Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 stycznia 2015

HANNA KOWALSKA-PAMIĘTA "Ewa i idealna opiekunka"

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. SKRZAT

Ewa ma 8 lat i dwa marzenia. Mieć w domu zwierzaka, co jest niemożliwe, ze zwględu na alergię taty i pozbyć się opiekunki, pani Asi. Niestety są to marzenia nieziszczalne. Pani Asia jest punktualna, perfekcyjna i dziewczynka jest zmuszona znosić jej towarzystwo. Nagle w życiu Ewy zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Tajemniczy kot na balkonie, dziwny chłopiec, niewidoma staruszka, podsłuchana przerażająca dla dziewczynki rozmowa w czytelni. Co z tego wyniknie? Nie zdradzę, bo to świetnie napisany kryminał dla starszych dzieci, wciągający i znakomicie skonstruowany. Właściwie nie tylko dla dzieci, bo przyznam, że ta książka mnie również wciągnęła. Dodatkowym atutem powieści jest pokazanie szkoły, rywalizacja wśród dzieci o władzę, prestiż. Znakomita lektura. Gorąco polecam. 

(G.S.)


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Noworoczne ploteczki z Frankiem - Grażyna Strumiłowska

   
Chwila spokoju, włączona cicha muzyka, odpoczynek po sylwestrowych hukach. Postanowiłam sama dla siebie podsumować stary rok i powziąć jakieś noworoczne postanowienia. 
W momencie, kiedy zaczęłam zapisywać pierwsze z nich, usłyszałam tętent. Oczywiście jak zawsze, kiedy chcę mieć chwilę spokoju pojawił się Franek. Zastanawiam się, skąd wzięło się powiedzenie "koci chód", cichy, bezszelestny. Franek jak biegnie, to drży podłoga.
- O, nudzisz się? - mały potwór usiadł i popatrzył mi w oczy.
- Nie, myślę.
- O czym, to głupie tak siedzieć i myśleć.
- Wcale nie, tak sobie układam pewne rzeczy.
- Gdzie układasz?
- W głowie.
- Coś kręcisz. W głowie to nie ma jak czegoś układać - przyjrzał mi się uważnie i wydawało mi się, że z pewną złośliwością.
- Franiu, a ty nie masz żadnych postanowień noworocznych.
Mój koteczek zamyślił się.
- Mam, chyba.
W mojej głowie zaświtała nadzieja.
- Franiu, może będziesz trochę grzeczniejszy?
- Czemu - spojrzał na mnie za zdziwieniem.
- Bo okropnie rozrabiasz. Wszystko niszczysz.
- E tam, te stare skorupy i choinka co jest umarnięta i wazon.
- Ale te skorupy , jak je nazwałeś, to była cenna pamiątka.
- Zepsute były i stare - prychnął - Przestań truć i powiedz coś ciekawego.
- Nie wiem co jest dla ciebie ciekawe?
- Opowiedz o tych redaktorach na KzK. Ja ich nigdy nie widziałem. Słyszę jak z nimi rozmawiasz, ale nie wiem jacy są. Wiem tylko, że ciotka Ania ta od Sylwka to często się ze mnie wyśmiewa.
- Nieprawda. Ona cię bardzo lubi. Dobrze, opowiem ci. Ania Klejzerowicz to świetna pisarka i wspaniała osoba. Ma trudny charakter czasem, ale wielkie serce i zawsze można na nią liczyć. Kocha zwierzęta i uważam ją za przyjaciółkę.
- E tam, zołza jest - Franio rozłożył się wygodnie, tym samym przesuwając mnie na brzeg kanapy - A moja wredna teściowa?
- Małgosia Kursa. To nasza opoka. Siła spokoju, lojalna, pracowita i bardzo kochana. Ma niesamowite poczucie humoru i pisze fantastyczne książki.
- Wiem, ale też jest zołza.
- Dlaczego?
- Nie wiem, tak czuję. Kropkę lubię, ją też, ale czasem mnie wkurza.
- Jest jeszcze Piotr Olszówka. Wujek od Kotka Mamrotka, ma Nanę i Pumę. Jest wspaniałym przyjacielem, taki nasz redakcyjny rycerz, potrafi nas w trudnych chwilach rozbawić. A wiesz, że niedługo wyjdzie jego książka o Kotku Mamrotku.
- Fajnie, to mi poczytasz.
- Jest jeszcze Piotr Sender, taki młody wilk, pisarz, informatyk. Bardzo go wszyscy lubimy.
- Jego to nie znam.
- Poznasz kiedyś i na pewno polubisz.
Franio przeciągnął się.
- No to sobie poplotkowaliśmy. Są jeszcze te Rosenthale? Fajnie się tłuką.
Zerwał się, a ja zostałam z mętlikiem w głowie i postanowieniem zakupienia pancernej szafy.


Grażyna Strumiłowska

ps. Franek niedawno potłukł stary półmisek Rosenthala. Ktokolwiek twierdzi, że zrobił to przypadkiem - oczernia Kotka.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Pisane psem i kotem - Teoria drzemki (Piotr Olszówka)

Miałem do przeczytania trochę rzeczy a jednocześnie wzywał mnie piec. Taki normalny ciepły piec ma ogromną siłę przyciągania i jeśli człowiek nie uwzględnia jej w swoich planach, to kończy drzemiąc przy piecu zamiast przy nim pracować. Zaplanowałem wszystko jak należy, czyli obok fotela postawiłem kawę na stoliku, zawinąłem się kocem tylko częściowo (zawinięcie zbyt dokładne powoduje senność), w rękę wziąłem sztywny notatnik z przypiętym dzwonkiem (żeby narobił hałasu, jak zasnę i puszczę go z rąk), w drugą rękę - książkę i zacząłem czytać, notując przy okazji różne złote (lub pozłacane ew. tombakowe) myśli. Po drugiej przeczytanej stronie usłyszałem: Mrrrrrru?
Spojrzałem na podłogę. W tej samej chwili Pumiasta wskoczyła mi na nogi. Nauczony doświadczeniem wiedziałem, że od tej chwili może się wydarzyć wszystko... może za wyjątkiem spokojnego czytania. Z lekką rezygnacją spojrzałem w szmaragdowe oczy.
- Drzemiesz? - zapytała.
- Nie. Pracuję.

- Akurat. - spojrzała na mnie z wyższością, jakbym najzwyczajniej w świecie próbował ją oszukać. No, odkąd się pojawiła, to z pracą faktycznie będzie kiepsko.
- Akurat tak, chociaż z tobą to może się już nie udać. - wyjaśniłem bez wielkiej nadziei na przekonanie kotki. Przespacerowała po mnie, minęła książkę i "przypadkowo" strąciła notes na podłogę. Spojrzała mi w oczy z bliska.
- Według mnie, to coś udajesz, żeby się przespać. Ale słabo udajesz. I źle się zabierasz do rzeczy.
- Kiedy to stałaś się specjalistą od pracy?
- A co to takiego? - kocie oczy powiększyły się do rozmiarów dwuzłotówki - Zresztą... nieważne.
Podreptała po mnie wzdłuż i wszerz, okręciła się, przejechała mi ogonem po oczach.
- A nie mówiłam? Już zamykasz oczy!
Kłopot z kotami polega na tym, że zawsze mają rację. I to nie jest sarkazm. One po prostu obserwują i wiedzą więcej od nas. Mimo wszystko otworzyłem powieki. Książka dawno spadła na bok - nie da się czytać z kotem jako zakładką. Pumianna tymczasem deptała mi po brzuchu.
- Znowu mnie leczysz?
- A skąd! Ty jesteś nieuleczalny...
Powiedziała to kocica, która nie wysiedzi sama pół godziny i wszędzie łazi za nami jak uzależniona. Pumowa arogancja ma zapewne czemuś służyć... może dodaje jej pewności siebie? Ale czy Kot, który ujeździł psa, potrzebuje więcej pewności siebie? Koty są tajemnicą dla ludzi, a kocie kobiety na zawsze będą tajemnicą dla wszystkich facetów, nie tylko tych na czterech łapach.
- No to co robisz? - zapytałem
- Prześpię się trochę. Ty i tak nie robisz nic ważnego.
No jasne. Nie pamiętam, żeby Kot przyznał, że jakaś ludzka czynność jest ważniejsza od Jego drzemki.
Usiadła i rozpoczęła Staranne Lizanie Własnej Łapki Przedniej - z zaangażowaniem zasługującym na pisanie z wielkiej litery.
Postanowiłem powalczyć o prawo do pracy.
- Robię coś ważnego. Czytanie to część mojego zawodu.
Położyła mi łapkę na ustach. Spojrzała z góry.
- Drzemka jest częścią MOJEGO zawodu. Ważną.
Poczekałem chwilę. Zabrała puchatą kończynę i znowu zaczęła ją lizać.
- No to się zdrzemnij. Możesz spać na mnie, jak chcesz, nie muszę się bardzo ruszać przy czytaniu.
- Czyżby? - złoto-zielone oczy zaświeciły o parę centymetrów od mojej twarzy. - Przecież ty nie możesz głupich dwunastu godzin wytrzymać bez ruchu... jak mam na tobie drzemać?
- Możesz się zwinąć, wsadzić nos w ogon i spać.
Spojrzała tak, że ciarki mi przeszły po plecach.
- CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ? ŻE TO TYLE?
- Jak dla mnie tak to właśnie wygląda...
Chyba nie mogłem zrobić niczego więcej, żeby stracić twarz.
Położyła mi się na klacie, wyciągnięta tak, żeby zablokować moje ręce. Westchnęła... co brzmiało jak skrzyżowanie zipnięcia i odgłosów parowozu.
- Okej... chyba muszę wytłumaczyć ci podstawy... chociaż to chyba strata czasu... ale koty mają pewne obowiązki wobec świata.
Widziałem tylko jedno stworzenie lekceważące pojęcie obowiązku bardziej niż Pumiasta... i to też był kot. Musze przyznać, że zaintrygowała mnie swoją zapowiedzią. Zamieniłem się w słuch. Książki, notesy, recenzje i praca itd zeszły sobie nie tyle na plan dalszy, co na podłogę ale w starciu z Pumianną i tak nie miały wielkich szans.
- Po pierwsze: czas. - spojrzała w okno oceniając porę.
- Zauważyłem, że śpisz cały czas. - zaryzykowałem.
- Uważaj, jak wyjdziesz z domu, bo z takim zauważaniem pies cię przejedzie. - odparowała - Spać trzeba we właściwej porze. Nie możesz spać, kiedy na parapecie siedzi gołąb, jak Nana wróci ze spaceru i przyniesie wiadomości na futrze, jak okno jest otwarte... Jeśli chcesz się zdrzemnąć - musisz wybrać moment, kiedy nic cię nie obudzi i nie masz nic do roboty. To nie może być noc, bo noc jest do łażenia po dziurach a nie do drzemki. Właściwie... - Puma spojrzała w okno z wyrazem pewnego zamyślenia - nie ma prostej recepty na odpowiedni czas. To trzeba wyczuć. Ale żeby wyczuwać - trzeba trenować codziennie przez wiele godzin.
To przynajmniej wyjaśnia, dlaczego Puma przesypia większość czasu: trenuje drzemkę wyczynową... Wykład brzmiał coraz ciekawiej.
- Niezależnie od wyczucia chwili... wiesz, to się nazywa "timing"... - pouczyła mnie - musisz opanować odruchowe i precyzyjne chwytanie koordynat astronomicznych.
No ładnie. Kocica-astronom mi się trafiła...
- Możesz to wyjaśnić? - zapytałem - Nie wiem, co mają wspólnego gwiazdy ze spaniem, poza tym, że jak się je widzi, to trzeba iść spać.
Znowu dostałem spojrzenie pełne politowania.
- Koordynaty astronomiczne to położenie względem gwiazd. Na przykład: słońca. Musisz kłaść się tak, żeby grzało futerko jak najdłużej ale nie świeciło w oczy. No i masz to robić dobrze przez sen. Nie można się budzić co sześć godzin tylko dlatego, że słońce poszło sobie dalej.
- Nie mam futra.
- To sobie wyrośnij! Jak chcesz drzemać bez futra?
Przez chwilę leżała na boku i lizała sobie brzuszek, jak się okazało: żeby uporządkować futerko, myśli i wykład.
- Kolejna rzecz, to ułożenie. Jak się źle położysz to plecy bolą.
Robiło się ciekawie... często budzę się jak połamany, może dowiem się jak Koty osiągają tę swoją słynną elastyczność. Tym razem Pumianna zaczęła demonstrować: wstała i pokazywała co i jak.
- Przede wszystkim nie kładź się nigdy na rzeczach wypukłych, bo sobie plecy rozciągniesz. Szukaj dołków. - usiadła mi na brzuchu, gdzie z racji mojej pozycji miałem dołek. Wpasowała się od pierwszego razu i kontynuowała - Jak chcesz myśleć przez sen, to układasz się z głową podpartą wyżej, ale nie przyciskaj łapek. Jeśli bolą cię kości albo spuchniesz od pogody, kładź się z głową niżej. Kiedy po prostu chcesz sobie podrzemać dla sztuki i wprawy, zwiń się w kłębek. Układasz się okręcając, żeby ułożyć futerko wzdłuż włosa, bo inaczej uwiera. Nigdy nie wypuszczaj ogonka, bo cię byle co obudzi. Ogonek ma być przy nosie, ewentualnie przy policzkach. A łapki trzeba trzymać razem.
Korciło mnie, żeby zapytać, jak spać, jeśli się nie ma ogonka... ale według kociej teorii to chyba niemożliwe.
Przemaszerowała mi na nogi. Udeptała koc i wyciągnęła się wygodnie patrząc mi w oczy.
- W tym wszystkim nie wolno pominąć kwestii kompozycyjnych.
- To znaczy? - trochę mnie zaskoczyła. Sztuki plastyczne i drzemka?
- Masz wyglądać słodko i elegancko, bo inaczej każdy cię obudzi przy byle okazji. Trzeba spać tak, żeby budzenie cię wyglądało jak świętokradztwo. No i...
Urwała w pół słowa. Z sypialni dobiegło znajome szuranie pazurami po parkiecie. Przyszła Nana, która najwyraźniej postanowiła zmienić łóżeczko, ale po drodze ucieszyła się na nasz widok.
Nanułkowa radość objawia się tak, jak zwykle u psów: lizaniem. Liznęła mnie w rękę po czym z rozmachem przejechała różowym językiem po Pumowej łopatce, policzku, nosie, oku, uchu i czubku głowy. Kotka omal nie udławiła się językiem. A Nanusia z radości wsadziła w nią nos, bo przyjemnie wsadza się nos w ciepłe, miękkie kocie futerko... A ponieważ zrobiła to z entuzjazmem - Pumiasta spadła mi z kolan na fotel.
- Co robicie? - zapytała psina merdając powitalnie.
- Rozmawiamy o drzemce. - wyjaśniłem drapiąc ją po uszach.
- O tym, jak to robić właściwie! - wyjaśniła Puma wyłażąc mi na kolana.
- O! Fajnie! - ucieszyła się Nanka. Temat spania idealnie odpowiada jej zainteresowaniom.
- Ja to robię tak... - oświadczyła, po czym przewróciła się na bok, wsadziła nos w koc i zasnęła.

Piotr Olszówka

wtorek, 16 grudnia 2014

Luis Sepulveda: "Historia Maksa, Miksa i Meks" *


KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO NOIR SUR BLANC

Maks to młody człowiek. Miks jest kotem... jak się okazało w wyniku kulturoznawczych badań Maksa - kotem o greckim profilu. Naturalnie Kot ma wiele innych powodów do dumy, ale ten też jest całkiem niezły, dlatego Miks wyrósł na bardzo pięknego i dumnego kota. Włóczył się po dachach i przeżywał Kocie Przygody, kiedy Maks studiował... Jednak po kilku latach okazało się, że stracił wzrok i przygody musi zastąpić wspomnieniami... do momentu, gdy złapał (na słuch) małą meksykańską mysz. Mysz była hałaśliwa, gadatliwa, egzaltowana i trochę trudna do wytrzymania... ale potrzebowała przyjaźni i umiała ją odwzajemnić. I tak oto oboje odkryli, że kot Miks z myszką Meks to dużo więcej niż kot i mysz osobno.
To trochę dziwna opowieść. Raczej dla tych dzieci, które mają skłonność do refleksji i marzeń, do zadumy i powolnego podglądania świata. Ale także dla dorosłych. Czytelnik, który lubi takie klimaty, pozostanie pod jej urokiem. Powolna, leniwa opowieść o życiu w pustym mieszkaniu wciąga w delikatny i niespieszny proces budowania przyjaźni, poznawania swoich potrzeb i wspierania się nawzajem. Ciepła i delikatna...

Bardzo polecam

(POL)

czwartek, 13 listopada 2014

Pisane psem i kotem: Pumizacja - Piotr Olszówka

Wróciłem do domu i doznałem olśnienia. Są takie chwile, kiedy człowiek dokładnie wie, co chciałby zrobić, co może i co powinien. Jeśli ma pecha - są to trzy różne rzeczy, ale ja miałem szczęście. Przygotowałem się odpowiednio i poszedłem do saloniku. Kilka miesięcy wcześniej skończyliśmy remont. Plan zakładał, że z zabudowy wokół okna powstanie wnęka, w której będzie można wygodnie siedzieć na drewnianym podeście. Okazało się jednak, że  trzeba coś tam dodać, bo sam podest nie jest zbyt komfortowy. Po długim poszukiwaniu kupiliśmy sobie dwa worko-pufy... i to było to! Od dwóch tygodni w środku każdego dnia słyszałem ich zew: CHODŹ SIĘ ZDRZEMNĄĆ... NO, CHODŹ TU... JEST SŁOŃCE, JEST WYGODNIE... ale niestety - ciągle coś mnie odwoływało do pilniejszych zadań... a wieczorem - to już nie to samo, co w południe.
Tym razem miało być inaczej. Szczęśliwie wyrobiłem się ze wszystkim i do jutra miałem spokój, a zatem mała przyjemna drzemeczka mogła się udać. Do tego ogarniała mnie senność, Nana wlazła pod kanapę i niczego nie chciała, po dwugodzinnym spacerze po krzakach, dziurach i pagórach byłem dosłoneczniony, dotleniony, rozleniwiony i zadowolony... mówiąc krótko: trudno o lepsze warunki.
Uformowałem pufa do spania, owinąłem się kocem i przybrałem wygodną pozycję embrionalną. Parę manewrów ustabilizowało moją pozycję we właściwej odległości od kaloryfera, granulat wypełniający worko-pufa chrzęścił obiecująco... Zmrużyłem oczy z rozkoszą i w tym samym momencie spadło na mnie coś jakby puszysty czterokilogramowy młotek. Dostałem tuż pod żebrami, wypuściłem powietrze z płuc nosem i ustami - mało brakowało a tą samą drogą poszłoby drugie śniadanie. Nie mogłem się ruszyć.
W moją twarz przez moment wbijało się spojrzenie szmaragdowych oczu w złotych obwódkach. Pod ich wpływem znieruchomiałem.
- No właśnie... - powiedziała Puma i otarła się policzkiem o mój nos - Można było się tego spodziewać.
- Dokładnie tak jak myślałam. - dodała po chwili. Z miną skupioną odwróciła się, przejechała ogonkiem pod moim nosem, wycelowała mi zadek prosto w oczy i ruszyła powoli wzdłuż mojego boku metodycznie udeptując.
- Co robisz? - odważyłem się zapytać, kiedy przestała balansować na moim ramieniu.
- Nie przeszkadzać podczas badania! - odpowiedziała nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Udeptała mi ramię, łokieć, bok, biodro i udo zanim przy kolanie odważyłem się zapytać cichutko:
- Co badasz?
- Ciebie. Nie widać? A teraz nie przeszkadzaj, to ważne. - Dreptała w miejscu przez chwilę, potem wypuściła pazurki i zmieniła metodę: tylne łapy stały w miejscu, przednie wydłużyły i zwolniły krok. Kocica zaczęła się wyciągać w kierunku mojego brzucha. Przez koc i ubranie czułem ostre igły wbijające mi się w skórę co kilka centymetrów. Trwało to długo, bardzo długo. Bałem się ruszyć - nie wiedziałem, co się dzieje a w takiej sytuacji lepiej nie przeszkadzać zawodowcom, zwłaszcza tym w bardzo chwiejnej pozycji.
Po dłuższym dreptaniu wzdłuż Pumiasta dała wyraźne dwa kroki, zeszła mi na brzuch i zwinęła się w kółko. Podparła się brodą na moim łokciu i tak została. Nie było to zbyt wygodne... ale Puma wie, co robi.
Po kilku minutach odważyłem się zapytać:
- Skończyłaś?
Spojrzała na mnie z góry, co było sztuką zważywszy, że leżała mi na brzuchu.
- Badanie... tak. Ale nie zakłócaj terapii. - po czym z powrotem położyła brodę na mnie.
- Terapia? - aż coś mnie skręciło. Dobrze wiem, że koty potrafią wykrywać schorzenia niczym tomograf, reagują na stany zapalne i w niektórych wypadkach potrafią je złagodzić dotykiem... a Puma znalazła coś w moim brzuchu!
- Co mi jest? - ledwie wykrztusiłem przez zaciśnięte gardło.
Znowu spojrzała mi w oczy z miną najwyższego sędziego:
- Brakuje ci pumu w organizmie. - wyjaśniła i wróciła do poprzedniej pozycji.
Zatkało mnie. Przeleciałem pamięcią tablicę Mendelejewa. Byłem w klasie matematyczno-fizycznej ale trzydzieści lat temu. Niemniej... zapamiętałbym taki pierwiastek. A może to jakiś związek organiczny? Sprawdzenie nie wchodziło w grę dopóki Pumiasta leżała na mnie i prowadziła terapię. Ale stres może zniszczyć efekt każdego leczenia! Stres zabija skuteczniej niż czy papierosy czy reforma opieki zdrowotnej! Nie wytrzymam niewiedzy... Rany Boskie, zachciało mi się spokojnej drzemki po południu... Nie mogłem dłużej.
Już miałem przerwać milczenie, kiedy usłyszałem i poczułem w brzuchu narastające wibracje i dźwięk:
- PUMMMRRRR.... CHRRRRRR... PUUUMM... MMMRRRRRCHRRRR... PUMMMMRRR...
Poczułem obezwładniające ciepło... zrozumiałem, że faktycznie czegoś mi brakowało... i oto to coś napływało w dużej ilości...
- Koty zawsze wiedzą... - pomyślałem zanim zamknąłem oczy.

sobota, 18 października 2014

Małgorzata Kursa - Biurko w Kropkę.


 Na moim biurku przede wszystkim musi być miejsce dla Kropki. Poza klawiaturą mieści się jedynie kubek z herbatą postawiony z dala od Kropkowego ogona, który ma tendencje do majtania. Biurko pamięta lata siedemdziesiąte, kiedy to odrabiałam przy nim lekcje (liceum). Było niskie (do maszyny do pisania), kupione specjalnie dla mnie i siadałam przy nim na pufie. Potem małżonek dorobił blat, podwyższając je i zawładnęła nim moja Córka, a teraz znowu do mnie wróciło i zdobyło nowy dodatek. Przy długim pisaniu bolą mnie plecy, więc mąż dorobił wysuwany blat na klawiaturę. Dzięki temu Kropka ma więcej miejsca dla siebie, a ja mniej się męczę.


wtorek, 30 września 2014

Franek i czarownica.


 Noc o dziwo przeszła spokojnie, oczywiście nie licząc pozwalanych rzeczy i zlikwidowanej starej, ale ślicznej nocnej lampki. Ponieważ jestem obłożona pilnymi lekturami, postanowiłam poczytać w ciągu dnia. Wszystko zrobione, cisza. Wzięłam książkę i wtedy usłyszałam łomot w kuwecie, a potem pojawił się zadowolony Franek. Z niechęcią odłożyłam książkę.
- Franiu, czy ty zawsze musisz korzystać z kuwety wtedy, gdy ja biorę książkę do ręki.
- Ja już tak mam - spojrzał na mnie z łobuzerskim błyskiem w oczach.
- Co czytasz?
- "Sekret czarownicy" Ani Klejzerowicz.
- To czytaj głośno. Jestem ciekawy co ta wredna ciotka napisała.
- Dlaczego wredna?. Ona bardzo kocha zwierzaki, a szczególnie koty.
- Ja słucham jak wy gadacie przez telefon, udaję, że śpię, ale wszystko słyszę. Ona mówi, że ja nie jestem kotkiem, tylko jakimś dziwadłem.
- Franiu, to nie tak, ty jesteś troszkę inny.
- Czemu?
- Bo jesteś bardzo duży, nie rosną ci pazurki i nie bawisz się zabawkami, tylko demolujesz i rozbierasz mieszkanie.
- Bo ja jestem bardzo mądry. Czytaj, bo rozbiorę ci różaną komódkę.
Nie miałam wyboru. To moja ukochana komódka, ostatnia, której Franek jeszcze, choćby częściowo nie zdemontował.
Franek ułożył się wygodnie, wyciągnął się i wsłuchał.
- A ta Małgosia to była takim lekarzem od zwierząt jak Marta i Paula?
- Tak, jak twoje ukochane lekarki.
- Dawno u nich nie byłem, a ja lubię gabinet, tam jest tyle fajnych rzeczy.
- Ciesz się, jesteś zdrowy.
Franek na chwilę zamyślił się, a potem dalej słuchał.
- O rycerz jest, tylko umarły. I dziewczyna, czarownica. Wszystkie baby to czarownice.
- Franiu, nie lubisz kobiet?
- Lubię, ale one potrafią robić takie czarodziejskie rzeczy. Na przykład gotują i są takie fajne zapachy. Albo coś takiego robią, że w domku jest porządek.A ciocia Ania gotuje?
- Oczywiście, ale rzadko. Ona nie lubi.
- To nie jest czarownicą.
- Jest. Jak każda kobieta. Zobacz, zaczarowuje świat.
- Gdzie?
- W tej książce. Pisze tyle pięknych rzeczy. O wolności, miłości, o zwierzątkach, legendach, skarbie.
Franek położył się na brzuszku i podłożył sobie pod łebek łapkę.
- No w książce tak. Legenda mi się podoba i ten skarb. Fajne. Chyba wszystko mi się podoba, to taka czarodziejska książka, ale ciotka i tak ma u mnie przechlapane - dodał, udając się do dokładnego oglądania komódki.

wtorek, 2 września 2014

Jak odróżniam wakacje od czegoś innego? - Piotr Olszówka

Wakacje i urlopy to sprawa śmiertelnie poważna i biada temu, kto traktuje je lekko. Potrafią się zemścić okrutnie za niedocenianie... Ale aby docenić, trzeba najpierw rozpoznać. No i nikt nie może opowiedzieć o swoich wakacjach, dopóki nie ma pewności, że dwa tygodnie laby nad morzem to były wakacje a nie konferencja szkoleniowa na temat wpływu piasku na zgrzytanie zębów. To, co robię w czasie wakacji nie jest ani w połowie tak ważną kwestią, jak określenie: kiedy właściwie mam te wakacje i czy to już?
Od wielu lat mam taki kłopot, bowiem pracuję na własny rachunek w czasie całkiem nienormowanym, nienormalnym a czasami ponadnormatywnym. Dlatego fakt, że w danym dniu nic nie robię, nie oznacza wakacji, bo równie dobrze może okazać się bezrobociem. W poszukiwaniu należycie dokładnego systemu rozpoznawania sięgnąłem na półkę z literaturą historyczną. W albumie poświęconym jednemu z wileńskich fotografów działających ponad wiek temu znalazłem wskazówkę pod jednym ze zdjęć: "odświętne ubrania dzieci wskazują że to niedziela a bose nogi - że lato i wakacje". Niestety autorytet badacza dawnych dziejów na nic mi się nie zdał. Niedziela mnie nie interesuje bo badam problem wakacji... a boso łażę zazwyczaj, również przy pracy, o ile tylko nie trafi mi się sytuacja garniturowa. Nawet, jeśli jestem na bosaka i nic nie robię, to nadal nie mogę w ten sposób rozstrzygnąć, czy to urlop czy bezrobocie.
Z pomocą w takich trudnych kwestiach przychodzi mi zazwyczaj zestaw urządzeń pomiarowych przenoszonych przez Pumę i Nanę, czyli np. kotolokalizator czy O.G.O.N. Otóż, jeśli siedzę przy biurku, znoszę jajko z niecierpliwości i nic nie robię, bo na rękach leży mi Puma, to znaczy, że czas oddania pilnej pracy nadchodzi wielkimi krokami. Z kolei intensywna praca terenowa systemu O.G.O.N. zainstalowanego na Nanie (mniej więcej z tyłu pieska) wskazuje, że znajduję się razem z nosicielką systemu w miejscu o wysokiej atrakcyjności (bo jakbym tam był bez niej, to nie widziałbym pracy urządzenia) co pozwala przypuszczać, że trwa właśnie aktywna część wakacji. System U.C.H.O. ustawiony w pozycji roboczej, w połączeniu z inteligentnym spojrzeniem Nanusi (wyrażającym nadzieję na małe conieco) i rytmicznym wachlowaniem urządzenia O.G.O.N. pozwala rozpoznać chwilę deseru... a jeśli takie zachowania psiwskaźników widzę na dworze, to znaczy, że jestem na pikniku. Jeżeli jednak czuję pod sobą trawę, na sobie słońce, przy sobie psie futerko a do tego nie widzę żadnego psiwskaźnika - to znaczy, że razem z Nanusią znajduję się z zamkniętymi oczami w pozycji LB czyli leżę bykiem, co oznacza najwyższą formę wakacji... czego sobie i Wam życzę.

(POL)

ps. O.G.O.N. - Organ Generujący Ogólny Nastrój - wielofunkcyjny system wbudowany w psa, służący m.in. do strącania ze stolika drobiazgów i zamiatania kota.

czwartek, 26 czerwca 2014

Sąd Ostateczny - Anna Klejzerowicz

Książka przekazana przez Wydawnictwo Replika

Sąd ostateczny - Anna KlejzerowiczW przypadku recenzowania książek przyjaciół należy zachować pewną ostrożność: zbyt łatwo przychodzi nam przymykanie oka... a do tego mało kto wierzy, że nie musieliśmy tego robić.
Ja nie przymykałem oka, no i co z tego?
"Sąd ostateczny" to moje drugie spotkanie z Emilem Żądło - byłym policjantem, byłym dziennikarzem śledczym (a w każdym razie pozostającym na zawodowym marginesie), byłym mężem, ojcem wprawdzie nie byłym ale wylatującym z orbity, za to aktualnym bankrutem mającym problemy ze spłacaniem alimentów. Muszę przyznać, że jako bohater wypada barwniej niż w "Cieniu gejszy" - głównie dlatego, że człowiek o uporządkowanej sytuacji życiowej jest mniej interesujący niż ten na życiowym zakręcie – co zresztą literatura współczesna poniekąd odziedziczyła po średniowiecznym malarstwie, w którym wizje piekła, czyśćca i kar za grzechy przedstawiano o wiele barwniej niż raj... chociaż intencją autora było zainteresowanie dążeniem do raju i zbawienia.
W „Sądzie Ostatecznym” Emil Żądło wylądował na ostrym wirażu i radzi sobie z wyjściem na prostą.
Krytycy czasami zarzucają Emilowi jako postaci pewną niekonsekwencję: po pierwsze - jest nieco niezdarny w rozmowie, po drugie - mieszka w Gdańsku i nie wie, gdzie wisi najsłynniejszy gdański obraz. Te cechy da się zauważyć, tylko czy to są wady? Nie każdy dziennikarz jest mistrzem dialogu na żywo. A jeśli idzie o oczekiwanie erudycji w tym fachu... znam wielu dziennikarzy. Większość z nich kiepsko orientuje się w sprawach kultury i sztuki. Tacy jak Jerzy Giedroyć stanowili zawsze elitę a nie standard w dziennikarskiej profesji, nawet jeśli chcielibyśmy, aby było inaczej. Ja odbieram tę postać jako zwykłego człowieka - z przeciętnymi zainteresowaniami i w miarę typowym wykształceniem.
O ile w "Cieniu gejszy" akcja rozwijała się nieco wbrew bohaterom - zaskakując ich i unosząc na fali, to w "Sądzie ostatecznym" ludzie mają więcej wpływu na wydarzenia, co świetnie służy opowieści.
Zarówno Emil Żądło  jak i jego stary kumpel z policyjnych czasów spotykają się z przestępcą, który nie pojawia się zbyt często w polskich realiach. Seryjny morderca owładnięty obsesją rytualnej zemsty na całym mieście starannie planuje i przygotowuje swoją akcję, ale równocześnie pozostaje zagadką zarówno dla bohaterów... jak i czytelnika. Podobnie jak w innych kryminałach Anny Klejzerowicz - bieg wydarzeń jest równie ważny,  co próba pokazania motywacji bohaterów, wyjaśnienia drogi, która doprowadziła ich do miejsca akcji.
Ale na te ostatnią nie można narzekać - toczy się w zmiennym tempie, przyspiesza i zwalnia nieoczekiwanie, po to by na koniec runąć jak lawina. Niemałą rolę odgrywa w niej pewna... ludzka niedoskonałość uczestników, którzy potrafią spartaczyć istotne drobiazgi. Tylko morderca działa perfekcyjnie.
Jedna z rzeczy, która ujęła mnie w kryminałach z Emilem, to genialny kot Bolero, postać prawdziwie charyzmatyczna. Inna - to utrzymanie czytelnika w niepewności co do rozwiązania wszystkich zagadek. Czytając wiemy tyle, ile bohaterowie i tak samo jak oni potrzebujemy nieco dodatkowej wiedzy na zakończenie, mimo, że w przeciwieństwie do policjantów na bieżąco zapoznajemy się z myślami Głównego Czarnego Charakteru.
To cenne – ostatecznie kryminał opiera się o Poszukiwanie Odpowiedzi i Niepewność.
Stosunek do sztuki i tradycji kulturowej to kolejna cecha, za którą lubię książki Anny Klejzerowicz. W dzieciństwie zaczytywałem się  przygodami Pana Samochodzika splatającymi  kryminalną przygodę z solidną porcją historii sztuki, do dzisiaj sobie cenię umiejętne takie połączenie, a w każdej książce Ani dostaję tego do woli.
Z pewnością czytanie „Sądu Ostatecznego” z reprodukcją obrazu Memlinga to dobry pomysł, skoro morderca czerpie pomysły ze słynnego gdańskiego zabytku... powinniśmy zatem poszukać w trakcie lektury jego kolejnej inspiracji, tak, jak robił to Emil.
Ale jest coś jeszcze, co mocno łączy pisarstwo Anny Klejzerowicz z ze słynnym gdańskim zabytkiem.
Morderca na swój sposób próbuje wymierzyć sprawiedliwość – prowadzi własną krucjatę kierowaną tyleż schizofrenią, co potrzebą przywrócenia porządku moralnego w świecie.
To, że próbuje nie znaczy, że działa słusznie... ale przynajmniej we własnej opinii idzie dobrą drogą.
Spróbujmy poszukać jakiejś racji w jego działaniu zanim ostatecznie go osądzimy: on właściwie odziedziczył krzywdę po poprzednim pokoleniu. Ale poprzednie pokolenie przecież nie było bez winy – gdańscy Niemcy nie płakali po ofiarach zakopanych nad Piaśnicą... poszukajmy wraz z autorką i Emilem Żądło źródeł zła.
Spójrzmy na kryminalną historię inaczej niż na zwykłą zagadkę.
Popatrzmy też na zbroję archanioła na środkowej części tryptyku – w polerowanym napierśniku odbija się jak w lustrze pejzaż Sądu Ostatecznego.
Tylko... pokazuje miejsce, z którego patrzymy na obraz ale nas nie ma w tym odbiciu. Mistrzowie tamtej epoki próbowali czasem odnaleźć i pokazać odmienny punkt widzenia, taki, jakiego ludzie zazwyczaj nie dopuszczają do swej świadomości.
Anna Klejzerowicz też to robi: poszukuje związku między teraźniejszością i przeszłością, pokazuje historyczne korzenie naszej codzienności, podsuwa pod nos dzieła sztuki, w których możemy szukać nie tyle gotowej odpowiedzi, co metody dochodzenia do prawdy.
Jej kryminały mają wymiar uniwersalnej przypowieści.
O ile zechcemy poszukać tego wymiaru.
(POL)

sobota, 14 czerwca 2014

Gdy zwierzęta mówią ludzkim głosem… - Karolina Wilczyńska

Roman Podsiadło, jak każdy jamnik, lubił wygrzewać się na słoneczku. Nie od dziś wszak wiadomo, że jamnik jest formą pośrednią między psem a kotem, więc wyciągnięcie się na nagrzanym balkonie, to nie lada przyjemność. Jednak w tym roku czerwcowe upały dały się we znaki nawet Romanowi.
- Nie chce mi się nawet ogonem ruszyć – pomyślał jamnik. – A Franio prosił o bajeczkę na urodziny…
Zamyśliła się psina, ale upartość i spryt charakterystyczny dla tej rasy, nie pozwoliły mu, ot tak, zrezygnować z planów. Kiedy tylko usłyszał, że ktoś z domowników otwiera drzwi do łazienki, natychmiast zręcznie prześlizgnął się do środka (a ma w tym dziesięcioletnią wprawę!). Chłodna terakota była tym, czego potrzebował.
- Już lepiej! – ucieszył się Roman. – Teraz mogę ci, Franiu, wymyślić bajkę. A żeby było jeszcze milej w ten upalny dzień – wszystko będzie działo się zimą. Posłuchaj, Franiu…
*
Zmierzch zapadł szybko, jak to zimową porą. Pola i łąki spowiły ciemności, ale zbłąkany wędrowiec bez trudu znalazłby drogę do najbliższych zabudowań. Mieszkańcy wsi, mimo że od miasta dzieliło ich ponad trzydzieści kilometrów, doskonale wiedzieli jak w nowoczesny sposób przygotować się do Świąt Bożego Narodzenia. Chociaż w ramach oszczędności zlikwidowano większość kursów i autobus pojawiał się tutaj dwa razy dziennie, to w większości gospodarstw był przynajmniej jeden samochód, którym całe rodziny jeździły na zakupy do wielkich galerii handlowych. Mieszkańcy wiedzieli więc jak powinny wyglądać prawdziwe Święta w zachodnioeuropejskim czy amerykańskim stylu. Każdy dom ozdabiały dziś migające lampki, a bogatsi gospodarze stworzyli nawet, z pomocą zakupionych w hipermarketach dekoracji, całe bożonarodzeniowe scenki, pełne Mikołajów, krasnali i reniferów ciągnących sanie. Tak, zbłąkany wędrowiec z łatwością odnalazłby tę wieś.
Przyznać trzeba, że w tym roku nawet natura sprzyjała mieszkańcom. Kilka dni przed Świętami spadł śnieg i przykrył puchową warstwą wszystko to, co mogłoby popsuć niepowtarzalną atmosferę tej jedynej w roku magicznej nocy. Stare części maszyn, resztki cegieł czy połamanych desek, a nawet wrak Syrenki u Maciejaków – wszystko to, pokryte białym kobiercem, traciło swoje szare i nieprzyjemne oblicze. Nie trzeba było nawet wiele wysiłku czy wyobraźni, żeby uznać okolicę za malowniczą i sielską.
Mróz malowałby z pewnością wspaniałe wzory na szybach, dopełniając bajkowego obrazka, gdyby nie fakt, że w większości domów dawno zapomniano o kaflowych piecach. Grzejniki zasilane gazem lub elektrycznością nie dopuszczały chłodu do wnętrza, zapewniając mieszkańcom komfort obserwowania malowniczych zimowych krajobrazów bez chuchania w szybę i owijania się w ciepłe koce. Niektórzy miłośnicy tradycji malowali co prawda na szybach świąteczne motywy śniegiem w sprayu lub ozdabiali okna naklejkami imitującymi oszronione szkło, jednak większość wolała obserwować okolicę przez niczym niezmącone szklane tafle.
Wróćmy jednak do zbłąkanego wędrowca. Tak, znalazł się i on, niezbędny choćby po to, aby dopełnić obrazu wigilijnego dnia. Z początku obserwował wieś z daleka, później, zachęcony smakowitymi zapachami, które rześkie powietrze niosło po okolicy, podszedł bliżej. Nie przepadał za ludźmi, ale noc zapowiadała się mroźna, więc postanowił znaleźć schronienie. Liczył też na posiłek, bo choć kiszki grały mu marsza, nie była to najlepsza muzyka do zimowych wędrówek.
Z obawą minął pierwsze zabudowania. Nadzieja na pełny brzuch i ciepły kąt była silniejsza od rozsądku i dotychczasowych doświadczeń. Starał się przemykać blisko ogrodzeń, zawsze unikał środka drogi, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Już nie raz doświadczył ludzkiej kpiny, zdarzało się nawet, że oberwał. Tak, wiedział jak traktuje się obcych i nie tęsknił za powtórką. Wiedział, że najpierw musi popatrzeć i wybrać dom, który wyda mu się przyjazny. Bo takie też bywały, rzadziej, ale jednak. W takich domach witano go serdecznie i chociaż zwykle nie wpuszczano za próg, to przynajmniej odchodził najedzony i żegnany dobrym słowem. Takie wspomnienia dawały nadzieję i pozwalały zachować nadzieję na lepszą przyszłość.
Na szczęście nikt nie zwracał na niego uwagi. Zresztą większość dorosłych mieszkańców nie wychodziła z domów. Widział przez okna, że chodzą szybko z jednego pomieszczenia do drugiego, nakrywają stoły i przynoszą na nie talerze z potrawami, których zapach mile łechtał w nosie. Wszyscy byli odświętnie ubrani, w każdym domu na honorowym miejscu stała bogato zdobiona choinka. W taki wieczór nikt nie miał czasu nawet rzucić okiem w kierunku drogi. Zresztą po co? Wszyscy goście byli już na miejscu i nikt nie oczekiwał kolejnych, choć na każdym stole zostawiono wolne miejsce. Taki zwyczaj, a tradycja rzecz święta.
Na zewnątrz pozostało jedynie kilkoro dzieciaków, ale zajęte lepieniem bałwana i obrzucaniem się śnieżkami nie zauważyłyby nawet gdyby obok przemaszerował pułk wojska. Jedna samotna istota bez większego trudu mogła uniknąć ich zainteresowania. A to było na rękę naszemu wędrowcowi. Rozglądał się czujnie, wypatrując przyjaznego miejsca na nocleg. Sprawa wydawała się o tyle łatwiejsza, że w świąteczną nic nikomu nie będzie się chciało skrupulatnie sprawdzać wszystkich kątów. Święta to dobry czas, nawet dla bezdomnych wędrowców.
Mniej więcej w połowie wsi jego uwagę przykuło jedno z gospodarstw. Duży dom świadczył o zamożności gospodarzy, a zabudowania gospodarcze okalające podwórze były solidne – murowane i ocieplone. To oznaczało, że nadal hodują tu zwierzęta – niby rzecz oczywista na wsi, ale z doświadczenia wiedział, że coraz częściej gospodarze rezygnowali z żywego inwentarza. Nie opłaca się – mówili. – Taniej można wszystko kupić w sklepie i roboty mniej… Coraz rzadziej spotykał na swojej drodze zwierzęta. Jeśli już, to psy lub koty. Te pierwsze były często podobne do właścicieli – nie lubiły obcych i z zajadłością starały się jak najszybciej pozbyć ich ze swojego terytorium, więc wcale nie tęsknił za spotkaniem z nimi.
Tutaj było inaczej. Mimo intensywnej woni jedzenia czuł wyraźny zapach siana i parującego nawozu. Dla kogoś wybrednego nie byłoby to miłe wrażenie ale jemu przyniosło skojarzenie z ciepłą oborą i miękkim posłaniem. Podjął więc decyzję i przez niedomkniętą furtkę wślizgnął się najciszej jak potrafił na podwórko, a potem wypróbowanym wielokrotnie wcześniej sposobem otworzył drzwi do obory.
Zwierzęta zastrzygły uszami i zaczęły rozglądać się wokół zaniepokojone nieznanym zapachem. Dostrzegły wędrowca i omiotły go zaciekawionymi spojrzeniami. Widząc, że nie chce zrobić im nic złego milcząco zaakceptowały jego obecność. I tylko od czasu do czasu zerkały, obserwując jak mości sobie posłanie w kupie siana złożonej w rogu pomieszczenia. Wigilijny wieczór objął swą mocą także te istoty.
*
- Pierwsza gwiazdka! Jest już pierwsza gwiazdka! – zawołała dziewczynka. Z niecierpliwością wypatrywała już od godziny tego znaku, dzięki któremu była coraz bliżej prezentów. Kolorowe opakowania ułożone pod choinką nęciły i wabiły od rana.
- Siadamy do stołu – zdecydował gospodarz zacierając zgrubiałe od codziennej pracy dłonie. Lubił dobrze zjeść i myśl o smakołykach przygotowanych przez żonę i córkę była mu bardzo miła.
- Najpierw podzielimy się opłatkiem – przypomniała gospodyni, przygładzając odświętną fryzurę. Była z niej dumna, wszystkie sąsiadki zazdrościły wizyty w znanym salonie fryzjerskim. Kosztowała niemało, ale w końcu stać ich. Ciężko pracują cały rok, to Święta muszą być wyjątkowe. – I życzenia. To tradycja.
- Tradycja – święta rzecz – poparł żonę gospodarz. Poluźnił węzeł krawata i sięgnął po stojący na białym obrusie talerzyk z opłatkiem. Odchrząknął i w pierwsze słowa skierował do żony:
- Życzę ci, abyśmy cały następny rok zdrowi byli, żeby sił ci nie brakło, żebyś mogła cieszyć się wnuczką, a mnie i dzieciaki wspomagać. I żebyś nie zapomniała jak się ruskie robi, bo bez nich to rodzina, jak nic, kolejnych Świąt nie dożyje – ten dowcip powiedział po raz pierwszy już kilkanaście lat temu i był tak zadowolony z wybuchów śmiechu, które wzbudził, że powtarzał go teraz w każdą Wigilię oczekując uznania dla jego poczucia humoru. Tradycji stała się zadość – żona, syn i synowa roześmiali się i gospodarz zadowolony pogłaskał się po wąsach.
- Teraz babcia – popędzała dziewczynka, zerkając na największą paczkę pod choinką. Prosiła o interaktywnego pieska, który szczeka, podaje łapkę a nawet siusia i liczyła, że w niej właśnie jest.
- Sandra ma rację. – pokiwała głową gospodyni i zrobiła krok w stronę męża. – Wiesiu, życzę ci, a właściwie nam obojgu, żebyśmy mogli kolejne Boże Narodzenie spędzić tak rodzinnie jak to. Bo zdrowie i kochająca się rodzina są najważniejsze.
Kiedy przełamali się opłatkiem, ucałowała męża w oba policzki i otarła palcem łzę wzruszenia.
*
Pierwsza nie wytrzymała maciora.
- Zobacz co oni robią – kwiknęła do konia. – Ty dasz radę coś zobaczyć przez okienko na górze. Szybciej! – poganiała niecierpliwie. – Co oni jedzą? Tak ładnie pachnie…
Stary ogier nie kwapił się do spełniania zachcianek współlokatorki. Nie był już młody, a lata pracy sprawiły, że nie był pewien swojej sprawności. Kopyta na ścianę? – myślał. – To się może źle skończyć…
Na relacjonowanie wydarzeń zdecydował się bury kocur. Z gracją wskoczył na żerdzie drewnianego boksu, a z nich na parapet. Zerknął w dół oczekując pochwały. Ogier zarżał z uznaniem, co zaspokoiło kocią próżność.
- Na razie nie jedzą. Będą składać sobie życzenia. O, rybę widzę… mniam. A teraz gospodarz coś mówi – przerwał, żeby podrapać się za uchem.
- Ryba to nie dla mnie – świnia nie była zadowolona z tego, co słyszy. – Popatrz dobrze!
Kot zerknął przez przybrudzoną szybę.
- Teraz mówi gospodyni… A teraz się całują…
- Tak, pewnie, całują! – zarżał z pogardą koń. – Kochają się bardzo, myślałby kto! A jak zwozimy siano z łąk pod lasem, tych co tam traktor nie dojedzie, to Mazurowa zawsze przybiega i znikają z gospodarzem w stogach. Tyle z tego, że odpocznę, ale a to potem tak mnie gna, żeby na czas do domu wrócić, jakby zapominał, że mam swoje lata i wóz już bardziej mi ciąży niż dawniej. Pewnie chce, żeby się gospodyni nie dowiedziała czym się na łące zajmuje.– Parsknął z wyrzutem i zajął się zawartością żłobu.
- Gospodyni to chyba wie – odezwała się krowa, która w zamyśleniu kręcąc pyskiem przysłuchiwała się narzekaniom ogiera. – Bo jak Mazurowa ma przyjść po świeże mleko, to nie przecedza go tak dokładnie. I kiedyś widziałam jak napluła do butelki. Powiedziała: masz, ty krowo! – przeżuła kilka kęsów intensywnie się nad czymś zastanawiając. – A ja myślałam, że to dla mnie. I nawet się zdziwiłam, że mi potem tego mleka wcale nie daje. A teraz… - zamilkła wpół zdania oddając się ponownie swojemu ulubionemu zajęciu.
*
- Teraz wy, młodzi – zachęca gospodyni. – Wiem, że wam całowanie nie dziwne, ale dzisiaj to takie specjalne, żeby tradycji stała się zadość. – My wam z ojcem życzymy, żebyście dalej zgodnie żyli, dzieciaka na porządnego człowieka wychowali no i może kolejnego wnuka nam za rok pod choinkę dali w prezencie – zaśmiała się z własnego konceptu i dodała:
- Bo rodzina najważniejsza.
Młodzi, niczym wywołani do odpowiedzi uczniowie, wyprostowali się i podeszli do siebie.
- Mamo, tato, szybciej! – dziewczynka podskakiwała niecierpliwie między rodzicami. – Bo wszystko wystygnie, nawet prezenty!
Szczerość dziecka rozładowała napięcie. Młodzi zaszeptali coś do siebie, pocałowali się i przytulili.
- Jak oni się kochają – westchnęła wzruszona gospodyni.
- W porządnej rodzinie wychowana córka to i męża dobrego wybrać umiała – skwitował gospodarz. – A teraz wreszcie do stołu, bo zgłodniałem, a i kielicha nie odmówię.
*
- Co jedzą? Co jedzą? Zobacz! – niecierpliwiła się świnia. – Musisz się tak wylizywać dokładnie? Nic ci nie będzie jak trochę odpuścisz – przekonywała kota.
- Jutro w swoim korycie zobaczysz co jedli – pogardliwie zamruczał kocur. Mógł sobie na to pozwolić, bo chociaż maciora była potężna, to on na okiennym parapecie czuł się bezpieczny. Żeby pokazać kto tu kontroluje sytuację, przeciągnął się jeszcze niespiesznie i dopiero po tym pokazie kociej gibkości zerknął w stronę domu.
- Jeszcze nie jedzą. Teraz przytulają się młodzi. Nuda – podsumował i ziewnął.
- Ciekawe kiedy przejmą gospodarkę – zastanowił się koń. – Młody ciągle się kłóci z gospodarzem, żeby kredyt wziąć na maszyny. Dobrze byłoby – rozmarzył się. – Może wtedy mógłbym odpocząć…
- Tak, odpocząć, akurat! – miauknął ironicznie kocur. – Wtedy to na kiełbasę byś poszedł. Kto darmozjada będzie trzymał. Taki masz wielki łeb, a nie myślisz!
Widząc przerażone spojrzenie ogiera dodał szybko:
- Ale nic się nie bój. Gospodarz kredytu nie weźmie.
- Może młody zarobi? – zastanawiała się świnia. – Słyszałam jak rozmawiał z żoną, tu, w oborze. I ona mu kazał się do roboty brać, bo pieniądze potrzebne a ona już nie może więcej matce podbierać, bo się tamta połapie.
Krowa zajęta przeżuwaniem tylko zamuczała, potwierdzając słowa maciory. Też to słyszała, trudno było nie słyszeć.
- Nie weźmie się do roboty, bo mu się nie chce – skwitował kot z pewna siebie miną.- Bywam w domu, to wiem więcej niż wy. Młody popija. Wódkę, znaczy alkohol. Chowa przed żoną i teściami, ale ja wiem gdzie – w szafie, w kuchni za szafką i w łazience pod wanną. Zresztą kłóci się o to z żoną, ale cicho, żeby gospodarze nie słyszeli.
Rzucił ostatnie spojrzenie w stronę budynku i lekko zeskoczył na ziemię.
- Dzisiaj i tak nic nie dostaniemy. Nie wiem jak wy, ale ja idę spać – mruknął i z wysoko postawionym ogonem odszedł w upatrzone wczesnej miejsce, które wydało mu się idealne na drzemkę.
Pozostałe zwierzęta też zajęły się swoimi sprawami. Koń przysypiał ze zwieszonym łbem, krowa przeżuwała, a maciora uparcie poszukiwała czegoś smacznego ryjąc pod ścianą.
*
- Zasiedzieliśmy się – powiedział młody mężczyzna. – Pora spać – zdecydował. Wstając wychylił jeszcze stojący przed nim kieliszek.
- A pójdziemy sprawdzić czy zwierzęta mówią ludzkim głosem? – proszącym tonem zapytała dziewczynka. Interaktywny piesek leżał porzucony pod stołem. – Puszkowi wyczerpały się baterie i już nie szczeka – dodała rozżalona.
Ojciec spojrzał groźnie i dziecko zamilkło. Niespodziewanie z pomocą przyszła babcia.
- Północ lada chwila, my i tak idziemy na Pasterkę, bo jakże by nie iść, to możemy małą na chwilę do zwierząt zabrać.
Przeszli przez podwórko, zmrożony śnieg iskrzył się tysiącem srebrnych drobinek i skrzypiał pod butami. Weszli do obory.
- Koniku, krówko, co mi dziś powiecie? – radośnie zawołała dziewczynka.
Zwierzęta milczały. Koń parsknął cicho, krowa beznamiętnie ruszała pyskiem.
- A ty, świnko? Opowiedz coś! Musisz, dzisiaj Wigilia! – w głosie dziecka pobrzmiewały nutki zniecierpliwienia. – Kotku, mów, bo powiem babci i nie dostaniesz więcej mleka!
Żadne ze zwierząt nie zareagowało. Kot spał zwinięty w kłębek, a maciora kwiknęła niespokojnie.
- Chodź, dziecko, mówiłem, że zwierzęta nie mówią. To tylko pogańskie przesądy. – Gospodarz chwycił wnuczkę za rękę i pociągnął w stronę wyjścia – Zresztą co miałyby mówić, pojęcia nie mają o świecie, to tylko głupia gadzina…
Wyszli na zewnątrz i odeszli szybkim krokiem. Zwierzęta usłyszały jeszcze tylko rozżalony głos dziecka:
- Nie lubię ich! Wolę Puszka, bo szczeka kiedy ja chcę. Dziadku, a kupisz mi baterie do Puszka?
Głosy zamilkły. Wędrowiec zdecydował, że już może się poruszyć. Wstał z posłania i otrzepał z siebie resztki siana. Pora na niego. Ogrzał się, a teraz musi znaleźć jeszcze coś do jedzenia zanim nadejdzie poranek. Warknął cichutko, a gdy zwierzęta spojrzały w jego stronę - pomachał ogonem, dziękując w ten sposób tym, którzy w wigilijną noc udzielili mu schronienia. Po chwili wyślizgnął się w nocną ciemność.
*
- I jaki ci się, Franiu, podobała moja bajka? Mówisz, że smutna? Cóż, są różne bajki. Na pocieszenie powiem ci, że jest smutna, bo jest tak naprawdę o ludziach. Ale nie martw się, kochany kotku, na szczęście nie o wszystkich. Są też tacy, podobni do nas. Bo zwierzęta nie kłamią, nie oszukują, zawsze szczerze okazują emocje i potrzeby. Tak, jak ja teraz. Bo widzisz, Franiu, zbyt zimno mi już – od tej podłogi i od tej bajki. Idę na balkon wygrzać futerko.
Pchnął nosem drzwi i poszedł machając z zadowoleniem puszystym ogonem. Był z siebie zadowolony i nie zamierzał tego ukrywać. Jak to jamnik.

piątek, 13 czerwca 2014

Kazio i Kazia - MAJA PORCZYŃSKA-SZARAPA.


Dziadek Kazimierz był dla Weroniki wszystkim. Po rozwodzie jej rodziców, to on wraz ze swoją żoną podjął się trudów wychowania jedynej wnuczki. Jej matka wyjechała na Zachód do pracy i tam już została, związała się z Niemcem i sporadycznie odwiedzała pierworodną córkę w Polsce. Weronika traktowała dziadków jak swoich rodziców, którzy stali się jej opiekunami prawnymi. Babcia codziennie rano szykowała jej śniadanie i zaplatała długie do pasa włosy w gruby warkocz, dziadek pilnował ocen i chodził na wywiadówki. Przy Weronice nie odczuwali upływu czasu, dodawała im energii i sił witalnych, ponieważ czuli się potrzebni i mieli dla kogo żyć. Boleli nad postępowaniem córki, która zostawiła swoje dziecko, a jednocześnie tak bardzo przyzwyczaili się do wnuczki, że nie wyobrażali sobie, żeby kiedykolwiek ich opuściła i dołączyła do matki. Uznali status quo i cieszyli się z drugiej młodości. Teraz, na emeryturze, mieli więcej czasu dla Weronki, jak ją pieszczotliwie nazywali. Mogli poświęcić jej tyle uwagi, ile potrzebowała dorastająca dziewczynka. Byli szczęśliwi mając siebie i jakoś wiązali koniec z końcem. Dla wnuczki poruszyliby niebo i ziemię, gdyby trzeba było. Dziewczynka przeżywała okres buntu nastolatki, trzaskała drzwiami, szlajała się z rówieśnikami po okolicy, ale zawsze wracała wieczorem do domu. Dziadkowie czuli czasem od niej dym z papierosów czy piwny oddech, ale nic nie mówili. Wiedzieli, że reprymenda podziała na nią jak płachta na byka, że będzie im robić na złość. Udawana obojętność dziadków skutecznie tłamsiła bunt Weroniki. Mimo uporu i przekornego charakteru, nie chciała robić im przykrości. Dobrze wiedziała, że spokojną przystań zawdzięcza właśnie im, dlatego szybko wyrosła z nastoletnich wygłupów.
Dziadkowie bardzo kochali zwierzęta i zaszczepili w Weronice miłość do czworonogów. Mieli ratlerka, Chiko, rybki, które dziadek Kazimierz hodował od dzieciństwa, i chomika. Od najmłodszych lat uczyli Weronikę odpowiedzialności. Uczyli ją, że zwierzęta mają duszę, że trzeba o nie dbać, chodzić z Chiko na spacer, dawać jedzenie rybkom i chomikowi, regularnie sprzątać akwarium i klatkę. Uczyli szacunku dla żywych stworzeń, sympatii i współczucia. Dzięki temu Weronika wyrosła na mądrą, obowiązkową i wrażliwą osobę, a dziadkowie Nowaccy mogli być dumni, że udało im się wychować wnuczkę na szlachetnego człowieka, choć kładła się na tym cieniem ich porażka wychowawcza w przypadku własnej córki.
Z upływem lat Weronika coraz więcej czasu poświęcała opiece nad dziadkami. Ciężko było im się pogodzić z utratą sprawności, ale ona zawsze im powtarzała:
- Kiedyś to wy troszczyliście się o mnie, karmiliście mnie i przewijaliście, czuwaliście nad moim łóżkiem, gdy miałam gorączkę. Teraz po prostu role się odwróciły, a ja zajęłam wasze miejsce.
Chiko w końcu zdechł ze starości. Biedaczek pod koniec życia ledwo chodził, był przygłuchy i miał cukrzycę. Weronika ze łzami w oczach patrzyła, jak świeca jego psiego życia powoli dogasa. Płakała po kątach, nie chcąc dodatkowo smucić dziadków. Po jego odejściu dziadek Kazimierz powiedział do Weroniki:
- Wnusiu, przyszedł na niego czas, tak jak i na nas kiedyś przyjdzie. Jest już za Tęczowym Mostem, gdzie są też nasze rybki i chomik. Nie smuć się. To zwierzęta nas wybierają, pamiętaj o tym. Kiedy na mnie i babcię przyjdzie pora, nie zostawimy cię samej.
Weronika głośno zaprotestowała.
- Dziadku, nie mów tak, jeszcze wiele lat przed wami. Nie wyobrażam sobie bez was życia!
- Czas zatacza koło, skarbeńku. Nie możesz poświęcić życia starym ludziom, musisz iść swoją drogą, znaleźć dobrego chłopaka, wyjść za mąż, urodzić dzieci. Kiedyś ten dzień nadejdzie, ale nie smuć się. Nie będziesz sama.
Nie wrócili już do tej rozmowy. Czasem Weronika myślała jedynie o słowach dziadka, o tym, że „to zwierzęta nas wybierają” i że „nie będzie sama”, ale nie rozumiała tych słów.
Minęło kilka lat, przez dom Nowackich przewinęło się wiele rybek i dwa chomiki. Ponieważ opieka nad dziadkami, studia i praca pochłaniały cały czas Weroniki, nie zdecydowała się na czworonoga. Nie podołałaby obowiązkom, a nie chciała, żeby zwierzę cierpiało, kiedy ona była na uczelni, w pracy albo jeździła z dziadkami po lekarzach i na zakupy. Wprawdzie piesek dotrzymywałby dziadkom towarzystwa, kiedy jej nie było w domu, ale uznała, że nie da rady wziąć na siebie kolejnego obowiązku. Przecież dziadkowie zawsze jej wpajali, że zwierzęciu trzeba poświęcić czas i uwagę, a ona co rano z trudem zwlekała się nawet z pościeli, by zacząć nowy dzień. I nie, nie narzekała, obowiązki trzymały ją w pionie, cieszyła się, że ma dziadków i może się nimi opiekować. W jej życiu sporadycznie pojawiali się chłopcy, potem mężczyźni, ale szybko się z niego wykruszali. A ona pocieszała się, że na wszystko musi przyjść odpowiednia pora, że nie ma co trzymać kogoś na siłę, kto nie rozumie, że nie jest pępkiem świata.
Dziadek Kazimierz odszedł w pewne słoneczne przedpołudnie. Cicho i spokojnie, tak, jak żył. Weronika dopiero wróciła z ostatnich zakupów, była Wielka Sobota. Właśnie miała z babcią szykować koszyczek do święconki. Tamtą Wielkanoc pamięta jak przez mgłę. Minuty, godziny i doby zlewały się w bezkształtną masę. W trybie autopilota załatwiała formalności, mimo że trwały święta. Nie mogła pozwolić sobie na słabość. Wystarczyło, że widziała bezgraniczną rozpacz babci. Nie spała przez trzy dni, chodziła jak pijana i nie wiedziała, czy to tylko rozpacz, czy wyczerpanie. Dzień pogrzebu był smutny, ponury i wyjątkowo chłodny jak na koniec kwietnia. Dopiero po wszystkim Weronika wpadła w czarną dziurę rozpaczy. Płakała całymi dniami, wzięła urlop w pracy, ponieważ nie mogła zmusić się do normalnego funkcjonowania. Zaniedbała obowiązki domowe i uczelnię. Babcia na tyle, na ile była w stanie, jakoś ogarniała dom, ale z uwagi na sędziwy już wiek i kłopoty ze zdrowiem, szło jej to bardzo opornie. Uzmysłowiła sobie, jak wielką pociechą była i jest dla nich Weronika. Nie, już nie dla nich, dla niej. Obie tkwiły w żałobie, niezdolne do podjęcia normalnego życia.
Któregoś lipcowego popołudnia babcia weszła do pokoju Weroniki, gdzie zastała ją leżącą na kanapie z albumami fotograficznymi rozłożonymi wokół niej. Z niektórych wystawały pliki zdjęć, część spadła na dywan. Dziewczyna oglądała fotografie, na przemian śmiejąc się i płacząc. Ten obrazek wzruszył babcię, dlatego postanowiła cofnąć się na korytarz. Śmieci mogą poczekać.
- Co się stało, babciu? – Zapytała jednak Weronika.
- A nic, nic. Trzeba wyrzucić śmieci, bo od tych upałów strasznie śmierdzi z kubła, ale to może poczekać.
- Zaraz pójdę, dobrze?
- Dobrze, wnusiu, nie spiesz się.
Babcia Weroniki z trudem przełknęła ślinę i wycofała się do drugiego pokoju. Albumy ze zdjęciami skrywały całą jej przeszłość, ulotne chwile jej sześćdziesięcioletniego małżeństwa. Poczuła, że w gardle rośnie jej gula. Z oczu pociekło kilka łez. Tyle lat razem, tyle wspomnień, ciężkich chwil, problemów i radości. Wciąż nie mogła przyzwyczaić się do śmierci męża. W szafach wisiały jego ubrania, na stole walały się jego okulary i gazety, biblioteczka skrywała klasery z bogatą kolekcją znaczków, na serwantce stało akwarium z jego rybkami. Nie potrafiła się jeszcze z nim pożegnać, dlatego nie dziwiła się wnuczce, że go wspomina i próbuje zatrzymać czas zamknięty na fotografiach.
W końcu Weronika zwlekła się z kanapy i poczłapała z ciężkim workiem do śmietnika. Od paru miesięcy pomieszczenie było zamykane na klucz, ale część sąsiadów nie zamykała bramy z lenistwa. Wciąż ktoś zapominał o kluczu. Weronika wrzuciła worek do kontenera i już miała wychodzić, gdy do jej uszu dobiegł słaby pisk. Myślała, że się przesłyszała. Słabe odgłosy dochodziły z kąta, gdzie leżała stara reklamówka i trochę śmieci, zostawionych przez niefrasobliwych lokatorów. Z nerwowo bijącym sercem dziewczyna zbliżyła się do torby i lekko ją odchyliła. W środku tuliły się do siebie dwa malutkie kotki, jeden rudy, drugi srebrny. Miały najwyżej kilka tygodni. Weronika zaklęła w duchu nad okrucieństwem tego, kto pozostawił te maluchy na pewną śmierć i delikatnie wyjęła kociaki z reklamówki. Chociaż były brudne i zarobaczone, dziewczyna przytuliła je do piersi, by je nieco ogrzać, i popędziła do domu.
Przez następnych kilka dni opiekowała się maluchami na zmianę z babcią. Karmiła, ogrzewała, chodziła z nimi do weterynarza, leczyła drogimi specyfikami. Kotki były prawdopodobnie rodzeństwem, samczyk i samiczka. Weronika nadała im imiona: Kazio i Kazia, po ukochanym dziadku. Zwierzęta długo dochodziły do siebie, były skrajnie wyczerpane i wyziębione. Kobiety podejrzewały, że ktoś podrzucił je do śmietnika, bo prawdopodobnie pochodziły z nielegalnej hodowli. Wyobrażały sobie rozpacz kotki, której brutalnie odebrano maleństwa.
Babcia dziewczyny zmarła pół roku po mężu. Weronika straciła w jednym roku dwoje najbliższych jej ludzi. To jakby ktoś wyrwał jej z piersi pół serca. Pozostałą połówkę ofiarowała Kaziowi i Kazi, które dzięki jej troskliwej opiece przeżyły i wyrosły na dużych psotników. Są z nią do dziś i z nawiązką odwdzięczają się za to, że uratowała im życie. Codziennie budzą ją wchodząc jej na klatkę piersiową, domagają się pieszczot i ciągłej uwagi. Przeszkadzają jej w nauce, przewracając podręczniki i skaczą po klawiaturze komputera, na którym kończy pisanie pracy magisterskiej. Od niedawna w jej okrojonym sercu zamieszkał też kolega ze studiów, Paweł. Właśnie się z nim zaręczyła.
Dzisiaj już rozumie, co jej ukochany dziadziuś miał na myśli, mówiąc, że to „zwierzęta nas wybierają” i że po śmierci dziadków „nie będzie sama”.

Maja Porczyńska-Szarapa
/czerwiec 2014/

czwartek, 12 czerwca 2014

O kocie Franku, który musiał zastąpić w pracy kotkę Meluzynę - Ałbena Grabowska- Grzyb


 Frankowi się nudziło. Leżał sobie co prawda na parapecie, głaskany przez słoneczko, ale czegoś mu brakowało. Kilkakrotnie zastanawiał się, co jest nie tak. Właściwie wszystko było w porządku. Brzuszek pełny, miseczki też, jakby co. Myszka leżała obok niego, a siostrzyczka Zuzia sapała na drugim parapecie. A jednak coś go uwierało. Człowieki poszły tam, skąd przynosiły pyszne chrupeczki i inne jedzonko w puszkach i saszetkach. Małe człowieki były też na szczęście poza domem, prawdopodobnie w miejscu, gdzie tłumaczyli im, że nie wolno Frania ani Zuzi ciągnąć za ogon ani na siłę przyciskać do piersi. Franek podejrzewał, że Robercik i Uleczka nie są najlepszymi uczniami, ponieważ tylko jeden moment nieuwagi wystarczył, żeby wylądować bez tchu w ich ramionach. Spojrzał przez okno. Człowieki posuwały się w zwartych kolumnach, jedne w te, drugie we wte. Trochę było między nimi małych człowieków i szczekających wrogów, których Franek starannie unikał, kiedy zdarzało mu się wychodzić na dwór. Popatrzył jeszcze raz na ulicę przed swoim blokiem, westchnął i już miał wrócić do drzemki, kiedy zauważył wysoką postać w czerwonym płaszczu i czarnym kapeluszu. Albo mu się wydawało, albo ta postać patrzyła prosto na niego. Przyjrzał się uważnie raz i drugi. Nie, nie mylił się. Spod gęstej grzywki i spoglądały na niego czarne oczy sąsiadki z ostatniego piętra. Widywał ją czasem jak wyprowadzała na dwór czarną kotkę Meluzynę. Meluzyna kilka razy mówiła mu, że jej Człowiekowa jest miłą i dobrą osobą. Sięgnął łapką w kierunku okna, otworzyło się bezgłośnie. Wszedł na parapet i spojrzał na wpatrującą się w niego postać.

- Gdzie Meluzyna? – miauknął.
- Jest chora - odpowiedziała mu Pani w kocim języku. – Musi pozostać w szpitalu przez kilka dni. Ale wyzdrowieje.
- To proszę ją pozdrowić ode mnie – odpowiedział Franek i już miał schować się w pokoju, kiedy Pani nieoczekiwanie zamachała rękoma.
- Poczekaj Franku – powiedziała proszącym tonem. – Potrzebuję kota, który ją zastąpi…
- Jak niby miałbym zastąpić Meluzynę?- zadumał się Franek. – I na jak długo?
Kobieta odetchnęła z ulgą i wyciągnęła ręce do Franka.
- To będzie bardzo łatwe – powiedziała. – Będziesz musiał tylko być kotem.
Wskoczył jej na ramię, a ona poprowadziła go do swojego mieszkania. Kiedy otworzyła drzwi rozejrzał się niespokojnie na boki. Może zbytnio pospieszył się z tą pomocą? Kto wie, czy ta kobieta nie miała antykocich zamiarów? Wszedł do obszernego pokoju i wskoczył na stół. Obszedł przezroczystą szklaną kulę i położył się na serwecie.
- Jesteś gotowy? – spytała Pani Meluzyny, kiedy weszła do pokoju już bez płaszcza i kapelusza na głowie.
Franek kiwnął łebkiem i popatrzył z ciekawością na kobietę. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Kobieta mrugnęła do Franka i poszła otworzyć drzwi. Po chwili wróciła do pokoju z grubym mężczyzną, który ocierał spocone czoło. Wskazała mu miejsce przy stole, sama usiadła naprzeciwko. Franek wskoczył jej na ramię.
- Czego pan sobie życzy? - spytała mężczyzny. – Powróżyć ogólnie, czy może ma pan jakieś pytania?
- Moja córka znika na całe dnie – powiedział cicho gość. – Ma gorsze stopnie w szkole. Wieczorem jest zmęczona. Boję się, że bierze narkotyki. Przeszukiwałem jej pokój, ale niczego nie znalazłem… Niech mi pani powie, czy to prawda i co mogę zrobić?
Kobieta spojrzała na szklaną kulę.
- Znasz jego córkę? – spytała Franka.
- Pewnie – Franek gdyby mógł, to by wzruszył ramionami. – Ale ona zawsze tak ładnie pachnie. Nie pali nawet papierosów. Innych rzeczy też nie pali.
- To gdzie znika na całe dnie? - zadawała mu pytania w kocim języku, bardzo cicho, tak, żeby mężczyzna nie zorientował się, że rozmawiają.
- Chodzi do takiego miejsca w którym jest muzyka, ludzie skaczą i tak dziwnie się wyginają – wyjaśnił. – To znaczy nie sami skaczą, tylko z kimś…
- Aha, chodzi ci o taniec w parach – domyśliła się.
Franek pokiwał łebkiem i zaczął lizać jedną ze swoich łapek. Tymczasem pani Meluzyny tłumaczyła mężczyźnie co i jak.
- Pana córka nie bierze narkotyków, tylko uczy się tańca. To dlatego jest zmęczona wieczorami.
- Ale dlaczego? – nie mógł zrozumieć dziwny pan.
- Tego moja szklana kula nie mówi – pokręciła głową. – Musi pan spytać córki. Może się zakochała i chce w ten sposób zaimponować chłopakowi, albo co innego?… Proszę dowiedzieć się, kiedy córka ma występ i przyjść z kwiatami.
- Mam przynosić kwiaty własnej córce? – spytał z niedowierzaniem. – Na występy taneczne?
- Tak mówi kula – powiedziała spokojnie kobieta. – Córka pana kocha. Musi pan tylko zacząć z nią rozmawiać. To łatwe, proszę spróbować…
Mężczyzna pomyślał chwilę, jeszcze raz otarł czoło chustką, podziękował i poszedł. Po jego wyjściu pani dała Frankowi przysmak koci. Jadł oblizując się.
- Podoba ci się praca u mnie? – spytała.
- To łatwe – powiedział Franek. – Tylko nie rozumiem, czemu Meluzyna bywa czasem smutna. Ten pan był nawet zabawny.
- Ludzie, którzy tu przychodzą dźwigają czasami wielkie ciężary na barkach – powiedziała szybko w jego języku. - Zobaczysz, teraz przyjdzie ktoś, kto jest bardzo smutny…
Franek nie zdążył dokończyć ulubionych chrupeczek, kiedy do drzwi znów ktoś zadzwonił. Tym razem Pani wprowadziła do domu kobietę, siwą i przygarbioną. Pomogła jej usiąść przy stole.
- Gdzie Meluzyna? – spytała smutna pani.
- Jest chora – wyjaśniła i wskazała na kota siedzącego jej na ramieniu. - A to Franek, przyjaciel Meli i mój. Czy coś się stało pani Barbaro?
- Tak - pokiwała głową staruszka. – Mój świętej pamięci mąż nawiedza mnie w nocy. Tłucze w ścianę i woła mnie… W dodatku moja córka chce mnie chyba oddać do domu bez klamek…
Pani Meluzyny pogłaskała po ręku starszą panią, a potem zaczęła pocieszać.
- Cóż za bzdury – zdenerwował się Franek. – Żaden tam mąż nie puka do tej pani w nocy. To Baltazar i Tereska biją się i kotłują za jej ścianą. Ich człowiekowa zamyka je na noc w pokoju. Dlatego są takie wściekłe.
- A córka? – spytała Franka pani Meluzyny.
- Ta córka jest miła i karmi moich braci. Ostatnio wzięła do siebie małą Psotkę. Na pewno nie chce nigdzie oddawać.
- A jeśli ta pani ma rację i córka chciałaby się jej pozbyć? – pytała pani Meluzyny.
Franek sapnął i wytłumaczył kobiecie co i jak, a ona przekazywała to starszej pani.
- Córka się o panią martwi, bo pani ostatnio schudła i ciągle niedomaga. Kilka dni temu zemdlała pani na ulicy. Proszę zgodzić się na badania.
Starsza kobieta pokiwała głową.
- Dużo pani wie… A co z moim świętej pamięci mężem?
- Mąż chce, żeby pani koniecznie zrobiła te badania. Mówi do mnie w szklanej kuli…
- Co mówi? - zdumiała się starsza pani.
Pani Meluzyny przymknęła oczy i zaczęła kołysać się na boki. Franek zaczął mruczeć, żeby podtrzymać odpowiedni nastrój
- Że jeszcze nie czas…
Po jej wyjściu Franek znów dostał przysmak. Jedząc zapewnił, że porozmawia ze swoimi koleżankami, żeby nie denerwowały sąsiadki, a pani powiedziała, że ona ze swojej strony poprosi sąsiadkę, żeby nie zamykała kotów w pokoju. Franek mlasnął i znów wskoczył kobiecie na ramię.
- Kto jeszcze przyjdzie? - spytał, bo bardzo mu się ta praca podobała.
- Na dzisiaj koniec - powiedziała pani i chciała zdjąć go z ramienia, kiedy Franek wczepił się pazurkami w jej ramię.
- Niech pani nie udaje – wymiauczał. – Przecież chce pani zapytać mnie o Meluzynę…
Kobieta westchnęła głęboko i pogłaskała Franka po łebku.
- Jesteś bardzo mądrym kotem – powiedziała. – No więc dobrze… Meluzyna uciekła. Wymknęła się dwa dni temu z domu i nie ma jej, a ja boję się, że coś jej się stało.
Franek zastanowił się przez chwilę. Wiedział, gdzie jest kotka, ale nie chciał o tym zbyt szybko powiedzieć.
- Kwestia jest taka - zaczął dyplomatycznie. – Gdzie jest Meluzyna? Wiem to bardzo dobrze. Ale dlaczego jest tam, gdzie jest, a nie z panią? Tego nie wiem. Mogę się jedynie domyślać…
Pani zaczęła płakać. Frankowi zrobiło się jej bardzo żal.
- Powiedz, żeby do mnie wróciła, bo ja ją kocham - szepnęła. – Już nigdy nie będę zmuszała jej, żeby pracowała i szpiegowała ludzi…
Kot pokiwał łebkiem i dał znak, żeby go wypuściła. Kiedy tylko znalazł się na schodach, cichutko pobiegł na ostatnie piętro, a stamtąd dał nura na strych.
- Malu - zawołał.
Zabrzmiało to jak „miauu”. Chwilę nic się nie działo. Franek czekał cierpliwie, ponieważ czuł jej zapach i wiedział, że Meluzyna tam jest. Wreszcie spod sterty gazet wychylił się mały, czarny łepek.
- Ona żałuje - powiedział. – Najbardziej tego, jak ci kazała pójść do mieszkania w którym są psy.
- Gorzej było, jak mnie posłała do małych człowieków - mruknęła Meluzyna. – Mało mnie nie złapały i nie zadusiły.
Wyjął małą paczuszkę chrupeczków, którą zdążył schować i podał koleżance.
- Zjedz - zachęcił ją. – Ona ma tego bardzo dużo. Całą szafę chrupeczków i innych… chrupeczków… i jeszcze innych … chrupeczków… A skąd wiedziałaś, że to właśnie mnie poprosi do pomocy? – zainteresował się nagle.
- Mówiłam jej o tobie – wzruszyła ramionkami Meluzyna. Jadła aż jej się uszka trzęsły. – Dobrze ci się pracowało?
Franek pogładził swoje wąsy.
- Gdybyś mi wszystkiego nie powiedziała o córce tego człowieka i tamtej starej pani, to wiesz, nic bym nie wymruczał sam…
Meluzyna skończyła jeść, oblizała się i zajęła czyszczeniem futerka. Franek cierpliwie czekał. Wreszcie skończyła.
- Ale z ciebie elegantka - mruknął, ale popatrzył na nią z podziwem. – Idziemy?
Zeszli oboje ze strychu i poszli zgodnie schodami w dół. Pod swoimi drzwiami Meluzyna miauknęła przeciągle dwa razy. Drzwi natychmiast się otworzyły i kotka wskoczyła w ramiona swojej pani. Franek postał chwilę./
- Dziękuję Franiu za pomoc – powiedział w końcu. – Dziękuję Franiu, że zwróciłeś mi moją ulubienicę – dodał jeszcze.
A potem poszedł do siebie. Kiedy wskoczył przez otwarte okno na swój parapet zauważył, że Zuzia wciąż spała.
- Prześpi swoje kocie życie – mruknął do siebie, po czym ułożył się wygodnie na poduszce i sam zasnął.
Śniło mu się, że podróżuje przez morza i lądy. Zewsząd witały go tłumy skandując: „Fra-nek, Fra-nek”. W końcu dotarł do celu podróży. Podszedł na nieco miękkich łapkach do wielkiego, grzywiastego lwa.
- Dzień dobry Królu Zwierząt – wyszeptał.
- Witaj, najwspanialszy kocie na świecie – powiedział lew i ukłonił mu się nisko, a wraz z nim cała świta złożona z innych, mniejszych lwów, tygrysów i panter.
- Fra – nek, Fra-nek – usłyszał skandowanie.
Stał zadowolony i patrzył na hołdy, ale po chwili musiał usiąść, bo ziemia zaczęła się kołysać. W końcu otworzył oczy. Nad nim stały małe człowieki i bezceremonialnie ugniatały jego futerko.
- Franiu – powiedziała Uleczka. – Tata kupił ci ulubione chrupeczki, a ty śpisz …
- Żyć kotu nie dadzą- mruknęła Zuzia i przeciągnęła się narzekając, że się nie wyspała.
- A co ja mam powiedzieć? – zdenerwował się Franek. – Tak ciężko się napracowałem…
Uleczka wzięła Franka na ręce, czego nie znosił i zaniosła w stronę miseczki. Po chwili pochłonęła go rybka, którą ktoś z dobrych człowieków przyniósł dla niego z pracy. „Swoją drogą”, myślał pochłaniając dorsza, „zawsze mi było ich żal, kiedy wychodzili rano po chrypeczki dla nas i mówili, że idą do pracy. Teraz nie będzie mi ich ani trochę żal – praca to najfajniejsza rzecz pod słońcem”