Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lutego 2015

AŁBENA GRABOWSKA: "STULECIE WINNYCH" T. II **



KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. ZWIERCIADŁO

Ci, którzy już poznali rodzinę Winnych i mieszkańców Brwinowa, z pewnością chętnie sięgną po tę książkę. Pozostałych zachęcam do przeczytania obu tomów. Część pierwsza kończy się wybuchem II wojny światowej. Akcja II tomu rozpoczyna się w 1942 roku. Czytelnik ma możliwość prześledzić losy bliźniaczek Mani i Ani, ich rodziny i krewnych. Wojna nie oszczędza Winnych. Jedni walczą i giną na obcej ziemi. Są i tacy, którzy sprzymierzą się z okupantem. I tacy, którzy chcą tylko przetrwać. Nie interesuje ich polityka; walczą o wolność. Nie mają pojęcia, że do dawnego świata nie ma już powrotu, a to, co przyniesie im koniec wojny, będzie jedynie karykaturą wolności. Autorka nie pominęła niczego, co ważne w naszej najnowszej historii. Wątki fikcyjne pięknie splotła z faktami i postaciami realnymi. Znajdziecie w książce wojenną atmosferę iwaszkiewiczowskich Stawisk i słynne "Dziady" Dejmka. Jedną z najpiękniejszych postaci tego tomu (zresztą, podobnie, jak pierwszego) jest dla mnie Bronia - kobieta, która bez względu na czas i okoliczności potrafiła scalić całą rodzinę. Te dwie gwiazdki dałam za tematykę, świetnie nakreślonych bohaterów (prawdziwych, nie papierowych) i za to, że poprzez tę jedną rodzinę autorka pokazała polską rzeczywistość tamtych czasów. Polecam Wam tę lekturę serdecznie.


(M.J.Kursa)

czwartek, 12 lutego 2015

ANNA JANKO "Mała zagłada" ***

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. LITERACKIE.

1 czerwca 1943 r. Wieś Sochy na Zamojszczyźnie. Mieszkańcy budzą się do codziennych zajęć. Jeszcze nie przeczuwają, a może, że to data ich śmierci. Niemcy pacyfikują wieś. Zabijają ludzi, w tym dzieci, palą domy. Renia, matka autorki ucieka, udaje jej się przeżyć. Na jej oczach zostają zabici rodzice. Dziewczynka i jej rodzeństwo zostają sierotami. Książka jest napisana częściowo w formie reportażu, częściowo jako rozmowa córki z matką. Bo dorosła, a potem już starsza Renia nigdy nie zapomniała. Gdzieś umknęły szczegóły, ale pozostał strach, nieuleczalny, dezintegrujący życie. Ten lęk, trauma zostały przekazane córce. Obie kobiety muszą się z tym zmierzyć, choć wiedzą, że to jest niemożliwe. Przeszłości nie da się uleczyć. To niesamowita książka, poza dokładnymi, wstrząsającymi obrazami masowego mordu, podejmuje temat wielu wojen. Nienawiść, cierpienie, unicestwianie w imię jakiś wyższych celów. Anna Janko pisze przez pryzmat siebie, bo ona, chociaż urodzona wiele lat po tym koszmarze, nosi go w sobie. Poprzez powrót do tamtych miejsc ma nadzieję na uspokojenie, oswojenie zbrodni sprzed lat. Autorka ma niesamowity dar trafiania do odbiorcy, dzięki naturalności, czasem brutalnej szczerości. Ta książka na długo pozostanie w pamięci każdego czytelnika. Oczywiście trzy gwiazdki.

(G.S.)

czwartek, 11 grudnia 2014

"Achtung, Panzer!" Heinza Guderiana - pierwsze po latach wydanie legendy

Muszę się przyznać, że do napisania recenzji tej książki zbierałem się kilka miesięcy. W ogóle nie piszę zbyt szybko ale tym razem miałem poważne powody. "Achtung, Panzer!" Heinza Guderiana to książka-legenda... do niedawna doskonale nieznana szerokim rzeszom czytelników. To nie jest bezsensowna gra słów - przez kilkadziesiąt lat słyszał o niej każdy zainteresowany bronią pancerną i większość zainteresowanych II wojną. Jej autor był współtwórcą sukcesów Panzerwaffe w czasie II wojny światowej, dowódcą pancernych rajdów przez Polskę, Francję, Rosję... do tego oskarżanym (słusznie) o zbrodnie wojenne... a równocześnie wybitnym znawcą teorii i praktyki wojny pancernej, i poniekąd... twórcą Historii. O ile mogę zrozumieć nienawiść do niego, to cieszę się że IW Erica udostępnia polskiej publiczności jego najsłynniejszą publikację... nawet jeśli przy tej okazji trochę lekko potraktowano korektę.
Legenda i m
iejsce "Achtung, Panzer!" w historiiSpecyfika książki Guderiana polega na sposobie, w jaki funkcjonowała. Wydana w 1937 roku, kiedy niemieckie wojska pancerne dopiero co zostały powołane do życia, stała się hitem ze względu na profesjonalną analizę doświadczeń I wojny światowej, całkiem nowatorską koncepcję wojny z użyciem szybkich manewrów odmienną od lansowanej wówczas przez mocarstwa pancerne, a wreszcie jasny i przystępny wykład zrozumiały nawet dla laików (opowiadał o użyciu w walce potężnych maszyn w świecie, w którym mało kto miał samochód - sam Guderian kupił go sobie dopiero za honorarium z książki).
Książka ta oparła się na nieco wcześniejszych przemyśleniach Guderiana i całego pokolenia oficerów, którzy na własne oczy oglądali klęskę Niemiec w I wojnie światowej a później działali w warunkach narzuconych przez traktat wersalski... Jak patrzyli na to doświadczenie - najlepiej świadczy fakt, że Guderian nigdy nie nazwał go inaczej niż "haniebny traktat".
Grosstraktorr... zwraca uwagę pewna trudność
w przyczepieniu narzędzi rolniczych
Jego warunki nie pozwalały im na posiadanie wojsk pancernych... co za tym idzie - nikt nie oczekiwał powstawania tam jakichś cennych przemyśleń na temat tej nowej wówczas broni. W istocie Niemcy korzystali potajemnie z poligonów w ZSRR - nie mogło to zastąpić manewrów własnej armii ale dawało materiał do przemyśleń. Konstruktorzy pojazdów w największych niemieckich zakładach zbrojeniowych w tajemnicy stale eksperymentowali z rozwiązaniami przydatnymi w czołgach - pod nazwą Grosstraktorr i Leichttraktorr pojawiały się co trochę rozmaite pojazdy, które z traktorem miały wspólne gąsienice... a różniły się od niego np. opancerzeniem i możliwością zabudowy uzbrojenia.
Leichttraktorr - niemiecki produkt dla małych
gospodarstw rolnych. Lufa służy do zwalczania
niewielkich szkodników pól uprawnych.
Ponadto ograniczenia traktatowe co do wielkości armii zmuszały niemieckie dowództwo do maksymalnego podnoszenia jakości wojska a równocześnie do teoretycznego rozwiązywania problemów tak trudnych, jak obrona Prus Wschodnich przed możliwą agresją 300-tysięcznej armii polskiej z lotnictwem i pojazdami pancernymi, gdy cała Reichswera liczyła sobie 100 tys. ludzi i kilkanaście samochodów opancerzonych... Sytuację tę można opisać jako przymusową bezczynność przy czasie na poszukiwania teoretyczne. Niemieccy oficerowie przeprowadzali skomplikowane operacje na mapach, podczas manewrów w terenie sprawdzali umiejętności praktyczne żołnierzy, trenowali współpracę między rodzajami broni używając imitacji czołgów - makiet z drewna i płótna ustawionych na... samochodzie osobowym lub czterech rowerach... 

Sztuka treningu z czołgami,
gdy się ma stolarza zamiast czołgów...
Zaś od żołnierzy wymagali poziomu umiejętności o stopień wyższego... Gdy w 1936 rozpoczęto rozbudowę armii - po prostu "starzy" żołnierze awansowali błyskawicznie tworząc z małej Reichswery kadrę nowego Wehrmachtu.
Inaczej mówiąc: inwestowali w jakość ludzi i przyszłość.
O wynikach wykonanej wówczas pracy świat dowiadywał się w latach 1939-45 poznając na własnej skórze Blitzkrieg.
Niemieckie wojska pancerne
dozwolone traktatem wersalskim
Ograniczenia, jak to zwykle bywa, zmusiły do nowatorstwa i podpowiedziały rozwiązania: maksymalne przyspieszanie działań, gwałtowne i skoncentrowane ataki dużych szybkich jednostek wspierane z powietrza - tak wygląda wojna dzisiaj. W latach 30-tych brzmiało to jak fantastyka, Guderian jako pierwszy dowódca zrealizował ją w praktyce, co jest dość rzadkim zjawiskiem w historii sztuki wojennej - i pokonał praktycznie wszystkie państwa europejskie, jakie stanęły na drodze Panzerwaffe. Oczywiście nie był jedynym twórcą tej doktryny - wypracowali ją liczni oficerowie niemieckiego Sztabu Głównego. Guderian wbrew pozorom nie próbował ukraść im zasługi - po prostu w rok po złamaniu ograniczeń wersalskich bezpieczniej było jeszcze nie chwalić się skalą przygotowań wojennych aby nie narazić się na prewencyjny atak. Dlatego też przybrał pozę samotnego teoretyka w kraju niezbyt zainteresowanym tematem.
Co ciekawe - w Polsce publikacja Guderiana prawie nie wzbudziła zainteresowania. Nasze dowództwo zapatrzyło się ślepo we francuską koncepcję... skutkiem czego szczupłe siły wykorzystaliśmy gorzej niż to było możliwe. Patrząc z dystansu... w 2 lata trudno byłoby podjąć poważne przygotowania w sytuacji, gdy Polska dopiero dźwigała się po Wielkim Kryzysie. Niemniej jednak na powojenny odczyt "Achtung, Panzer!" złożyło się również przekonanie, że mieliśmy okazję skorzystać z odkrycia kart przez przyszłego przeciwnika, który usłużnie opisał metodę, którą nas pokonał. To, razem z klęską we Wrześniu '39 ustawiło książkę na pozycji dość szczególnej. Ponadto po wojnie nie wznawiano jej, nie była też obecna w zbyt wielu bibliotekach. Przez lata cytowana tylko we fragmencikach, dostępna w niewielu miejscach i wyłącznie dla niektórych... możliwość zapoznania się z tą książką w czasach PRL dodawała splendoru!
Warto też dodać, że najchętniej cytowano te uwagi Guderiana, które po kilkudziesięciu latach nadal były aktualne, a ich autora otaczała sława niezwykle skutecznego dowódcy broni pancernej. Wraz z aktualnością tez Guderiana sprawiało to razem wrażenie, że wygrywał, bo przewidywał zasady walki pancernej na kilkadziesiąt lat naprzód... w aurze tajemnicy otaczającej jego książkę wyrastał na postać nieco mityczną.

Kim był "Szybki Heinz" Guderian?

Urodził się w 1888 roku w Chełmnie, w ówczesnych Prusach Wschodnich, w rodzinie oficera. Poszedł w ślady ojca i warto w tym miejscu wyjaśnić, czym w Prusach byli oficerowie cesarskiej armii - ich pozycja wiązała się ściśle ze specyfiką królestwa pruskiego: małe i początkowo biedne państwo, które dzięki posiadaniu sprawnej armii (za dużej jak na własne możliwości gospodarcze) zdołało zdominować i zjednoczyć Rzeszę Niemiecką. Pruską świadomość narodową Wielki Fryc i jego następcy budowali w oparciu o armię i oficerów, początkowo wywodzących się głównie ze szlachty i stąd utożsamianych z nią. W zarządzaniu krajem korzystali z doświadczeń administracji wojskowej... i szanowali swe własne reguły, bo głównie od nich zależała egzystencja Prus. W miarę przemian społecznych XIX wieku korpus oficerski się zdemokratyzował ale prestiż społeczny pozostał. Oficerowie pruscy uważali się za elitę narodu, stawiali sobie w związku z tym bardzo wysokie wymagania... i umieli im sprostać. Pruski oficer był nie tyle szkolony co wychowywany: wymagano od niego nie tylko iście sportowej kondycji ale też inteligencji i maksymalnego zaangażowania w służbę. Do tego obowiązywała go lojalność wobec kolegów i odpowiedzialność za podwładnych... Chociaż z perspektywy naszych stereotypów wydaje się to niezwykłe, ale miał wręcz obowiązek samodzielnego i twórczego myślenia oraz konstruktywnej krytyki, dopóki nie otrzymał rozkazu działania. Warto zdać sobie sprawę z tego, że w dowodzeniu armią niemiecką w zasadzie nie stosowano szczegółowych rozkazów ale raczej dyrektywy określające zadania, ze swobodą doboru metod. Charakterystyczny dryl będący symbolem pruskiego wojska stanowił tylko jedną z metod przygotowania do służby, najprostszą, czysto zewnętrzną postać maksymalnej dyscypliny stosowaną tylko dla ludzi o najmniejszym zakresie obowiązków. Oficerowie czuli się zobowiązani do przejawiania dyscypliny wewnętrznej, opartej o motywację płynącą z patriotyzmu.
W Polsce zazwyczaj wyśmiewamy się ze stereotypowego kajzerowskiego podoficera, symbolu tępoty i ślepego posłuszeństwa... ale ze specyficznych powodów: aby Polak zapoznał się z lepszą stroną pruskiej dyscypliny - musiał zostać pruskim patriotą... co dla ludzi związanych z naszą tradycją było raczej mało prawdopodobne.
Kariera oficerska oznaczała awans społeczny a pruscy oficerowie nadawali styl niemieckiej armii na przestrzeni niemal 150 lat.
Heinz Guderian zdobył staranne wykształcenie, służbę rozpoczął w piechocie ale dość szybko trafił do jednostki łączności przy sztabie, co dało mu możliwość obserwowania sytuacji na froncie i mechanizmów stojących za klęską i powodzeniem. Kilkakrotnie brał udział w walkach na froncie, pod Verdun i nad Marną. Zdobył tam kilka wysokich odznaczeń za odwagę, doświadczenie bojowe i przekonanie o wielkiej roli łączności, czołgów i współpracy różnych rodzajów wojsk. Ze stanowiska w sztabie widział, jak niemieckie oddziały miażdży pancerna przewaga Ententy, zdawał sobie też sprawę, że tylko kapitulacja przegrywającej armii uchroniła kraj przed najazdem - inaczej mówiąc: zasmakował poczucia bezsilności... ale znał przynajmniej część przyczyn klęski. Wielu frontowych oficerów i całe społeczeństwo niemieckie nie rozumiało, dlaczego ich kraj został upokorzony aż tak bardzo. Szok i przedłużający się kryzys gospodarczy sprawił, że społeczeństwo niemieckie zaakceptowało Hitlera jako przywódcę, który dzięki radykalnym posunięciom odbuduje utraconą potęgę. Oficerowie, szczególnie ci wywodzący się z Prus Wschodnich, na ogół byli sceptycznie nastawieni do NSDAP i jej hałaśliwego przywódcy.
Stosunek Heinza Guderiana do Adolfa Hitlera był dość skomplikowany i do dzisiaj przedstawia się go na różne, nierzadko sprzeczne sposoby. Jedni mówią o popieraniu Hitlera i hitlerowców, inni wskazują na jawną krytykę fuhrera i wpadanie w niełaskę. Cóż, Guderian uważał się przede wszystkim za niemieckiego patriotę. Idiotyczny nieprofesjonalizm i mitomania, które stały za strategicznymi decyzjami Hitlera, na pewno go drażniły, zwłaszcza gdy owocowały marnowaniem życia młodych Niemców. Poza tym do obowiązków pruskiego oficera należało ratowanie przełożonego przed błędami. Ale Hitler był przywódcą, który głosił wielkość Niemiec i stawiał ją sobie za cel. A temu celowi poświęcił się i Guderian.
Z całą pewnością popierał Hitlera czynnie - podobnie jak większość Niemców. Po wojnie starał się pomagać dawnym hitlerowcom i uważał za niezawinioną krzywdę ich los (łagodny w porównaniu z tym, co sami spowodowali). I z całą pewnością trudno utożsamiać z typowym nazistą kogoś tak chłodno i precyzyjnie myślącego. Na ile przemawiały do niego rasowe pomysły Hitlera i spółki - nie wiemy. Wiadomo, że po odebraniu emerytur wojskowych żydowskim weteranom rozważał odejście z armii w geście protestu - mogło to być wywołane poczuciem koleżeńskiej wspólnoty, którą uważał za bardzo ważną dla honoru żołnierza. W swoich książkach nie zdradził zainteresowania tematyką rasistowską - prawdopodobnie w hitlerowskim ujęciu ten temat był mu obcy. Mnie osobiście wydaje się, że uważał Niemców za lepszą odmianę ludzi ale zgodnie z kodeksem honorowym pruskiego oficera, było to obowiązkiem a nie źródłem profitów. Z całą pewnością nie jest postacią łatwą w ocenie, zwłaszcza jeśli wiemy, że dowodzone przez niego armie dopuściły się wielu zbrodni wojennych - a on sam nigdy nie próbował tego ukrócić. 
Heinz Guderian względem swoich racji był tak uparty i nieustępliwy, że w Sztabie Generalnym nazywano go Bykiem. Przydomek ten zmieniono mu dopiero po gwałtownych rajdach pancernych przez Francję - koledzy oficerowie uznali, że lepiej go charakteryzuje "Szybki Heinz".
Nie da się ukryć, że Guderian odnosił się do Polski i Polaków wrogo lub w najlepszym razie z pogardą. "Achtung, Panzer!" zawiera kilka wzmianek trudnych do przełknięcia dla Polaka - o ile jednak mamy skorzystać z jego wiedzy, trzeba oddzielić jego uprzedzenia od opinii zawodowych.
Po pierwsze pamiętajmy, że w wyniku powstania państwa polskiego rodzinne miasto Guderiana znalazło się za granicą. Można się domyślać, że łączyło się to z pewnymi familijnymi problemami, gdyż jego kuzyni brali udział w wojnie 1939... w Wojsku Polskim walcząc przeciw korpusowi Guderiana. Już choćby z tego powodu patrzył na nas tak, jak potomkowie rodzin wysiedlonych z Kresów patrzą na Rosjan.
Po drugie, o czym coraz rzadziej chce się pamiętać naszym historykom-politykom, w wyniku klęski 1918-tego państwa centralne poniosły wielkie i trwałe straty terytorialne, gospodarcze i ludnościowe. To co dla nas było odzyskaniem niepodległości po 123 latach zaborów, dla Niemców oznaczało utratę 10% ludności i 25% przemysłu ciężkiego i wydobywczego. W dodatku węglem ze Śląska odbitego Niemcom w trzech powstaniach płaciliśmy za nowoczesne środki bojowe na wypadek wojny z Niemcami! Ani Heinz Guderian ani żaden Niemiec zdrów na umyśle nie myślał przed wojną o Polsce i Polakach bez zgrzytania zębów i chęci odwetu - ale, jak mawiają Pasztunowie - nienawiść wrogów to komplement dla prawdziwego wojownika. W kilkadziesiąt lat po wojnie możemy na ten problem popatrzeć na chłodno i zobaczyć czy w swojej zgryźliwej ocenie Wojska Polskiego z wojny polsko-bolszewickiej Guderian nie miał trochę racji. Zwłaszcza, że z nami wygrywał. Kiedy Guderian pisze, że Wojsko Polskie w wojnie z bolszewikami było miernie dowodzone, to niestety... miał do tego podstawy. Nasze zwycięstwo w tej wojnie polegało na uratowaniu się w ostatniej chwili na naszym terytorium, po utracie dużych ilości sprzętu i wszystkich początkowych zdobyczy. A w świetle programu "Achtung, Panzer!" można łatwo się domyślić, w czym Guderian upatrywał kardynalnych błędów.
Jak jeszcze można dopełnić portret "Szybkiego Heinza"? Otóż był znakomitym nauczycielem historii wojskowości i taktyki, czym zajmował się w początku lat 30-tych. Cenili go jego uczniowie-oficerowie mimo, że późniejsze dokonania zepchnęły na bok ten jego talent. Warsztat pisarski, zacięcie popularyzatora i wykładowcy oraz gawędziarską pasję widać zarówno we "Wspomnieniach żołnierza" jak i w "Achtung, Panzer!"

Czym nie jest "Achtung, Panzer!"

KW-1 - niespodzianka Stalina dla Europy,
najodporniejszy czołg świata
w początkach II wojny
... i pokaz możliwości pancerza:
żadne z tych trafień nie okazało się groźne.

Czołg zniszczyły samoloty niemieckie.
Przez lata trwania w charakterze legendy "Achtung, Panzer!" obrosło tyloma oczekiwaniami co do zawartości, że niektórym może się wydawać, że w publikacji z 1937 znajdą klucz do zrozumienia wojen z XXI wieku. No cóż... nie znajdą, za dużo nowych elementów się pojawiło. Guderian nie był prorokiem. Już w kilka lat po publikacji został wraz z całą armią niemiecką potężnie zaskoczony pojawieniem czołgów KW-1 i T-34, z których drugi był odporny na niemiecką broń ppanc na dystansach powyżej 100 metrów a pierwszy na wszystkich. Poza tym - nie zajmował się snuciem fantazji o przyszłej wojnie, tylko analizą możliwości broni pancernej i zasadami jej najlepszego wykorzystania. Wśród tych możliwości np. uważał taranowanie przeszkód za całkiem poważny środek bojowy, choć praktyka późniejsza pokazała, że to raczej sposób podróży na przełaj. Nie znał możliwości samolotów w zwalczaniu czołgów, chociaż już kilka lat później był to ważny element wojny pancernej, w którym do tego Niemcy pobili kilka istotnych rekordów zarówno jako ofiary ataku jak i atakujący.
Mówiąc inaczej: próbował wytyczać nowe szlaki i przybliżać problem laikom a nie przewidywać przyszłość.



Czym jest ta książka? – trwała wartość

Mark I - pierwszy czołg użyty bojowo, początek wszelkiej wiedzy
o nowej broni. Oszałamiająca prędkość 6 km/h i 5 ludzi zajętych wyłącznie kierowaniem.
Panzerkampfwagen I - podstawa
Panzerwaffe do 1940 roku
Większość dzieła Guderiana wypełniają analizy powiązań między techniką i losem żołnierzy na polu walki - pisane barwnym i obrazowym językiem, uzupełniane zdjęciami i mapami pozwalającymi zrozumieć cel opisywanej bitwy. Te analizy pisze uczestnik wydarzeń mający zarówno wiedzę z pierwszej linii jak i całościowy ogląd z poziomu sztabu. Dla osób zainteresowanych I wojną światową ta książka będzie bezcennym źródłem wiedzy, bowiem zajmuje się nie tylko czołgami ale bardziej: ludźmi. Opowiada, czym właściwie stało się pole bitwy, jak dzięki taniemu drutowi kolczastemu i saperce każdego żołnierza można zamienić cały kraj w nieprzebytą twierdzę bronioną ogniem ckm-ów, której w zasadzie nie da się przejść. Analizuje słabe i mocne punkty rozmaitych czołgów, co dla zainteresowanych historią techniki stanowi smakowity kąsek a dla nowicjuszy w tej dziedzinie - cenne uzupełnienie wiedzy, bynajmniej nie nudne! Pierwsze wozy bojowe przybierały fascynujące kształty, niczym wyobrażenie złotej rybki o metodach podróży po piachu... Dość powiedzieć, że zdjęcia tych wehikułów moja żona oglądała z wielką ciekawością, mimo, że czołgi nie interesują jej ani trochę.
T-80U - współczesny czołg podstawowy - broń o jakiej Guderian mógł tylko śnić
Wyjaśnia genezę rozmaitych formacji zmotoryzowanych, ich przeznaczenie, problemy z jakimi się spotykają - a wiele z tych problemów nie straciło aktualności od czasów Aleksandra Macedońskiego.
Ze względu na styl i jasność wypowiedzi zalicza się do klasyki literatury wojskowej i historycznej. Ze względu na potwierdzenie w praktyce wyłożonych w niej teorii ta książka jest zupełnym unikatem - mało który generał najpierw dał swoim przyszłym przeciwnikom teoretyczny wykład metody walki a następnie pokonał ich ściśle według zasad, które im przedstawił..
AH-64 Apache - bicz na czołgi
Saddama Husseina
To właśnie "Achtung, Panzer!" zawiera słynny pogląd głoszący, że głównym przeciwnikiem czołgu na polu walki jest czołg, a dopóki na polu walki są czołgi - nie można zajmować się niczym innym.
A-10 Thunderboldt II - samolot przeciwczołgowy: bomby, rakiety i siedmiolufowe działo 30mm zdolne do wystrzelenia 7000 pocisków na minutę
Sformułował go Guderian na podstawie wojny, w której czołgi jechały z prędkością niewiele większą niż szedł żołnierz z wyposażeniem, w której nie istniały armaty przeciwpancerne. Ogłosił w czasach gdy Wermacht posiadał czołgi dwuosobowe, uzbrojone w dwa karabiny maszynowe, z pancerzem chroniącym tylko przed bronią strzelecką... a i to nie każdą. Już kilka lat później pojawiły się armaty ppanc o kalibrach sięgających 100 mm, samoloty wyspecjalizowane w atakowaniu celów naziemnych, ręczne granatniki przeciwpancerne, jeszcze później helikoptery z rakietami kierowanymi, ręczne wyrzutnie rakiet, szybkie pojazdy zdolne do wystrzeliwania samonaprowadzających pocisków przeciwpancernych, miny przeciwpancerne... Dzisiejsze czołgi mają pancerze odpowiadające wytrzymałością warstwie stali o grubości metra, działa kalibru 120 mm czyli takiego, jaki w czasach Guderiana uważano za okrętowy, przebijają pancerną stalową płytę 80cm (czyli grubszą niż na superpancernikach z ostatniej wojny światowej), ważą po 70 ton i rozwijają prędkości do 70 km/g... Wydawać by się mogło, że wojna pancerna jest całkiem inna - i to prawda.
Kierowany pocisk przeciwpancerny,
który nawet z małej ciężarówki
zrobi skuteczny niszczyciel czołgów
Ale doświadczenia ostatnich wojen na Bliskim Wschodzie wciąż pokazują, że te wszystkie nowości nie potrafią w wojnie wyeliminować więcej niż 30% z pośród wszystkich zniszczonych czołgów. Ani nie potrafią wywalczyć zwycięstwa tam, gdzie są czołgi.
Guderian miał rację.

Dlaczego ta książka ma interesować ludzi nie lubiących czołgów?

To pytanie, które warto sobie zadać. Powodów znajdzie się sporo - wprawdzie książka Guderiana nie stawia laikom barier, niemniej jest to dzieło dość specjalistyczne a nie literackie.
Jednakże... dziełem literackim jest "Na Zachodzie bez zmian". Zaś "Achtung, Panzer!" opisuje właśnie świat, w jakim żyli i ginęli bohaterowie Remarque'a. I Hemingwaya, Faulknera i wielu innych. Przeczytanie plastycznych opisów warunków panujących w I wojnie światowej pomoże zrozumieć czym było "stracone pokolenie", jakie emocje rządziły społeczeństwami okresu międzywojennego... i czym kierowały się ówczesne rządy.
Walory poznawcze książki Guderiana wykraczają daleko poza zagadnienia związane z wojskiem. Ale jest też ona fantastyczną szkołą myślenia i analizy historycznych wydarzeń - w jednym z fragmentów autor opisuje, jak żywopłoty stały się przyczyną masakry pułku kawalerii, co zaowocowało klęską całego natarcia. W innych miejscach przedstawia, jakie znaczenie miały nawyki szkoleniowe i tradycja rodzajów broni dla podejmowanych działań.
W sumie - nikt kto przeczyta tę książkę - nie będzie żałował. "Szybki Heinz" Guderian pisał ją z zamiarem zdobycia zainteresowania laików. Wyznaczony cel osiąga w stylu, jakim prowadził kampanie wojenne.
To jedyny Blitzkrieg, za który można mu być wdzięcznym.



(POL)

niedziela, 30 listopada 2014

Tanja Dückers: "CIAŁA NIEBIESKIE" ***

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. ŚWIAT KSIĄŻKI
Oto rodzina Sandmannów - Jo i Max, Renate i Peter, Freia i Paul. Obserwujemy ją najpierw oczami dzieci, potem nastolatków, wreszcie dorosłego już rodzeństwa. Max stracił nogę na froncie wschodnim. Jo z malutką Renate musiała ewakuować się z Gotenhafen (nazwa Gdynia nie przechodzi jej przez usta). Peter przetrwał z dala od działań wojennych w malutkiej niemieckiej wiosce. To opowieść o dorastaniu ogromnie ze sobą zżytych bliźniąt, ale jest to zaledwie wierzchnia warstwa. Pod nią wciąż pulsuje wątek wojny. Renate przez całe życie prześladuje obraz tonącego "Gustloffa", na którym zginął jej rówieśnik, syn sąsiadów. Generacja wnuków szuka odpowiedzi. Jaką rolę odegrali w tamtych czasach ich bliscy? Po której stronie się opowiedzieli? I dlaczego? Obrazowy, plastyczny język tej książki rzucił mnie na kolana. Emocje opisane kolorami robią większe wrażenie niż najmocniejsze słowa. Powolność akcji pozwala czytelnikowi na własne przemyślenia. Autorka zrobiła coś niesamowitego - opowiedziała historię; bez pytań, bez odpowiedzi, bez moralizowania, bez oceniania. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tak uczciwym podejściem do tematu wojny. Nikt w taki sposób nie pokazał mi, jak głębokie bywają rany po obu stronach - kata i ofiary. A wizyta Frei w odbudowanej Warszawie, kiedy w wyobraźni widzi pozostawione przez Niemców cmentarzysko ruin, to prawdziwy majstersztyk. Wielkie brawa dla Magdaleny Jatowskiej, która przełożyła tę książkę. To nie jest powieść, którą się poleca. To lektura obowiązkowa.

(M.J.Kursa)

czwartek, 6 listopada 2014

Pijana wojna ** - Kamil Janicki

KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ INSTYTUT WYDAWNICZY ERICA

O wojsku i alkoholu krąży mnóstwo opowieści i mitów, tym chętniej powtarzanych, że te dwie rzeczy jakoś się zrosły w społecznej świadomości. Kamil Janicki zadał sobie trud zbadania tematu dla okresu II wojny światowej. Sięgał do wspomnień, regulaminów wojskowych i orzeczeń sądowych... zebrał też relacje dzięki którym możemy zobaczyć, jak sojusznicy i wrogowie widzieli się "poprzez flaszkę". Powstała książka, którą czyta się z zapartym tchem, zestawiająca popularne wyobrażenia z mitami, objaśniająca te ostatnie... i nierzadko burząca stereotypy. Ile w naszych wyobrażeniach alkoholowo-wojskowych jest propagandy a ile wiedzy?
Cóż, warto przeczytać i przekonać się osobiście.
To dobrze napisany kawałek znakomitej pracy historyka, niemal obowiązkowy dla każdego, kto interesuje się wojną i wojskiem!

(POL)

czwartek, 4 września 2014

Zbigniew Truszczyński MAMY DUSZE MUSZKIETERÓW


KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO WAR BOOK. *

Wydana przez War Book książka Zbigniewa Truszczyńskiego pt. "Mamy dusze muszkieterów" właściwie od początku wydaje mi się książką trudną do zaklasyfikowania. Przypomina nieco powieść, ale tak naprawdę jest raczej fabularyzowanym i nieco podkolorowanym wspomnieniem ze służby w Legii Cudzoziemskiej - bardzo specyficznej formacji  o bardzo długiej tradycji, być może jednej z najdłuższych na świecie trwających nieprzerwanie do dzisiaj. Wspomnienie to przybrało postać powieści, co skutecznie pozwala udawać, że fakty to fikcja a fikcja to fakty.
Czy jednak ta książka opowiada bajki? Zawiera relację z kilku miesięcy służby polskiego legionisty w Czadzie. Opowiada o zwyczajach typowych dla formacji, daje wgląd w specyficzny styl życia przedziwnej zbieraniny młodych zabijaków, opowiada o Afryce, jakiej nie zobaczymy na wycieczkach. Robi to barwnie, z poczuciem humoru i znakomitym wyczuciem zasad gawędy... i przez różowe okulary. To ostatnie nie tylko dlatego, że tak nakazuje kanon opowieści przygodowo-rozrywkowej... ani nie dlatego, że autor ucieka od poważnej tematyki. Jest w tym pewien sens natury światopoglądowej. Służba w Legii Cudzoziemskiej należy do najcięższych - i tak ma być. Czy jest sens rozczulać się nad trudami codziennymi legionisty Nowaka, skoro dobrowolnie wybrał taki styl życia, wiedząc, co on oznacza? Wspominać należy dobre chwile, złe zostawić za sobą - tę myśl autora można właściwie przypisać jego bohaterom.
Sporo miejsca zajmują kwestie niecodzienne, charakterystyczne dla tej grupy młodych ludzi: specyficzne dla tej formacji wojskowej zwyczaje, poczucie grupowej więzi, stosunek do bójek i starć, rozmaite wyczyny, łącznie z imprezowymi ekscesami legionistów... i to, jak patrzą na świat. Oprócz obrazków obyczajowych pokazanych lekko i z wdziękiem w książce znalazło się miejsce dla relacji z misji bojowej w ogarniętej wojną domową Afryce. I tu kończy się śmiech i różowe okulary. Afryka oglądana przez Nowaka jest przytłoczona nędzą. Dzieci próbujące kupić jedzenie za seks, prostytucja jako jedyne źródło utrzymania rodzin, głód i choroby - w tej wojnie Nowak prawie nie strzela. Za to ogląda efekty bezpardonowej strzelaniny i morderstw, ogląda Afrykę z bliska. Obraz nie należy do miłych ale realizm nie musi być miły.
Czy bohaterowie książki Zbigniewa Truszczyńskiego mają dusze muszkieterów? Wątpię. Nie ma w nich nic z zarozumiałej szlachty XVII wieku, pokazującej, na co ją stać. Nie przypominają też bohaterów Dumasa. Ale są elitą i mają stosowne dla elity wojska poczucie wartości. Na pewno warto zobaczyć, na czym ono polega.
Świat legionistów to nie świat łatwej przygody rodem z powieści sensacyjnych - koledzy legionisty Nowaka są prawdziwymi ludźmi, z gatunku, który zdecydowanie nie nadaje się do chóru parafialnego - jak to już we wstępie napisał Autor.
Czy jest to, jak mówią reklamy, najlepsza książka o Legii Cudzoziemskiej napisana przez Polaka? Nie wiem. Nie przeczytałem wszystkich książek z tej kategorii, więc nie mogę ferować wyroków. Na pewno jednak trafiła mi się fascynująca lektura, zawierająca przy okazji trochę nietypowych zdjęć. Fotografie nie są profesjonalne, nie rzucają na kolana artyzmem, wręcz przeciwnie: mają warsztatowy poziom typowych zdjęć z urlopu. Ot, takie pamiątki z codziennego życia w absolutnie niecodziennym miejscu i sytuacji. Wpisują się w poetykę książki: znakomitej i smakowitej mieszanki zwyczajności z egzotyką.

(POL)

sobota, 3 maja 2014

08/15 w partii - krzywe zwierciadło Hansa Helmuta Kirsta - Piotr Olszówka


Książka otrzymana od Instytutu Wydawniczego Erica

W antropologii zdobyła sobie popularność metoda badania świata poprzez analizę zjawisk w skali mikro: jednostkowych losów zwykłych ludzi, małych wydarzeń, drugorzędnych tytułów prasowych i trzeciorzędnej literatury - takie zjawiska nie powiedzą nam o wielkich ideach niczego pięknego. ale pokażą, na jakim gruncie wyrosły.
Wiemy, jak Adolf Hitler rozumiał ideały Nadczłowieka wymyślonego przez filozofów... a jak rozumiał Adolfa Hitlera niezbyt dobry (ale za to jedyny) dentysta w małym miasteczku w Prusach Wschodnich? Jak wygląda antysemityzm tam, gdzie lokalny żydowski bogacz sponsoruje szkoły, sierociniec, szpital, klub sportowy... i oddział NSDAP? Kim są naziści z małych miasteczek w 1934 roku? Z takich miasteczek rekrutowała się większość żołnierzy fuhrera, jego siły okupacyjne, jego cała reprezentacja w terenie. Kim byli, skąd się wzięli, jak doszli do władzy? Odpowiedź na te pytania pozwala zrozumieć ich postępowanie, gdy już tę władze mieli.
Kapitalna opowieść Kirsta o początku hitleryzmu wpisuje się w nurt rozrachunkowy Niemców jako narodu - rozrachunku z całą własną tradycją, nie tylko z 12 latami III Rzeszy. A jest to rachunek gorzki. Hitler może i pojawił się znikąd (czyli z Austrii) ale nie można tego powiedzieć o ludziach, którzy wynieśli go do władzy absolutnej.
Tytuł powieściowego cyklu brzmi dziwnie, bo to niemiecki idiom wywodzący się z I wojny światowej, upowszechniony przed drugą i nieco zapomniany w naszych czasach.
08/15 to oznaczenie modelu karabinu maszynowego Maxim - broni, która przyjęła się na całym świecie w setkach mutacji i nadała charakter konfliktom zbrojnym całej epoki. Wszystkie mutacje miały na celu udoskonalenie, ale zasadniczo pozostawiały taką samą konstrukcję.

Lkm 7,92mm wz. 08/15 "Maxim"
Maxim 08/15 - wciąż ten sam...
W Niemczech modernizowano tego Maxima dwukrotnie: w 1908  roku a potem w 1915. Oficjalne modernizacje odnotowano w wojskowym oznaczeniu: 08/15 ale wciąż był to ten sam stary, dobry, niezawodny Maxim, ze wszystkimi wadami i zaletami, za to w nowszej i kosztowniejszej szacie, niczym odwieczny pruski kapral - fundament narodu od czasu Wielkiego Fryca.

Wielki Fryc - twórca symboliki Prus

Stąd wśród żołnierzy niemieckich (a w epoce Maxima przewinęli się przez armię niemiecką wszyscy Niemcy w wieku poborowym) zero-osiem-piętnaście czyli  "Null-acht-fünfzehn" stał się potocznym symbolem równie czytelnym jak w Polsce pstryknięcie w kołnierzyk. Oznaczał wciąż to samo ale odnowione dla niepoznaki.
Dziwnie mi się czyta obrazek z niemieckiej społeczności w Prusach Wschodnich które dwanaście lat później miały stać się polskimi Mazurami. Trudno uwolnić się od myśli, że dni tych wszystkich ludzi są policzone i żaden z nich nie umrze ze starości we własnym domu, chociaż każdemu tylko taka śmierć wydawała się naturalna. Naturalnie Kirst miał tę samą świadomość - serię powieści "08/15" pisał wiele lat po wojnie.
Kreśli obrazek krainy dzieciństwa z mnóstwem detali i czułości ale wybiera moment gdy ta kraina znalazła się na równi pochyłej prowadzącej do unicestwienia. I poddaje analizie społeczeństwo zamieszkujące tę niewinną i uroczą krainę: małomiasteczkowe Prusy, niemiecki świat przytulnych domków, surowych ale kochających matek, interesików i codziennej troski skupionej między pracą, gospodą, kuchnią i kościołem.
Kirst zajmuje się wielkimi ideami: honorem, tradycją, uczciwością obserwowanymi w skali mikro... i podsuwa niewesoły wniosek: prawdziwa wielkość jest zaraźliwa. Człowiek wielkiego charakteru może odmienić szmatławą ideę. Wielka idea może odmienić nędznego człowieka. Ale jeśli do takiej przemiany nie doszło, to najwyraźniej wśród ludzi i idei zabrakło wielkości.
W tym świecie wszyscy udają tego, kogo w danej chwili udaje całe społeczeństwo.
Niemcy udawali nazistów, dopóki ktoś nie przerwał zabawy. W małym Gilgenrode był to hrabia Schulenburg. W całej III Rzeszy bomby a potem alianci...
Udawali tak dobrze, że nie nie sposób ich odróżnić od prawdziwych nazistów, podróbki były lepsze od oryginałów. Przy czym "lepsze" w odniesieniu do hitlerowców ma specjalne znaczenie...

Zwykli Niemcy w dążeniu do bycia perfekcyjnymi nazistami
"08/15" to coś w rodzaju wschodniopruskich  przygód dobrego wojaka Szwejka: w 1934 roku przed wielką rozgrywką  historyczną trwa próba generalna świata, który dawno temu stracił poczucie przyzwoitości ale trwa wciąż w nienaruszonej formie. Małe Gilgenrode czeka na sąd niczym Sodoma i Gomora... uratowało się na razie, bo znalazł się jeden sprawiedliwy. Ale, że był tylko jeden taki, nie mogło przetrwać długo.
Brzmi wzniośle?
Owszem.
Sprzecznie z nastrojem powieści?
Tak.
Opowieść Kirsta jest w gruncie rzeczy doskonałą komedią, kolekcją groteskowych postaci, spełniającą wszystkie wymagania jakie dwa i pół tysiąca lat temu postawili komedii jej wynalazcy. Nawet kończy się małżeństwem a dobrzy bohaterowie na ogół unikają złego losu.
Z komedii zieje zgrozą tylko dlatego, że jej akcja toczy się w konkretnym momencie historii.
Po prostu nad tym światem wisi zagłada a w groteskowych wydarzeniach małego miasteczka widzimy jak rozpoczęła się katastrofa: od ambicji małych ludzi, drobnych awanturników i leniwych krzykaczy, którzy chcieli więcej wódki i kiełbasy za darmo i uważali swoje chęci za dowód wielkości.
To w gruncie rzeczy bardzo uniwersalny problem, dlatego powieść Kirsta weszła do kanonu literatury światowej.
Każdy może dobrze bawić się czytając o małej wojnie Sonnenbluma z Breitbachem bo to herosi na miarę Kargula i Pawlaka.
Tyle, że potem w swoim własnym bezpiecznym świecie odnajdziemy odpowiedniki książkowych bohaterów. Gilgenrode miało przed sobą jeszcze tylko 12 lat.
Ile mamy my sami?

(PO)

czwartek, 24 kwietnia 2014

"Cel namierzony" - sztuka współczesnej wojny wg Paula Grahame'a




powiększenie

Wydawnictwo Literackie 
Wydanie: I
Przekład: Łukasz Małecki
Oryginalny tytuł: Fire Strike 7/9
Liczba stron: 450 


Nie lubię przesady i emfazy, nie przepadam za podniecaniem się czymś, co zdaniem "podniecanta" powinno mnie podniecać. Nie lubię też górnolotnych określeń i prostych podziałów moralnych... bo z doświadczenia wiem, że propaganda operuje wyłącznie półprawdami a półprawda nigdy nie stanie się całą prawdą - za to zazwyczaj jest całym kłamstwem.
Z tego powodu denerwują mnie zapowiedzi reklamujące wspomnienia brytyjskiego sierżanta Paula Grahama na temat wojny w Afganistanie a do samej książki podchodziłem z nastawieniem nieco sceptycznym.
O ile twórca literackiej fikcji nie musi przejmować się prawdą, o tyle autor recenzji czy zapowiedzi wydawniczej ma taki obowiązek, w przeciwnym wypadku oszuka czytelników.
Od razu mówię: handlowe zapowiedzi wciskają kit, czyli masę sprawdzającą się tam, gdzie trzeba uzupełnić dziury w umyśle.
Czytając "Cel namierzony" na pewno nie przeżyjemy żadnej przygody, rozróby wojennej ani nic z tych rzeczy. Po prostu posiedzimy sobie w fotelu z dobrą książką, wartościowym i interesującym wspomnieniem współczesnego żołnierza, specjalisty wysokiej klasy, do tego zapisanym przez równie wykwalifikowanego współautora, co gwarantuje przyjemną lekturę.
Marketingowe hurrazapowiedzi zawsze zmuszają sumiennego recenzenta do zajmowania się nie tylko tym, czym dana książka jest, ale też tym, czym nie jest. A to zajęcie dosyć głupie i jałowe.
File:AV-8B Harrier II-.jpg
Harrier - pionowy start 
Paul Grahame, występujący we własnych wspomnieniach pod przezwiskiem „Bommer”, marzył od dziecka, żeby zostać zawodowym żołnierzem. Spełnił swoje marzenia, a do tego zdobył dość wyjątkową specjalność koordynatora wsparcia lotniczego, oznaczaną skrótem JTAC - od Joint Terminal Attack Controller. Mówiąc językiem cywilnym: organizuje ataki z powietrza na ludzi i obiekty, które mogą zagrozić żołnierzom wykonującym swoje zadania. To współczesna nazwa dla gościa, który dawno temu siedział w balonie z lunetą i mówił wojskom Unii, w których krzakach czają się ci przeklęci konfederaci. JTAC raczej nie plącze się po pierwszej linii walki, a jeśli znajdzie się tam przypadkiem, to ma obowiązek z niej uciekać i brać się do swojej właściwej roboty, czyli naprowadzania samolotów. Jego zadanie polega na niedopuszczeniu do tego, co nazywamy równą walką. Dysponuje w tym celu najbardziej wyrafinowanymi środkami łączności... i zniszczenia, jakie wynaleziono. Właśnie dlatego podlega ścisłym regułom - aby nie wydawało mu się, że jest bogiem wojny. Inne reguły określają granice jego działania - bowiem JTAC ma zmniejszać ryzyko i straty wśród swoich. Te ostatnie zasady "Boomer" często łamie, ilekroć z jakiegoś powodu wojna nie stosuje się do regulaminów. Tak na przykład JTAC nie może zlecać ataku powietrznego bliżej niż 200 metrów od własnych oddziałów, co jednak robić, gdy koledzy z piechoty prawie wleźli na doskonale zamaskowany bunkier i dostali się pod zmasowany ogień z dystansu 50 metrów?
Dobranie właściwego rodzaju rodzaju wsparcia w takiej sytuacji to wielka sztuka.

Miłośnicy militariów będą mieli znakomitą okazję, by na podstawie relacji użytkownika zapoznać się z nowoczesnym sprzętem wojskowym w akcji. A jest na co popatrzeć - JTAC może np. uzyskać na swoim terminalu podgląd z naprowadzanego samolotu, do tego w podczerwieni... co oznacza, że z wysokości kilku tysięcy metrów zagląda do wnętrza bunkra, zanim wpakuje tam półtonową bombę. A czasami bywa jeszcze dziwniej: operator uzbrojonego drona siedzi w Nevadzie, dron wisi cztery kilometry nad JTAC'iem, sam zaś JTAC znajduje się o 300 metrów od celu... ale patrzy za pomocą terminala operatora z Nevady poprzez ściany umocnionego budynku i podejmuje decyzję o wprowadzeniu rakiety na zebranie sztabu talibów. Ten niepoważny i nierealistyczny ton jest tu całkiem na miejscu - chwilami akcje Bommera wyglądają jak jakaś dziwna gra komputerowa, w której jednak padają prawdziwe trupy.
Bezwzględnie warto skonfrontować ten obraz z opisami wojny u Remarcka czy Hemingwaya – to niezwykle inspirująca rzecz!
File:MQ-1 Predator.jpg
dron Predator - czy leci z nami pilot?

Sierżant Bommer współpracował z wszelkimi możliwymi aparatami latającymi służącymi w siłach NATO, tak więc czytelnik dostanie tu sporą porcję ciekawych informacji o współczesnej technice wojennej i jej nieoczekiwanych możliwościach. O ile nazwy tego sprzętu nic mu nie mówią - powinien czytać z dostępem do Wikipedii, co znacznie wzbogaci lekturę.
I w tym momencie trzeba odpowiedzieć na pytanie podstawowe: czy jest chociaż jeden powód, dla którego wspomnienie sierżanta "Bommera" Grahame powinna zainteresować kogoś poza maniakiem nowoczesnego uzbrojenia?
Ano... jest. Mnóstwo.
Wprawdzie to literatura faktu ale jednak literatura. I jako taka wpisuje się w długą tradycję znaczoną dziełami takimi jak „Na Zachodzie bez zmian”, „Cienka czerwona linia” czy „Pożegnanie z bronią”. A zestawienie wspomnień „Bommera” z dawniejszymi obrazami wojny potrafi nieźle namieszać w głowie.
Plik:AH-64D Apache Longbow.jpg
AH-64 Apache czyli dla Paula Grahame'a: Paskuda 01
Za dynamiczną opowieścią o wojennych przygodach Brytyjczyka, którego od dziecka kręcił wojenny sprzęt, kryje się całkiem rozbudowana warstwa obyczajowa mówiąca wiele o naszych czasach - bo przecież żołnierze są dziećmi swej epoki. Grahame nie mówi zbyt wiele o swoim szkoleniu, właściwie wspomina tylko o jego intensywności. Możemy za to obserwować skutki - właściwie nie popełniał błędów na służbie. A każdy jego błąd mógł zaowocować zostawieniem kolegów bez wsparcia w terenie pełnym pułapek lub wpakowaniem w nich dużej ilości potężnych środków bojowych.

Plik:USMC FA-18 Hornet.JPEG
F-18 Hornet

Nie da się ukryć, że to nie jest wynik tresury lecz starannego wykształcenia: mamy do czynienia z mistrzem w niezwykłej specjalności. Takich specjalności mamy dzisiaj sporo. Mistrzów też trochę. Partaczy najwięcej...
Partaczy można stopniowo wyeliminować.
Prawdziwy problem tkwi nie w nich a w systemie opartym na wąskiej specjalizacji.
Grahame ma duży problem z ogarnianiem czegoś więcej niż jego aktualne zadanie, do tego nie zajmuje się zadaniami minionymi i właściwie nie poczuwa się do odpowiedzialności za coś więcej niż osiągnięcie bieżącego celu. Właściwie tak powinno być w wojsku, chociaż znamy wielu takich co to "tylko wykonywali rozkazy" i potem tłumaczyli się w ten sposób z ludobójstwa. "Bommer" nie ma takiego problemu, jego rozkazy stanowczo nie pozwalają atakować ludzi bez broni a dzięki technice może tę broń łatwo wykryć. Jest jednak pewne "ale".
Tacy specjaliści muszą mieć nad sobą kogoś, kto będzie za nich ogarniał całość.
"Bommer" akurat działa w organizacji, w której to stanowisko jest stosownie obsadzone. Okazało się to jasno, gdy bazę oddziału atakowano przy pomocy ciężkiego moździerza a do dyspozycji "Bommera" oddano bombowiec strategiczny jako wsparcie. Wyczerpany ostrzałem JTAC chciał zasypać cały podejrzany teren zawartością komory bombowej o łącznej wartości 4 milionów dolarów ale oficer nie zezwolił.

Plik:B-1B.jpg
B1-B Lancer czyli 4 miliony dolarów do precyzyjnego zrzutu

Kto wie, może kiedyś jakiś oficer nie zezwoli na użycie w tym celu bomby atomowej. Ale nad każdym oficerem jest ktoś. Jaki "oficer" powstrzyma polityków przed równie odpowiedzialnym zarządzaniem światem?
Poza wojskiem potrzeba trochę innego poziomu odpowiedzialności i to dość wyraźnie widać na przykładzie wspomnień JTAC'a. Pytanie: kto ją na siebie weźmie, skoro w naszym świecie nikt nie odpowiada za decyzje? 
File:A-10 Thunderbolt 040925-N-0295M-087.jpg
A-10 Thunderboldt - ulubiony współpracownik Bommera
Druga rzecz, która wręcz szokuje, to etycznie dziwne podejście do walki, jakie reprezentuje bohater.
Otóż sierżant Grahame ocenia sytuację na polu walki i ma nadzieję, że do starcia dojdzie na równych zasadach...
A sytuacja wygląda tak: po jednej stronie kompania piechoty brytyjskiej, ze stałym wsparciem lotniczym, czyli samolotami szturmowymi i myśliwskimi, helikopterami, dronami, bombowcami itd... wyposażonymi w bomby pozwalające trafić w metrowy cel z odległości kilku kilometrów, z 30mm działkami wyrzucającymi z siebie 5000 strzałów na minutę, z kamerami pozwalającymi namierzyć przeciwnika... z drugiej strony podobna liczba bojowników-talibów, uzbrojonych w broń ręczną i środki łączności, które Grahame podsłuchuje jak chce.
Aby starcie było wyrównane - trzeba by dać wsparcie lotnicze talibom ale dostrzeżenie tego faktu nie pojawia się w głowie ani sierżanta Grahame'a... ani w ogóle w głowie "białego człowieka".
Ta niezdolność bohatera do oceny sytuacji bardzo utkwiła mi w głowie, jest bowiem chorobą naszej cywilizacji, opartej podobno na nakazach wzajemności i współczucia.
Równe szanse? Ale przecież to my zawsze mamy rację! Oraz lepsze armaty...
Nie, żebym życzył talibom zwycięstwa. Ci, którym sierżant Grahame zsyłał na głowy bomby i potoki pocisków kalibru 30mm to była banda wyjątkowych łajdaków, co pokazało się, gdy oddział "Bommera" trafił na ślady ich rozprawy z afgańskimi jeńcami.
Rzecz jednak w tym, że wojny prowadzi się po coś. A świat po zwycięstwie powinien być trochę lepszy - to jest tak naprawdę jedyny znak pokazujący, czy wygrała właściwa strona.
Wspomnienia wojenne sierżanta Grahame'a, ojca dwóch córek, oddanego patrioty i sumiennego żołnierza, zmuszają do poważnego zastanowienia się nad kwestią: po co my to robimy?
Co dalej? Nie jutro, nie za 20 lat, ale trochę później.
A na koniec małe podsumowanie:
Sierżant Grahame pracował w oddziale liczącym ok. 100 żołnierzy.
W opisanym w książce okresie straty wyniosły 3 zabitych i ok. 10 rannych.
W kierowanych przez niego atakach zginęło ok. 230 talibów. Nie wiadomo, ilu zostało rannych. Nie wiadomo też, ilu ich tam było ani ilu zabili koledzy Grahame'a z oddziału na pierwszej linii. Prawdopodobnie wielu.
Te ćwierć tysiąca bojowników niszczył jeden sierżant i mniej więcej 2 pilotów (bo nigdy nie współpracował równocześnie z większą ilością maszyn).
Wiadomo, że talibowie mieli liczebną przewagę i musieli przegrać, bo na współczesnym polu walki przewaga liczebna to tylko zwiększone zużycie amunicji dla przeciwnika.
Wobec wojennych pokrzykiwań tak bardzo popularnych w naszych czasach warto zapoznać się z relacją wojenną "Bommera".
A przede wszystkim zadać sobie pytanie: kto nam zagwarantuje, że MY nie staniemy się dla kogoś celem do namierzenia lub przypadkową ofiarą...