Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kotka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kotka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Pisane psem i kotem - Teoria drzemki (Piotr Olszówka)

Miałem do przeczytania trochę rzeczy a jednocześnie wzywał mnie piec. Taki normalny ciepły piec ma ogromną siłę przyciągania i jeśli człowiek nie uwzględnia jej w swoich planach, to kończy drzemiąc przy piecu zamiast przy nim pracować. Zaplanowałem wszystko jak należy, czyli obok fotela postawiłem kawę na stoliku, zawinąłem się kocem tylko częściowo (zawinięcie zbyt dokładne powoduje senność), w rękę wziąłem sztywny notatnik z przypiętym dzwonkiem (żeby narobił hałasu, jak zasnę i puszczę go z rąk), w drugą rękę - książkę i zacząłem czytać, notując przy okazji różne złote (lub pozłacane ew. tombakowe) myśli. Po drugiej przeczytanej stronie usłyszałem: Mrrrrrru?
Spojrzałem na podłogę. W tej samej chwili Pumiasta wskoczyła mi na nogi. Nauczony doświadczeniem wiedziałem, że od tej chwili może się wydarzyć wszystko... może za wyjątkiem spokojnego czytania. Z lekką rezygnacją spojrzałem w szmaragdowe oczy.
- Drzemiesz? - zapytała.
- Nie. Pracuję.

- Akurat. - spojrzała na mnie z wyższością, jakbym najzwyczajniej w świecie próbował ją oszukać. No, odkąd się pojawiła, to z pracą faktycznie będzie kiepsko.
- Akurat tak, chociaż z tobą to może się już nie udać. - wyjaśniłem bez wielkiej nadziei na przekonanie kotki. Przespacerowała po mnie, minęła książkę i "przypadkowo" strąciła notes na podłogę. Spojrzała mi w oczy z bliska.
- Według mnie, to coś udajesz, żeby się przespać. Ale słabo udajesz. I źle się zabierasz do rzeczy.
- Kiedy to stałaś się specjalistą od pracy?
- A co to takiego? - kocie oczy powiększyły się do rozmiarów dwuzłotówki - Zresztą... nieważne.
Podreptała po mnie wzdłuż i wszerz, okręciła się, przejechała mi ogonem po oczach.
- A nie mówiłam? Już zamykasz oczy!
Kłopot z kotami polega na tym, że zawsze mają rację. I to nie jest sarkazm. One po prostu obserwują i wiedzą więcej od nas. Mimo wszystko otworzyłem powieki. Książka dawno spadła na bok - nie da się czytać z kotem jako zakładką. Pumianna tymczasem deptała mi po brzuchu.
- Znowu mnie leczysz?
- A skąd! Ty jesteś nieuleczalny...
Powiedziała to kocica, która nie wysiedzi sama pół godziny i wszędzie łazi za nami jak uzależniona. Pumowa arogancja ma zapewne czemuś służyć... może dodaje jej pewności siebie? Ale czy Kot, który ujeździł psa, potrzebuje więcej pewności siebie? Koty są tajemnicą dla ludzi, a kocie kobiety na zawsze będą tajemnicą dla wszystkich facetów, nie tylko tych na czterech łapach.
- No to co robisz? - zapytałem
- Prześpię się trochę. Ty i tak nie robisz nic ważnego.
No jasne. Nie pamiętam, żeby Kot przyznał, że jakaś ludzka czynność jest ważniejsza od Jego drzemki.
Usiadła i rozpoczęła Staranne Lizanie Własnej Łapki Przedniej - z zaangażowaniem zasługującym na pisanie z wielkiej litery.
Postanowiłem powalczyć o prawo do pracy.
- Robię coś ważnego. Czytanie to część mojego zawodu.
Położyła mi łapkę na ustach. Spojrzała z góry.
- Drzemka jest częścią MOJEGO zawodu. Ważną.
Poczekałem chwilę. Zabrała puchatą kończynę i znowu zaczęła ją lizać.
- No to się zdrzemnij. Możesz spać na mnie, jak chcesz, nie muszę się bardzo ruszać przy czytaniu.
- Czyżby? - złoto-zielone oczy zaświeciły o parę centymetrów od mojej twarzy. - Przecież ty nie możesz głupich dwunastu godzin wytrzymać bez ruchu... jak mam na tobie drzemać?
- Możesz się zwinąć, wsadzić nos w ogon i spać.
Spojrzała tak, że ciarki mi przeszły po plecach.
- CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ? ŻE TO TYLE?
- Jak dla mnie tak to właśnie wygląda...
Chyba nie mogłem zrobić niczego więcej, żeby stracić twarz.
Położyła mi się na klacie, wyciągnięta tak, żeby zablokować moje ręce. Westchnęła... co brzmiało jak skrzyżowanie zipnięcia i odgłosów parowozu.
- Okej... chyba muszę wytłumaczyć ci podstawy... chociaż to chyba strata czasu... ale koty mają pewne obowiązki wobec świata.
Widziałem tylko jedno stworzenie lekceważące pojęcie obowiązku bardziej niż Pumiasta... i to też był kot. Musze przyznać, że zaintrygowała mnie swoją zapowiedzią. Zamieniłem się w słuch. Książki, notesy, recenzje i praca itd zeszły sobie nie tyle na plan dalszy, co na podłogę ale w starciu z Pumianną i tak nie miały wielkich szans.
- Po pierwsze: czas. - spojrzała w okno oceniając porę.
- Zauważyłem, że śpisz cały czas. - zaryzykowałem.
- Uważaj, jak wyjdziesz z domu, bo z takim zauważaniem pies cię przejedzie. - odparowała - Spać trzeba we właściwej porze. Nie możesz spać, kiedy na parapecie siedzi gołąb, jak Nana wróci ze spaceru i przyniesie wiadomości na futrze, jak okno jest otwarte... Jeśli chcesz się zdrzemnąć - musisz wybrać moment, kiedy nic cię nie obudzi i nie masz nic do roboty. To nie może być noc, bo noc jest do łażenia po dziurach a nie do drzemki. Właściwie... - Puma spojrzała w okno z wyrazem pewnego zamyślenia - nie ma prostej recepty na odpowiedni czas. To trzeba wyczuć. Ale żeby wyczuwać - trzeba trenować codziennie przez wiele godzin.
To przynajmniej wyjaśnia, dlaczego Puma przesypia większość czasu: trenuje drzemkę wyczynową... Wykład brzmiał coraz ciekawiej.
- Niezależnie od wyczucia chwili... wiesz, to się nazywa "timing"... - pouczyła mnie - musisz opanować odruchowe i precyzyjne chwytanie koordynat astronomicznych.
No ładnie. Kocica-astronom mi się trafiła...
- Możesz to wyjaśnić? - zapytałem - Nie wiem, co mają wspólnego gwiazdy ze spaniem, poza tym, że jak się je widzi, to trzeba iść spać.
Znowu dostałem spojrzenie pełne politowania.
- Koordynaty astronomiczne to położenie względem gwiazd. Na przykład: słońca. Musisz kłaść się tak, żeby grzało futerko jak najdłużej ale nie świeciło w oczy. No i masz to robić dobrze przez sen. Nie można się budzić co sześć godzin tylko dlatego, że słońce poszło sobie dalej.
- Nie mam futra.
- To sobie wyrośnij! Jak chcesz drzemać bez futra?
Przez chwilę leżała na boku i lizała sobie brzuszek, jak się okazało: żeby uporządkować futerko, myśli i wykład.
- Kolejna rzecz, to ułożenie. Jak się źle położysz to plecy bolą.
Robiło się ciekawie... często budzę się jak połamany, może dowiem się jak Koty osiągają tę swoją słynną elastyczność. Tym razem Pumianna zaczęła demonstrować: wstała i pokazywała co i jak.
- Przede wszystkim nie kładź się nigdy na rzeczach wypukłych, bo sobie plecy rozciągniesz. Szukaj dołków. - usiadła mi na brzuchu, gdzie z racji mojej pozycji miałem dołek. Wpasowała się od pierwszego razu i kontynuowała - Jak chcesz myśleć przez sen, to układasz się z głową podpartą wyżej, ale nie przyciskaj łapek. Jeśli bolą cię kości albo spuchniesz od pogody, kładź się z głową niżej. Kiedy po prostu chcesz sobie podrzemać dla sztuki i wprawy, zwiń się w kłębek. Układasz się okręcając, żeby ułożyć futerko wzdłuż włosa, bo inaczej uwiera. Nigdy nie wypuszczaj ogonka, bo cię byle co obudzi. Ogonek ma być przy nosie, ewentualnie przy policzkach. A łapki trzeba trzymać razem.
Korciło mnie, żeby zapytać, jak spać, jeśli się nie ma ogonka... ale według kociej teorii to chyba niemożliwe.
Przemaszerowała mi na nogi. Udeptała koc i wyciągnęła się wygodnie patrząc mi w oczy.
- W tym wszystkim nie wolno pominąć kwestii kompozycyjnych.
- To znaczy? - trochę mnie zaskoczyła. Sztuki plastyczne i drzemka?
- Masz wyglądać słodko i elegancko, bo inaczej każdy cię obudzi przy byle okazji. Trzeba spać tak, żeby budzenie cię wyglądało jak świętokradztwo. No i...
Urwała w pół słowa. Z sypialni dobiegło znajome szuranie pazurami po parkiecie. Przyszła Nana, która najwyraźniej postanowiła zmienić łóżeczko, ale po drodze ucieszyła się na nasz widok.
Nanułkowa radość objawia się tak, jak zwykle u psów: lizaniem. Liznęła mnie w rękę po czym z rozmachem przejechała różowym językiem po Pumowej łopatce, policzku, nosie, oku, uchu i czubku głowy. Kotka omal nie udławiła się językiem. A Nanusia z radości wsadziła w nią nos, bo przyjemnie wsadza się nos w ciepłe, miękkie kocie futerko... A ponieważ zrobiła to z entuzjazmem - Pumiasta spadła mi z kolan na fotel.
- Co robicie? - zapytała psina merdając powitalnie.
- Rozmawiamy o drzemce. - wyjaśniłem drapiąc ją po uszach.
- O tym, jak to robić właściwie! - wyjaśniła Puma wyłażąc mi na kolana.
- O! Fajnie! - ucieszyła się Nanka. Temat spania idealnie odpowiada jej zainteresowaniom.
- Ja to robię tak... - oświadczyła, po czym przewróciła się na bok, wsadziła nos w koc i zasnęła.

Piotr Olszówka

czwartek, 13 listopada 2014

Pisane psem i kotem: Pumizacja - Piotr Olszówka

Wróciłem do domu i doznałem olśnienia. Są takie chwile, kiedy człowiek dokładnie wie, co chciałby zrobić, co może i co powinien. Jeśli ma pecha - są to trzy różne rzeczy, ale ja miałem szczęście. Przygotowałem się odpowiednio i poszedłem do saloniku. Kilka miesięcy wcześniej skończyliśmy remont. Plan zakładał, że z zabudowy wokół okna powstanie wnęka, w której będzie można wygodnie siedzieć na drewnianym podeście. Okazało się jednak, że  trzeba coś tam dodać, bo sam podest nie jest zbyt komfortowy. Po długim poszukiwaniu kupiliśmy sobie dwa worko-pufy... i to było to! Od dwóch tygodni w środku każdego dnia słyszałem ich zew: CHODŹ SIĘ ZDRZEMNĄĆ... NO, CHODŹ TU... JEST SŁOŃCE, JEST WYGODNIE... ale niestety - ciągle coś mnie odwoływało do pilniejszych zadań... a wieczorem - to już nie to samo, co w południe.
Tym razem miało być inaczej. Szczęśliwie wyrobiłem się ze wszystkim i do jutra miałem spokój, a zatem mała przyjemna drzemeczka mogła się udać. Do tego ogarniała mnie senność, Nana wlazła pod kanapę i niczego nie chciała, po dwugodzinnym spacerze po krzakach, dziurach i pagórach byłem dosłoneczniony, dotleniony, rozleniwiony i zadowolony... mówiąc krótko: trudno o lepsze warunki.
Uformowałem pufa do spania, owinąłem się kocem i przybrałem wygodną pozycję embrionalną. Parę manewrów ustabilizowało moją pozycję we właściwej odległości od kaloryfera, granulat wypełniający worko-pufa chrzęścił obiecująco... Zmrużyłem oczy z rozkoszą i w tym samym momencie spadło na mnie coś jakby puszysty czterokilogramowy młotek. Dostałem tuż pod żebrami, wypuściłem powietrze z płuc nosem i ustami - mało brakowało a tą samą drogą poszłoby drugie śniadanie. Nie mogłem się ruszyć.
W moją twarz przez moment wbijało się spojrzenie szmaragdowych oczu w złotych obwódkach. Pod ich wpływem znieruchomiałem.
- No właśnie... - powiedziała Puma i otarła się policzkiem o mój nos - Można było się tego spodziewać.
- Dokładnie tak jak myślałam. - dodała po chwili. Z miną skupioną odwróciła się, przejechała ogonkiem pod moim nosem, wycelowała mi zadek prosto w oczy i ruszyła powoli wzdłuż mojego boku metodycznie udeptując.
- Co robisz? - odważyłem się zapytać, kiedy przestała balansować na moim ramieniu.
- Nie przeszkadzać podczas badania! - odpowiedziała nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Udeptała mi ramię, łokieć, bok, biodro i udo zanim przy kolanie odważyłem się zapytać cichutko:
- Co badasz?
- Ciebie. Nie widać? A teraz nie przeszkadzaj, to ważne. - Dreptała w miejscu przez chwilę, potem wypuściła pazurki i zmieniła metodę: tylne łapy stały w miejscu, przednie wydłużyły i zwolniły krok. Kocica zaczęła się wyciągać w kierunku mojego brzucha. Przez koc i ubranie czułem ostre igły wbijające mi się w skórę co kilka centymetrów. Trwało to długo, bardzo długo. Bałem się ruszyć - nie wiedziałem, co się dzieje a w takiej sytuacji lepiej nie przeszkadzać zawodowcom, zwłaszcza tym w bardzo chwiejnej pozycji.
Po dłuższym dreptaniu wzdłuż Pumiasta dała wyraźne dwa kroki, zeszła mi na brzuch i zwinęła się w kółko. Podparła się brodą na moim łokciu i tak została. Nie było to zbyt wygodne... ale Puma wie, co robi.
Po kilku minutach odważyłem się zapytać:
- Skończyłaś?
Spojrzała na mnie z góry, co było sztuką zważywszy, że leżała mi na brzuchu.
- Badanie... tak. Ale nie zakłócaj terapii. - po czym z powrotem położyła brodę na mnie.
- Terapia? - aż coś mnie skręciło. Dobrze wiem, że koty potrafią wykrywać schorzenia niczym tomograf, reagują na stany zapalne i w niektórych wypadkach potrafią je złagodzić dotykiem... a Puma znalazła coś w moim brzuchu!
- Co mi jest? - ledwie wykrztusiłem przez zaciśnięte gardło.
Znowu spojrzała mi w oczy z miną najwyższego sędziego:
- Brakuje ci pumu w organizmie. - wyjaśniła i wróciła do poprzedniej pozycji.
Zatkało mnie. Przeleciałem pamięcią tablicę Mendelejewa. Byłem w klasie matematyczno-fizycznej ale trzydzieści lat temu. Niemniej... zapamiętałbym taki pierwiastek. A może to jakiś związek organiczny? Sprawdzenie nie wchodziło w grę dopóki Pumiasta leżała na mnie i prowadziła terapię. Ale stres może zniszczyć efekt każdego leczenia! Stres zabija skuteczniej niż czy papierosy czy reforma opieki zdrowotnej! Nie wytrzymam niewiedzy... Rany Boskie, zachciało mi się spokojnej drzemki po południu... Nie mogłem dłużej.
Już miałem przerwać milczenie, kiedy usłyszałem i poczułem w brzuchu narastające wibracje i dźwięk:
- PUMMMRRRR.... CHRRRRRR... PUUUMM... MMMRRRRRCHRRRR... PUMMMMRRR...
Poczułem obezwładniające ciepło... zrozumiałem, że faktycznie czegoś mi brakowało... i oto to coś napływało w dużej ilości...
- Koty zawsze wiedzą... - pomyślałem zanim zamknąłem oczy.

sobota, 18 października 2014

Małgorzata Kursa - Biurko w Kropkę.


 Na moim biurku przede wszystkim musi być miejsce dla Kropki. Poza klawiaturą mieści się jedynie kubek z herbatą postawiony z dala od Kropkowego ogona, który ma tendencje do majtania. Biurko pamięta lata siedemdziesiąte, kiedy to odrabiałam przy nim lekcje (liceum). Było niskie (do maszyny do pisania), kupione specjalnie dla mnie i siadałam przy nim na pufie. Potem małżonek dorobił blat, podwyższając je i zawładnęła nim moja Córka, a teraz znowu do mnie wróciło i zdobyło nowy dodatek. Przy długim pisaniu bolą mnie plecy, więc mąż dorobił wysuwany blat na klawiaturę. Dzięki temu Kropka ma więcej miejsca dla siebie, a ja mniej się męczę.


wtorek, 2 września 2014

Jak odróżniam wakacje od czegoś innego? - Piotr Olszówka

Wakacje i urlopy to sprawa śmiertelnie poważna i biada temu, kto traktuje je lekko. Potrafią się zemścić okrutnie za niedocenianie... Ale aby docenić, trzeba najpierw rozpoznać. No i nikt nie może opowiedzieć o swoich wakacjach, dopóki nie ma pewności, że dwa tygodnie laby nad morzem to były wakacje a nie konferencja szkoleniowa na temat wpływu piasku na zgrzytanie zębów. To, co robię w czasie wakacji nie jest ani w połowie tak ważną kwestią, jak określenie: kiedy właściwie mam te wakacje i czy to już?
Od wielu lat mam taki kłopot, bowiem pracuję na własny rachunek w czasie całkiem nienormowanym, nienormalnym a czasami ponadnormatywnym. Dlatego fakt, że w danym dniu nic nie robię, nie oznacza wakacji, bo równie dobrze może okazać się bezrobociem. W poszukiwaniu należycie dokładnego systemu rozpoznawania sięgnąłem na półkę z literaturą historyczną. W albumie poświęconym jednemu z wileńskich fotografów działających ponad wiek temu znalazłem wskazówkę pod jednym ze zdjęć: "odświętne ubrania dzieci wskazują że to niedziela a bose nogi - że lato i wakacje". Niestety autorytet badacza dawnych dziejów na nic mi się nie zdał. Niedziela mnie nie interesuje bo badam problem wakacji... a boso łażę zazwyczaj, również przy pracy, o ile tylko nie trafi mi się sytuacja garniturowa. Nawet, jeśli jestem na bosaka i nic nie robię, to nadal nie mogę w ten sposób rozstrzygnąć, czy to urlop czy bezrobocie.
Z pomocą w takich trudnych kwestiach przychodzi mi zazwyczaj zestaw urządzeń pomiarowych przenoszonych przez Pumę i Nanę, czyli np. kotolokalizator czy O.G.O.N. Otóż, jeśli siedzę przy biurku, znoszę jajko z niecierpliwości i nic nie robię, bo na rękach leży mi Puma, to znaczy, że czas oddania pilnej pracy nadchodzi wielkimi krokami. Z kolei intensywna praca terenowa systemu O.G.O.N. zainstalowanego na Nanie (mniej więcej z tyłu pieska) wskazuje, że znajduję się razem z nosicielką systemu w miejscu o wysokiej atrakcyjności (bo jakbym tam był bez niej, to nie widziałbym pracy urządzenia) co pozwala przypuszczać, że trwa właśnie aktywna część wakacji. System U.C.H.O. ustawiony w pozycji roboczej, w połączeniu z inteligentnym spojrzeniem Nanusi (wyrażającym nadzieję na małe conieco) i rytmicznym wachlowaniem urządzenia O.G.O.N. pozwala rozpoznać chwilę deseru... a jeśli takie zachowania psiwskaźników widzę na dworze, to znaczy, że jestem na pikniku. Jeżeli jednak czuję pod sobą trawę, na sobie słońce, przy sobie psie futerko a do tego nie widzę żadnego psiwskaźnika - to znaczy, że razem z Nanusią znajduję się z zamkniętymi oczami w pozycji LB czyli leżę bykiem, co oznacza najwyższą formę wakacji... czego sobie i Wam życzę.

(POL)

ps. O.G.O.N. - Organ Generujący Ogólny Nastrój - wielofunkcyjny system wbudowany w psa, służący m.in. do strącania ze stolika drobiazgów i zamiatania kota.

wtorek, 27 maja 2014

Okiem Kropki 2 - Małgorzata Kursa



Dzionek dziś wstał piękny i słoneczny. Pomyślałam, że zapowiada się upał, więc kurdupel będzie się poruszał ruchem jednostajnym, absolutnie nieprzyśpieszonym. Co mi odpowiada, albowiem wtedy nie stwarza zagrożenia dla kota. Bardzo się jednak myliłam.
Kiedy już zwlókł się z łóżka, odpracował zabiegi toaletowe, ubrał się i zatankował (bo rano kurdupel bez kawy w ogóle nie działa), złapał torebkę i wyleciał z domu, jakby go furie ścigały.Przez chwilę nasłuchiwałam przy drzwiach, czy jakiś łomot nie dobiegnie, ale widocznie kurduplowi udało się zejść na dół bez szkody dla zdrowia. Skorzystałam zatem z kojącej ciszy i kropnęłam się spać na ulubionym fotelu Dużego. Popołudniu Duży go zajmuje, więc tyle mojego.Długo nie pospałam, bo kurduplowe sapanie powrotne niosło się po całej klatce jak odgłosy starego parowozu. Najpierw coś mamrotał pod drzwiami i szeleścił (pewnie, jak zwykle, robił wykopaliska w torebce w poszukiwaniu klucza), a potem wturlał się do środka obładowany jak wielbłąd. I z tym balastem od razu popędził na balkon. A szkoda. Bo w przezroczystych siatkach wypatrzyłam przyjemnie wyglądające zielone łodygi i chętnie bym osobiście sprawdziła, czy one jadalne. Ostatnio kurdupel zgotował mi niemiłą siurpryzę, więc teraz jestem ostrożna. Najpierw wącham, a potem dopiero nadgryzam. Wolę się upewnić, czy znowu nie natrafię na szczypior. Macie pojęcie? Postawiła cebulę na parapecie w kuchni, w słoiku z wodą, i toto wypuściło zielone. Wyglądało apetycznie; skąd miałam wiedzieć, że to obrzydliwy szczypior? Musiałam potem wypić pół miski wody i poprawić ciasteczkami, żeby ten paskudny smak zlikwidować. Tym razem kurdupel nie dał mi szansy na degustację. Zamknął się na balkonie, zaczął wyciągać roślinki z doniczek i wtykać do skrzynek. Gadał przy tym jak najęty, bo siadłam na parapecie w pokoju i widziałam, jak mu szczęka kłapie, a dobrze wiem, że kłapie mu tylko wtedy, gdy nadaje. Bo ze strachu to kurdupel robi wielkie oczy i słowa nie może wydusić.Ciekawe, o czym się gada z kwiatkami. Bo z kotem to można o wszystkim, a co tam taki kwiatek może mieć do powiedzenia? Chyba, że to sposób na wymuszenie kwitnienia. Taki terror psychiczny. I biedne roślinki zrobią wszystko, byle się tylko ten kurdupel wreszcie zamknął.Kiedy kurdupel po tych robotach ogrodniczych doprowadził balkon do porządku (bo naświnił okrutnie), nawet ładnie to wyglądało. I od razu się pochwalił, co posadził – ciemnoczerwone wiszące pelargonie pnące, pomiędzy nimi biała bacopa, a na dole lawenda. Zdaje się, że będę w tym roku zażywać balkonowych kąpieli słonecznych w bardzo przyjemnych okolicznościach przyrody. Czego i Wam życzę.

Wasza Kropka

wtorek, 20 maja 2014

Okiem Kropki - M. Kursa



Nie wiem, jak jest u Was, ale mój kurdupel czasem sprawia wrażenie, jakby nie wszystkie klepki miał w porządku. Ostatnio chyba wyobraził sobie, że jest kotopodobny, bo zapuścił pazury. Przednie górne. Bo ma jeszcze przednie dolne. 
Tu będzie… To się chyba nazywa dygresja (wiem, bo zawsze siedzę przy kurduplu, kiedy pisze). No więc, dygresja teraz będzie. Co jakiś czas kurdupel przychodzi, łasi się do mnie, mizia, w ogóle słodki jest jak ulepek, a jedną łapę trzyma z tyłu. Chyba myśli, że jakaś niedorozwinięta jestem. A ja od razu wiem, że będzie obcinanie moich osobistych pazurków. Kurdupel mi kiedyś wytłumaczył, że kiedy są za długie, to zaciągam mu wszystkie ciuchy i morduję meble. To mnie nie wzruszyło za bardzo, ale raz tak się zahaczyłam, że musiałam wołać kurdupla na pomoc, bo inaczej zostałabym na wieki wczepiona w kanapę. Od tamtej pory nie protestuję przeciw obcinaniu. Za to chętnie zamknęłabym kurduplowi gębę, bo on uważa, że nie protestuję tylko dlatego, że do mnie gada. Takim monotonnym głosem, że zasnąć można, a już miłosiernie nie wspomnę, jakie to są głupoty.
No więc kurdupel zawsze pamięta, że pora obcinać moje pazury, a o swoich zapomniał. A dziś nam złożył wizytę okropny, buczący szerszeń i kurdupla od razu poderwało od komputera. Bał się, żeby mnie nie dziabnął. Ja i tak zawsze się chowam i przeczekuję. Kurdupel polujący na owady jest bardziej niebezpieczny niż one. Wali packą na oślep, a kiedyś tak się palnął łapą w ramię (komar go napoczął), że zrobił sobie siniaka. Poza tym kurdupel lata po pokoju jak piłeczka pingpongowa i trzeba uważać, żeby kota nie nadepnął, więc wolę mu zejść z drogi.
Dziś uznał, że wyprosi szerszenia z pokoju packą, ale ten szerszeń chyba nie miał ochoty przerywać wizyty, bo się strasznie do kurdupla pchał. Siedziałam pod biurkiem, to wszystko widziałam i słyszałam. Kurdupel machał na szerszenia i mówił brzydkie wyrazy, wreszcie udało mu się przegnać intruza, ale oczywiście potknął się o chodniczek i rymnął. No i złamał sobie pazura. Gapił się na tego pazura i jęczał, jakby co najmniej łapę złamał. A potem siedział, obcinał, piłował i stękał, że okropnie nie lubi tego robić. Poradziłam mu, żeby poszukał sobie kogoś, kto go pomizia, zagada i obsłuży, ale chyba nie zrozumiał. Muszę nad nim jeszcze popracować.


Wasza Kropka

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

ŚWIĘTA PO KROPKOWEMU - Małgorzata Kursa





Nie wiem, jak jest u Was, ale moja Kropka za świętami nie przepada. Żadnymi. Bo nagle ni z tego, ni z owego w uporządkowany koci świat wkraczają dwunożni i czynią zamieszanie wielkie.
Jeszcze, nim w domostwie zapanuje totalne zagęszczenie, które drastycznie narusza terytorium Kropkowe, służba odpracowuje rozpaczliwie międzyświąteczne lenistwo. Sygnałem zwykle jest mycie okien. Kropka czuje się wtedy rozdarta wewnętrznie. Bo z jednej strony o rannej porze, kiedy domowy kurdupel bierze się do roboty, uczciwy kot chciałby odespać. Wszak noc była dla niego pracowita. Z drugiej strony jednakowoż spać się nie da, bo nigdy nie wiadomo, co kurduplowi przyjdzie do łepetyny. Kropka wie doskonale, że kurdupla należy pilnować i nie lubi, gdy znika jej z oczu. Zatem porzuca ideę odpoczynku i z wrzaskiem pędzi do dużego pokoju, bo od niego zwykle kurdupel zaczyna. Najpierw tylko przygląda się, jak łajza włazi na drabinkę i cierpliwie czeka, aż zleci. Kiedy nie zlatuje, Kropka postanawia jej towarzyszyć. Z gracją zatem zasiada na którymś szczebelku i dozoruje robotę. Łajza przeważnie jest jednoczynnościowa przy sprzątaniu, więc przy złażeniu zauważa swoją ulubienicę w ostatniej chwili i, aby jej nie rozdeptać, wybiera jedyną opcję, jaka jej przychodzi do głowy – leci na mordę, starannie omijając koci łepek. Łomot i jęki wyganiają Kropkę z loży. Na wszelki wypadek przeskakuje sponiewieraną łajzę i chroni się na fotelu z niewinną minką. Po czym cierpliwie wysłuchuje wyrzutów i zaczyna się starannie myć, by przypomnieć kurduplowi, że ma jeszcze dużo pracy przed sobą i nie powinien marnować czasu na głupie gadanie.
Bywa, że kurdupel ambitnie prasuje firanki. Żaden kot przecież nie przepuści takiej okazji. Zwoje materii spływają z deski i prawie błagają, żeby się na nich ułożyć. Kurdupel, niestety, nie jest w stanie zrozumieć tej symbiozy i natychmiast, z pianą na pysku, zapodaje kolejną audycję wychowawczą. Obrażona Kropka idzie na kanapę i postanawia spać.
Jest jeszcze wiele pomniejszych czynności przedświątecznych, których Kropka musi dopilnować osobiście. Zwykle kończy się to kontuzjami, których doznaje latający jak kura za pieprzem kurdupel. I dobrze mu tak. W kurduplowym wieku należałoby poruszać się wolniej. Szczególnie, gdy na trasie przelotowej leży kot.
Wreszcie przychodzą święta. Męczący czas dla kota. Prawa do jednego pokoju uzurpuje sobie Dziecko, które przybyło z wizytą. W drugim zagnieżdża się kurdupel i Duży. Kropka najbardziej lubi mieć kurdupla do wyłącznej dyspozycji, a tu się nie da. Kurdupel siedzi, żre i gada z rodziną. Macha przy tym łapami, czasami podskakuje podekscytowany, a żaden
uczciwy kot nie wytrzyma na podrygującym podłożu. Zrezygnowana Kropka przenosi się na kanapę i łypie z wyrzutem na rozgadaną familię.
Kropka przetrzymuje jednak wszystko, bo dobrze wie, że po świętach życie wróci do normy. Dziecko wyjedzie, Duży pójdzie do pracy, a kot znowu będzie miał kurdupla na własność. I wtedy mu dopiero wygarnie.

piątek, 14 lutego 2014

Zakochany Kot - Anna Klejzerowicz



Jak to kotu baba potrafi zawrócić w głowie, to nawet sobie nie wyobrażacie... Nawet takiemu jak ja, co to w sentymenty nigdy się specjalnie nie bawił. Pozycję w moim rewirze od dawna mam ustaloną – puff, puff, puff - choć konkurencja była ostra i wiele ran fizycznych oraz moralnych kosztowało mnie moje obecne stanowisko - więc na powodzenie u kobiet nie narzekam. Przystojny jestem w końcu, choć rudzielec, i w dodatku kawał chłopa. A jednak i mnie to w końcu dopadło...
Miłość, proszę państwa, po prostu miłość!
Jakiś czas temu do naszej wioski wprowadzili się nowi. Słyszałem, że z miasta przyjechali. Nie bardzo mi wiadomo, co to takiego to miasto. Chyba taka wielka wioska po prostu, w której nie ma domków z ogródkami i do lasu daleko...
Ale mniejsza z tym. Nowi dom sobie zbudowali elegancja- Francja. Żałowałem trochę, bo zanim się wprowadzili, to mieliśmy świetne miejsce na zebrania naszej Rady, jednak mówi się trudno. Nie przypuszczałem zresztą wtedy, że zamieszka tu... bogini...
Pewnego dnia w oknach pojawiły się szyby, potem ażurowe firanki, a na końcu... w jednym z tych okien, na parapecie, za szybą - ujrzałem JĄ!... Siedziała na parapecie i wyglądała ciekawie na zewnątrz. Bożeż ty mój koci - zjawisko! Osłupiałem dosłownie. Phh, puff, puff... Takiej damy to tu jeszcze nie widziano. Przepiękna, długowłosa brunetka, z rudymi pasemkami pod bródką i na piersi. A te wąsiki... no istne cudo!... Na szyi miała fikuśną różową opaskę ze złotym dzwoneczkiem. Ci z miasta lubią biżuterię, szczególnie kobitki. Ale jej było z tym bardzo do twarzy.
No i te oczy: wielkie, bursztynowe, głębokie jak studnie - zatonąć w nich byłem gotów natychmiast i bezwarunkowo!
Stałem jak wryty pod jej płotem, aż wreszcie zwróciła na mnie uwagę. Zmrużyła te piękne oczy z lekką pogardą, dając mi subtelnie do zrozumienia, że nieładnie się tak gapić...
Już byłem gotów zaśpiewać jej swą pieśń miłosną, kiedy ona prychnęła gniewnie, odwróciła się, zeskoczyła z parapetu do mieszkania - i tyle ją widziałem. Czekałem wytrwale, lecz nie pojawiła się więcej. Cały dzień snułem się wokół jej domu, wzdychając rzewnie i nawołując.
Nadaremnie...
Następnego dnia cierpliwie wyczekiwałem już od samego rana, ukryty za jedynym drzewem w jej pustym jeszcze ogródku. Już, już miałem nadzieję, gdy firanka się lekko poruszyła, lecz w oknie pojawił się tylko człowiek: też baba, choć te dwunogie kobiety... pożal się koci Boże! Niektóre nawet mają wdzięk, owszem, nie powiem - ale urody to natura tym stworzeniom poskąpiła, niestety, niestety...
Ta była nawet sympatyczna. Ucieszyłem się, bo nie zniósłbym myśli, że moja wymarzona wybranka poświęca się opiece nad jakimś niesympatycznym dwunogiem!
Usłyszałem za to po raz pierwszy imię mojej pięknej:
- No chodź, Persiu! - zawołała dwunożna istota. - Zobacz, jak tu ładnie! Nie bój się... O, jaki miły kotek siedzi tam pod drzewem, spójrz, kochana - kolega...
Zaśmiałem się w duchu. Phh! Naiwność tych dwunogów jest doprawdy rozbrajająca! 
Lecz po chwili serce zabiło mi mocniej, gdy piękna brunetka pojawiła się w oknie...
Spojrzała na mnie niechętnie, choć w jej oku przez moment błysnęła jakby iskierka zainteresowania. Pocieszałem się, że kobieta musi się przecież odrobinę z facetem podroczyć. Niemożliwe chyba, żebym się jej nie spodobał!... Moja podopieczna, Kasia - też całkiem miła dwunóżka, nie powiem, i nawet jak na ludzi niegłupia - zawsze twierdzi, że nie ma elegantszego ode mnie kocura w całej okolicy. A i wszystkie laski z rewiru potwierdzają tę opinię.
Nie chwaląc się, oczywiście...
Persia jednak ostentacyjnie ziewnęła i znów znikła w głębi domu. Kapryśna osóbka!
Tymczasem wieść o pięknej nowej sąsiadce już się rozniosła w okolicy. Wszystkie kocice plotkowały zawistnie, a kocury głupio dowcipkowały, podkręcając sobie wąsy. Musiałem powiedzieć im parę słów do słuchu. Lepiej niech sobie nie robią złudzeń. Nie dla psa kiełbasa. Wrrr...
Miny im zrzedły, ale porządek w końcu musi być.


Doczekałem się wreszcie dnia, gdy zrobiło się cieplej i ujrzałem moją bogdankę w otwartym oknie. Mrrr... Przygładziłem łapą fryzurę za uszami, napuszyłem się i postawiłem ogon do pionu.
- O! Dzień dobry! Puf, puf, puf... Witam, witam uroczą sąsiadeczkę! - zamruczałem dwornie. - Ładną pogodę mamy dzisiaj, prawda?... Jakie słońce! Wreszcie jest okazja porozmawiać. Jestem pod wielkim wrażeniem pani urody...
- Mrr... Dzień dobry - miauknęła lekko zdziwiona, strzygąc uszkami. - Wprawdzie przepadam za komplementami, ale nie wiem, czy mogę panu wierzyć...
No, no, zaczyna być zalotna - skonstatowałem z satysfakcją.
- Mam na imię Antonio - przedstawiłem się szarmancko. – Dla przyjaciół Tony. Cała przyjemność po mojej stronie. Jestem tutaj kierownikiem, szefem, rozumie pani... oczywiście, nie chwaląc się. Puf, puf, puff... Zawsze może pani na mnie liczyć!
Ma się tę ogładę. Dobre pochodzenie to dobre pochodzenie. I nie na darmo przeczytałem w młodości wszystkie podręczniki savoir - vivre w biblioteczce mojej Kasi.
- Och, och - zamiauczała aksamitnie. - Jestem pod wrażeniem! Mam na imię Persia. Mów mi po imieniu, proszę, nie lubię konwenansów...
- Z miłą chęcią - zgodziłem się. - Czy nie zechciałabyś wyjść na mały spacerek do ogrodu, piękna Persiu? Pokazałbym ci najbliższą okolicę - to mój rewir!
- Ach, Prr, prrr... ale moja mamusia mówi, że jeszcze na to za wcześnie - westchnęła tęsknie Persia. - W naszym mieście w ogóle nigdzie nie bywałam...
- No tak, a ja urodziłem się tutaj - mruknąłem. - Choć moja Kasia też kiedyś, dawno temu, mieszkała w mieście i bardzo, ale bardzo źle to wspomina. Mówi, że nigdy by już tam teraz nie wróciła, nigdy... A czy twoja mamusia mieszka z tobą?
- Oczywiście - odparła z uśmiechem. - Widziałeś ją wczoraj, zdaje się? Nie myśl, że cię nie poznaję! Kryłeś się za drzewem...
- No tak... – mrugnąłem do niej łobuzersko. – Ale, ale! Czyżbyś miała na myśli tę swoją dwunożną podopieczną? To ona jest twoją mamusią?
- Podopieczną? - zdziwiła się Persia. – Jak to?... Ależ to mamusia opiekuje się mną!...
- No, to ze mną jest inaczej, moja śliczna, puf, puf, pufff - machnąłem dumnie ogonem. - To ja opiekuję się moją Kaśką, a nie ona mną. No ale w końcu jestem facetem!
Persia uśmiechnęła się słodko uszami i także machnęła swoją kitą. A miała najpiękniejszy, najbardziej puszysty ogon na świecie...
Umówiliśmy się na randkę następnego dnia, o ile mamusia Persi wyrazi na to zgodę.
Wyraziła, więc następnego ranka spotkaliśmy się w umówionym miejscu pod drzewem. Pokazałem jej rewir, a nawet zaznajomiłem z kilkoma - co bardziej śmiałymi i obytymi w świecie - towarzyszami. Dziewczyny boczyły się nieco, ale to przecież na początku normalne...
Persia poruszała się ostrożnie, choć z gracją. Nie była przyzwyczajona do chodzenia po trawie i piachu.
- Bez ciebie w ogóle nie miałabym chyba odwagi wyjść - przyznała. - Jestem nawykła raczej do dywanów... I jak wysoko ten sufit!
- To niebo, głuptasku! - zaśmiałem się pobłażliwie. - A słyszysz te ptaszki? Może złapać ci jednego?
- Prr... Ale po co? - zamrugała ze zdziwieniem, trzepocząc swymi długimi rzęsami i strosząc wąsiki.
- Jak to po co?! Ph, phh! - aż parsknąłem ze zdumienia. - To przecież wspaniały podwieczorek! Przekąska, rozumiesz...
- Nie, nie, dzięki - zmarszczyła z niesmakiem śliczny nosek. - Chyba wolę jednak swoje chrupki!
Cóż, trudno. Jak nie, to nie. Uznałem, że na wszystko przyjdzie czas. Może przyjmie choć zaproszenie na kolację?... Teraz coś innego muszę wymyślić, żeby zrobić wrażenie na tej niebiańskiej istocie.
- Zabawimy się? - wskazałem grube konary drzewa, zapraszające wprost do wspinaczki. - Moglibyśmy się trochę poganiać. To drzewko jest nawet lepsze od dachu!
- Pff, pff, wysoko... Chętnie, ale jutro, dobrze? - zagruchała zakłopotana. - Trochę już rozbolały mnie łapki... Dosyć mam tych wrażeń na dziś, chciałabym teraz zdrzemnąć się chwilkę przed kominkiem. Ale bardzo, bardzo ci dziękuję za ten dzień. Było... cudownie...


Otarła się o mnie czule.
Poczułem się tak, jakby zalała mnie fala kocimiętki! To było cudowne uczucie...


***


Nauczyłem ją biegać po drzewach i dachach. Pokazałem wszystkie nasze zakamarki, doły, zarośla, kryjówki oraz sekretne miejsca, gdzie rośnie kocimiętka – a w jednym ogródku to nawet waleriana! Pokazałem lubej swoje tajemne ścieżki - choć Persia wolała nie oddalać się za bardzo od swojej mamusi.
To znaczy, od mojej... teściowej.
Gdyż wkrótce oświadczyłem się i zostałem przyjęty.
Przyznaję, zaniedbałem nieco obowiązki szefa rewiru, i teraz będę musiał na nowo powalczyć o swój prestiż. Lecz niczego nie żałuję.
Miłość przede wszystkim.
Zamiast zwyczajowego zaręczynowego martwego ptaszka przyniosłem jej w darze żywego kolorowego motyla. Była zachwycona, choć nie wiedziała, co z nim robić - no i motyl odleciał...
Rozczuliłem się jednak, widząc z jaką fascynacją śledzi jego akrobacje w powietrzu. Aż jej wąsiki poruszały się wdzięcznie. Widocznie odezwał się jednak nasz pradawny instynkt łowczy.
Jeszcze będą z niej koty!
Wszystko skończyło się pomyślnie. Okazało się tylko, że istnieje jeden poważny szkopuł: moja narzeczona oświadczyła mi, że o dzieciach to nawet nie mam co marzyć.
- Wrrr... Biorę pigułki - zamruczała stanowczo. – Moja mamusia mówi, że trzeba się zabezpieczać. A ja jestem nowoczesną kobietą! Dzieci to taki straszny kłopot. Och, rodzi ich się przecież tak dużo!...
- Puff, mrr... To trudno, ukochana - otarłem się głową o jej miękkie jedwabiste futerko. - Skoro taka jest twoja decyzja... Uszanuję ją! Choć może jeszcze kiedyś zmienisz zdanie? Ja tam lubię dzieci. Szkolić je, wychowywać, nawet sprać od czasu do czasu.... Ale i tak zawsze będę kochał tylko ciebie, moja ty kocimiętko!
Cóż. Puff, puff – pomyślałem sobie. Ostatecznie spłodziłem już mnóstwo dzieci. Nadążyć nie można z tymi alimentami! A jakie wymagania! Tutaj myszka, tam ptaszek, tu przynajmniej jakaś marna ćma – wystarczy już tego dobrego!
W końcu seks to tylko seks, a miłość to miłość...
Kobitki chętne do miłego a niezobowiązującego flirtu i tak zawsze gdzieś sobie znajdę. Mały skok w bok nie umniejszy przecież naszej miłości! Moja żonka nie musi nawet o tym wiedzieć.
Najwyżej przejdę się od czasu do czasu do sąsiedniego rewiru...


Służbowo, ma się rozumieć.

czwartek, 13 lutego 2014

Pamiętniki kota Bartłomieja część 4 i ostatnia - Iwona Mejza


Lata płynęły coraz szybciej i z małego kotka stawałem się dużym i pięknym kocurem. Ważyłem już siedem kilogramów i zachwycałem wszystkich urodą i zwinnością. Zimą brodziłem po pachy w śniegu i obrzucałem się kulkami z Miki i z mamą Jakubiną. Czasami do zabawy przyłączał się Cezar. Niestety Cezar miał zapędy wodzowskie i zabawa z nim kończyła się szybko. Ciepłe lata upływały nam na opalaniu się, zabawie, i wzajemnym droczeniu się. Czasami do zabawy przyłączał się pan Nero, a pan Asko kibicował nam zza płotu. Pan Nero coraz częściej mówił, że się starzeje i czas zajrzeć, jak wygląda życie po drugiej stronie tęczy. Był piękny czerwcowy dzień gdy pan Nero wybrał się na zwiedzanie tej pięknej krainy, nam na razie niedostępnej. Mama tłumaczyła nam, że nadszedł czas na rozstanie, ale to oznacza tylko tyle, że pan Nero niewidoczny dla nas jest wśród nas nadal i nadal obserwuje jak się bawimy, jak się kłócimy i jak śpimy. Jest obecny duchem. 
Długo nie trwało, gdy na podwórku pojawiły się dwie nowe właścicielki bud i misek, tym razem panie Dina i Stella. Pani Dina była wtedy bardzo młoda, mówiła, że ma niecałe trzy miesiące, czyli była jeszcze dzieckiem. Jaka ona była wesoła i beztroska! Pierwsze kontakty mieliśmy bardzo pozytywne, do momentu, gdy przypomniała sobie, że pochodzi z rodziny terierów i trochę się tym przejęła. Bo jakże to tak, pies przeznaczony do polowania, do łowienia będzie się bawił z tymi na których powinien chociażby dla rozrywki szczekać? Czekały nas ciężkie chwile okraszone momentami wzajemnej sympatii. 
Pani Stella była całkiem inna. Miała za sobą ciężkie życie i bardzo cieszyła się, że trafiła do pełnej miłości rodziny. Gdy pani Dina nie widziała, bawiliśmy się razem i baraszkowali, podjadając ze wspólnej miski co lepsze kąski. Teraz wiem, że pani Dina dobrze wiedziała o naszych zabawach tylko nie chciała tracić twarzy i dlatego udawała, że śpi, albo że jest zajęta czym innym, niezwykle ważnym. W każdym bądź razie życie ułożyło się nam spokojnie i nadal mogliśmy się wszyscy cieszyć pełnią bezpieczeństwa i miłości. 
Wtedy też przeżyłem pierwszy świadomy kontakt z lecznicą i lekarzami pracującymi w tej lecznicy. Do tej pory to do nas przychodził pan doktor raz w roku i robił nam zastrzyk. Tak na dzień wcześniej już przeczuwaliśmy, że będzie się działo. Pani dzwoniła i umawiała się na kawę. Oj my dobrze wiedzieliśmy co się za tą kawą kryje, ale nie było zmiłuj. Zresztą po latach jestem pani wdzięczny, nie musiałem odwiedzać lecznicy, przeżywać stresu na widok tych wszystkich wilczurów i dobermanów siedzących w kolejce i ostrzących sobie zęby na takich biedaków jak ja. U nas było inaczej. Do czasu.
Trzeba trafu, że pewnego zimnego dnia zawitała do nas matka z dziećmi. Sterana życiem poszukiwała jakiejś komórki, czy chociażby zadaszenia i odrobiny jedzenia by nakarmić i ogrzać swoje dzieci. Była u kresu sił, gdy znalazłem ją leżącą pomiędzy zagonami kapusty. Dzieci przytulone do jej piersi spały, ona ledwo oddychała. Była taka ładna. Nie wiedziałem co robić, ale wiedziałem, że bez mojej pomocy ta piękna istota nie przetrwa następnego dnia. Nie mówiąc nic mojej mamie i siostrze poszedłem prosto do pani. Wyciągnąłem ją do ogrodu pod pozorem wspólnego spaceru. Pani była przyzwyczajona, że lubię jak tak sobie wspólnie obchodzimy ogród i sprawdzamy jakie rośliny wykiełkowały, jakie już zakwitły. Co się zmieniło. Trochę narzekała, że musi przerwać gotowanie obiadu, ale nie ustępowałem. Czasami dobrze jest mieć opinię rozpieszczonego kocurka. 
Szliśmy razem rozglądając się, zaczynało mżyć, robiło się bardzo nieprzyjemnie. Chciałem by wszystko wyglądało naturalnie. Szedłem wolno, przy grządkach markując chęć zrobienia siusiu. Poszedłem kawałek dalej i na widok nieznajomej kocicy udałem zaskoczenie. Zawołałem panią by podeszła bliżej. Kamień spadł mi z serca jak zobaczyłem, że pani pochyla się nad szarą pięknością i głaszcze ją powoli pytając: - A skąd ty tutaj przyszłaś? I to z dziećmi! Co ja z tobą zrobię? – Uważałem sprawę za załatwioną przynajmniej na razie. Pani przyniosła mleko, do mleka wdrobiła bułeczkę i tym nakarmiła szarą kocicę i jej dzieci. 
Potem były następne posiłki i następne, aż Mimi, bo tak szara kocica dostała na imię, zadomowiła się u nas. Dzieci odkarmione i wesołe powędrowały do nowego domu dwie ulice dalej, tak, że Mimi wiedziała, ze są bezpieczne. Najgorzej stosunki ułożyły się pomiędzy Mimi a moją siostrą Miki. Najważniejsze dla mnie kobiety nienawidziły się wzajemnie i żadne moje pertraktacje nie odnosiły skutku. Robienie sobie na złość stało się pasją i treścią ich istnienia. Reszta spraw straciła na znaczeniu. Byłem zrozpaczony. Kochałem moją siostrę i nie wyobrażałem sobie życia bez niej, ale byłem także pod ogromnym urokiem szarej damy. Nie wyobrażałem sobie życia bez nich! Któregoś dnia Mimi zniknęła. Byłem zrozpaczony, a Miki triumfowała, twierdząc, że Mimi sama opuściła nasz dom. To nie była prawda, Mimi nigdy by mnie nie zostawiła samego. Potrzebowała opiekuna, potrzebowała pomocy i mojego oddania. 
Sprawa wyjaśniła się na następny dzień. Pani nasza nie wytrzymała tych swarów i awantur, i oddała Mimi do dobrego, przyjaznego domu, gdzie nie było innego kota i Mimi mogła sobie spokojnie żyć. Za to ja myślałem, że tego nie przeżyję. Jak to możliwe bym już nigdy nie miał się zobaczyć z tak kochaną przeze mnie istotą. Uświadomiłem sobie, że nigdy nawet jej nie wspomniałem ile dla mnie znaczy i kim naprawdę jest. Byłem rozżalony na panią, że mogła mi zrobić coś takiego! Nie upłynęły dwa dni gdy okazało się, że Mimi uciekła z tamtego domu. Tęskniła! Przybyła do nas z powrotem dopiero po dwóch tygodniach, wymęczona i schorowana, ale szczęśliwa, że wróciła. Ja też byłem szczęśliwy. Z tego szczęścia właśnie, biegnąc za Mimi pośliznąłem się i złamałem sobie palec. O rany jak bolało! Nigdy bym nie pomyślał, że złamany palec może boleć aż do zemdlenia. Skończyło się na tym, że pierwszy raz musiałem jechać do lecznicy i poddać się zabiegowi operacyjnemu. Palec był oderwany, nie złamany, pan doktór musiał zrobić z nim porządek. Po powrocie do domu musiałem wkładać taką irchową skarpetkę zabezpieczającą moją łapkę przed zakażeniem. Mówi się trudno, przez wszystko trzeba przejść. Najważniejsze, że byliśmy razem. 


Moja siostra Miki

Miki powoli, bo powoli, ale zaakceptowała Mimi. Udawała, że jej nie widzi i miała do mnie ogromny żal, tak jakbym ją zdradził. Nie czułem się z tymi wyrzutami siostry dobrze, zwłaszcza, że trochę racji w nich było. Już nie sypialiśmy razem po obiedzie i czyściliśmy sobie nawzajem uszu, bo z kolei Mimi była zazdrosna. Tak żyliśmy wszyscy razem cztery lata, aż któregoś dnia serce Mimi nie wytrzymało i dołączyła do pana Nera po drugiej stronie tęczy. Ja także coraz częściej czuję, że nadchodzi czas by połączyć się z nimi i też zaznać innego życia. Cieszę się na myśl o tym, że znowu zobaczę Kiciulka, którego nie ma wśród nas od wielu lat, i Kleopatrę, o której napiszę za chwilę. Zobaczę Rudzielca, wielbiciela motyli i Bąbla, któremu los nie sprzyjał. Zobaczę się z panią Diną, która musiała odejść od nas nagle złożona ciężką chorobą. Ciekawe czy dalej poluje na zaskrońce? 
Zobaczę wszystkich moich przyjaciół i znajomych. Znowu jak w młodości będziemy się bawić na zielonych, pokrytych rzeżuchą łąkach. Wąchać kwiaty i wylegiwać się do woli. Na razie zamierzam dokończyć kronikarskie obowiązki i tak jak obiecałem wszystkim moim najbliższym i bliskim poświęcić choć po parę słów. 
Kleopatra pojawiła się na naszej ulicy znienacka. Podobno kiedyś miała dom i rodzinę. A potem wszystko się skończyło. Jedna przejażdżka samochodem z panem, otwarcie okna i porzucenie. Kleopatra długo nie mogła dość do siebie. Kompletnie nie rozumiała co się stało!? Jak ogłuszona chodziła wzdłuż naszej ulicy aż natknęła się na mnie. Leżałem sobie jak zawsze przy brzegu ulicy, przytulony do krawędzi chodnika i obserwowałem zwyczaje mrówek. Były do mnie przyzwyczajone, więc nawet nie zwracały uwagi na to co się dzieje dookoła pewne, że w razie czego ostrzegę je przed niebezpieczeństwem. 
No więc leżałem sobie i drzemałem, patrząc spod wpółprzymkniętych powiek czy coś nie jedzie. Był spokój. Nagle doszło do mnie ciche zawodzenie i zobaczyłem przed sobą czarną piękność. Wyglądała tak jak królowa Kleopatra. Zapytałem co się stało i skąd przybywa. Nie mogłem uwierzyć, że zdarzają się takie historie. Wcześniej Mimi, teraz Kleo. Poradziłem jej, żeby podeszła do sąsiadów. Wiedziałem, że to porządni ludzie, bez kota i bez psa. Była szansa, że ją przygarną. Gdyby się nie udało poszlibyśmy do mojej pani. 
Kleopatra miała szczęście i znalazła dom na długie lata, ale i tak większość czasu spędzała ze mną. Razem jadaliśmy śniadania, a nierzadko i obiady. Była bardzo zaborcza i agresywna. Porządna była z niej kocica, tylko bała się by znowu ją jakieś nieszczęście nie spotkało. Bardzo mi jej momentami brakuje. Tej jej zadziorności i nieustępliwości, tej skłonności do stawiania na swoim. Teraz najwięcej czasu spędzam z moim przyjacielem i oczywiście nadal z dziewczynami. Z moją mamą i moją nadal ukochaną siostrą, oraz ze Stellą. Ona tak jak i ja lubi marzyć i snuć wspomnienia. Lubi słuchać jak opowiadam o czasach, gdy na podwórku rządził pan Nero. Teraz wszystko pootwierane, wchodzę na podwórko kiedy chcę, a czasami Stella zajmuje moje miejsce na wycieraczce przed domem. Bardzo się lubimy.
Mój przyjaciel jest o wiele lat młodszy ode mnie. Ma na imię Towdy i mówimy do niego Tołdi. 


Tołdi - przyjaciel. Parapet okienny to jego ulubione miejsce do spania, gdy słońce grzeje.

Razem chodzimy po ogrodzie, razem jadamy i razem śpimy. Tak bezpieczniej zwłaszcza wtedy, gdy na nasz teren usiłują wedrzeć się obce kocury. Ja już nie mam siły na obronę terenu, a Tołdi jest jeszcze w pełni sprawny i zadowolony z tego, że ma większy teren niż inni. Czasami trochę się szarogęsi, ale i tak miły z niego kolega. Cieszy się , że razem spędzamy zimy. Gdy byłem młodszy noce spędzałem w domu, no chyba, że udało mi się wyrwać spod skrzydeł pani. 
Gdy się zestarzałem i przestałem wędrować w świat, zwłaszcza odkąd zrobili nowe ogrodzenie i niestety wszystkie dziury zniknęły, siedzę na moim terenie. Już nie zaszaleję, dlatego mogę zostać na dworze na noc. Uparłem się i chcę zasmakować normalnej kociej egzystencji pod gwiazdami. Mama i Mikunia śpią w domu. Mikunia chciałaby się wyrwać ale pani jej nie pozwala, a i mama woli jak śpią razem. Ja mam teraz wolność. Kiedy chcę mogę być w domu, kiedy zechcę mogę wyjść. Przywilej starości. Teraz siedzę w domu. Znowu byłem tak zaziębiony, że przestraszona pani zadzwoniła do doktora i zaczęło się. Zastrzyki, antybiotyki, leki na wzmocnienie. Specjalne jedzenie. Otulanie kołderką. Nie wiedziałem dokąd mam uciec. Kocham moje panie, ale czasami bywają nadopiekuńcze.
Teraz wykorzystuję czas na pisanie, wiedząc, że pamięć bywa ulotna. Dzisiaj pamiętam, jutro już mogę zapomnieć imiona moich bliskich i najbliższych. Pisząc te wspomnienia mam pewność, że przetrwa imię mojej kochanej Mimi, Kleopatry, pana Nera i wielu, wielu innych. Mam nadzieję na jeszcze długie i szczęśliwe życie. Gdy się zakończy bez żalu przejdę na drugą stronę tęczy i z tej krainy wiecznej zabawy i szczęśliwości będę się opiekował tymi którzy pozostali w teraźniejszości, wiedząc, że prędzej czy później dołączą do mnie i znowu będziemy razem.


Spisał kot Bartłomiej roku pańskiego 2010.

wtorek, 11 lutego 2014

Pamiętniki kota Bartłomieja część 3 - Iwona Mejza


Gdy miałem całe dwa lata uznałem, że powinienem zobaczyć jak wygląda świat na innych ulicach. To były niebezpieczne wyprawy czynione w ścisłej tajemnicy przed mamą i siostrą. Mama nigdy by mi nie pozwoliła oddalić się w tak niebezpieczne rejony, z kolei Miki chciałaby na pewno iść ze mną, a na to nie mogłem pozwolić. Jedna z tych wypraw szczególnie zapadła mi w pamięci. Na wyprawach, jak to na wyprawach cały czas poznawałem nowych kolegów. Szary Pręgowany, Cezar, Kiciulek i Przylepa. Z Kiciulkiem łączyło nas wspólne zamiłowanie do podróży i odkrywania nowych terytoriów. Czasami on przychodził do mnie, czasami ja zaglądałem do niego i wspólnie ustalaliśmy plan marszruty. Najczęściej spotykaliśmy się wczesnym rankiem, gdy dookoła panowała jeszcze senna cisza. 
Ten ranek miał być podobny do tych, które już razem przeżyliśmy. Spotkanie w garażu, wspólne śniadanie i planowanie dokąd tym razem oczy i łapy nas poniosą. Byliśmy przyzwyczajeni do tego, ze w czasie naszego śniadania pani Kiciulka wyjeżdża do pracy, zostawiając nam do dyspozycji cały garaż. Siedzieliśmy w kącie czekając aż wyjedzie i przełykając ostatnie kęsy posiłku. Zamierzaliśmy wtedy wybrać się na okoliczne łąki, gdzie podobno można było obserwować żaby. Nigdy jeszcze nie widziałem żaby z bliska. Kiciulkowa pani wyjechała samochodem i słyszeliśmy jak z kimś rozmawia. Potem powinna wsiąść do samochodu i pojechać do pracy, tymczasem , jak nigdy dotąd usłyszeliśmy skrzypienie drzwi i nagle w garażu zapadła absolutna ciemność. Byliśmy uwięzieni! Pani nas zamknęła i pojechała! Jak ona mogła tak zrobić?! Spojrzeliśmy po sobie zmartwieni. Z naszej wyprawy nici. Całe szczęście, że mieliśmy pod dostatkiem jedzenia i picia, oraz nadzieję, że pani zaraz wróci i otworzy nam drzwi. Gdy po jakimś czasie, nie mieliśmy zegarków, a i słońce było poza naszymi oczami, nic się nie zmieniło, zaczęliśmy wołać o pomoc. Bo cóż my biedni zrobimy jeżeli Kiciulkowa pani wyjechała na dłużej? Na dwa dni, a może tydzień. Już wyobrażałem sobie siebie i Kiciulka wychudzonych, nie ruszających łapkami, z języczkiem szorstkim i spragnionym chociażby kropli wody. Rozpłakaliśmy się obaj bezsilni wobec przerastających naszą wyobraźnię zdarzeń. W końcu przytuleni do siebie usnęliśmy. W ten sposób minęło kilka godzin. 
Gdy się obudziłem Kiciulek nadal spał, a garaż był nadal zamknięty. Uświadomiłem sobie co w tej chwili czuje moja mama i Miki i wszystkie moje pańcie. Pewnie szukają mnie i nawołują całe zrozpaczone, że już nie żyję, albo zostałem uprowadzony przez złych ludzi. Dałbym wszystko by je uspokoić. Kobiety mojego życia, takie kochane. Słyszałem za drzwiami garażu jakieś głosy, szum silnika, wydawało mi się, że rozpoznaję głos mojej pańci. Otrzepałem się i przygładziłem włosy. Nie chciałem wyglądać jak ostania bieda, by nie sprawiać bólu mojej pani. Pamiętam jaki byłem szczęśliwy gdy zobaczyłem je obie; panią od Kiciulka, który nie wiadomo kiedy zawisł w jej ramionach i moją panią wyciągającą do mnie ręce. Przytuliłem się, przyrzekając sobie w duchu, że to była moja ostatnia tak daleka i niebezpieczna wyprawa. Słyszałem jak Kiciulkowa pani mówi, że jak wyjeżdżała to nas nie zauważyła, ale spieszyła się bardzo, nagły telefon i tak mechanicznie przymknęła ten garaż. Zazwyczaj go właśnie przymyka, no dzisiaj tak mocniej. Zdarzyło się. 
Nie zamierzam przytaczać co usłyszałem od mamy i od siostry. Pani była tak ucieszona, że jestem z powrotem, że darowała mi wyrzuty. Swoje wiedziałem. Co dom to dom. Najwyżej, no najwyżej wyjdę sobie na ulicę, poleżę przy chodniku obserwując samochody. Coś mi się od życia należy. Przez kilka następnych tygodni siedziałem jak trusia. Najcięższym zadaniem było przebłaganie Miki, która obraziła się na mnie. Ona też chciała obserwować żaby i zdobywać obce terytoria, a ja ją zostawiłem. Było ciężko. 



Moja siostra jest kochana, ale charakter ma niełatwy. Nie dość, że w ramach przeprosin musiałem zmywać za nią nasze talerzyki, to jeszcze musiałem jej towarzyszyć w wyprawach na myszy. Moja siostra to znana obserwatorka gryzoni. Jeżeli uda się jej znaleźć miejsce, w którym przebywają gryzonie, czasami są to myszy, czasami nornice, zdarzyły się nawet orzechówki, to nic i nikt nie jest w stanie odwrócić jej uwagi. Siedzi i czeka aż wyjdą. Siedzi godzinę, dwie, trzy. Bez jedzenia i bez picia. Czasami w pełnym bezruchu, zamiera nad okrągłą dziurą. Czeka. Ja razem z nią, w ramach pokuty. Cały zdrętwiały, znudzony. Jak sobie teraz przypominam tamte chwile z młodości to nadal czuję ścierpnięte łapy i lekką senność, która mi zawsze wtedy towarzyszyła. Potem skok adrenaliny, gdy w otworze pokazywała się głowa rezolutnego przedstawiciela mysiego gatunku. Oczy jak dwa koraliki badawczo wodziły wokół, napotykając nieruchome spojrzenie mojej siostry. Czasami gryzoń znikał w wygodnej i bezpiecznej dziurze, czasami nie zdążał, a wtedy zaczynała się zabawa mojej siostry, uwielbiającej tego typu sporty. Zazwyczaj po jakimś czasie Miki odpuszczała, a wykończona mysz znikała w dziurze, nie rozumiejąc jakim cudem umyka z życiem. Taka to jest moja siostra. Lubi się pobawić, ale wszystko z umiarem i bez krzywdy dla innych.

Ciąg dalszy nastąpi...