiny swojego smutku. Chyba właśnie w tym tkwiła przyczyna jej nastroju... Drążenie tematu mogło pogorszyć sprawę, na szczęście wiedziałem jak zareagować. Skoro ludzkim kobietom zakupy poprawiają nastrój - nie ma powodu, żeby nie pomogły psiej pannie.
- Za godzinę pójdę do sklepu, możemy razem odwiedzić panią Bogusię.
Nana usiadła jak wystrzelona sprężyną. Uwielbia sklepik dla zwierząt i jego właścicielkę. Początkowo podejrzewaliśmy, że to zamiłowanie do artykułów żywnościowych ale od dawna już wiemy, że mamy do czynienia z uczuciem bezinteresownym i głębokim. Nie raz dostawała przysmaczek, który zostawiała na podłodze i pędziła za ladę, żeby się poprzytulać.
- Chodźmy teraz!
- Nie. Najpierw muszę skończyć kilka rzeczy. A potem pójdziemy po owoce i odwiedzimy przy okazji panią Bogusię.
Znowu nastawiła uszy w pozycję MYŚLENIE TWÓRCZE. A potem nagle złożyla uszy, opuściła brwi, pomerdała ogonkiem i przybrała wygląd zaokrąglony i niewinny.
- A mogę dostać to ciasteczko ze stołu? Będzie mi łatwiej poczekać...
- Nie mam ciasteczka. To winogrona. Takie zielone owoce. Nie lubisz ich.
- Skąd wiesz, skoro nie próbowałam?
- Bo próbowałaś. Wczoraj i przedwczoraj. Nie smakowały ci.
- Nie pamiętam. Muszę sprawdzić. - jak zwykle, kiedy w grę wchodziło jedzenie, Nana przybierała coraz inteligentniejszy wyraz. Obecnie wyglądała równie sprytnie jak Lis Witalis. Uznałem, że nie zbiednieję od jednego winogronka polizanego i wyplutego na podłogę, przynajmniej dopóki będę pamiętał, żeby je podnieść i wyrzucić zamiast wdeptać w dywan.
- Siadaj. Masz.
Wzięła owoc w zęby delikatnie... ale już widziałem, że przypomniała sobie wszystkie poprzednie próby zjedzenia winogron.
- Błe. Niedobre. A tobie smakują?
- Ja je lubię. I mają mnóstwo witamin.
- Nie mają. Nie widzę ich.
Już kilka razy poruszaliśmy temat witamin, psina nijak nie może zrozumieć, o co z nimi chodzi.
- Witamin nie widać. Ale są w każdym owocu.
- Wcale nie w każdym. A jak są, to ja je widzę. I jest tylko jedna albo dwie w jednym owocu.
Acha, rozmowa zaczyna być konkretna.
- Nanusiu, a jak wyglądają te witaminy?
- Są takie małe, zielonkawe z dwiema czarnymi kropkami na końcu, wyłażą z dziurki w jabłku i tak się śmiesznie ruszają.
- To są robaczki.
Zmarszczyła czoło.
- A co to za różnica?
- Witaminy to takie coś w rodzaju soku w owocach. Dobre dla zdrowia. Są bardzo różne. Nawet jest taka, która się robi na kocim futerku od słońca.
Zastrzygła uszami. Zamyśliła się i wstała.
- Słabo się czuję od tej jesieni. Chyba potrzebuję witamin. - oświadczyła i energicznie ruszyła do drzwi.
- A ty dokąd? nie wolno ci grzebać w lodówce.
- Wiem. Nie idę do lodówki, bo ona nie zawiera witamin.
- To dokąd?
- Wylizać kota.
wtorek, 2 września 2014
Jak odróżniam wakacje od czegoś innego? - Piotr Olszówka
Wakacje i urlopy to sprawa śmiertelnie poważna i biada temu, kto traktuje je lekko. Potrafią się zemścić okrutnie za niedocenianie... Ale aby docenić, trzeba najpierw rozpoznać. No i nikt nie może opowiedzieć o swoich wakacjach, dopóki nie ma pewności, że dwa tygodnie laby nad morzem to były wakacje a nie konferencja szkoleniowa na temat wpływu piasku na zgrzytanie zębów. To, co robię w czasie wakacji nie jest ani w połowie tak ważną kwestią, jak określenie: kiedy właściwie mam te wakacje i czy to już?
Od wielu lat mam taki kłopot, bowiem pracuję na własny rachunek w czasie całkiem nienormowanym, nienormalnym a czasami ponadnormatywnym. Dlatego fakt, że w danym dniu nic nie robię, nie oznacza wakacji, bo równie dobrze może okazać się bezrobociem. W poszukiwaniu należycie dokładnego systemu rozpoznawania sięgnąłem na półkę z literaturą historyczną. W albumie poświęconym jednemu z wileńskich fotografów działających ponad wiek temu znalazłem wskazówkę pod jednym ze zdjęć: "odświętne ubrania dzieci wskazują że to niedziela a bose nogi - że lato i wakacje". Niestety autorytet badacza dawnych dziejów na nic mi się nie zdał. Niedziela mnie nie interesuje bo badam problem wakacji... a boso łażę zazwyczaj, również przy pracy, o ile tylko nie trafi mi się sytuacja garniturowa. Nawet, jeśli jestem na bosaka i nic nie robię, to nadal nie mogę w ten sposób rozstrzygnąć, czy to urlop czy bezrobocie.
Z pomocą w takich trudnych kwestiach przychodzi mi zazwyczaj zestaw urządzeń pomiarowych przenoszonych przez Pumę i Nanę, czyli np. kotolokalizator czy O.G.O.N. Otóż, jeśli siedzę przy biurku, znoszę jajko z niecierpliwości i nic nie robię, bo na rękach leży mi Puma, to znaczy, że czas oddania pilnej pracy nadchodzi wielkimi krokami. Z kolei intensywna praca terenowa systemu O.G.O.N. zainstalowanego na Nanie (mniej więcej z tyłu pieska) wskazuje, że znajduję się razem z nosicielką systemu w miejscu o wysokiej atrakcyjności (bo jakbym tam był bez niej, to nie widziałbym pracy urządzenia) co pozwala przypuszczać, że trwa właśnie aktywna część wakacji. System U.C.H.O. ustawiony w pozycji roboczej, w połączeniu z inteligentnym spojrzeniem Nanusi (wyrażającym nadzieję na małe conieco) i rytmicznym wachlowaniem urządzenia O.G.O.N. pozwala rozpoznać chwilę deseru... a jeśli takie zachowania psiwskaźników widzę na dworze, to znaczy, że jestem na pikniku. Jeżeli jednak czuję pod sobą trawę, na sobie słońce, przy sobie psie futerko a do tego nie widzę żadnego psiwskaźnika - to znaczy, że razem z Nanusią znajduję się z zamkniętymi oczami w pozycji LB czyli leżę bykiem, co oznacza najwyższą formę wakacji... czego sobie i Wam życzę.

(POL)
ps. O.G.O.N. - Organ Generujący Ogólny Nastrój - wielofunkcyjny system wbudowany w psa, służący m.in. do strącania ze stolika drobiazgów i zamiatania kota.
(POL)
ps. O.G.O.N. - Organ Generujący Ogólny Nastrój - wielofunkcyjny system wbudowany w psa, służący m.in. do strącania ze stolika drobiazgów i zamiatania kota.
środa, 20 sierpnia 2014
SPA dla Psa - Piotr Olszówka
- Chodź tu. - powiedziałem możliwie przyjaznym głosem, co sprawia mi trochę kłopotów, bo dla psa "przyjazne" oznacza "piszczące jak mamusia".
Nana leżała w cieniu iglaków, między płotem z siatki a ich pniaczkami i próbowała wyglądać na absolutnie pochłoniętą relaksem... ale to tylko koty potrafią a nasza psina nigdy nie uczy się na zapas. Zmarnowała wszystkie okazje, kiedy Pumiasta mogła udzielać korepetycji. Teraz jej drobne gierki nie wydawały się odpowiednio wiarygodnie.
- Chodź tu, Nana. Musimy uczesać futerko.
- Ale ja wam nie przeszkadzam. Czeszcie sobie. Ja tylko leżę. - położyła głowę na trawie - O, tutaj sobie leżę.
- Musimy uczesać twoje futerko. Ty i ja. Nie ja i Ilonka.
- Nie, wcale nie musicie, jest śliczne. - polizała się po boku, żeby mnie przekonać. Naturalnie jeden z setki śmieci, które zaplątały się w nią, musiał akurat teraz podrażnić, więc z zapałem zaczęła go gryźć i wyciągać. Jak zwykle zapomniała, co miała udawać.
- Widzisz, masz w futerku śmieci i one ci przeszkadzają.
- A skąd! Nic tam nie mam. - żachnęła się, zwinęła w kulkę i z pasją zaczęła wyciągać coś z ogona.
- A to co takiego?
- A przeszkadza mi coś w ogonku... czepiło się i nie chce wyleźć.
- Chodź, to ci pomogę. Mam ciasteczko.
Wylazła. Położyła się na trawie z westchnieniem i wywaliła brzuszek do słońca. W ogonie siedział sobie patyk, który owinął się na mokro podczas wczorajszego łażenia po krowim wodopoju i tak zasechł. Mogła go wyrwać ale nie wyjąć bez strat w futerku. Wyjąłem go i zacząłem czesać futerko – delikatnie, bo miała prawie tyle rzepów i nasion, ile włosów. A Nana najwyraźniej znowu zapomniała o chowaniu się przed grzebieniem i drzemała na trawie. Trudno jej się dziwić. W naszym małym wynajętym domku było wszystko, czego potrzebowała, łącznie z płotem, zza którego mogła szczekać na obcych i sąsiadami, którzy świetnie wchodzili w tę rolę.
Dzisiaj wyjątkowo nie wybieraliśmy się nigdzie... i chciałem nieco zadbać o jej futro, bo inaczej musiałbym je strzyc po powrocie do Krakowa.
Właśnie wyczesałem dolną połowę psiny i wszystkie łapki, kiedy coś do niej dotarło.
- Miałeś mi dać ciasteczko! - usiadła i spojrzała mi w oczy z wyrazem świeżo obudzonego geniuszu. Dostała je. Najwyraźniej zakończyliśmy dbanie o pieska...
- A czego chciałeś od mojego futerka? Przecież jest takie puszyste i miękkie... - obwąchała sobie chorągiewki przy przednich łapkach.
- Ano jest. - zgodziłem się uprzejmie i pokazałem jej dwa wielkie kłęby patyków, rzepów, cyganek i innego śmiecia wplątanego solidnie w wyczesany podszerstek – Aż dziwne, że to wszystko się zmieściło w takim zadbanym futerku.
- Może ktoś przyniósł. Albo wiatr przywiał. - wyjaśniła. Psy (a szczególnie Nana) niespecjalnie przejmują się przeszłością, zwłaszcza tą kłopotliwą.
- A nie ty przyniosłaś na sobie?
- No co ty, przecież ja dbam o wygląd!
Przypomniałem sobie ostatnie dni i jakoś nie mogłem w to uwierzyć.
- A do krowiego wodopoju wpadłaś przypadkiem?
Pognała do niego jak nawiedzona i celowo wlazła przez najbardziej czarne błoto a potem nie chciała wyjść. I zamiast się wytrzepać – pozwoliła, żeby muł stwardniał w kruszącą się powoli skorupkę, którą z trudem wyczesałem dzisiaj. I to tylko dzięki temu, że sporą jej część już wcześniej wymieniła w zaroślach na patyki i inne roślinne resztki.
Rozstawiła uszy jak anteny i zrobiła zamyśloną minę...
- Nic nie rozumiesz... pewnie dlatego, że nie masz futra.
- Rozumiem, że piesek będzie czysty albo szczęśliwy. W końcu mamy wakacje.
Położyła się z westchnieniem i oparła nos na przednich łapach.
- Myślisz, że się obijam? A wiesz, jaka to ciężka praca? - sapnęła ciężko, najwyraźniej obowiązki ją przygniotły.
- A nad czym tak ciężko pracujesz? Oczywiście poza gonieniem myszy i uciekaniem przed bocianami...
- Nie śmiej się. Musiałam przez te wakacje opracować SPA dla psów. I prawie już skończyłam. Teraz testuję metodę.
- A wiesz, że nie wolno testować na zwierzętach?
Chyba ją wytrąciłem z równowagi tym stwierdzeniem.
- Ale ja nie na zwierzętach, tylko na sobie!
Zdecydowałem, że lepiej nie tłumaczyć jej znowu różnic między ludźmi i zwierzętami. Już kilka razy nie przyjęła ich do wiadomości.
- Nie zauważyłem, żebyś coś specjalnego robiła...
- O, to bardzo dobrze. Znaczy, że metoda działa. - wywaliła zadowolony język – My, psy, nie mamy tyle czasu co ty, musimy dbać o siebie przy normalnej psiej pracy.
- Przez włażenie gdzie popadnie, w co popadnie i byle śmierdziało?
- No wiesz?! Nic nie rozumiesz! - Nie była pewna czy może się oburzać, więc gwałtowny początek zakończyła polizaniem mnie po twarzy i przewróciła się na plecy. Zresztą rozmaitych smrodków nigdy nie uważała za coś niemiłego, nie obrażała się też o aluzje zapachowe.
- No to mi wytłumacz po kolei... Rano tarzasz się po trawie...
- Wcale się nie tarzam! Futerko należy zwilżyć wodą demineralizowaną przed użyciem! Najlepiej tą, co leży rano na trawie...
Zadziwiła mnie. Nie podejrzewałem jej o znajomość słów dłuższych niż czterosylabowe. Ale... rzeczywiście, tarzała się po rosie. Metoda zapowiadała się interesująco.
- A jak się wytarzasz, to zapominasz o wszystkim i lecisz na łąkę... - zasugerowałem następny punkt programu. Spojrzała na mnie tak, jak nigdy nie spojrzałaby na zdechłą mysz... bo myszy (zdechłe) mają dla niej duży potencjał rozwojowy.
- Futerko trzeba lekko podgrzać przed dalszymi etapami ale nie z wierzchu tylko od spodu... Jak mam to zrobić bez biegania? Siebie muszę rozgrzać... no i dosypać środka polerującego włosy na błysk...
- Kurzu z polnej drogi, dobrze rozumiem?
Pomachała ogonem z uznaniem i położyła się w postawie „waruj”, żeby zachować odpowiednio poważny wygląd podczas wykładu.
- Żeby futerko się polerowało na mokro - trzeba biegać i powiewać wszystkim... to się musi ruszać. No i zwilżać w mokrej trawie...
- To dlatego biegasz po łące... a jeśli kopiesz dziurę, to też pomaga polerować futerko?
- Nieee... kopię dziurę, bo potrzebuję kreta albo myszy. No wiesz, drugie danie pierwszego śniadania.
- Ale obsypujesz sobie brzuszek ziemią i błotem!
- No tak. To jest maska mineralna na skórę. Markowa! Nazywa się "Miss Meadow". No wiesz, taka czyszcząca i odżywcza... Jakbyś jeździł brzuchem po błocie to też byś miał taką delikatną skórkę jak ja! - z dumą wywaliła do góry brzuszek lekko pękaty i porośnięty rzadkimi długimi włosami... Spojrzałem. No tak... Jasne. Każdy powinien mieć taki brzuszek. Niekoniecznie własny... ale brzuszek pieska też się liczy. Obiecałem sobie częstsze pokładanie w kałużach.
- No dobra... masz środek polerujący na futerku, polerujesz, zwilżasz, nakładasz maskę mineralną na brzuszek...
- I myszę do brzuszka! - uzupełniła z naciskiem. Nigdy jeszcze nie upolowała myszy w norze, mimo wszystkich sukcesów myśliwskich na powierzchni ziemi.
- I powiedzmy, że masz myszę do brzuszka... ale co to ma wspólnego z tarzaniem się w zdechłym krecie?
- Maska biologiczna "La femme des marais"! - wyjaśniła patrząc z uszami sterczącymi ostro w górę - Od polerowania futerko mogłoby stać się łamliwe!
Wolałem nie pytać o szczegóły. Niektóre rodzaje stosowanych przez nią masek biologicznych przyprawiały mnie o lekki niesmak. Zmieniłem temat.
- A przed bocianem uciekasz dla utrwalenia maski?
- Ja nigdy nie uciekam przed bocianem! - Aż usiadła z oburzenia - A co to jest bocian?
- Ten duży biało-czarny ptak z czerwonym dziobem, przed którym wiałaś wczoraj... i przedwczoraj... i dwa dni temu... Odkąd tu jesteśmy prawie codziennie biegniesz do niego a kiedy startuje - uciekasz.
- A... ten... no... no to po masce biologicznej posypuję futerko maską torfową "Summer Peat". - w zmienianiu tematu Nana była mistrzynią świata. - No wiesz, biegam po suchej drodze przez torfową łąkę, to się samo posypie.
Wiedziałem. Byłem przykurzony na brązowo po każdym przejściu przez pastwisko a Ilonkę złościł nalot na ubraniach sięgający pasa. Nawet pies trzy razy wyższy od Nany miałby na sobie tę borowinę...
- Tylko, że na sucho torf niewiele daje - westchnęła Nana i w zadumie podrapała się za uchem. Coś mi zaświtało.
- To dlatego włazisz do krowiego wodopoju?
- To miejsce jest super! Wiesz, woda ma dodatki roślinne regenerujące cerę, z mnóstwem witamin i mikroelementów!
Woda wyglądała na czystą ale tam, gdzie nasza psina lubiła wleźć, była pokryta rzęsą... ale bardziej zadziwiło mnie biochemiczne wykształcenie u pieska.
- Nanułka, a co to są te mikroelementy i witaminy? - postanowiłem ją wypróbować.
- Witaminy to te zielone listki na wierzchu, nie wiedziałeś? A mikroelementy to sobie pływają przy dnie. Trudno je złapać, bo uciekają jak głupie. A raz widziałam takiego makroelementa ale odpłynął. Miał kolorowe płetwy.
- A ja myślałem, że to ryby...
- Tak też się nazywają? Tyle jest nazw na świecie... i po co aż tyle? - zmarszczyła nos i podjęła wykład - W tej rzece jest też na brzegu i dnie taka doskonała maseczka kosmetyczna... nazywa się "L'odeur de la Boue"... świetnie robi na łapki.
Kiedy wyłaziła z wodopoju, miała łapki pokryte grubą warstwą czarnego mułu z dna. Kiedyś sam tam wlazłem z ciekawości, szukając przeprawy bliższej niż mostek, po którym chodzimy zazwyczaj. Wyglądało to jakbym wlazł boso a wylazł w czarnych "gumowcach" do kolan. Najwyraźniej ja też zrobiłem sobie maseczkę. Nie wiedziałem, że taki ze mnie "kosmetyk"... Ale Nana dorobiła teorię naukową do chlapania się w błocie a to już coś. Na ogół pieski włażą w bagno bez jakichś poważniejszych ambicji.
- Niech zgadnę... jak potem biegasz po wysokiej trawie na pastwisku to robisz sobie masaż?
- No... bo trzeba zebrać nadmiar maseczek i pobudzić krążenie.
Za każdym razem krąży wokół nas, dopóki nie wyjdziemy na drogę i powiewa ogonem. Wygląda na mocno pobudzoną... prawdę powiedziawszy, jak tylko na nią nie patrzymy - podbiega od tyłu i znienacka szczeka. Ktoś obcy mógłby paść na zawał.
- A na drodze odpoczywasz po tym wszystkim?
- Czy ja wyglądam na lenia? - spojrzała z wyrzutem. Zastanowiłem się. Przez większość dnia i całą noc spała na plecach, od czasu do czasu przebierając łapkami i poszczekując. Wygląda na to, że pracowała nawet we śnie.
- Wiem, że cały czas pracujesz. - potwierdziłem, bo szanuję jej prawo do definiowania pracy po psiemu. Pomerdała ogonem i wróciła do wykładu.
- Na drodze trzeba podsuszyć, żeby maska mineralna i biologiczna stwardniały. Potem trzeba je pokruszyć i spłukać.
To wyjaśniało dlaczego po trzystu metrach polnej drogi znowu właziła do rzeki i moczyła się razem z nosem. Proces dbania o futerko wymagał mnóstwa czasu i wysiłku... i pomyśleć, że ludzkie kobiety po prostu idą na godzinę do fryzjera albo kosmetyczki. Nana westchnęła ciężko. Może pomyślała o tym samym, co ja.
- Po spłukaniu muszę futerko powoli wysuszyć przed ostatnią fazą.
Kolejna tajemnica wyjaśniona: bieg po lesie między rzeką i plażą ma sens a machanie ogonkiem i okolicznym futerkiem nie wynika z przypadkowych humorów, tylko ze złożonego procesu kosmetycznego. Pokręciłem głową. Znam Nanę od dwóch lat a nie posądzałem jej o tak skomplikowane strategie. Zawsze wydawało mi się, że biega i wtyka wszędzie nos a życie samo jej się układa.
W tej konkretnej chwili Nana ułożyła się wygodniej na trawce. Na moment podniosła głowę, potem gwałtownie przewróciła się na bok. Poruszyła kilka razy łapkami jakby wykonywała próbę gestykulacji, po czym nagle złapała się za nos. Pokiwała się trochę w tej pozycji sprawdzając czy nos należycie trzyma się swojego miejsca, po czym westchnęła głęboko. Byłem pewien, że zapomniała już o czym rozmawialiśmy, ale znowu mnie zaskoczyła.
- Wiesz jaki ważny jest czas suszenia futerka przed następnym etapem? - podjęła temat dokładnie tam, gdzie przerwała.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Nie mam takiego futerka ale często starannie suszę różne rzeczy.
- Jak za bardzo wyschnie, to nie będzie mięciutkie. - Przerwała, żeby podrapać się po uchu - Powinno być jeszcze troszkę wilgotne. Ale jak będzie mokre, to potem źle się ułoży. Czasem muszę biec, żeby zdążyć.
- Rozumiem... - naprawdę coś zrozumiałem: mianowicie, dlaczego czasami wcale się nie spieszy do morza a kiedy indziej pędzi na przełaj przez zamki z piasku i kocyki pełne plażowiczów depcząc po plecach i torebkach z jedzeniem. Dla ludzi czas to pieniądz a dla Nanusi - czas to futerko.
Milczeliśmy razem przez dłuższą chwilę zanim zapytałem:
- A następny etap?
- Solankowa mineralizacja neptuniczna.
- Co proszę?
Spojrzała na mnie jak bibliotekarz na analfabetę.
- No... muszę ostrożnie zwilżyć futerko wodą morską!
Pokiwałem głową i zapytałem:
- A dlaczego boisz się wody?
Położyła głowę na łapkach.
- Za dużo jej jest. Rzeczy, które się ruszają, nie powinny być takie duże. Konie są za duże. Krowy są za duże.
Mówiła szczerze - kiedy spotkała krowy na drodze, uciekała do najbliższej dziury w płocie.
- No ale krowy są pożyteczne... - spróbowałem ją przekonać - Mała krowa nie mogłaby zrobić dużej kupy...
- Mogłaby się postarać. Wszyscy by tylko szli na łatwiznę. - mimo całego zamiłowania do nie oczyszczonych krowich żołądków oraz zainteresowania dla post-krowich pozostałości na pastwisku Nana nie lubiła zbyt dużych stworzeń. Spróbowałem delikatnie zmienić temat.
- Myślisz, że jak będziesz szczekała na fale, to morze zmaleje? - kiedy dobiegała do wody, pozwalała się opryskać a nawet ochlapać grzbiet ale potem nie właziła głębiej niż do połowy łapek i próbowała ugryźć falę. Pomysł obszczekania morza jeszcze jej nie przyszedł do głowy.
- Jutro spróbuję.
- Jak skończysz z dbaniem o futerko?
Spojrzała na mnie zdumiona aż jej się uszy postawiły.
- Przecież po zaneptunowaniu musi być piaskowanie!
- Co?
- A co ja robię jak wyjdę z morza?
Zawsze tarzała się w piasku jeżdżąc po nim nosem i odpychając się tylnymi łapkami a potem kopała
sobie dołek w najlepszym miejscu w naszym grajdołku i spała przez dwie godziny. Przy okazji wbijała sobie w mokre futerko tyle piachu, że wyglądała jak skorupiak.
- Nic nie robisz.
Aż zipnęła z oburzenie.
- Jak to nic? Muszę zmieścić w futerku co najmniej kilo piasku! Wiesz, jakie to trudne? I wypolerować futerko na mokro, żeby po wysuszeniu została na nim morska sól! I nie mogę się ruszać przy suszeniu bo ją zetrę!
- Przecież i tak zetrzesz sól z futerka, jak wytrzepiesz piasek.
- Wcale nie... jak już się wysuszę to nie trzepię, tylko wywiewam.
- Co robisz?
- Idę na spacer pod wiatr. A wiatr wydmucha ze mnie cały piasek. I wtedy już mam takie miękkie futerko, że aż sama sobie zazdroszczę!
Spojrzałem w notatki robione dyskretnie na boku. Wygląda na to, że Nana poświęcała każdy dzień wakacji na tak skomplikowaną kurację futerkową... i aż pożałowałem psiny.
- Nanusiu, ale przecież na to wydmuchiwanie piasku wybierasz się, jak zaczynamy powoli myśleć o powrocie z plaży. A w drodze znowu się kurzysz i moczysz i włazisz w błoto... i masz je całe w strąkach i paprochach z krzaków. Czyli zadbane futerko masz przez jakieś pół godziny po całym dniu starań.
Złapała się obiema łapkami za nos. Potarła głową o trawę. Westchnęła ciężko, jak hamująca ciężarówka.
- A możesz mi zrobić morze pod domem? Żebym miała je jak wracamy z plaży?
- Mogę – bezczelnie postanowiłem podnieść swój prestiż w psich oczach – ale wtedy może będzie jeszcze większe.
Ten aspekt sprawy najwyraźniej nie przypadł jej do smaku. Nie lubiła powiększania rzeczy
ogromnych.
- Noo... Nie jest łatwo dbać o futerko, jak się jest pieskiem.
Spojrzałem na garści śmiecia wyczesanego z Nanusi. Rzeczywiście, nie było łatwo, zwłaszcza, że uciekała przed grzebieniem jeszcze szybciej niż przed bocianem. Jeśli zrezygnuję z czesania - Nana dorobi się dredów. A ponieważ nie zdradza chęci przyłączenia się do rastafarian, musiałbym ją ostrzyc. To by dopiero była tragedia. Też sobie westchnąłem.
Najwyraźniej moje współczucie poprawiło Nanusiowy stosunek do świata, bo podsumowała:
- Ale i tak mi się udaje. - przewróciła się na plecy - Zobacz, jakie mięciutkie. I tu, przy uszach.
Przy uszach każdy pies ma mięciutkie futerko ale nie chciałem jej dołować.
- Rzeczywiście. - powiedziałem głaszcząc i smerając w poszukiwaniu przegapionych rzepów.
- No widzisz? - pokręciła się z zadowoleniem - wszystko dzięki mojej metodzie "SPA dla Psa"! Zrobiłam się taka atrakcyjna! I w ogóle!
Spojrzała mi w oczy i dodała:
- Jakbyście robili to, co ja to też mielibyście takie śliczne futerka i ogonki!
Wyobraziłem sobie siebie i moją żonę, jak razem z Naną tarzamy się w bagienkach i zdechłych gryzoniach... jak porastamy miękkim dziesięciocentymetrowym futrem... jak wyrastają nam ogony... Pogłaskałem pieska.
- O, tak, Nanusiu. Na pewno. Wszyscy powinni tego spróbować.
Nana leżała w cieniu iglaków, między płotem z siatki a ich pniaczkami i próbowała wyglądać na absolutnie pochłoniętą relaksem... ale to tylko koty potrafią a nasza psina nigdy nie uczy się na zapas. Zmarnowała wszystkie okazje, kiedy Pumiasta mogła udzielać korepetycji. Teraz jej drobne gierki nie wydawały się odpowiednio wiarygodnie.
- Chodź tu, Nana. Musimy uczesać futerko.
- Ale ja wam nie przeszkadzam. Czeszcie sobie. Ja tylko leżę. - położyła głowę na trawie - O, tutaj sobie leżę.
- Musimy uczesać twoje futerko. Ty i ja. Nie ja i Ilonka.
- Nie, wcale nie musicie, jest śliczne. - polizała się po boku, żeby mnie przekonać. Naturalnie jeden z setki śmieci, które zaplątały się w nią, musiał akurat teraz podrażnić, więc z zapałem zaczęła go gryźć i wyciągać. Jak zwykle zapomniała, co miała udawać.
- Widzisz, masz w futerku śmieci i one ci przeszkadzają.
- A skąd! Nic tam nie mam. - żachnęła się, zwinęła w kulkę i z pasją zaczęła wyciągać coś z ogona.
- A to co takiego?
- A przeszkadza mi coś w ogonku... czepiło się i nie chce wyleźć.
- Chodź, to ci pomogę. Mam ciasteczko.
Wylazła. Położyła się na trawie z westchnieniem i wywaliła brzuszek do słońca. W ogonie siedział sobie patyk, który owinął się na mokro podczas wczorajszego łażenia po krowim wodopoju i tak zasechł. Mogła go wyrwać ale nie wyjąć bez strat w futerku. Wyjąłem go i zacząłem czesać futerko – delikatnie, bo miała prawie tyle rzepów i nasion, ile włosów. A Nana najwyraźniej znowu zapomniała o chowaniu się przed grzebieniem i drzemała na trawie. Trudno jej się dziwić. W naszym małym wynajętym domku było wszystko, czego potrzebowała, łącznie z płotem, zza którego mogła szczekać na obcych i sąsiadami, którzy świetnie wchodzili w tę rolę.
Dzisiaj wyjątkowo nie wybieraliśmy się nigdzie... i chciałem nieco zadbać o jej futro, bo inaczej musiałbym je strzyc po powrocie do Krakowa.
Właśnie wyczesałem dolną połowę psiny i wszystkie łapki, kiedy coś do niej dotarło.
- Miałeś mi dać ciasteczko! - usiadła i spojrzała mi w oczy z wyrazem świeżo obudzonego geniuszu. Dostała je. Najwyraźniej zakończyliśmy dbanie o pieska...
- A czego chciałeś od mojego futerka? Przecież jest takie puszyste i miękkie... - obwąchała sobie chorągiewki przy przednich łapkach.
- Ano jest. - zgodziłem się uprzejmie i pokazałem jej dwa wielkie kłęby patyków, rzepów, cyganek i innego śmiecia wplątanego solidnie w wyczesany podszerstek – Aż dziwne, że to wszystko się zmieściło w takim zadbanym futerku.
- Może ktoś przyniósł. Albo wiatr przywiał. - wyjaśniła. Psy (a szczególnie Nana) niespecjalnie przejmują się przeszłością, zwłaszcza tą kłopotliwą.
- No co ty, przecież ja dbam o wygląd!
Przypomniałem sobie ostatnie dni i jakoś nie mogłem w to uwierzyć.
- A do krowiego wodopoju wpadłaś przypadkiem?
Pognała do niego jak nawiedzona i celowo wlazła przez najbardziej czarne błoto a potem nie chciała wyjść. I zamiast się wytrzepać – pozwoliła, żeby muł stwardniał w kruszącą się powoli skorupkę, którą z trudem wyczesałem dzisiaj. I to tylko dzięki temu, że sporą jej część już wcześniej wymieniła w zaroślach na patyki i inne roślinne resztki.
Rozstawiła uszy jak anteny i zrobiła zamyśloną minę...
- Nic nie rozumiesz... pewnie dlatego, że nie masz futra.
- Rozumiem, że piesek będzie czysty albo szczęśliwy. W końcu mamy wakacje.
Położyła się z westchnieniem i oparła nos na przednich łapach.
- Myślisz, że się obijam? A wiesz, jaka to ciężka praca? - sapnęła ciężko, najwyraźniej obowiązki ją przygniotły.
- A nad czym tak ciężko pracujesz? Oczywiście poza gonieniem myszy i uciekaniem przed bocianami...
- Nie śmiej się. Musiałam przez te wakacje opracować SPA dla psów. I prawie już skończyłam. Teraz testuję metodę.
- A wiesz, że nie wolno testować na zwierzętach?
Chyba ją wytrąciłem z równowagi tym stwierdzeniem.
- Ale ja nie na zwierzętach, tylko na sobie!
Zdecydowałem, że lepiej nie tłumaczyć jej znowu różnic między ludźmi i zwierzętami. Już kilka razy nie przyjęła ich do wiadomości.
- Nie zauważyłem, żebyś coś specjalnego robiła...
- O, to bardzo dobrze. Znaczy, że metoda działa. - wywaliła zadowolony język – My, psy, nie mamy tyle czasu co ty, musimy dbać o siebie przy normalnej psiej pracy.
- Przez włażenie gdzie popadnie, w co popadnie i byle śmierdziało?
- No wiesz?! Nic nie rozumiesz! - Nie była pewna czy może się oburzać, więc gwałtowny początek zakończyła polizaniem mnie po twarzy i przewróciła się na plecy. Zresztą rozmaitych smrodków nigdy nie uważała za coś niemiłego, nie obrażała się też o aluzje zapachowe.
- No to mi wytłumacz po kolei... Rano tarzasz się po trawie...
- Wcale się nie tarzam! Futerko należy zwilżyć wodą demineralizowaną przed użyciem! Najlepiej tą, co leży rano na trawie...
Zadziwiła mnie. Nie podejrzewałem jej o znajomość słów dłuższych niż czterosylabowe. Ale... rzeczywiście, tarzała się po rosie. Metoda zapowiadała się interesująco.
- A jak się wytarzasz, to zapominasz o wszystkim i lecisz na łąkę... - zasugerowałem następny punkt programu. Spojrzała na mnie tak, jak nigdy nie spojrzałaby na zdechłą mysz... bo myszy (zdechłe) mają dla niej duży potencjał rozwojowy.
- Futerko trzeba lekko podgrzać przed dalszymi etapami ale nie z wierzchu tylko od spodu... Jak mam to zrobić bez biegania? Siebie muszę rozgrzać... no i dosypać środka polerującego włosy na błysk...
- Kurzu z polnej drogi, dobrze rozumiem?
Pomachała ogonem z uznaniem i położyła się w postawie „waruj”, żeby zachować odpowiednio poważny wygląd podczas wykładu.
- Żeby futerko się polerowało na mokro - trzeba biegać i powiewać wszystkim... to się musi ruszać. No i zwilżać w mokrej trawie...
- To dlatego biegasz po łące... a jeśli kopiesz dziurę, to też pomaga polerować futerko?
- Nieee... kopię dziurę, bo potrzebuję kreta albo myszy. No wiesz, drugie danie pierwszego śniadania.
- Ale obsypujesz sobie brzuszek ziemią i błotem!
- No tak. To jest maska mineralna na skórę. Markowa! Nazywa się "Miss Meadow". No wiesz, taka czyszcząca i odżywcza... Jakbyś jeździł brzuchem po błocie to też byś miał taką delikatną skórkę jak ja! - z dumą wywaliła do góry brzuszek lekko pękaty i porośnięty rzadkimi długimi włosami... Spojrzałem. No tak... Jasne. Każdy powinien mieć taki brzuszek. Niekoniecznie własny... ale brzuszek pieska też się liczy. Obiecałem sobie częstsze pokładanie w kałużach.
- No dobra... masz środek polerujący na futerku, polerujesz, zwilżasz, nakładasz maskę mineralną na brzuszek...
- I myszę do brzuszka! - uzupełniła z naciskiem. Nigdy jeszcze nie upolowała myszy w norze, mimo wszystkich sukcesów myśliwskich na powierzchni ziemi.
- I powiedzmy, że masz myszę do brzuszka... ale co to ma wspólnego z tarzaniem się w zdechłym krecie?
- Maska biologiczna "La femme des marais"! - wyjaśniła patrząc z uszami sterczącymi ostro w górę - Od polerowania futerko mogłoby stać się łamliwe!
Wolałem nie pytać o szczegóły. Niektóre rodzaje stosowanych przez nią masek biologicznych przyprawiały mnie o lekki niesmak. Zmieniłem temat.
- A przed bocianem uciekasz dla utrwalenia maski?
- Ja nigdy nie uciekam przed bocianem! - Aż usiadła z oburzenia - A co to jest bocian?
- Ten duży biało-czarny ptak z czerwonym dziobem, przed którym wiałaś wczoraj... i przedwczoraj... i dwa dni temu... Odkąd tu jesteśmy prawie codziennie biegniesz do niego a kiedy startuje - uciekasz.
- A... ten... no... no to po masce biologicznej posypuję futerko maską torfową "Summer Peat". - w zmienianiu tematu Nana była mistrzynią świata. - No wiesz, biegam po suchej drodze przez torfową łąkę, to się samo posypie.
Wiedziałem. Byłem przykurzony na brązowo po każdym przejściu przez pastwisko a Ilonkę złościł nalot na ubraniach sięgający pasa. Nawet pies trzy razy wyższy od Nany miałby na sobie tę borowinę...
- Tylko, że na sucho torf niewiele daje - westchnęła Nana i w zadumie podrapała się za uchem. Coś mi zaświtało.
- To dlatego włazisz do krowiego wodopoju?
- To miejsce jest super! Wiesz, woda ma dodatki roślinne regenerujące cerę, z mnóstwem witamin i mikroelementów!
Woda wyglądała na czystą ale tam, gdzie nasza psina lubiła wleźć, była pokryta rzęsą... ale bardziej zadziwiło mnie biochemiczne wykształcenie u pieska.
- Nanułka, a co to są te mikroelementy i witaminy? - postanowiłem ją wypróbować.
- Witaminy to te zielone listki na wierzchu, nie wiedziałeś? A mikroelementy to sobie pływają przy dnie. Trudno je złapać, bo uciekają jak głupie. A raz widziałam takiego makroelementa ale odpłynął. Miał kolorowe płetwy.
- A ja myślałem, że to ryby...
- Tak też się nazywają? Tyle jest nazw na świecie... i po co aż tyle? - zmarszczyła nos i podjęła wykład - W tej rzece jest też na brzegu i dnie taka doskonała maseczka kosmetyczna... nazywa się "L'odeur de la Boue"... świetnie robi na łapki.
Kiedy wyłaziła z wodopoju, miała łapki pokryte grubą warstwą czarnego mułu z dna. Kiedyś sam tam wlazłem z ciekawości, szukając przeprawy bliższej niż mostek, po którym chodzimy zazwyczaj. Wyglądało to jakbym wlazł boso a wylazł w czarnych "gumowcach" do kolan. Najwyraźniej ja też zrobiłem sobie maseczkę. Nie wiedziałem, że taki ze mnie "kosmetyk"... Ale Nana dorobiła teorię naukową do chlapania się w błocie a to już coś. Na ogół pieski włażą w bagno bez jakichś poważniejszych ambicji.
- Niech zgadnę... jak potem biegasz po wysokiej trawie na pastwisku to robisz sobie masaż?
- No... bo trzeba zebrać nadmiar maseczek i pobudzić krążenie.
Za każdym razem krąży wokół nas, dopóki nie wyjdziemy na drogę i powiewa ogonem. Wygląda na mocno pobudzoną... prawdę powiedziawszy, jak tylko na nią nie patrzymy - podbiega od tyłu i znienacka szczeka. Ktoś obcy mógłby paść na zawał.
- A na drodze odpoczywasz po tym wszystkim?
- Czy ja wyglądam na lenia? - spojrzała z wyrzutem. Zastanowiłem się. Przez większość dnia i całą noc spała na plecach, od czasu do czasu przebierając łapkami i poszczekując. Wygląda na to, że pracowała nawet we śnie.
- Wiem, że cały czas pracujesz. - potwierdziłem, bo szanuję jej prawo do definiowania pracy po psiemu. Pomerdała ogonem i wróciła do wykładu.
To wyjaśniało dlaczego po trzystu metrach polnej drogi znowu właziła do rzeki i moczyła się razem z nosem. Proces dbania o futerko wymagał mnóstwa czasu i wysiłku... i pomyśleć, że ludzkie kobiety po prostu idą na godzinę do fryzjera albo kosmetyczki. Nana westchnęła ciężko. Może pomyślała o tym samym, co ja.
- Po spłukaniu muszę futerko powoli wysuszyć przed ostatnią fazą.
Kolejna tajemnica wyjaśniona: bieg po lesie między rzeką i plażą ma sens a machanie ogonkiem i okolicznym futerkiem nie wynika z przypadkowych humorów, tylko ze złożonego procesu kosmetycznego. Pokręciłem głową. Znam Nanę od dwóch lat a nie posądzałem jej o tak skomplikowane strategie. Zawsze wydawało mi się, że biega i wtyka wszędzie nos a życie samo jej się układa.
- Wiesz jaki ważny jest czas suszenia futerka przed następnym etapem? - podjęła temat dokładnie tam, gdzie przerwała.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Nie mam takiego futerka ale często starannie suszę różne rzeczy.
- Jak za bardzo wyschnie, to nie będzie mięciutkie. - Przerwała, żeby podrapać się po uchu - Powinno być jeszcze troszkę wilgotne. Ale jak będzie mokre, to potem źle się ułoży. Czasem muszę biec, żeby zdążyć.
Milczeliśmy razem przez dłuższą chwilę zanim zapytałem:
- A następny etap?
- Solankowa mineralizacja neptuniczna.
- Co proszę?
Spojrzała na mnie jak bibliotekarz na analfabetę.
- No... muszę ostrożnie zwilżyć futerko wodą morską!
Pokiwałem głową i zapytałem:
- A dlaczego boisz się wody?
Położyła głowę na łapkach.
- Za dużo jej jest. Rzeczy, które się ruszają, nie powinny być takie duże. Konie są za duże. Krowy są za duże.
Mówiła szczerze - kiedy spotkała krowy na drodze, uciekała do najbliższej dziury w płocie.
- No ale krowy są pożyteczne... - spróbowałem ją przekonać - Mała krowa nie mogłaby zrobić dużej kupy...
- Myślisz, że jak będziesz szczekała na fale, to morze zmaleje? - kiedy dobiegała do wody, pozwalała się opryskać a nawet ochlapać grzbiet ale potem nie właziła głębiej niż do połowy łapek i próbowała ugryźć falę. Pomysł obszczekania morza jeszcze jej nie przyszedł do głowy.
- Jutro spróbuję.
- Jak skończysz z dbaniem o futerko?
Spojrzała na mnie zdumiona aż jej się uszy postawiły.
- Przecież po zaneptunowaniu musi być piaskowanie!
- Co?
- A co ja robię jak wyjdę z morza?
Zawsze tarzała się w piasku jeżdżąc po nim nosem i odpychając się tylnymi łapkami a potem kopała
sobie dołek w najlepszym miejscu w naszym grajdołku i spała przez dwie godziny. Przy okazji wbijała sobie w mokre futerko tyle piachu, że wyglądała jak skorupiak.
Aż zipnęła z oburzenie.
- Jak to nic? Muszę zmieścić w futerku co najmniej kilo piasku! Wiesz, jakie to trudne? I wypolerować futerko na mokro, żeby po wysuszeniu została na nim morska sól! I nie mogę się ruszać przy suszeniu bo ją zetrę!
- Przecież i tak zetrzesz sól z futerka, jak wytrzepiesz piasek.
- Wcale nie... jak już się wysuszę to nie trzepię, tylko wywiewam.
- Co robisz?
- Idę na spacer pod wiatr. A wiatr wydmucha ze mnie cały piasek. I wtedy już mam takie miękkie futerko, że aż sama sobie zazdroszczę!
Spojrzałem w notatki robione dyskretnie na boku. Wygląda na to, że Nana poświęcała każdy dzień wakacji na tak skomplikowaną kurację futerkową... i aż pożałowałem psiny.
Złapała się obiema łapkami za nos. Potarła głową o trawę. Westchnęła ciężko, jak hamująca ciężarówka.
- A możesz mi zrobić morze pod domem? Żebym miała je jak wracamy z plaży?
- Mogę – bezczelnie postanowiłem podnieść swój prestiż w psich oczach – ale wtedy może będzie jeszcze większe.
ogromnych.
- Noo... Nie jest łatwo dbać o futerko, jak się jest pieskiem.
Najwyraźniej moje współczucie poprawiło Nanusiowy stosunek do świata, bo podsumowała:
- Ale i tak mi się udaje. - przewróciła się na plecy - Zobacz, jakie mięciutkie. I tu, przy uszach.
Przy uszach każdy pies ma mięciutkie futerko ale nie chciałem jej dołować.
- Rzeczywiście. - powiedziałem głaszcząc i smerając w poszukiwaniu przegapionych rzepów.
- No widzisz? - pokręciła się z zadowoleniem - wszystko dzięki mojej metodzie "SPA dla Psa"! Zrobiłam się taka atrakcyjna! I w ogóle!
Spojrzała mi w oczy i dodała:
- Jakbyście robili to, co ja to też mielibyście takie śliczne futerka i ogonki!
Wyobraziłem sobie siebie i moją żonę, jak razem z Naną tarzamy się w bagienkach i zdechłych gryzoniach... jak porastamy miękkim dziesięciocentymetrowym futrem... jak wyrastają nam ogony... Pogłaskałem pieska.
- O, tak, Nanusiu. Na pewno. Wszyscy powinni tego spróbować.
sobota, 7 czerwca 2014
Jak pies z kotem - Agnieszka Pruska
Zdarzyło się to nie tak dawno temu i nie w odległej galaktyce, jak również nie w położonym na skraju lasu domku, lecz w środku Gdańska. Wydarzenie zaliczało się do tych z gatunku nie do przewidzenia, a gdyby ktoś opowiedziałby o tym Dominikowi, właścicielowi pięknego owczarka niemieckiego, spotkałby się z pełnym niedowierzania spojrzeniem. Przygoda miała miejsce w pewną majową sobotę, deszczową, bardzo nudną i zachęcającą do spędzenia całego dnia pod kołdrą.

Dominik poczuł się zaniepokojony. Do ułomków co prawda nie należał, ale żadnych akcji z mordobiciem w tle nie planował. Penetrując krzaki musiałby się liczyć z taką ewentualnością, suka już raz wystawiła w podobny sposób jakiegoś agresywnego pijaczka. Na wszelki wypadek rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu wsparcia, ale w zasięgu wzroku nie było nikogo.
No dobrze, skoro tak ci na tym zależy, to sprawdzimy, co tam jest – poinformowała Czarną.
Suka, jakby na to czekała. Obejrzała się na pana, na lekko ugiętych łapach ostrożnie podeszła do krzaków i po krótkiej chwili wahania coś wystawiła. Dominik zaklął. O co jej chodzi? Jakieś zwierzę tam jest? Ale co pies może tak wystawiać w środku miasta? Nawet w parku? Nie zwracając uwagi na to, że cały czas pada, zdjął opadający na oczy kaptur, przykucnął przy psie i z głową na wysokości kolan usiłował sprawdzić, co jest pod krzakami. Wyciągnął rękę aby podnieść najniżej zwisające gałęzie, ale ostrzegawcze warknięcie powstrzymało ruch w połowie. Ki diabeł? Może lepiej wezwać policję albo chociaż straż miejską? I co? Powie żeby przyjechali bo pies pod krzakiem warczy i wbrew swoim obyczajom pozwala aby mu się futro zmoczyło? Przyjmą zgłoszenie, przyjadą, a potem okaże się, że Czarna wystawiała na przykład jeża. Nie ma rady, trzeba zaglądnąć.
Czekaj, musimy sprawdzić co tam jest, nie zeżre nas to od razu, nie? - spytał retorycznie psicę i wbrew jej wyraźnej niechęci zajrzał pod zwisające gałęzie – O ja pierdzielę! – wykrzyknął po chwili półgłosem i dodał ciszej jeszcze parę słów nieco mocniej podkreślających szalejące w nim emocje i ewidentnie nie nadających się do druku – Może jeszcze żyje?
Reakcja była w pełni uzasadniona, bo Czarna znalazła jakiegoś osobnika w poszarpanym i pokrwawionym ubraniu. Krzaki były gęste i ich liście dawały całkiem niezłą osłonę przed deszczem więc mężczyzna był prawie suchy. Dominik niepewnie wyciągnął rękę w stronę leżącego i trącił go w ramię z nikłą nadzieją, że brunatne plamy na ciuchach okażą się sokiem pomidorowym lub ketchupem, a facet się tylko zdrzemnął wracając z jakieś imprezy. Nadzieja okazała się płonna, mężczyzna ani drgnął. Nie bacząc na to, że tkwi w błocie, Dominik ukląkł i zastygł niezdecydowany, najwyraźniej brakowało mu trzeciej ręki. Żeby sprawdzić puls mężczyzny musiał chociaż częściowo wleźć pod krzaki, najwygodniej byłoby podeprzeć się na jednej ręce, a drugą sięgnąć w głąb, ale co z psem? Czarna była bardzo zainteresowana tym co się dzieje i nie miała najmniejszej ochoty ruszyć się z miejsca, ale mogła wleźć głębiej w krzaki żeby dokładnie obwąchać znalezionego mężczyznę. Dominik przełożył do lewej ręki i skrócił smycz, kazał psu warować i zajął się sprawdzaniem pulsu leżącego. Nie wyczuł go i już pomyślał, że psica doprowadziła go do zwłok, gdy mężczyzna otworzył oczy, coś niewyraźnie wymamrotał, przewrócił się na drugi bok i najwyraźniej zasnął. Pijak? A te brunatne plamy na ciuchach?
No i co teraz? Tak go zostawić nie możemy – Dominik jeszcze raz potrząsnął ramieniem faceta, ale ten ani drgnął.
Pogotowie czy policja? Chyba policja jeżeli uznają, że potrzebne jest pogotowie, to chyba sami ich zawiadomią? Dodzwonił się od razu, lekko spięty poinformował dyżurnego, że znalazł leżącego w krzakach mężczyznę, któremu jest nie wiadomo co, ale być może jest zakrwawiony.
Żyje?
Przed chwilą żył...
Dobra, niech pan czeka, zaraz podjedzie patrol.
Dominik rozejrzał się dookoła, wybrał drzewo, które dawało najlepsze schronienie przed deszczem i poganiając opierającą się sukę odszedł kawałek od krzaków. I pan i pies byli przemoknięcie prawie na wylot, ale nie było potrzeby stania w strugach deszczu, spod drzewa doskonale widzieli miejsce, w którym leżał facet. Czarna stała cały czas wpatrzona w krzaki, nie zwracała uwagi na nic innego, w pobliżu przeszedł jej osobisty wróg - terierka Wega, a sunia nawet jej nie zauważyła. Dominik zaczął się zastanawiać, co tak intrygującego dla psa jest w tym mężczyźnie. Może zapach krwi? Rozmyślania przerwało pojawienie się policjantów. Po krótkiej rozmowie z Dominikiem sierżant i posterunkowy podeszli do krzaków, żeby sprawdzić doniesienie.
Może pan tu podejść? - w głosie gliniarzy zadźwięczały jakieś dziwne nuty – Tu pan widział tego mężczyznę? – sierżant wskazał ręką odpowiednie miejsce.
No tu, a co?
Bo tu go nie ma – stwierdził lakonicznie posterunkowy.
Jak to nie ma? Przecież nie wyparował – zdenerwował się Dominik, tylko tego brakowało, żeby go posądzili o kawały.
Był, ale gdzieś poszedł. Jakaś kurtka po nim została i butelka po coli.
Cały czas patrzyłem...
Drugą stroną krzaków się przecisnął – zaraportował posterunkowy wracając z krótkiego zwiadu – Tam są połamane gałęzie.
To co teraz? Będziecie go szukać?
Damy znać patrolom, żeby zwróciły uwagę – postanowił sierżant.
On naprawdę nie wyglądał najlepiej – usprawiedliwiał się Dominik.
Całkiem możliwe, ale tak to już jest z pijakami, czasem wyglądają dużo gorzej, niż jest w rzeczywistości.
Rozmawiając z policjantami Dominik nie zwracał uwagi na psicę, ale gdy tylko mundurowi odjechali Czarna przypomniała o sobie ciągnąć pana w krzaki. Najwyraźniej było tam coś, co nie zwróciło uwagi policjantów, a co bardzo intrygowało psa.
No dobrze, pokaż co tam masz? - Dominik z niemałym trudem wcisnął się w krzaki za psem.
Psica warknęła krótko i bez specjalnej złości i wskazała nosem na jakąś szarą szmatkę utkniętą w wyższych rejonach krzaków. Dominikowi przyszło na myśl, że może zostawił to mężczyzna-który-zniknął i nie namyślając się sięgnął po przedmiot ręką. Przedmiot okazał się miękki, mokry i futrzasty.
Fuj, Czarna coś ty znalazła, zdechłego szczura?
Dominik już chciał odrzucić znalezisko ze wstrętem, ale spojrzało na niego zaropiałe oko. Zwierzątko najwyraźniej żyło. Pan i pies wyleźli z krzaków, które nie były najlepszym miejscem na oględziny i przyjrzeli się zwierzakowi. W mokrym, strasznie zabiedzonym i ledwo żywym stworzeniu dało się rozpoznać kota. A raczej kotka, bo maluch nie miał więcej niż trzy tygodnie, w każdym razie na tyle jego wiek oszacował Dominik. Czarna czujnie patrzyła na ręce pana nie przejawiając do małego żadnej wrogości, mimo że za kotami nie przepadała, delikatnie mówiąc.
Zabieramy go – zdecydował mężczyzna – Wrócimy do domu, zostaniesz, a ja z tym maluchem pojadę do weta.
Na dźwięk słowa „wet” Czarna ożywiła się i całym swoim psim jestestwem poinformowała, że do weterynarza to i ona się wybiera. Należała do tej nielicznej grupy psów, które lubią chodzić do psich lekarzy.
Ty też? Dobrze, ale i tak najpierw do domu, sprawdzimy gdzie mają dyżur – wyjaśnił psicy Dominik.
Po krótkim wahaniu schował kociaka do kieszeni kurtki uznając, że tam mu będzie najcieplej i najwygodniej i poganiany przez psa ruszył do domu.
Na widok kupki kociego nieszczęścia weterynarz natychmiast się ożywił i rozpoczął intensywną akcję ratowniczą. Okazało się, że maluch jest totalnie wyziębiony, przemoczony i zagłodzony i nie wiadomo jakim cudem jeszcze żyje. Czarna cały czas patrzyła mężczyźnie na ręce, jakby chciała skontrolować, czy nie zrobi kociakowi krzywdy.
Musi zostać u nas na jakiś czas, może dwa, trzy dni, może dłużej. Proszę poszukać mu domu w tym czasie, może pan coś znajdzie, bo szkoda takiego malucha do schroniska. Ja też popytam.
Czarna nie miała najmniejszej ochoty wyjść od weterynarza i Dominik zaczynał podejrzewać, że w krzaki od początku ciągnęła go do kociaka, a nie do leżącego tam mężczyzny. Znalazła sobie kotka? Własnego? Wszystko na to wskazywało, najwyraźniej odezwały się w niej jakieś instynkty opiekuńcze, ale żeby do kota? I dlaczego akurat do tego?
Chodź, idziemy do domu – psica ani drgnęła – No choć głupia, przecież tu nie zamieszkamy, mamy swój dom, no chodź.
Chyba pilnuje kociaka – zauważył wet – No idź z panem, idź. Kot musi zostać, jest chory – weterynarz tłumaczył psu, jak małemu dziecku.
Czarna, na obiadek idziemy – Dominik użył argumentu, który przeważnie działał.
Suka ożywiła się lekko, ale zaraz spojrzała znowu na klatkę z kociakiem.
Szary zostaje, przyjdziemy do niego jutro. No chodź! - Dominik pożegnał się z rozbawionym weterynarzem i lekko ciągnąc za sobą opierającą się sukę poszedł do samochodu.
Dopiero w domu zorientował się, że zdążył już nadać kotu imię. Czarna i Szary. Właściwie nie planował przygarnięcia kota, ale w sumie - czemu nie? Miejsca jest dosyć dla dwóch zwierzaków, a razem nie będą się nudziły. Ale co psicę napadło, żeby znaleźć sobie akurat tego kota? Pachniał inaczej? Może wydawał jakieś dźwięki niesłyszalne dla ludzi? Tak czy inaczej sunia uratowała malucha, bo według słów weterynarza, znaleźli go w ostatniej chwili. Właśnie, trzeba do niego zadzwonić żeby nie szukał już kociakowi domu.
To co? Będziemy mieli kotka? I nie będziesz go ganiała ze szczekaniem i warczeniem?
Na słowo „kotka” psica czujnie rozejrzała się dookoła a nawet podbiegła pod drzwi, sąsiedzi mieli kota, która czasem spacerował po klatce schodowej.
Musimy zrobić kotu miejsce do spania i kupić miseczki. Tylko nie wiem czym takiego malucha karmić – Dominik podzielił się wątpliwościami z sunią – Poza tym, musimy jeszcze przekonać panią do kociaka.
Żona Dominika była w delegacji i dobrze by było ją poinformować, że stan zwierzyny w domu ulegnie zmianie.
Sobota, która zapowiadała się tak paskudnie i sennie przekształciła się w dzień pełen niespodzianek i... dodatkowych zajęć. Po rozmowie z żoną Dominik pojechał do sklepu zoologicznego po rzeczy dla kota. Lista zakupów była całkiem spora, zaczynała się od żwirku a kończyła na zabawkach. Przy okazji i Czarnej trafiła się nowa piłka – jeżyk.
Kociak trafił do domu po czterech dniach. Jeszcze był słaby, ale ewidentnie odzyskiwał siły i nabierał animuszu. Na widok Szarego psica oszalała z radości. Wzięła kociaka w pysk i zaniosła na... kanapę. Najwyraźniej uznała, że skoro ludzie na niej siedzą, ona się wyleguje, kiedy tylko nikt nie widzi, to i Szaremu będzie tam dobrze.
Kot zadomowił się szybko i podporządkował sobie psa, któremu to najwyraźniej nie przeszkadzało. Obce koty Czarna nadal traktowała z wrogością, ale Szary to co innego - był jej osobistym kotem i należały mu się specjalne względy. Nie była też zazdrosna o kociaka, od razu uznała, że ma on prawo do wylegiwania się na kolanach pani i zabawy z panem. Dom Dominika stał się przykładem na to, że w razie konieczności pies i kot potrafią świetnie współpracować. Szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziło zdobycie jakiegoś smakołyka. Przebiegało to mniej więcej w ten sposób: Szary namierzał gdzie pani zostawiła coś smacznego i czym prędzej gnał do Czarnej.
Nie śpij, obudź się, znowu zapomnieli schować! - mruczał podekscytowany.
No? Co tym razem? - Czarna otwierała jedno oko.
Nie wiem, ale ładnie pachnie! - Szary niecierpliwie trącał ją łapką.
Po zapachu nie poznałeś?
No mięso jakieś, ale takiego jeszcze nie jadłem! Pachnie super!
Takie stwierdzenie z reguły stawiało Czarną na nogi. Szary, z racji wieku, nie był jeszcze zbyt obyty w ludzkim jedzeniu, ale takiego kurczaka, albo łososia już próbował.
Sam nie mogłeś wziąć? - psica droczyła się z kociakiem.
No nie mogłem! Nie schowali, ale przykryli taki ciężkim metalowym czymś – tłumaczył się maluch.
To pokrywka – wyjaśniała ze znawstwem psica i szła do kuchni za kotem.
Co było dalej łatwo zgadnąć. Zwinność kota i siła psa robiła z tej pary świetnych „przestępców” niedających się złapać na gorącym uczynku. Mimo różnicy gatunków i wbrew powiedzeniu „żyją jak pies z kotem” Czarna i Szary stworzyli parę świetnie rozumiejących się przyjaciół żyjących w pełnej komitywie w niewielkim mieszkaniu w środku Gdańska.
Co dziwne, wał krzaków w parku już nigdy nie zainteresował Czarnej. Najwyraźniej tylko w ten jeden deszczowy majowy dzień coś ją tam przyciągnęło. Nie coś. Ktoś. Szary.
niedziela, 20 kwietnia 2014
Czar zapachów - Piotr Olszówka, Nana
Zachciało mi się kawy przy pracy. Kiedy przechodziłem przez drugi pokój, Nana przewróciła się brzuszkiem do góry i z miną absolutnie bezbronną zawołała:
- Nie bij mnie! Jestem malutka!
Kamień by się popłakał na ten widok. Nogi pode mną zmiękły i klapnąłem obok na dywan. Zgodnie z psimi zasadami powinienem ją polizać po mordce i piszczeć ale nie zszedłem aż tak na psy. Dlatego posmerałem biedną psinę po gardełku i spróbowałem uspokoić:
- Przecież wszystko jest w porządku, jesteś w domu, nikt cię tu nie skrzywdzi...
- A kto mnie tak okrutnie wykąpał? - popatrzyła z wyrzutem.
Nie ja, ale nie zamierzałem uciekać od odpowiedzialności. Ostatecznie pilnowałem, żeby nie uciekła z kabiny prysznicowej...
- Nie trzeba było tarzać się w krecie. Albo mogłaś znaleźć takiego świeżego... Musieliśmy cię wykąpać. Okropnie śmierdziałaś.
- Wcale nie śmierdziałam. To były perfumy. Przecież nie mogę być taka nieatrakcyjna... - Zmieniła pozycję na bardziej kokieteryjną - To był Naturalny Zapach Polny.
- No... ale w zbyt dużym stężeniu. - Nie chciałem sugerować jej, że nie tolerujemy jej gustu.
- E, tam w za dużym. - Nana poczuła się pewniej i postanowiła polemizować.
Dla podkreślenia wagi swoich argumentów wierciła się przez chwilę leżąc na plecach. - Nie macie węchu.
- Niestety mamy. I bardzo tego pożałowaliśmy. Samego kreta jakoś z trudem można było przez chwilę wytrzymać, ale jak dołożyłaś do niego te gnijące bagienne rośliny z potoku, to już było za dużo.
- To element tonizujący. Letnia Trzcina. Bez żadnej chemii ani konserwantów. Naturalny i trwały. - nadal kokosiła sie na plecach. Samo wspomnienie tych wszystkich perfum ją podkręciło.
- Dało się zauważyć, że trwały. Praliśmy koc z samochodu a i tak zalatuje.
- To po co praliście?
- Żeby nie zalatywał. Okropnie śmierdział... bagienko zmieszane z ze zdechłym kretem... na mokrym psie... ledwie dojechałem do domu.
- Wcale nie. To był bardzo atrakcyjny zapach. Wiesz, że pieski na osiedlu nie mogą tak pachnieć? Wszystkie by mi zazdrościły! A wy to zepsuliście...
- Pieski mogą sobie pachnieć jak chcą...
- No właśnie nie mogą! Wykąpaliście mnie! To jak mam sobie pachnieć? Szamponem? - Wpadła mi w słowo i aż kichnęła na samo wspomnienie.
- ... dopókie nie przeszkadzają innym.
- Mój zapach nikomu nie przeszkadzał. I na pewno spodobałby się wszystkim w promieniu kilometra.
Było całkiem możliwe, że w promieniu kilometra wyczułby ją każdy pies a nas kląłby każdy człowiek w kamienicy i okolicy.
- Nanusia... - pogłaskałem psie ucho - okropnie śmierdziałaś. Nie dało się tego wytrzymać.
- To nie mogę używać perfum? - przybrała zasmucony wyraz uszu - A Ilonka może?
- Ilonka nigdy nie wytarzała się w gnojówce. Ani w nadgniłym bażancie.
To ostatnie zdanie było całkowicie niepotrzebne. Nana przypomniała sobie swój największy zapachowy wyczyn sprzed dwóch lat. Zrobiła całkiem nieprzytomne z zachwytu oczy i z lubością zaczęła tarzać się po dywanie. Pogłaskałem ją po brzuszku żeby oprzytomniała.
- Myślisz, że ten bażant jeszcze tam jest?
- NIE!!!!!
wtorek, 7 stycznia 2014
Fizyka Psa - Poczucie prawa i porządku - Piotr Olszówka
Ludzie na ogół nie myślą o tym, że zwierzęta mają bardzo stanowcze poglądy polityczne. Nie chodzi tu o angażowanie się po stronie jakiejś konkretnej partii ale o zasady, których zwierzęta bezwzględnie przestrzegają. Na przykład każdy naprawdę duży rekin jest zwolennikiem wolnego rynku a sęp – nihilistą. Natomiast każdy kot jest zwolennikiem teokracji, bo za jedynego istniejącego Boga uważa sam siebie.
Pies jest monarchistą - za władcę absolutnego uważa szefa swojego stada a inni dla niego nie istnieją.
Oznacza to, że pies zgodzi się z każdym naszym działaniem, dopóki nie zwątpi w naszą pozycję. Problem polega na tym, że zwątpi bardzo szybko, jeśli będziemy zachowywać się głupio.
Rozważmy to na przykładzie popularnego modelu psa zaczepno-obronnego, który wyróżnia się sposobem działania: on zaczepia a pan musi bronić.
Możemy pozwalać mu na zaczepki, ale wówczas będziemy kłócić się z zaczepionymi ludźmi lub gryźć z zaczepionymi psami, co przysparza czasem problemów.
Pilnowanie prawa i porządku w psim wykonaniu oznacza reagowanie na zmiany: trzeba obszczekać samochód Zieleni Miejskiej, który wczoraj nie stał na trawniku a dzisiaj stoi, powarczeć na żołnierza, który znienacka zaczął pilnować bramy do jednostki i obsikać worek ze śmieciami zostawiony przez kogoś na chodniku. No i oczywiście trzeba zasygnalizować, że mały chłopiec z wielkim plecakiem jest czymś, co zasługuje na psią i pańską interwencję, ponieważ na widok pieska ucieka na płot zamiast głaskać.
Inaczej mówiąc: pies czuje się odpowiedzialny za wyłapanie zmian – ale to my mamy ocenić, czy one są do przyjęcia, inaczej sam się zajmie oceną... z czysto psiego punktu widzenia.
Dlatego sami musimy trzymać się praw, jakie wpajamy psu... bo inaczej pokażemy mu, że można je naruszać. A w tej sytuacji lepiej, żeby były to prawa mądre - wówczas pies będzie starał się robić karierę w naszym domowych stadzie zgodnie z nimi a nawet osobiście ich dopilnuje.
Nana dostarczyła mi idealnego przykładu takiego psiego podejścia do kariery już na początku naszej znajomości. Zdecydowaliśmy, że z wielu powodów nie wolno jej włazić nam do łóżka – dozwolone było tylko zaglądanie na dzień dobry, bo i tak musiała nas rano polizać. Trzeciego dnia naszej znajomości musieliśmy iść na duże zakupy. Psina została sama w domu na 4 godziny. Po naszym powrocie posiusiała się z radości, że jednak jej nie porzuciliśmy... a kiedy spojrzeliśmy na łóżko – był tam odcisk psa... wzdłuż szeregu ułożonych równo kapci i butów, którymi otoczyła się dla zapewnienia sobie naszego zapachu. Najwyraźniej bała się skutków naruszenia zakazu, bo próbowała przekonać nas merdaniem ogonka, że wszystko jest w porządku. Przez cały następny tydzień nie właziła na łóżko, podczas porannych powitań i ceremonii stawiała na nim najwyżej dwie łapki. Po tygodniu jednak znowu została sama na kilka godzin. Kiedy wróciłem – na naszym łóżku leżało jej posłanie, które sama sobie wciągnęła.
Formalnie rzecz biorąc – nie spała w naszym łóżku a zatem nie naruszyła zakazu.
czwartek, 26 grudnia 2013
Kartki świąteczne - Piotr Olszówka
W mojej pracy bardzo dużo zależy od uporządkowania i systematyczności, dlatego staram się prowadzić regularny tryb życia. Po śniadaniu wychodzę z Nanusią, jakieś zakupy i drobiazgi załatwiam później szybko i sprawnie a potem biorę się do pracy. Tyle teoria... a praktyka...
Tym razem w drobiazgach znalazła się gruba koperta z napisem UNICEF.
Kiedyś coś wpłaciłem na ich konto i od tamtej pory co rok dostaję paczkę kartek świątecznych... i prośbę o wsparcie. Czasami wspieram.
Oglądałem kartki przy biurku i już miałem się wziąć do pilnej ilustracji, kiedy usłyszałem szuranie pazurków po parkiecie. Nana zaraz po obudzeniu wygląda, wydaje dźwięki i zachowuje się niczym dobrze zadomowiony bambosz, chociaż normalnie jest pieskiem zgrabnym i ruchliwym.
Siadła, spojrzała mi w oczy z wyrazem niezwykle pobudzonej inteligencji i zapytała:
- Dostanę kawałek tego ciasteczka? Chociaż malutki...
Spojrzałem na nią z wyżyn mojego fotela, czyli mniej więcej tak, jakby Jagiełło z pomnika grunwaldzkiego zerknął na przedszkolaka.
- To nie jest ciasteczko. A poza tym dopiero co jadłaś.
- Ale jestem puściutka! - wywróciła się na plecy i pokazała brzuszek. Brzuszek, nawiasem mówiąc, kulisty jak piłka.
- To wygląda jak balonik.
- I jest tak samo puste w środku! Widzisz? - przewróciła się z boku na bok dla podkreślenia wagi sytuacji.
Ta pokerowa zagrywka skłoniła mnie do blefowania. Delikatnie ją posmerałem po temacie rozmowy.
- Tu wyczuwam psie ciasteczka ze śniadania dwie godziny temu... a to... chyba ten gryzak do czyszczenia zębów... który skończyłaś przed chwilą.
Zwinęła się w kulkę, żeby polizać łapę i ukryć zakłopotanie, po czym sprytnie zmieniła temat:
- To dasz mi to ciasteczko? Chociaż kawałeczek... - zdecydowała się na ustępstwo - ...może być malutki.
- To są kartki na Boże Narodzenie a nie ciasteczko. Tego się nie je. Są papierowe.
- Papier się je.
No tak, Nana już nam udowodniła jadalność papieru... Nieźle odczuliśmy w portfelu skutki jej zainteresowania tekturą malarską. Nie zamierzałem tego odpuścić.
- A pamiętasz, że po zjedzeniu tej tektury musieliśmy zabrać cię do doktora? Pamiętasz jak cię bolał brzuszek i byłaś na diecie?
- Ale na pewno to nie papier mi zaszkodził... zresztą zjadłam go tyle co nic... - Nana opuściła uszy i wyglądała jak aniołek.
- Wymiotowałaś papierem. A zjadłaś go prawie pół metra kwadratowego. - celowo przesadziłem. W tej kwestii wolę utrwalić jej w pamięci moją wersję. - Jak nie pamiętasz, to pojedziemy do doktora i on ci opowie.
- Nie jadę do doktora. Tak bardzo go lubię, że nie będę mu przeszkadzać. - pokręciła się i znowu łakomie spojrzała na kartki.
- To po co one, jak się ich nie je? - w kwestii jedzenia Nana wierzyła tylko w dostawanie smakołyków. Resztę musiałem jej z trudem udowadniać.
- Wysyła się na święta Bożego Narodzenia.
- BożegoNaco?
- To takie bardzo ważne święto. Tak ważne, że w tym dniu zwierzęta mówią ludzkim głosem.
- Głupie jakieś?
- Kto?
- No... te zwierzęta.
- Dlaczego?
- Bo nie mówią, tylko raz do roku. A w ogóle, to co to za jedne?
- Zwierzęta i ludzie to tylko takie rozróżnienie między gatunkami. Na przykład ty i Puma to zwierzęta a ja i Ilonka to ludzie.
- Nieprawda! Jesteśmy jednym stadem! I rozmawiamy bez przerwy a nie raz na rok! - wyglądała jakby miała się rozpłakać, musiałem szybko coś wyjaśnić. Siadłem obok na podłodze.
- Nie marudź, tu chodzi o ogon. Zwierzęta mają ogony a ludzie nie. - pogłaskałem ją po boku.
Powąchała mnie.
- Acha... czyli Gama jest ludziem?
- Nie, przecież jest psem tak jak ty... czyli zwierzęciem.
- Ale nie ma ogonka.
- Ma, tylko malutki.
- E tam... - spojrzała na swoją imponującą chorągiewkę z tyłu - taki ogon, którego nie wdać, w ogóle się nie liczy.
Nana bywa czasami małostkowa. Musiałem wystąpić w obronie Gamy, którą zresztą oboje lubimy.
- Gama merda ogonkiem, czyli go ma. Ludzie nie potrafią merdać. A poza tym ludzie chodzą na dwóch nogach a zwierzęta na czterech.
- Gama chodzi na dwóch. Czasami.
- Czasami to i ty chodzisz na dwóch. Jak zaglądasz do kieszeni albo chcesz ciasteczko.
- To ja wtedy jestem ludziem?
- Nie. Tego nie da się zmienić. Jak się urodzisz pieskiem, to zawsze będziesz pieskiem. No i ogon jest ważny. Ludzie nie maja ogonów. Nie chcesz swojego ogonka?
- No to ja nie chcę być ludziem. A dasz mi teraz ciasteczko?
- Nie mam.
- A te rzeczy na Boże Narodzenie? I o co chodzi z tym nie-mówieniem, skoro my rozmawiamy? - przypomniała sobie po niewczasie. Rozmowa z Naną przypomina zakupy w drogerii: zawsze się po coś wraca przez cały sklep.
- Ludziom często się wydaje, że zwierzęta nie mówią... bo nie używają słów, tylko ogonka, uszu, miny... a ludzie rozmawiają głównie językiem.
- Ja też rozmawiam językiem. Kocham cię. - po tej deklaracji uczuć musiałem wytrzeć ucho.
- No ale większość ludzi nie wie, że pieski mówią.
- Głupi jacyś?
Właściwie to się z nią zgadzałem ale w tak delikatnej materii wolałem nie obniżać powagi własnego gatunku.
- Nie, tylko zajęci. Jak ty jesteś zajęta, to też nie zauważasz, że się do ciebie mówi.
- Wcale nie! Zawsze od razu zauważam!
- To dlaczego muszę cię tyle razy wołać?
- Przychodzę od razu, jak tylko usłyszę.
- A zanim usłyszysz, wołam pięć razy i trzy razy gwiżdżę.
- Bo... czasami jestem strasznie zajęta. A jak mam dużo pracy to nie mogę uważać na wszystko...
Położyła się z nosem schowanym w łapach.
Spojrzałem na zegarek. Rany Boskie, gadam z nią już godzinę... a ja też mam dużo pracy!
- Wielu ludzi też jest bardzo zajętych. I wtedy nie widzą, że pies mówi do nich ogonem. A jak nie widzą, to myślą, że pies nie mówi. I dopiero jak jest wielkie święto, to siadają na chwilę, rozglądają się spokojnie... i widzą, że pies do nich mówi. A Boże Narodzenie to właśnie takie wielkie święto. Dlatego myślą, że pies mówi tylko wtedy.
- To dlaczego ja nic nie wiem o takim święcie? - popatrzyła jak zbity pies.
- Wiesz, tylko nie pamiętasz. Rok temu świętowałaś z nami u mamy. Leżałaś pod stołem, Puma strącała z choinki zabawki a ty objadłaś się jak bąk.
Na sekundę zatopiła się we wspomnieniach z miną bardzo szczęśliwą.
- To teraz dasz mi to świąteczne ciasteczko, żeby uczcić święta!
- To nie ciasteczko, tylko taka wiadomość. Ludzie piszą wiadomości, jeśli nie mogą się zobaczyć na święta.
- A nie mogą nasikać na drzewko?
- A spodnie?
Powąchała moje spodnie. Najwyraźniej doszła do wniosku, że przez spodnie nie można sikać... co mnie ucieszyło. Gdyby pomyślała inaczej, chyba bym się załamał.
- Spodnie tylko przeszkadzają - oświadczyła z miną znawcy.
- Ludzie nie mają futra i marzną - powiedziałem i zauważyłem, że Nana chce mnie poprawić, więc szybko dorzuciłem - i nie mają takiego węchu, jak pies. Mamy dobry wzrok, dlatego wiadomości piszemy tak, żeby czytać wzrokiem a nie nosem.
Zamyśliła się... widziałem, że nie bardzo ogarnia nie-psie sposoby komunikacji. Istniała szansa, że szybko zakończę wyjaśnienia i wreszcie wezmę się do pracy. Nadchodziło południe a ja byłem w lesie z terminami.
- Piszemy wiadomość na takich specjalnych kartkach i wkładamy do czerwonej skrzyneczki a w niej każdy może przeczytać wiadomość dla siebie. - chciałem uniknąć tłumaczenia, jak działa poczta.
- I to są te specjalne kartki?
- Tak.
- I nie można ich zjeść?
- Nie.
- To znaczy, ze nie dostanę ciasteczka? - postanowiła upewnić się w jedynej kwestii, która interesowała ją tak naprawdę.
- Nie. Nie mam ciasteczka.
Wobec takich faktów Nana postawiła iść na swoje posłanie. Odetchnąłem z ulgą. Przysiągłem sobie, że już nigdy nie będę tłumaczył psu zawiłości ludzkich świąt.
Mogłem wziąć się do pracy. Odwróciłem się do monitora.
Na tablecie siedziała Puma vel Pumianna znana również jako Pumiasta albo Pumidło.
- Co tam masz? - zapytała owijając ogonkiem łapy i siadając wygodnie na moim narzędziu pracy.
- Kartki na Boże Narodzenie... - wyszeptałem z cichą rozpaczą i spojrzałem w zielone oczy głębokie jak szmaragdowe studnie.
- Boże Narodzenie? Musisz mi o tym opowiedzieć. - zamruczała asertywnie.
Ano, muszę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


