Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lutego 2015

AŁBENA GRABOWSKA: "STULECIE WINNYCH" T. II **



KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. ZWIERCIADŁO

Ci, którzy już poznali rodzinę Winnych i mieszkańców Brwinowa, z pewnością chętnie sięgną po tę książkę. Pozostałych zachęcam do przeczytania obu tomów. Część pierwsza kończy się wybuchem II wojny światowej. Akcja II tomu rozpoczyna się w 1942 roku. Czytelnik ma możliwość prześledzić losy bliźniaczek Mani i Ani, ich rodziny i krewnych. Wojna nie oszczędza Winnych. Jedni walczą i giną na obcej ziemi. Są i tacy, którzy sprzymierzą się z okupantem. I tacy, którzy chcą tylko przetrwać. Nie interesuje ich polityka; walczą o wolność. Nie mają pojęcia, że do dawnego świata nie ma już powrotu, a to, co przyniesie im koniec wojny, będzie jedynie karykaturą wolności. Autorka nie pominęła niczego, co ważne w naszej najnowszej historii. Wątki fikcyjne pięknie splotła z faktami i postaciami realnymi. Znajdziecie w książce wojenną atmosferę iwaszkiewiczowskich Stawisk i słynne "Dziady" Dejmka. Jedną z najpiękniejszych postaci tego tomu (zresztą, podobnie, jak pierwszego) jest dla mnie Bronia - kobieta, która bez względu na czas i okoliczności potrafiła scalić całą rodzinę. Te dwie gwiazdki dałam za tematykę, świetnie nakreślonych bohaterów (prawdziwych, nie papierowych) i za to, że poprzez tę jedną rodzinę autorka pokazała polską rzeczywistość tamtych czasów. Polecam Wam tę lekturę serdecznie.


(M.J.Kursa)

czwartek, 12 lutego 2015

ANNA JANKO "Mała zagłada" ***

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. LITERACKIE.

1 czerwca 1943 r. Wieś Sochy na Zamojszczyźnie. Mieszkańcy budzą się do codziennych zajęć. Jeszcze nie przeczuwają, a może, że to data ich śmierci. Niemcy pacyfikują wieś. Zabijają ludzi, w tym dzieci, palą domy. Renia, matka autorki ucieka, udaje jej się przeżyć. Na jej oczach zostają zabici rodzice. Dziewczynka i jej rodzeństwo zostają sierotami. Książka jest napisana częściowo w formie reportażu, częściowo jako rozmowa córki z matką. Bo dorosła, a potem już starsza Renia nigdy nie zapomniała. Gdzieś umknęły szczegóły, ale pozostał strach, nieuleczalny, dezintegrujący życie. Ten lęk, trauma zostały przekazane córce. Obie kobiety muszą się z tym zmierzyć, choć wiedzą, że to jest niemożliwe. Przeszłości nie da się uleczyć. To niesamowita książka, poza dokładnymi, wstrząsającymi obrazami masowego mordu, podejmuje temat wielu wojen. Nienawiść, cierpienie, unicestwianie w imię jakiś wyższych celów. Anna Janko pisze przez pryzmat siebie, bo ona, chociaż urodzona wiele lat po tym koszmarze, nosi go w sobie. Poprzez powrót do tamtych miejsc ma nadzieję na uspokojenie, oswojenie zbrodni sprzed lat. Autorka ma niesamowity dar trafiania do odbiorcy, dzięki naturalności, czasem brutalnej szczerości. Ta książka na długo pozostanie w pamięci każdego czytelnika. Oczywiście trzy gwiazdki.

(G.S.)

czwartek, 29 stycznia 2015

Piotr Solecki "Saladyn i krucjaty"

Książka dostarczona przez wydawnictwo Replika

Imię "Józef" w rozmaitych wersjach językowych przewija się przez historię świata dość często. Jednym z Józefów o wyjątkowo dobrej prasie jest Al-Malik an-Nasir Salah ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffar Jusuf ibn Ajjub ibn Szazi Al-Kurdi, znany w Europie pod nieznacznie skróconym imieniem Saladyna. Zasłynął z szczodrości, odwagi, honoru - czasami wręcz patrzy się na niego jak na nauczyciela europejskich rycerzy pod tym  względem. Ponadto dbał o rozwój sztuk, był znakomitym wodzem i politykiem, zaś jego państwo słynęło z doskonałej organizacji. Ponoć był tak hojny dla ubogich, że po jego śmierci znaleziono w skarbcu tylko kilka monet. Trochę przywykliśmy do stawiania Saladyna na piedestale albowiem ludzie potrzebują pięknej legendy.
Jednakże legendy mają to do siebie, że są... legendami i niczym więcej.
Piotr Solecki podjął próbę przybliżenia postaci realnego Saladyna - Kurda nieszlacheckiego pochodzenia, który od pomniejszego oficera doszedł do godności sułtana Egiptu, władcy Aleppo i zjednoczyciela muzułmanów przeciw frankijskim najeźdźcom. Taka ścieżka kariery wymaga nieprzeciętnych zdolności a w niektórych regionach świata bywa czasami niemożliwa. Społeczeństwo, które umożliwia taki awans ludziom zdolnym, wystawia sobie niezłe świadectwo, niemniej nigdy nie udało się udokumentować aby sukces tego rodzaju odnosili ludzie o kryształowych charakterach, natomiast każdy człowiek sukcesu wydaje spore pieniądze na dobry PR. Ta sama zasada przyświecała też i Saladynowi, który zużył na ten cel niemal tyle co na swoje liczne wojny... z dobrym skutkiem. Przebicie się przez powstałą w ten sposób opinię zawsze jest trudne, tym bardziej gdy dotyczy postaci zmitologizowanej i żyjącej kilkaset lat temu.
Z tego niełatwego zadania Piotr Solecki wywiązał się bez popadania w manię demaskatorską, korzystał przy tym z prac historyków muzułmańskich, którzy w Europie na ogół nie docierają do opinii publicznej z poglądami na bliskowschodnią tradycję. Napisał rzecz przyjemną w czytaniu, nawiązującą stylem do znakomitych wzorów historyków francuskich, co ma szczególne znaczenie dzisiaj, gdy mało kto orientuje się w zawiłościach historii średniowiecznej.
Serdecznie polecam, to popularnonaukowy rarytasik, który czyta się jak normalną powieść.

(POL)

sobota, 10 stycznia 2015

Marcin Ciszewski "Major" **

Książka dostarczona przez Wydawnictwo War Book 

Kolejna część alternatywnej historii Marcina Ciszewskiego nie obniża poziomu. Oto możemy oglądać współczesny oddział wojska polskiego w realiach Warszawy pod okupacją. Wiedza gromadzona przez siedemdziesiąt lat wojen, znajomość wydarzeń historycznych, sprzęt z innej epoki i wyszkolenie garstki żołnierzy przeciw miażdżącej przewadze hitlerowskiej machiny wojennej - podane w formie inteligentnej i z poczuciem realizmu. Jak zwykle o sukcesie nie decydują zabawki (chociaż potrafią wiele zmienić) ale ludzie. 
Jest kilka fragmentów łechczących miło duszę - takich jak wizyta kpt. Wojtyńskiego u Jurgena Stroopa, atak Niemców na bazę i ich randes-vous z niespodziankami... czy rozmowa Stroopa z Reichsfuhrerem oraz jej nieoczekiwany koniec. Miło poczytać.
Ale wnioski z eksperymentem na rzeczywistości alternatywnej znowu nie napawają optymizmem. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że Wielka Wojna to zdecydowanie nie jest liga dla polskich graczy: nawet wtedy, gdy damy sobie trochę asów w rękawie, nie uda się wygrać wszystkiego.
Pytanie: co można wygrać? każdy musi zadać sobie sam, tak daleko Ciszewski się nie posuwa. 
Autor po prostu daje czytelnikowi inteligentną, dobrze napisaną opowieść, która jak każda porządna fantazja, pozostawia kilka poważnych pytań co do naszej prawdziwej rzeczywistości.
Niezależnie od tego czy pobawimy się w grę z historią czy po prostu nacieszymy porządną wojenną  przygodą - warto sięgnąć po tę książkę.

(POL)

IZABELA ŻUKOWSKA: "SKAZY" *

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. PRÓSZYŃSKI I S-KA

Kiedy sięgam po książkę Izabeli Żukowskiej, wiem od razu, że zostanę zabrana do Gdańska. Czasem tego sprzed wojny, czasem tego współczesnego. Tu spotykają się obydwa, a na chwilę zaglądamy i do XVIII wieku, kiedy to ród Hollenbachów osiąga wysoką pozycję w mieście (w jaki sposób, tego nie zdradzę). Książka opowiada o kupieckiej familii Hollenbachów mieszkających w Dancig, a potem w Wolnym Mieście Gdańsk, ale autorka skupia się na wątku Nenny i Hetty, sióstr-bliźniaczek i prowadzi go przez lata wojny aż do współczesności. Dwie siostry, dwa wybory, dwa różne losy - bardzo gorzka to opowieść, ale bardzo prawdziwa. Zderzenie pojedynczego człowieka z kataklizmem dziejowym zawsze zostawia bolesne ślady. Nie unikną tego i Hollenbachowie, a zapłaci za ich wybory kolejne pokolenie. To nie jest łatwa lektura. Autorka przeskakuje z XX-lecia międzywojennego do współczesności; czytelnik musi uważnie śledzić akcję. Ale, wierzcie mi, warto. Po przeczytaniu dotarło do mnie, że - czasem bardziej niż do narodu - człowiek przynależy do miejsca. I takim właśnie ludziom Historia czyni największą krzywdę. Polecam tę lekturę Waszej uwadze, a gwiazdkę daję za prawdę historyczną.


(M.J.Kursa)

czwartek, 8 stycznia 2015

MONIKA SZNAJDERMAN, "BŁAZEN. MASKI I METAFORY"

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. ISKRY

Książka "Błazen. Maski i metafory" jest już drugim wydaniem tej monografii. Stanowi obszerne omówienie mitu błazna i błazeństwa z perspektywy antropologii kulturowej, czyli dziedziny badającej różnorodne kultury, obecne w nich wzorce oraz wzajemne zależności. Jeśli jednak czytelnik spodziewa się spotkać tu znane sobie postacie błaznów fikcyjnych i historycznych, to myli się, bowiem autorka celowo omija takie oczywiste ścieżki i konotacje i podąża, jak pisze, przez "pogranicza, marginesy i opłotki kultury", szukając masek, za jakimi ukrywa się ten odwieczny archetyp. "Błazen" to bowiem pewna umowna nazwa, którą można rozumieć na wiele sposobów, a więc jako postać mitologicznego trickstera, kuglarza i akrobaty, klasycznego klowna augusta, Pierrota, Arlekina, Jockera, Don Kichota czy po prostu sylwetki budzącej śmiech swoją groteskowością, co pozwala autorce na dotarcie do najróżniejszych zakątków kultury. Monika Sznajderman zaczyna od ukazania mitologicznych źródeł błazna, co wydaje mi się jedną z najciekawszych części książki. Następnie porusza m. in. tematy wyobrażenia Boga jako Wielkiego Kuglarza, błazna jako figury świętej lub przeklętej i demonicznej, zależności pomiędzy archetypami króla, kapłana czy artysty a błazna czy błazeństwa i szaleństwa kilku konkretnych bohaterów literackich. Przewija się tu ogromna liczba różnorodnych mitów, legend, odniesień, skojarzeń, motywów kulturowych, między którymi autorka porusza się ze swobodą naukowca, ale jednocześnie omawia je przejrzystym językiem i wystarczająco przyjaźnie, aby przeciętny czytelnik nie czuł się przytłoczony.
Rozdziały książki, chociaż ściśle powiązane, można traktować jako odrębne eseje. Właśnie ten eseistyczny charakter "Błazna" powinien zachęcić do niego szerszy krąg odbiorców. Nie jest to bynajmniej wyczerpująca, ścisła analiza, co autorka podkreśla we wstępie, ale raczej swobodne studium tematu, skłaniające do własnej refleksji. Taka forma świetnie nadaje się do ukazania, jak niejednoznaczną postacią jest błazen, kuglarz, klown, oscylujący między sferą nieba a ziemi, sacrum a profanum, tym, co nadludzkie, a tym, co podludzkie, zwierzęce. Przez pryzmat jego sylwetki Monika Sznajderman ciekawie i trafnie analizuje współczesną kulturę i jej nierozerwalne związki z poprzednimi epokami. "Błazen. Maski i metafory" to książka nie tylko dla fascynatów antropologii kultury, ale i dla tych, którzy po prostu mają ochotę na nieco bardziej refleksyjną lekturę.


(gościnnie Monika Kursa)


wtorek, 6 stycznia 2015

WIESŁAW MICHNIKOWSKI: "TANI DRAŃ" ***

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. PRÓSZYŃSKI I S-KA

Wiesława Michnikowskiego znają chyba wszystkie pokolenia w Polsce. Któż nie pamięta jego wspaniałych kreacji (bo każda piosenka w jego wykonaniu była kreacją) z Kabaretu Starszych Panów? Albo nieśmiertelnego "Sęka" z Dudka? A przecież bohater tej książki zamierzał zostać poważnym inżynierem, nie niepoważnym aktorem. Ta książka to wywiad-rzeka przeprowadzony przez syna pana Wiesława, Marcina. I to bardzo dobrze, bo pewnie nikt inny wielu z tych pytań by nie zadał. Z odpowiedzi wygląda niesamowicie skromny, pełen humoru człowiek o bogatym życiorysie. Jego opowieści zza kulis teatru czy kabaretu są równie smakowite jak role, które zagrał. Najzabawniejszych nie zdradzę, powiem tylko, że popłakałam się ze śmiechu, wyobrażając sobie sytuacje, które opisuje wywiadowany. Fotografie i teksty niektórych piosenek dodają książce kolorytu. Za co te trzy gwiazdki? Za wiedzę, którą dała mi ta biografia, za cudowny humor, wreszcie za język i klasę pana Wiesława. Tacy, jak On, już coraz rzadziej się zdarzają. Polecam tę lekturę z całego serca.


(M.J.Kursa)

niedziela, 21 grudnia 2014

MAREK ŁAWRYNOWICZ: "PATRIOTÓW 41" ***



KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. ZYSK I S-KA

W latach trzydziestych w Miedzeszynie przy ulicy Patriotów pod numerem 41 grupka starszych ludzi pochodzenia żydowskiego wybudowała dla siebie dwupiętrowy murowany dom. Był nietypowy, bo większość tamtejszej zabudowy stanowiły drewniaki zamieszkiwane przez letników. W czasie wojny dom znalazł się na terenie getta, potem zajęli go kolejni mieszkańcy. I to o nich opowiada autor. Kogóż wśród nich nie ma. Poznacie samotną Mamcię, która po raz ostatni widziała swego jedynego syna po upadku powstania, małżeństwo Witków, Grzegorków, kawalera Gębarowskiego, Przastków, Daniluków, panią Julię z córką, Kosiakową i Matyskową z synami. Niby nic się nie dzieje, a przecież życie sąsiedzkie kwitnie. Mieszkańcy tego domu to przekrój ówczesnego społeczeństwa, z poplątanymi przez wojnę losami, bez wielkich marzeń i nadziei, usiłujący po prostu jakoś zakorzenić się w rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Ale jak to jest napisane! Groteska przeplata się z inteligentną kpiną, złośliwością chwilami, komizm z przeraźliwym realizmem - to lustro, w którym odbija się cała upiorność czasów gomułkowskich, a mimo wszystko patrzy się na bohaterów Ławrynowicza przeważnie z sympatią. Książka składa się z krótkich rozdziałów, ale już Prolog mnie podbił: "Jak widać, wiele może być różnych patriotyzmów, ale naszej ulicy to nie przeszkadzało, ponieważ jej nazwa odnosiła się do wszystkich patriotów. I to mi się zawsze w tej nazwie najbardziej podobało." (str. 8) W dobie, gdy słowo "patriotyzm" jest na ustach większości polityków, ta lektura powinna być obowiązkowa, ponieważ przywraca owemu pojęciu właściwe proporcje.
Polecam serdecznie. Nie przegapcie tej książki.

(M.J.Kursa)

czwartek, 18 grudnia 2014

Roberto Citino: "Niemcy bronią się przed Polską" **



KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ INSTYTUT WYDAWNICZY ERICA

Trudno nam sobie to dzisiaj wyobrazić ale był taki moment, gdy Niemcy żyli w strachu przed potężnym uderzeniem wojsk polskich kilkakrotnie przewyższającym ich możliwości obrony. Niemcy właśnie przegrali wielką próbę sił znaną jako pierwsza wojna światowa. Tylko kapitulacja uchroniła ich przed wtargnięciem zwycięskich armii ale musieli przyjąć traktat wersalski, którego nigdy nie nazywali inaczej jak "haniebnym traktatem".
Pod groźbą tysięcy czołgów Ententy zostali zmuszeni do zniszczenia lub oddania samolotów bojowych, czołgów, samochodów pancernych i floty wojennej. Ich armia została zredukowana do 100 tys. żołnierzy, co oznaczało w praktyce demilitaryzację. Nałożono ciężkie reparacje wojenne na niemiecka gospodarkę. A na dokładkę seria powstań oderwała od Niemiec Wielkopolskę i pokaźną część Śląska, co kraj osłabiony wojną pozbawiło kilku procent ludności i ćwierci przemysłu ciężkiego i wydobywczego.
W tym samym czasie rozpadały się Austro - Węgry, owocując kilkunastoma państwami narodowymi.
Polska, która zadała Niemcom nieoczekiwanie silny cios, o włos wygrała wojnę z państwem Lenina niosącym swój system polityczny na Zachód. Wcześniej odebrała Litwie Wilno oskrzydlając przy okazji Prusy Wschodnie. Na drodze dyplomatycznej wywalczyła sobie pewne uprawnienia w Gdańsku a w 1926 roku rozpoczęła budowę nowoczesnego portu handlowego i wojennego w Gdyni... i zainstalowała na Helu potężną bazę wojskową (we wrześniu 1939 Bateria im. Heliodora Laskowskiego stoczyła pojedynek z pancernikiem "Schlesvig-Holstein", co pokazuje jasno, że Hel bardzo łatwo mógł zablokować port w Gdańsku).

Wszystko to są fakty, ale jakoś nigdy nie patrzyłem na nie w ten sposób. Nawykowo przyjmowałem, że po I wojnie światowej Polska walczyła o swoje, o rzeczy zabrane jej przez zaborców zaś Niemcy starali się utrzymać to, co nam odebrali przemocą dawno temu. I chociaż zdawałem sobie sprawę np., że Śląsk oddzielił się od Polski w średniowieczu a jeśli Niemcy go komuś zabrali - to co najwyżej dziedzicom królów czeskich... to jednak poprzez pryzmat doświadczeń II wojny nie potrafię pamiętać jak wyglądał świat zaraz po pierwszej ani jak Niemcy patrzyli na swojego nowego, ekspansywnego i szybko zbrojącego się sąsiada.

Już samo to doświadczenie z własną wiedzą historyczną sprawia, że po książkę Roberta Citino warto sięgnąć. Właściwie powinna to być lektura może nie obowiązkowa ale na pewno uzupełniająca podręczniki.
Naturalnie "Niemcy zbroją się przed Polską" ma sporo wad - głównie tę, że autor jest raczej historykiem wojskowości niemieckiej a o polskiej chyba jednak wie niewiele. Niemniej reprezentuje spojrzenie z zewnątrz, które zawsze jest niezwykle cenne - bo nie ulega naszym narodowym uwikłaniom.
Ta orientacja na Niemcy jest jednak wbrew pozorom zaletą. W Polsce na ich przedwojenne działania patrzyliśmy zawsze z pewną przesadą: byle betonowe pudełko w polu wywoływało dyplomatyczną interwencję w sprawie nielegalnych zbrojeń niemieckich... po wojnie zaś każdy propagandowy i dyplomatyczny materiał braliśmy za szczerą prawdę, zapominając, jakiemu celowi służą takie rzeczy. Tymczasem wiele budowli, które nasza dyplomacja przedstawiała jako linie umocnień, zdaniem zagranicznych ekspertów, wcale nie przychylnych Niemcom, była byle czym, obiektami słabymi, łatwymi do wykrycia i zniszczenia a do tego w niekorzystnym miejscu.
Książkę prof. Citino wypełniają właśnie takie kwestie, porównanie potencjałów zbrojeniowych, jakości armii, metod szkolenia i zadań, oraz co najciekawsze: gier wojennych prowadzonych w niemieckim Sztabie Generalnym zakładających różne metody polskiej agresji na Niemcy... i metody obrony. Z gier tych najczęściej wynikał ten sam wniosek: nie ta siła ognia, skuteczna obrona przed polską armią jest niemożliwa.

Im dłużej czytałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że przed II wojną nie tylko niemieckie dowództwo i rząd patrzył z lękiem na Polskę. Całe społeczeństwo żyło w ustawicznym lęku. Efektem tego lęku i powojennej traumy było oczekiwanie na Wodza, który przywróci Niemcom poczucie bezpieczeństwa. A okazjonalnie te emocje rozładowywały się w bestialskich napadach na Polaków - nawet aktorów teatralnych... Hitler nie spadł Niemcom z księżyca. Oni bardzo potrzebowali jego obietnic.

Książka Roberta Citino otwiera oczy szeroko na wiele spraw. Przede wszystkim pomaga zrozumieć czym są modne ostatnio koncepcje wspólnego polsko-niemieckiego ataku na państwo Stalina i jakie były szanse na wspólną defiladę w Moskwie: otóż snucie takich wizji jako realnej możliwości świadczy o całkowitej niewiedzy na temat nastrojów w Niemczech przed drugą wojną światową. Niemcy prędzej poszliby na układ z diabłem niż z Polską. To dlatego nie próbowali u nas formować rządu kolaborantów i ochoczo eksperymentowali z wyniszczeniem całego naszego narodu zaraz po Żydach.
Pozwala również pojąć, dlaczego Polska nie poradziła sobie z Wielkim Kryzysem tak szybko jak Niemcy: powodem była armia. Niemcom wolno było posiadać armię małą, słabą i dalece niewystarczającą... ale taka armia jest tania. Polska mogła mieć każdą, na jaka nas było stać - ale potrzebowaliśmy floty zdolnej do starcia z Flotą Bałtycką ZSRR, licznego lotnictwa, broni pancernej, piechoty i artylerii... i to w ilościach starczających zarówno na osłabione Niemcy (którym aż do 1937 roku mogliśmy niemal bez strat odebrać np. Prusy Wschodnie) jak i na zbrojący się i potężny ZSRR. Półmilionowa armia, jaką utrzymywaliśmy w okresie pokoju (a z której nie mógł zrezygnować kraj pomiędzy Niemcami i Rosją), pochłaniała ogromne kwoty w kraju, który miał potencjał gospodarczy kilkakrotnie mniejszy od dowolnego z dwóch niebezpiecznych sąsiadów.
A zarówno dla Niemców jak i Stalina odwet za upokorzenia z początku lat 20-tych był sprawą symboliczna i ambicjonalną.

Rozpisuję się tu o własnych przemyśleniach nad książką "Niemcy zbroją się przed Polską" - a przecież każdy z tej książki wyciągnie inne wnioski.
Rzecz w tym, że jest to książka szalenie inspirująca do myślenia, ukazująca nam problemy z naszej historii oczami człowieka, który Polskę traktuje obojętnie... czyli tak, jak pół Europy.
Warto zafundować sobie takie spojrzenie i warto też zapoznać się z tym, co Roberta Citino fascynowało najbardziej i co stanowi zasadnicza treść jego książki: powstanie koncepcji wojny manewrowej i błyskawicznej w sytuacji, gdy armia jest mała. I prawdę powiedziawszy - mnie też to fascynuje, bo Citino pokazał, jak Niemcy odkryli metodę walki, która w końcu XVI w Rzeczypospolitej przyczyniła się do stworzenia husarii.

Tak, im dłużej o tym myślę, tym więcej pożytków widzę z przeczytania "Niemcy bronią się przed Polską"

(POL)


niedziela, 14 grudnia 2014

JACEK DEHNEL "Matka Makryna" **

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD.WAB.
Matka Makryna, czyli Irena Wińczowa, opiewana przez takich poetów jak Słowacki, Norwid, Mickiewicz. Oficjalnie prześladowana przez Moskali siostra zakonna, naprawdę bita przez swojego męża rosyjskiego oficera, zwykła, prosta kobieta. Kim była Makryna vel Irena? Osobą na pewno niezwykłą. Mitomanka, która na alternatywnym, nieprawdziwym życiorysie dostała się do Paryża, gdzie brylowała wśród osób związanych z Hotelem Lambert, do Rzymu na audiencje u papieża. Fascynujaca osobowość, kobieta umiejąca z podsłuchanych rozmów stworzyć sobie nowy życiorys, z ubogiej wdowy, stać się kimś ważnym. Jacek Dehnel podjął się bardzo trudnego tematu. Niewiele wiadomo o Makrynie. Autor skonstruował swoją książkę na zasadzie dwóch relacji kobiety, tej zmyślonej i prawdziwej. Początkowo trudno się zorientować, gdzie leży prawda. Dodatkowo lekturę utrudnia trochę archaiczny język, ale czytelnik szybko się do niego przyzwyczaja i śledzi losy tej postaci. Oczywiście książka świetna warsztatowo i perfekcyjna, jak to zwykle u Dehnela. Koniecznie sięgnijcie po tę trudną, ale fascynującą lekturę.

(G.S.)

czwartek, 11 grudnia 2014

"Achtung, Panzer!" Heinza Guderiana - pierwsze po latach wydanie legendy

Muszę się przyznać, że do napisania recenzji tej książki zbierałem się kilka miesięcy. W ogóle nie piszę zbyt szybko ale tym razem miałem poważne powody. "Achtung, Panzer!" Heinza Guderiana to książka-legenda... do niedawna doskonale nieznana szerokim rzeszom czytelników. To nie jest bezsensowna gra słów - przez kilkadziesiąt lat słyszał o niej każdy zainteresowany bronią pancerną i większość zainteresowanych II wojną. Jej autor był współtwórcą sukcesów Panzerwaffe w czasie II wojny światowej, dowódcą pancernych rajdów przez Polskę, Francję, Rosję... do tego oskarżanym (słusznie) o zbrodnie wojenne... a równocześnie wybitnym znawcą teorii i praktyki wojny pancernej, i poniekąd... twórcą Historii. O ile mogę zrozumieć nienawiść do niego, to cieszę się że IW Erica udostępnia polskiej publiczności jego najsłynniejszą publikację... nawet jeśli przy tej okazji trochę lekko potraktowano korektę.
Legenda i m
iejsce "Achtung, Panzer!" w historiiSpecyfika książki Guderiana polega na sposobie, w jaki funkcjonowała. Wydana w 1937 roku, kiedy niemieckie wojska pancerne dopiero co zostały powołane do życia, stała się hitem ze względu na profesjonalną analizę doświadczeń I wojny światowej, całkiem nowatorską koncepcję wojny z użyciem szybkich manewrów odmienną od lansowanej wówczas przez mocarstwa pancerne, a wreszcie jasny i przystępny wykład zrozumiały nawet dla laików (opowiadał o użyciu w walce potężnych maszyn w świecie, w którym mało kto miał samochód - sam Guderian kupił go sobie dopiero za honorarium z książki).
Książka ta oparła się na nieco wcześniejszych przemyśleniach Guderiana i całego pokolenia oficerów, którzy na własne oczy oglądali klęskę Niemiec w I wojnie światowej a później działali w warunkach narzuconych przez traktat wersalski... Jak patrzyli na to doświadczenie - najlepiej świadczy fakt, że Guderian nigdy nie nazwał go inaczej niż "haniebny traktat".
Grosstraktorr... zwraca uwagę pewna trudność
w przyczepieniu narzędzi rolniczych
Jego warunki nie pozwalały im na posiadanie wojsk pancernych... co za tym idzie - nikt nie oczekiwał powstawania tam jakichś cennych przemyśleń na temat tej nowej wówczas broni. W istocie Niemcy korzystali potajemnie z poligonów w ZSRR - nie mogło to zastąpić manewrów własnej armii ale dawało materiał do przemyśleń. Konstruktorzy pojazdów w największych niemieckich zakładach zbrojeniowych w tajemnicy stale eksperymentowali z rozwiązaniami przydatnymi w czołgach - pod nazwą Grosstraktorr i Leichttraktorr pojawiały się co trochę rozmaite pojazdy, które z traktorem miały wspólne gąsienice... a różniły się od niego np. opancerzeniem i możliwością zabudowy uzbrojenia.
Leichttraktorr - niemiecki produkt dla małych
gospodarstw rolnych. Lufa służy do zwalczania
niewielkich szkodników pól uprawnych.
Ponadto ograniczenia traktatowe co do wielkości armii zmuszały niemieckie dowództwo do maksymalnego podnoszenia jakości wojska a równocześnie do teoretycznego rozwiązywania problemów tak trudnych, jak obrona Prus Wschodnich przed możliwą agresją 300-tysięcznej armii polskiej z lotnictwem i pojazdami pancernymi, gdy cała Reichswera liczyła sobie 100 tys. ludzi i kilkanaście samochodów opancerzonych... Sytuację tę można opisać jako przymusową bezczynność przy czasie na poszukiwania teoretyczne. Niemieccy oficerowie przeprowadzali skomplikowane operacje na mapach, podczas manewrów w terenie sprawdzali umiejętności praktyczne żołnierzy, trenowali współpracę między rodzajami broni używając imitacji czołgów - makiet z drewna i płótna ustawionych na... samochodzie osobowym lub czterech rowerach... 

Sztuka treningu z czołgami,
gdy się ma stolarza zamiast czołgów...
Zaś od żołnierzy wymagali poziomu umiejętności o stopień wyższego... Gdy w 1936 rozpoczęto rozbudowę armii - po prostu "starzy" żołnierze awansowali błyskawicznie tworząc z małej Reichswery kadrę nowego Wehrmachtu.
Inaczej mówiąc: inwestowali w jakość ludzi i przyszłość.
O wynikach wykonanej wówczas pracy świat dowiadywał się w latach 1939-45 poznając na własnej skórze Blitzkrieg.
Niemieckie wojska pancerne
dozwolone traktatem wersalskim
Ograniczenia, jak to zwykle bywa, zmusiły do nowatorstwa i podpowiedziały rozwiązania: maksymalne przyspieszanie działań, gwałtowne i skoncentrowane ataki dużych szybkich jednostek wspierane z powietrza - tak wygląda wojna dzisiaj. W latach 30-tych brzmiało to jak fantastyka, Guderian jako pierwszy dowódca zrealizował ją w praktyce, co jest dość rzadkim zjawiskiem w historii sztuki wojennej - i pokonał praktycznie wszystkie państwa europejskie, jakie stanęły na drodze Panzerwaffe. Oczywiście nie był jedynym twórcą tej doktryny - wypracowali ją liczni oficerowie niemieckiego Sztabu Głównego. Guderian wbrew pozorom nie próbował ukraść im zasługi - po prostu w rok po złamaniu ograniczeń wersalskich bezpieczniej było jeszcze nie chwalić się skalą przygotowań wojennych aby nie narazić się na prewencyjny atak. Dlatego też przybrał pozę samotnego teoretyka w kraju niezbyt zainteresowanym tematem.
Co ciekawe - w Polsce publikacja Guderiana prawie nie wzbudziła zainteresowania. Nasze dowództwo zapatrzyło się ślepo we francuską koncepcję... skutkiem czego szczupłe siły wykorzystaliśmy gorzej niż to było możliwe. Patrząc z dystansu... w 2 lata trudno byłoby podjąć poważne przygotowania w sytuacji, gdy Polska dopiero dźwigała się po Wielkim Kryzysie. Niemniej jednak na powojenny odczyt "Achtung, Panzer!" złożyło się również przekonanie, że mieliśmy okazję skorzystać z odkrycia kart przez przyszłego przeciwnika, który usłużnie opisał metodę, którą nas pokonał. To, razem z klęską we Wrześniu '39 ustawiło książkę na pozycji dość szczególnej. Ponadto po wojnie nie wznawiano jej, nie była też obecna w zbyt wielu bibliotekach. Przez lata cytowana tylko we fragmencikach, dostępna w niewielu miejscach i wyłącznie dla niektórych... możliwość zapoznania się z tą książką w czasach PRL dodawała splendoru!
Warto też dodać, że najchętniej cytowano te uwagi Guderiana, które po kilkudziesięciu latach nadal były aktualne, a ich autora otaczała sława niezwykle skutecznego dowódcy broni pancernej. Wraz z aktualnością tez Guderiana sprawiało to razem wrażenie, że wygrywał, bo przewidywał zasady walki pancernej na kilkadziesiąt lat naprzód... w aurze tajemnicy otaczającej jego książkę wyrastał na postać nieco mityczną.

Kim był "Szybki Heinz" Guderian?

Urodził się w 1888 roku w Chełmnie, w ówczesnych Prusach Wschodnich, w rodzinie oficera. Poszedł w ślady ojca i warto w tym miejscu wyjaśnić, czym w Prusach byli oficerowie cesarskiej armii - ich pozycja wiązała się ściśle ze specyfiką królestwa pruskiego: małe i początkowo biedne państwo, które dzięki posiadaniu sprawnej armii (za dużej jak na własne możliwości gospodarcze) zdołało zdominować i zjednoczyć Rzeszę Niemiecką. Pruską świadomość narodową Wielki Fryc i jego następcy budowali w oparciu o armię i oficerów, początkowo wywodzących się głównie ze szlachty i stąd utożsamianych z nią. W zarządzaniu krajem korzystali z doświadczeń administracji wojskowej... i szanowali swe własne reguły, bo głównie od nich zależała egzystencja Prus. W miarę przemian społecznych XIX wieku korpus oficerski się zdemokratyzował ale prestiż społeczny pozostał. Oficerowie pruscy uważali się za elitę narodu, stawiali sobie w związku z tym bardzo wysokie wymagania... i umieli im sprostać. Pruski oficer był nie tyle szkolony co wychowywany: wymagano od niego nie tylko iście sportowej kondycji ale też inteligencji i maksymalnego zaangażowania w służbę. Do tego obowiązywała go lojalność wobec kolegów i odpowiedzialność za podwładnych... Chociaż z perspektywy naszych stereotypów wydaje się to niezwykłe, ale miał wręcz obowiązek samodzielnego i twórczego myślenia oraz konstruktywnej krytyki, dopóki nie otrzymał rozkazu działania. Warto zdać sobie sprawę z tego, że w dowodzeniu armią niemiecką w zasadzie nie stosowano szczegółowych rozkazów ale raczej dyrektywy określające zadania, ze swobodą doboru metod. Charakterystyczny dryl będący symbolem pruskiego wojska stanowił tylko jedną z metod przygotowania do służby, najprostszą, czysto zewnętrzną postać maksymalnej dyscypliny stosowaną tylko dla ludzi o najmniejszym zakresie obowiązków. Oficerowie czuli się zobowiązani do przejawiania dyscypliny wewnętrznej, opartej o motywację płynącą z patriotyzmu.
W Polsce zazwyczaj wyśmiewamy się ze stereotypowego kajzerowskiego podoficera, symbolu tępoty i ślepego posłuszeństwa... ale ze specyficznych powodów: aby Polak zapoznał się z lepszą stroną pruskiej dyscypliny - musiał zostać pruskim patriotą... co dla ludzi związanych z naszą tradycją było raczej mało prawdopodobne.
Kariera oficerska oznaczała awans społeczny a pruscy oficerowie nadawali styl niemieckiej armii na przestrzeni niemal 150 lat.
Heinz Guderian zdobył staranne wykształcenie, służbę rozpoczął w piechocie ale dość szybko trafił do jednostki łączności przy sztabie, co dało mu możliwość obserwowania sytuacji na froncie i mechanizmów stojących za klęską i powodzeniem. Kilkakrotnie brał udział w walkach na froncie, pod Verdun i nad Marną. Zdobył tam kilka wysokich odznaczeń za odwagę, doświadczenie bojowe i przekonanie o wielkiej roli łączności, czołgów i współpracy różnych rodzajów wojsk. Ze stanowiska w sztabie widział, jak niemieckie oddziały miażdży pancerna przewaga Ententy, zdawał sobie też sprawę, że tylko kapitulacja przegrywającej armii uchroniła kraj przed najazdem - inaczej mówiąc: zasmakował poczucia bezsilności... ale znał przynajmniej część przyczyn klęski. Wielu frontowych oficerów i całe społeczeństwo niemieckie nie rozumiało, dlaczego ich kraj został upokorzony aż tak bardzo. Szok i przedłużający się kryzys gospodarczy sprawił, że społeczeństwo niemieckie zaakceptowało Hitlera jako przywódcę, który dzięki radykalnym posunięciom odbuduje utraconą potęgę. Oficerowie, szczególnie ci wywodzący się z Prus Wschodnich, na ogół byli sceptycznie nastawieni do NSDAP i jej hałaśliwego przywódcy.
Stosunek Heinza Guderiana do Adolfa Hitlera był dość skomplikowany i do dzisiaj przedstawia się go na różne, nierzadko sprzeczne sposoby. Jedni mówią o popieraniu Hitlera i hitlerowców, inni wskazują na jawną krytykę fuhrera i wpadanie w niełaskę. Cóż, Guderian uważał się przede wszystkim za niemieckiego patriotę. Idiotyczny nieprofesjonalizm i mitomania, które stały za strategicznymi decyzjami Hitlera, na pewno go drażniły, zwłaszcza gdy owocowały marnowaniem życia młodych Niemców. Poza tym do obowiązków pruskiego oficera należało ratowanie przełożonego przed błędami. Ale Hitler był przywódcą, który głosił wielkość Niemiec i stawiał ją sobie za cel. A temu celowi poświęcił się i Guderian.
Z całą pewnością popierał Hitlera czynnie - podobnie jak większość Niemców. Po wojnie starał się pomagać dawnym hitlerowcom i uważał za niezawinioną krzywdę ich los (łagodny w porównaniu z tym, co sami spowodowali). I z całą pewnością trudno utożsamiać z typowym nazistą kogoś tak chłodno i precyzyjnie myślącego. Na ile przemawiały do niego rasowe pomysły Hitlera i spółki - nie wiemy. Wiadomo, że po odebraniu emerytur wojskowych żydowskim weteranom rozważał odejście z armii w geście protestu - mogło to być wywołane poczuciem koleżeńskiej wspólnoty, którą uważał za bardzo ważną dla honoru żołnierza. W swoich książkach nie zdradził zainteresowania tematyką rasistowską - prawdopodobnie w hitlerowskim ujęciu ten temat był mu obcy. Mnie osobiście wydaje się, że uważał Niemców za lepszą odmianę ludzi ale zgodnie z kodeksem honorowym pruskiego oficera, było to obowiązkiem a nie źródłem profitów. Z całą pewnością nie jest postacią łatwą w ocenie, zwłaszcza jeśli wiemy, że dowodzone przez niego armie dopuściły się wielu zbrodni wojennych - a on sam nigdy nie próbował tego ukrócić. 
Heinz Guderian względem swoich racji był tak uparty i nieustępliwy, że w Sztabie Generalnym nazywano go Bykiem. Przydomek ten zmieniono mu dopiero po gwałtownych rajdach pancernych przez Francję - koledzy oficerowie uznali, że lepiej go charakteryzuje "Szybki Heinz".
Nie da się ukryć, że Guderian odnosił się do Polski i Polaków wrogo lub w najlepszym razie z pogardą. "Achtung, Panzer!" zawiera kilka wzmianek trudnych do przełknięcia dla Polaka - o ile jednak mamy skorzystać z jego wiedzy, trzeba oddzielić jego uprzedzenia od opinii zawodowych.
Po pierwsze pamiętajmy, że w wyniku powstania państwa polskiego rodzinne miasto Guderiana znalazło się za granicą. Można się domyślać, że łączyło się to z pewnymi familijnymi problemami, gdyż jego kuzyni brali udział w wojnie 1939... w Wojsku Polskim walcząc przeciw korpusowi Guderiana. Już choćby z tego powodu patrzył na nas tak, jak potomkowie rodzin wysiedlonych z Kresów patrzą na Rosjan.
Po drugie, o czym coraz rzadziej chce się pamiętać naszym historykom-politykom, w wyniku klęski 1918-tego państwa centralne poniosły wielkie i trwałe straty terytorialne, gospodarcze i ludnościowe. To co dla nas było odzyskaniem niepodległości po 123 latach zaborów, dla Niemców oznaczało utratę 10% ludności i 25% przemysłu ciężkiego i wydobywczego. W dodatku węglem ze Śląska odbitego Niemcom w trzech powstaniach płaciliśmy za nowoczesne środki bojowe na wypadek wojny z Niemcami! Ani Heinz Guderian ani żaden Niemiec zdrów na umyśle nie myślał przed wojną o Polsce i Polakach bez zgrzytania zębów i chęci odwetu - ale, jak mawiają Pasztunowie - nienawiść wrogów to komplement dla prawdziwego wojownika. W kilkadziesiąt lat po wojnie możemy na ten problem popatrzeć na chłodno i zobaczyć czy w swojej zgryźliwej ocenie Wojska Polskiego z wojny polsko-bolszewickiej Guderian nie miał trochę racji. Zwłaszcza, że z nami wygrywał. Kiedy Guderian pisze, że Wojsko Polskie w wojnie z bolszewikami było miernie dowodzone, to niestety... miał do tego podstawy. Nasze zwycięstwo w tej wojnie polegało na uratowaniu się w ostatniej chwili na naszym terytorium, po utracie dużych ilości sprzętu i wszystkich początkowych zdobyczy. A w świetle programu "Achtung, Panzer!" można łatwo się domyślić, w czym Guderian upatrywał kardynalnych błędów.
Jak jeszcze można dopełnić portret "Szybkiego Heinza"? Otóż był znakomitym nauczycielem historii wojskowości i taktyki, czym zajmował się w początku lat 30-tych. Cenili go jego uczniowie-oficerowie mimo, że późniejsze dokonania zepchnęły na bok ten jego talent. Warsztat pisarski, zacięcie popularyzatora i wykładowcy oraz gawędziarską pasję widać zarówno we "Wspomnieniach żołnierza" jak i w "Achtung, Panzer!"

Czym nie jest "Achtung, Panzer!"

KW-1 - niespodzianka Stalina dla Europy,
najodporniejszy czołg świata
w początkach II wojny
... i pokaz możliwości pancerza:
żadne z tych trafień nie okazało się groźne.

Czołg zniszczyły samoloty niemieckie.
Przez lata trwania w charakterze legendy "Achtung, Panzer!" obrosło tyloma oczekiwaniami co do zawartości, że niektórym może się wydawać, że w publikacji z 1937 znajdą klucz do zrozumienia wojen z XXI wieku. No cóż... nie znajdą, za dużo nowych elementów się pojawiło. Guderian nie był prorokiem. Już w kilka lat po publikacji został wraz z całą armią niemiecką potężnie zaskoczony pojawieniem czołgów KW-1 i T-34, z których drugi był odporny na niemiecką broń ppanc na dystansach powyżej 100 metrów a pierwszy na wszystkich. Poza tym - nie zajmował się snuciem fantazji o przyszłej wojnie, tylko analizą możliwości broni pancernej i zasadami jej najlepszego wykorzystania. Wśród tych możliwości np. uważał taranowanie przeszkód za całkiem poważny środek bojowy, choć praktyka późniejsza pokazała, że to raczej sposób podróży na przełaj. Nie znał możliwości samolotów w zwalczaniu czołgów, chociaż już kilka lat później był to ważny element wojny pancernej, w którym do tego Niemcy pobili kilka istotnych rekordów zarówno jako ofiary ataku jak i atakujący.
Mówiąc inaczej: próbował wytyczać nowe szlaki i przybliżać problem laikom a nie przewidywać przyszłość.



Czym jest ta książka? – trwała wartość

Mark I - pierwszy czołg użyty bojowo, początek wszelkiej wiedzy
o nowej broni. Oszałamiająca prędkość 6 km/h i 5 ludzi zajętych wyłącznie kierowaniem.
Panzerkampfwagen I - podstawa
Panzerwaffe do 1940 roku
Większość dzieła Guderiana wypełniają analizy powiązań między techniką i losem żołnierzy na polu walki - pisane barwnym i obrazowym językiem, uzupełniane zdjęciami i mapami pozwalającymi zrozumieć cel opisywanej bitwy. Te analizy pisze uczestnik wydarzeń mający zarówno wiedzę z pierwszej linii jak i całościowy ogląd z poziomu sztabu. Dla osób zainteresowanych I wojną światową ta książka będzie bezcennym źródłem wiedzy, bowiem zajmuje się nie tylko czołgami ale bardziej: ludźmi. Opowiada, czym właściwie stało się pole bitwy, jak dzięki taniemu drutowi kolczastemu i saperce każdego żołnierza można zamienić cały kraj w nieprzebytą twierdzę bronioną ogniem ckm-ów, której w zasadzie nie da się przejść. Analizuje słabe i mocne punkty rozmaitych czołgów, co dla zainteresowanych historią techniki stanowi smakowity kąsek a dla nowicjuszy w tej dziedzinie - cenne uzupełnienie wiedzy, bynajmniej nie nudne! Pierwsze wozy bojowe przybierały fascynujące kształty, niczym wyobrażenie złotej rybki o metodach podróży po piachu... Dość powiedzieć, że zdjęcia tych wehikułów moja żona oglądała z wielką ciekawością, mimo, że czołgi nie interesują jej ani trochę.
T-80U - współczesny czołg podstawowy - broń o jakiej Guderian mógł tylko śnić
Wyjaśnia genezę rozmaitych formacji zmotoryzowanych, ich przeznaczenie, problemy z jakimi się spotykają - a wiele z tych problemów nie straciło aktualności od czasów Aleksandra Macedońskiego.
Ze względu na styl i jasność wypowiedzi zalicza się do klasyki literatury wojskowej i historycznej. Ze względu na potwierdzenie w praktyce wyłożonych w niej teorii ta książka jest zupełnym unikatem - mało który generał najpierw dał swoim przyszłym przeciwnikom teoretyczny wykład metody walki a następnie pokonał ich ściśle według zasad, które im przedstawił..
AH-64 Apache - bicz na czołgi
Saddama Husseina
To właśnie "Achtung, Panzer!" zawiera słynny pogląd głoszący, że głównym przeciwnikiem czołgu na polu walki jest czołg, a dopóki na polu walki są czołgi - nie można zajmować się niczym innym.
A-10 Thunderboldt II - samolot przeciwczołgowy: bomby, rakiety i siedmiolufowe działo 30mm zdolne do wystrzelenia 7000 pocisków na minutę
Sformułował go Guderian na podstawie wojny, w której czołgi jechały z prędkością niewiele większą niż szedł żołnierz z wyposażeniem, w której nie istniały armaty przeciwpancerne. Ogłosił w czasach gdy Wermacht posiadał czołgi dwuosobowe, uzbrojone w dwa karabiny maszynowe, z pancerzem chroniącym tylko przed bronią strzelecką... a i to nie każdą. Już kilka lat później pojawiły się armaty ppanc o kalibrach sięgających 100 mm, samoloty wyspecjalizowane w atakowaniu celów naziemnych, ręczne granatniki przeciwpancerne, jeszcze później helikoptery z rakietami kierowanymi, ręczne wyrzutnie rakiet, szybkie pojazdy zdolne do wystrzeliwania samonaprowadzających pocisków przeciwpancernych, miny przeciwpancerne... Dzisiejsze czołgi mają pancerze odpowiadające wytrzymałością warstwie stali o grubości metra, działa kalibru 120 mm czyli takiego, jaki w czasach Guderiana uważano za okrętowy, przebijają pancerną stalową płytę 80cm (czyli grubszą niż na superpancernikach z ostatniej wojny światowej), ważą po 70 ton i rozwijają prędkości do 70 km/g... Wydawać by się mogło, że wojna pancerna jest całkiem inna - i to prawda.
Kierowany pocisk przeciwpancerny,
który nawet z małej ciężarówki
zrobi skuteczny niszczyciel czołgów
Ale doświadczenia ostatnich wojen na Bliskim Wschodzie wciąż pokazują, że te wszystkie nowości nie potrafią w wojnie wyeliminować więcej niż 30% z pośród wszystkich zniszczonych czołgów. Ani nie potrafią wywalczyć zwycięstwa tam, gdzie są czołgi.
Guderian miał rację.

Dlaczego ta książka ma interesować ludzi nie lubiących czołgów?

To pytanie, które warto sobie zadać. Powodów znajdzie się sporo - wprawdzie książka Guderiana nie stawia laikom barier, niemniej jest to dzieło dość specjalistyczne a nie literackie.
Jednakże... dziełem literackim jest "Na Zachodzie bez zmian". Zaś "Achtung, Panzer!" opisuje właśnie świat, w jakim żyli i ginęli bohaterowie Remarque'a. I Hemingwaya, Faulknera i wielu innych. Przeczytanie plastycznych opisów warunków panujących w I wojnie światowej pomoże zrozumieć czym było "stracone pokolenie", jakie emocje rządziły społeczeństwami okresu międzywojennego... i czym kierowały się ówczesne rządy.
Walory poznawcze książki Guderiana wykraczają daleko poza zagadnienia związane z wojskiem. Ale jest też ona fantastyczną szkołą myślenia i analizy historycznych wydarzeń - w jednym z fragmentów autor opisuje, jak żywopłoty stały się przyczyną masakry pułku kawalerii, co zaowocowało klęską całego natarcia. W innych miejscach przedstawia, jakie znaczenie miały nawyki szkoleniowe i tradycja rodzajów broni dla podejmowanych działań.
W sumie - nikt kto przeczyta tę książkę - nie będzie żałował. "Szybki Heinz" Guderian pisał ją z zamiarem zdobycia zainteresowania laików. Wyznaczony cel osiąga w stylu, jakim prowadził kampanie wojenne.
To jedyny Blitzkrieg, za który można mu być wdzięcznym.



(POL)

środa, 10 grudnia 2014

SOPHIA TOBIN: "ŻONA ZŁOTNIKA"




KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. IMPRINT

Zima, 1792 rok. Na Berkeley Square stróż nocny znajduje ciało znanego w mieście złotnika. Pierre Renard ma poderżnięte gardło, znika zegarek, z którym nigdy się nie rozstawał. Wydaje się, że było to morderstwo na tle rabunkowym, lecz szybko okazuje się, że złotnik był mistrzem w przysparzaniu sobie wrogów. Który z nich go zabił? Autorka pokazuje Renarda dwojako - z jego dziennika wyłania się osoba mocno antypatyczna, przekonana o swojej wielkości i gardząca ludźmi, człowiek, który uważa, że został przez los oszukany; w oczach tych, którzy go znali, wypada jeszcze gorzej, ma na sumieniu sporo niecnych sprawek. Jedynie stary doktor Taylor widzi w Renardzie dobrego człowieka, który zbłądził. Morderstwo jednak to zaledwie pretekst, by pokazać czytelnikowi, jak wyglądała sytuacja ówczesnych kobiet. Istot całkowicie zależnych od kaprysów rodziny, a potem mężczyzn, za których je wydano. Mary Renard za swoje małżeństwo płaci wysoką cenę: "Jestem jak woda, do której wpuszczono kroplę atramentu; twój kolor na zawsze zabarwił moje życie" (str. 177). Młodziutką, bogatą i naiwną Harriet Chichester przehandlowano w zamian za tytuł arystokratyczny. Ma podreperować finanse rodu i urodzić potomka. Ciekawa akcja, tajemnice, które powoli wychodzą na jaw, psychologicznie prawdziwe postacie i zaskakujące zakończenie to plusy tej powieści. Dreszczyk emocji gwarantowany. Polecam.

(M.J.Kursa)

środa, 19 listopada 2014

Lucia Puenzo "Anioł Śmierci" ***

Książka dostarczona przez Wydawnictwo Replika

Josef Mengele obrósł legendą, w której niewiele zdarza się przyjemnych tonów. Odkąd świat usłyszał o jego eksperymentach, Mengele stał się przedmiotem literackich i filozoficznych prób wyjaśnienia i opisania zła. Doczekał się wielu analiz, zarówno udanych jak i banalnych. Lucia Puenzo napisała jedną z tych udanych. W 1960 roku, podczas podróży przez zapomniane przez Boga okolice Patagonii argentyńska rodzina poznaje sympatycznego niemieckiego lekarza, który przypadkiem podąża w tę samą stronę. Nie zdają sobie sprawy, że wyruszył z nimi tylko dlatego, że zainteresował się ich córką... Podróż zbliża ludzi, dlatego rodzicom wydaje się naturalne, że miły starszy pan po dotarciu do celu wynajmuje pokój w ich świeżo odziedziczonym i ledwie uruchomionym pensjonacie. Również propozycja współpracy w urzeczywistnieniu marzeń Enzo nie budzi ich podejrzeń, a jedynie opór przed zbytnim wiązaniem się z obcym. W pewnym momencie dr. Josef proponuje im pomoc medyczną i wykazuje się nieoczekiwanymi kwalifikacjami. Krok po kroku staje się coraz ważniejszą osobą w ich życiu. Stopniowo wkracza coraz głębiej w ich życie, obejmując nad nimi niepodzielną władzę. Żyją nieświadomi tego, że dr. Josef po raz kolejny przeżywa swoje własne misterium, które zapoczątkował w KZ Auschwitz a oni znaczą dla niego tylko tyle ile marionetki.
Puenzo dokonała czegoś niezwykłego - wciągnęła zwykłego czytelnika w intymny świat uczuć masowego mordercy. Równocześnie ukazuje wydarzenia z punktu widzenia kilku innych bohaterów - jego przeszłych i aktualnych ofiar. Skupienie na losach Mengelego w okresie starości i zredukowanie do minimum niespodzianek związanych z tożsamością głównego bohatera dało w efekcie powieść niezwykle skupioną na uczuciach i skomplikowanej grze emocjonalnej opartej o uzależnianie, manipulację, podstęp. Doktor Mengele manipulujący swoimi poddanymi nie jest juz masowym zabójcą i opętanym eksperymentatorem - staje się bardziej kapłanem opresji i przemocy psychicznej prowadzącej do okaleczenia ofiar, jego przeszłość nadaje mu tylko symboliczności. Ale wbrew pozorom powieść nabiera w ten sposób siły - na obóz koncentracyjny możemy patrzeć jak na koszmarną historię, która już nas nie dotyczy, ale nieznajomych włażących w nasze życie spotykamy na każdym kroku.
Lucia Puenzo napisała powieść niezwykłą, w której realizm splata się z niemal magicznym nastrojem, a koszmarna przeszłość z przyszłością... niosącą jeszcze nieznane koszmary.
To historia ciężka - ale ten, kto ją ominie - dużo straci.

(POL)

niedziela, 28 września 2014

www.1939.com.pl - Marcin Ciszewski i sztuka historii alternatywnej


Książka dostarczona przez Wydawnictwo War Book **

Prawie każdy, kto w dzieciństwie naoglądał się filmów wojennych, przynajmniej raz pomyślał sobie : jakbyśmy tak pod Beresteczkiem mieli czołgi... jakbyśmy tak na Westreplatte mieli ciężkie działa... jakbyśmy tak w 1939 mieli PT-91... Kiedy człowiek jest bardzo niedojrzały - myśli sobie: ale byśmy im pokazali! Odwrócilibyśmy historię! Osoby bardziej dojrzałe traktują takie pomysły jako swoisty sprawdzian wiedzy o historii, taktyce, zastosowaniach sprzętu, związkach między tym wszystkim a wydarzeniami historycznymi.
Marcin Ciszewski poszedł dalej. Przeprowadził starannie przemyślany eksperyment z rzeczywistością alternatywną: do dnia 1 września 1939 przeniósł eksperymentalny batalion uzbrojony w czołgi, helikoptery Mi-24, samobieżna działa przeciwlotnicze ZSU23x4 Biała, wyrzutnie artyleryjskie BM-21 Grad itd wraz z zapleczem - oficjalnym celem formowania takiej jednostki były samodzielne długotrwałe operacje w Afganistanie ale ktoś coś zmienił jak to bywa w powieści fantastycznej i... otrzymaliśmy interesującą, skomplikowaną, wielopoziomową grę z wyobraźnią i wiedzą historyczną. Współczesna jednostka o dużej sile ognia może wiele zrobić na polu walki z 1939 roku. A na ile odwróci historię? Nie chcę streszczać, to trzeba ocenić samodzielnie. 

Do pomysłu takiej fabuły byłem nastawiony sceptycznie - jednak nie mogę nic zarzucić realizacji czy wiedzy autora. Wydarzenia (za wyjątkiem niezbędnego fantastycznego narzędzia, które umieściło bohaterów w miejscu akcji) są poprowadzone logicznie, w oparciu  o rzetelną wiedzę. Ta wiedza nie prowadzi nas do wniosków hurraoptymistycznych... raczej poddaje temat do analizowania i rozmyślań.
Ale cała ta inteligentna historiozoficzna warstwa tkwi w żywej i gwałtownie toczącej się powieści akcji, gdzie jest wszystko, czego można życzyć sobie od dobrze napisanej powieści przygodowej: walka, realistycznie ukazane wydarzenia i męskie zabawki w nich używane, bohaterowie zróżnicowani i budzący sympatię, niełatwa miłość do kobiety, zdrada i kłopotliwy honor komplikujący życie.
Jedno, co mam do zarzucenia Ciszewskiemu, to fakt, że pułkownik Karski mówi z rosyjska jakby karierę wojskową robił w latach pięćdziesiątych XX wieku a nie pół stulecia później. Podobni do niego oportuniści zazwyczaj naśladują język nadchodzącej władzy a nie tej tracącej wpływy. Taki drobiazg a bardzo psuł początek powieści.
Polecam "www.1939.com.pl" jako przekonany były sceptyk - warto czytać, myśleć i wdawać się w polemikę z autorem. To jedna z tych książek, które skutecznie uczą ważnych rzeczy, w tym historii najnowszej.

(POL)

sobota, 27 września 2014

LIST Z POWSTANIA - Anna Klejzerowicz stara przypowieść w historii najnowszej


WYDAWNICTWO FILIA

"List z powstania" Anny Klejzerowicz to czwarta jej książka, jaką przeczytałem... i podobnie jak poprzednie - bardzo interesująca.
Dość kłopotliwa do zakwalifikowania, bo chociaż cała akcja kręci się wokół prób wyjaśnienia tajemnicy z czasów wojny, to jednak nie jest to kryminał: czytelnik nie ma najmniejszej szansy rozwiązania zagadki a wyjaśnienie jej nie jest właściwie przedmiotem opowieści.
Akcja rozpoczyna się zbrodnią popełnioną pod koniec Powstania Warszawskiego... a próby ustalenia co się stało, stają się pretekstem do wielowątkowej opowieści o ludzkich losach na przestrzeni kilkudziesięciu lat.
Kiedy zastanawiam się nad odczytywaniem „Listu z powstania”, to niezmiennie nachodzi mnie chęć wyciągania uniwersalnych wniosków – ta książka ma wiele wymiarów i w każdym z nich mamy o czym myśleć. Powiedziałbym, że „List z powstania” krąży wokół Przeszłości skrywającej Tajemnicę, przy czym pojęcia te należy napisać właśnie dużą literą, bo jedno i drugie ma tu wymiar monumentalny. Tajemnica kształtuje każdy aspekt życia rodziny a Przeszłość to jedno z wielkich wydarzeń w naszej historii.
Co ciekawe - samo istnienie Tajemnicy zatruwa relacje między bliskimi sobie ludźmi, zmusza do ustosunkowania się w ciemno - żona może kochać męża ale nie wybaczy mu braku obsesji na tle jej poszukiwań, normalny bunt dorastającej nastolatki przybiera postać buntu przeciw Tajemnicy i rani o wiele bardziej...
Przeszłość jednych ludzi łączy a drugich dzieli - ale klucz tkwi w ich osobistych decyzjach: na ile potrafią podzielić się uczuciami, tajemnicami, złem, które im ciąży.
W pewnym sensie Anna Klejzerowicz opowiada w nowy sposób starą baśń o wykuwaniu swojego losu, o starciu ludzi ze sprawami, które ich przerastają. Także o tym, co znamy i z "Makbeta" i z "Balladyny": zło pociąga za sobą konieczność brnięcia dalej aż do momentu, gdy nie da się już niczego naprawić.  

Można bez końca zastanawiać się nad wpływem Tajemnicy na relacje w obarczonej nią rodzinie. Można myśleć o roli powstania warszawskiego w życiu następnych pokoleń... roli niszczącej – nie oszukujmy się, ta sprawa z upływem czasu coraz mocniej dzieli Polaków. Nie staje się spoiwem łączącym ludzi wobec wspólnej tragicznej przeszłości, tylko ogniskiem zapalnym i narzędziem do narodowego skłócenia
Dlaczego? Na to pytanie autorka nie daje odpowiedzi wprost... ale z drugiej strony pewną odpowiedź mamy w zakończeniu tej opowieści: nie wystarczy wyjaśnienie Tajemnicy, ono przynosi tylko ból i świadomość krzywdy. Aby cokolwiek uratować potrzebna jest jeszcze próba zadośćuczynienia, przynajmniej częściowo udana. Krzywdę można naprawić tylko czymś dobrym, ale to dobro trzeba też chcieć przyjąć, inaczej wciąż będą się rodzić kolejne krzywdy po obu stronach. Ile sensu ma mnożenie krzywd i przeżywanie ich od nowa? Czy można się uwolnić od nich bez rozrachunku? Co zrobić, żeby rachunek chociaż trochę wyrównać?
"List z powstania" jest w pewnym sensie bardzo tradycyjną przypowieścią, ocierającą się o schemat baśni z morałem. Bohaterowie stoją po jasno określonych stronach. Zło ukrywa się za spiskami i dziwnymi wydarzeniami jak diabeł w średniowiecznym kazaniu. Wbrew pozorom w tym wypadku to nie wada ale ogromna siła: pozwala popatrzeć na naszą najnowszą historię z perspektywy ponadczasowej. Czy z tej perspektywy zobaczymy coś więcej niż szczegóły bolesnych wydarzeń? To już zależy od tego, co zechcemy zrobić z wyjaśnioną Tajemnicą...

(POL)

wtorek, 23 września 2014

Karol Zbyszewski i felietony...


KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO LTW **

Do zbioru felietonów Karola Zbyszewskiego podchodziłem z mieszanką ciekawości i niepewności, bo nie czytałem wcześniej niczego spod jego pióra. Nie wszyscy emigracyjni publicyści byli asami w swoim fachu ale z drugiej strony... nawet gdyby któryś pisał kiepsko - jako historyk literatury czytam stare teksty nie tylko dla przyjemności ale też dla zrozumienia epoki czy poznania ludzi, którzy nadawali jej ton.
Z przyjemnością stwierdzam, że Zbyszewski pisał znakomicie. Jego felietony to próbka świetnego języka, erudycji i pisarskiej pasji. Każdy z nich zmusza do bardzo emocjonalnego przeżywania tematu... i wciąga. Tak pisał Jasienica i inni wielcy popularyzatorzy naszej historii. A chociaż nowsze badania historyczne na ogół wywracają opinie dawnych mistrzów popularyzacji, to jednak korzyści z ich czytania są ogromne: czego innego uczy się człowiek buntując przeciw Mistrzowi a czego innego buntując przeciw pani Kowalskiej z magla.

Felietony historyczne Zbyszewskiego mają dokładnie te same zalety: można się przeciw niemu buntować, można się z jego ocenami nie zgadzać, można polemizować - ale gdy wygramy polemikę, wiemy, że wygraliśmy ją z KIMŚ: erudytą, pasjonatem  o szerokich horyzontach. Kiedy taki człowiek się myli - zyskujemy dużo analizując jego błędy.
Zresztą nie tylko felietony historyczne Zbyszewskiego czytałem z niekłamaną przyjemnością. Należał on do pokolenia pisarzy, którzy pamiętali, że dobrze jest podstawiać rodakom pod nos lusterko a nie ofertę handlową. Bywa gorzki do przełknięcia ale w pewien specyficzny sposób: ta gorycz na dłuższą metę uzdrawia.
W zbiorku wydanym przez LTW znalazły się też teksty poświęcone wielkiemu sportowemu wydarzeniu z przed lat... momentowi, gdy Polska osiągnęła piłkarskie szczyty, zanim spadła do dzisiejszego poziomu.
Nie jestem miłośnikiem piłki kopanej, chociaż trochę znam jej historię - jednak opowieść o słynnym mundialu Orłów Górskiego czytałem z wielką przyjemnością. Zbyszewski pisał na bieżąco i dla ludzi współczesnych sobie, nie mniej dzięki niemu również potomni mogą przekonać się, jak to było, kiedy polskim piłkarzom jeszcze chciało się grać.
W sumie - polecam tę książkę wszystkim, którzy chcą przekonać się, jak wygląda świetny felieton.

POL

piątek, 19 września 2014

Szczęsliwy, kto poznał Hrdlaka - Janosch



KSIĄŻKA OTRZYMANA OD WYDAWNICTWA ZNAK ***

Kraj lat dziecinnych: małe osiedle (nawet nie miasto) gdzie większość ludzi pracuje ciężko i żyje w biedzie, gdzie mężczyźni od młodości przyzwyczajają się do taniego bimbru... bo nic ich innego nie czeka a bez treningu tego się nie da pić. Miejsce, w którym pozycję społeczną manifestuje się poprzez odcinanie się od "niższych warstw". Miejsce, w którym awans społeczny oznacza możliwość życia bez pracy, w którym niepowodzenia najlepiej odbijać sobie na dzieciach a małżeństwo to okazja do obciążania kogoś winą za swoje zranione uczucia.
Janosch, autor uroczych książek dla dzieci i pogodnej powieści "Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny", tym razem napisał książkę całkiem inną, zresztą jedną z najlepszych, jaką w tym roku czytałem.
Bohaterów nakreślił dość grubą, groteskową kreską... pełną ekspresji i uczucia. Charaktery są wyraziste i zapadają w pamięć.
Kamieniczniczka Dziubowa podobna do Dulskiej ale uboższa i bardziej pretensjonalna, jej zięć-pijak, który omal nie zaspał na własny ślub, Elza marząca o wytwornym fryzjerze, stary Dziuba - kaleka z wojny światowej, zgorzkniały i z nerwicą wojenną,  zapracowani i milczący Mainkowie - zbyt zmęczeni, by mówić, para przyjaciół-hedonistów starających się dobrze spędzić życie  - całe to towarzystwo zapada w pamięć i dość mocno porusza. Czasem skłaniają do śmiechu a czasem chciałoby się ich porządnie trzepnąć. Każdy ma swoją wielką opowieść... ale poznajemy ją w formie skondensowanej. Podobnych ludzi spotykamy i dzisiaj, chociaż inne są nasze realia dziejowe i konwenanse sterujące naszymi zachowaniami. Wśród nich zagubiony i tłamszony przez wszystkich Norbert Furchtegott Mainka, który pierwsze imię dostał, bo łatwiej w Kłodnicy być Niemcem niż Polakiem a drugie - bo tak pijany proboszcz Urbańczyk wyobrażał sobie chrześcijańskie imię. Tego dzieciaka było mi naprawdę żal... gdyby nie opis jego wychowywania przez całą rodzinę - ta książka byłaby piekielnie śmieszna. 
Zamiast czystego śmiechu oferuje nam groteskę mocno zaprawioną goryczą, czasami aż chce się krzyczeć na potworną głupotę ludzi. Wszyscy oni mogliby uczynić swoje życie lepszym, ale nie wiedzą jak, a przy tym nie chcą o tym myśleć. Krzywdzą się nawzajem wedle wydumanej przez siebie hierarchii ważności, kosztem więzi międzyludzkich pielęgnują system wartości pochodzący "z wyższych sfer" i tylko czasem po omacku zdołają pójść za odruchem serca. 
Janosch opowiada historię osadzoną w świecie, w  którym nie ma nikogo świadomego, czym jest dobro i zło. W tym świecie w ogóle świadomość nikogo nie kusi - lepiej wypić niż za dużo myśleć. Próbę rozumienia podejmuje Cwi Bogaiński i Ballestrem, jego druh w hedonizmie, jednakże nie robią specjalnego użytku ze zdobytej wiedzy, bowiem dawno wybrali ucieczkę od rzeczywistości. A gdzieś w tym wszystkim, na uboczu tkwi tajemniczy Hrdlak, magiczny przybysz znikąd, ni to lokalny głupek, ni tajemniczy mnich azjatycki, uważany powszechnie za idiotę i żebraka ale zdolny do obudzenia w ludziach dobra. Wobec Hrdlaka każdy ma szansę, ale nie każdy chce z niej korzystać. 
A zatem szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka albowiem on zyska moc kochania i przebaczenia zanim nadejdzie wojna, katastrofa i przypadkowa śmierć.
Kiedy myślę o tych wszystkich bohaterach - uparcie podsuwają mi się w pamięci obrazki ze starych fotografii pokazujących ludzi tak, jak chcieli i mogli się zapamiętać. Ale bohaterowie Janoscha nie przepadli bez śladu wraz ze swoim czasem. Coś sprawia, że obrazy z tej książki przykłada się do ludzi dzisiejszych. Nie mogę się pozbyć potrzeby poszukania ich wokół... 
(POL)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Mariusz Zaruski – Na skrzydłach jachtów. ***




Książka przekazana przez wydawnictwo LTW

Kiedy wziąłem tę książkę do ręki – poczułem autentyczną radość. Generał Zaruski jest w historii Polski jedną z postaci raczej drugoplanowych – taką, jak wykonawcy rozkazów Kazimierza Wielkiego: należy do ludzi, którzy stworzyli podstawy sukcesów a potem prawie znikli w tzw. mroku dziejów. Kiedy jednak uda się dotrzeć do takich osób, budzą autentyczny podziw. Okazja do przeczytania czegoś, co wyszło spod ręki Zaruskiego, oznacza spotkanie nie tylko z historią ale przede wszystkim z tym, co w dawnej epoce stanowiło esencję szeroko pojmowanego męstwa: nie tyle odwagi na polu bitwy, co po prostu wszystkich zalet, jaki oczekiwano od mężczyzny zasługującego na szacunek.
Generał Mariusz Zaruski był właśnie kimś takim: należał do ludzi, z jakimi w całkowitym zaufaniu można pójść absolutnie wszędzie, łącznie z piekłem... może dlatego nie jest specjalnie czczony w kraju, w którym politycy robią kariery na wielbieniu klęsk za publiczne pieniądze.
Nie chciałbym tu referować życia Generała, podążę raczej za mądrością Yody i wszystkim zainteresowanym powiem: użyj Googla, Luke.
Mam zresztą z osobą Generała swoje własne wspomnienie, znakomicie wprowadzające w klimat Jego książki.
Wiele lat temu na urlopie w Jastarni mieliśmy zwyczaj kończenia dnia w porcie rybackim – jeśli dzień minął nam na włóczeniu się po okolicy, to szliśmy tam po kolacji, a jeśli pogoda nie pozwalała łazić – siedzieliśmy od rana do wieczora. Pierwszego dnia zobaczyliśmy przy nabrzeżu niezwykły żaglowiec, całkowicie odmienny od innych jednostek akurat tam cumujących. Wyglądał niczym gość z innej epoki i faktycznie do niej należał... jeśli idzie o wyposażenie i pod każdym innym względem. Jak się okazało – był to właśnie słynny jacht zakupiony dla szkolenia młodzieży tuż przed wojną z inicjatywy Generała, po wojnie odzyskany i nazwany jego imieniem - ruchomy pomnik wielkiego człowieka. Po kilkudziesięciu latach służby oczekiwał łaski sponsorskiej i remontu, bez którego czekało go tylko złomowanie, jak tyle innych naszych zabytków. Na pokładzie siedziała sobie bardzo sympatyczna, acz szczątkowa załoga złożona z dwóch panów i jednej pani, którzy pilnowali, aby zasłużonego statku nie pochłonęła amba. Pokazali nam wszystkie zakamarki żaglowca, opowiedzieli o nim, zwłaszcza, że zorientowali się, że zarówno ta piękna jednostka, jak i jej patron nie jest nam obcy. Był to bardzo sympatyczny dzień, nieco przyprószony smutkiem, gdyż sponsorzy się nie spieszyli a żaglowiec nie mógł bez końca stać w porcie. Po dwóch latach dowiedzieliśmy się, że pieniądze na remont “Generała Zaruskiego” jednak się znalazły... i ten piękny statek znów pływa.
W każdym razie miałem do książki generała Zaruskiego stosunek bardzo ciepły, zanim jeszcze ją przeczytałem.
Niewielka, elegancko wydana, zawiera dwa opowiadania inspirowane podróżami bałtyckimi na jachcie “Jaskółka” i relacje z pięciu podróży na dwóch jachtach: “Witeź” i “Junak” z lat 1925-31.
Napisane interesującym językiem żeglarskie gawędy, zachowują charakterystyczny styl epoki,  można nawet powiedzieć, że trącą myszką... ale w sensie pozytywnym: jak szkolny pamiętnik pradziadków odnaleziony przez prawnuka na starość.
Generał Zaruski  chciał zarazić swoją żeglarską pasją jak najszerszą rzeszę ludzi, słusznie uważając, że dostęp do morza ma sens, jeśli ktoś chce z tego morza korzystać. W jego opowieściach czuje się zamiłowanie do ciężkiej pracy i przygód... nie tych, które podnoszą poziom adrenaliny, raczej takich, które pozostawiają przekonanie, że wykonało się kawał dobrej roboty. Z humorem i dystansem opowiada o żeglowaniu po Bałtyku... o którym dzisiaj myślimy jak o czymś w rodzaju banalnej drogi osiedlowej, a który jest morzem kapryśnym, burzliwym i całkiem niebezpiecznym dla żaglowców. Zaruski żeglował po nim w czasach, gdy nawet radio było nieosiągalnym luksusem dla jachtu: bez GPS, bez łączności z brzegiem, bez silnika pomocniczego, bez wsparcia technicznego, jakie w dzisiejszych czasach zapewnia nam nieprawdopodobny komfort psychiczny. W tych czasach setki fok pojawiały się na polskich plażach, denerwując rybaków, same plaże były puste i dzikie, latarnia w Czołpinie nosiła nazwę Scholpin i należała do Niemiec a  próba wejścia polskim jachtem do litewskiego portu nawet w czasie sztormu wywoływała serie z karabinów maszynowych. To były niezwykłe dla nas czasy, odmienne od naszej epoki.
Tę książkę warto przeczytać nie tylko dla pięknej, nieco archaicznej polszczyzny Generała Zaruskiego ale i dla spotkania ze światem całkiem nam obcym.

(POL)

piątek, 6 czerwca 2014

Kto zabił dobry kryminał? czyli Czerwona Trumna - Sam Eastland



Książka przekazana przez wydawnictwo Albatros

Jak napisać dobry kryminał? Zatroszczyć się o odpowiednią zagadkę, dołożyć stosownie opresyjny nastrój dla przekonania czytelnika o powadze sytuacji, skomplikować akcję i wypełnić ją nieoczekiwanymi zwrotami, stworzyć wyrazistych bohaterów i postaci drugoplanowe.
Czy można spaprać kryminał, jeśli już porządnie wykonamy tę część pracy?
Można. Jedna ze skutecznych metod polega na opisaniu świata akcji tak, by całkowicie uniemożliwiały zaistnienie opisywanych wydarzeń. Można to osiągnąć przez pomylenie np. mechanizmów działania stalinowskiego państwa ze współczesną  amerykańską korporacją.
Sam Eastland dokazał tej niełatwej sztuki.
Pozornie wszystko jest w porządku.
Inspektor Pekkala, dawny śledczy cara w roku 1939 próbuje wyjaśnić tajemnicę zabójstwa głównego konstruktora czołgu T-34. Zbrodnię popełniono w tajnym ośrodku badawczym, na odludziu. Śledztwo nadzoruje osobiście Stalin. A stawka jest wysoka, bo nowy czołg zwany Czerwoną Trumną ma być tajną bronią przeciwko Niemcom szykującym się do napaści na ZSRR... Akcja jest naprawdę emocjonująca, pojawiają się barwni i świetnie nakreśleni bohaterowie, a każdy z nich ma własną historię proszącą się o osobną powieść. To właśnie osobiste dzieje wszystkich postaci najmocniej przyciągają do "Czerwonej Trumny".
Prototyp i wczesne wersje T-34 wcale nie wyglądały tak, jak czołg z okładki...
Książka zawiera też sporo detali historycznych świadczących o solidnym researchu... co daje złudzenie wiarygodności... A zatem: co nie wypaliło?
Mechanizm klęski autorskiej Sama Eastlanda przypomina stary rosyjski dowcip: wysłali Czukczę do ZOO w Moskwie, żeby powiedział jak wygląda słoń. Cała wieś się złożyła, nawet kazali mu kupić okulary. Czukcza wrócił po jakimś czasie i zaczął składać sprawozdanie: drobiazgowo opisał każde malutkie zwierzę i ptaszka. Wszystko w ZOO obejrzał przez lupę i opowiadał szczegółowo... a wieś co chwilę przerywała mu pytaniami o słonia. W końcu opowiedział, jak wyszedł z ZOO. - A słoń? - zapytali ludzie. - Nie zauważyłem - odpowiedział Czukcza.
W natłoku detali Sam Eastland w ogóle nie zauważył rzeczy najważniejszych.
Zacznijmy od samego czołgu, wokół którego kręciła się akcja.
T-34 z 1941 roku
T-34 był znakomitym wozem, wyprzedzającym inne współczesne mu konstrukcje o kilka lat... Jako pierwszy czołg na świecie łączył wysoką mobilność, dużą siłę ognia i mocny pancerz (ale o wiele cieńszy, niż w "Czerwonej Trumnie", do podanych tam parametrów zbliżyły dopiero późne wersje). Jak każda pionierska konstrukcja miał też liczne wady: źle umieszczono właz kierowcy, nadmiernie obciążono dowódcę czołgu obowiązkami (musiał równocześnie naprowadzać działo na cel, obserwować pole walki i dowodzić załogą), kierowca miał ograniczone pole widzenia i musiał polegać na rozkazach dowódcy, czołg miał też źle rozmieszczone włazy, co utrudniało ewakuację w razie pożaru (stąd tytułowa Czerwona Trumna). Najpoważniejszą wadą była mała podatność na modyfikacje... i radziecka jakość wykonania. Niemniej przewyższał wszystko, z czym mógł spotkać się na dowolnym polu bitwy aż do pojawienia się niemieckich "kotów" (czyli Tygrysa i Pantery).
Ale czy można nazwać go cudowną bronią zdolną powstrzymać atak Hitlera?
Zacznijmy od tego, że w końcu lat trzydziestych Hitler i Stalin byli serdecznymi sojusznikami. Akcja powieści toczy się wtedy, gdy za podważanie sojuszu między tymi dwoma wodzami człowiek radziecki szedł pod ścianę.
Naturalnie Stalin cały czas planował najazd na Europę, ale na pewno nie obawiał się ataku. T-34 był czołgiem o dużych możliwościach ofensywnych. Do obrony potrzeba innych cech.
Podstawowe założenie powieściowej akcji pada, gdy o tym pamiętamy.
Czołg jak każdy inny sprzęt wojenny, buduje się pod konkretną doktrynę wojenną. T-34 miał być czołgiem dla licznej armii pancernej działającej na szerokim froncie ze słabym zapleczem technicznym i temu zawdzięczał swoje wyjątkowe cechy. Chociaż w III Rzeszy planowano wojnę błyskawiczną, nie tworzono tam czołgu o podobnych możliwościach, bo inaczej wyobrażano sobie taktykę broni pancernej. Dopiero pod wpływem starcia z czołgami Stalina zaczęto pracować nad tą kwestią - gdy dla Niemców stało się jasne, że sukcesy zawdzięczają tylko zaskoczeniu i fatalnemu stanowi Armii Czerwonej.
T-34 nie zawierał technologicznych niespodzianek, które można było skopiować - stanowił raczej esencję genialnej i odpornej prostoty. Właściwie wszystkie jego elementy potrafiono wykonać lepiej w europejskich fabrykach. Niespodzianką była jego koncepcja - a tej nikt w nie-radzieckim świecie nie uważał za sensowną aż do starcia III Rzeszy z Armią Czerwoną w 1941. Gdyby w 1939 dowolna armia zachodnia posiadała T-34, prawdopodobnie początkowo nie umiałaby wykorzystać jego zalet. Gdyby którakolwiek miała taką koncepcję użycia broni pancernej - zapewne stworzyliby jeszcze lepszy czołg bo proces twórczy pod okiem Stalina szedł znacznie gorzej niż gdziekolwiek indziej na świecie.
Nie ma pożądanego sekretu - nie ma powodu, by kraść czołg.
Kolejna sprawa: ważna dla akcji kwestia zniszczenia czołgu.
Nikt projektując wóz bojowy nie szykuje od razu prostych sposobów na jego zniszczenie. Za takie pomysły konstruktorzy mogli od razu trafić na zieloną trawkę a w ZSRR pod ścianę, więc raczej starają się uczynić go niezniszczalnym - albo przynajmniej przekonać decydentów, że taki czołg stworzyli.
Do tego warto dodać, że rusznice przeciwpancerne (ich nazwę książka przytacza z błędem) zaczęto opracowywać w ZSRR dwa lata po wydarzeniach z książki,  koktajl Mołotowa nazwę uzyskał w wojnie zimowej z Finlandią, czyli już po akcji a tytanowa amunicja w tym czasie była mrzonką.
Albo jeszcze jeden kwiatek: jak ukraść trzydziestotonowy czołg - bez czego niemożliwa jest akcja powieści...
Otóż... nie dało się tego zrobić.
Ośrodki badawcze zajmujące się nową bronią były w ZSRR więzieniami a konstruktorzy na wszelki wypadek zamiast oferty pracy dostawali karę śmierci za zdradę i propozycję ułaskawienia, jeśli wykonają zadanie. Ich rodziny zamykano w więzieniach w charakterze gwarancji lojalności. O wyjściu do restauracji nie mogli nawet pomarzyć. Zakłady, w którym wykonywano np. prototypy czołgów były wielkie, zresztą były to te same zakłady, w których je potem produkowano. Budowa czołgu wymaga odpowiednich dźwigów zdolnych do przeniesienia kilkudziesięciu ton, dostaw wielkich ilości ciężkiego surowca - czyli bocznicy kolejowej... i wielkich zespołów ludzi. Tego wszystkiego pilnowała armia szpicli i funkcjonariuszy NKWD, którzy życiem odpowiadali za najdrobniejsze zaniedbanie. Sprzątaczka w takich specjalnych zakładach dostawała 2 lata łagru za spóźnienie do pracy, gdyż podlegała specjalnym rygorom. Prototypy jechały na poligon pod liczną strażą, zamaskowane na platformach kolejowych.
Odludny ośrodek w lesie, z niewielką liczbą zaufanych pracowników to w realiach stalinowskich taka sama bzdura jak pancernik w bitwie pod Grunwaldem.
A gdyby nawet, to w ZSRR lat 30-tych nie istniała ciężarówka zdolna do wywiezienia T-34. Szukałem długo i nie znalazłem. W USA owszem, było coś takiego. Ale akcja powieści nie toczy się w Ameryce. Ten czołg transportowano koleją a z pola walki ewakuowano specjalnie dostosowanym czołgiem technicznym.
I tak oto rozlatuje się kolejny pomysł kluczowy dla powieści.
Takie techniczne kwiatki wyrastają nam na każdym kroku. Nawet sam tytuł nie wytrzymuje próby - otóż T-34 ogłoszono z miejsca dumą armii, gdy go już pokazano. Był to zresztą piękny pojazd a na pancerniakach robił szczególne wrażenie (wady zauważyli dopiero w bitwach 1941 roku). Gdyby jakikolwiek żołnierz skrytykował broń radziecką, zwłaszcza tak dosadnie - NKWD natychmiast rozstrzelałoby go za defetyzm i zdradę. Nie było szans aby jakakolwiek złośliwość dotarła do uszu przełożonych. Nazwę "Czerwonej Trumny" nadali mu chyba Niemcy, ale dopiero po uzbrojeniu się w Panterę, czyli w 1942 roku. Wcześniej gorączkowo przemalowywali i włączali zdobyte "teciaki" do własnych oddziałów a generał Heinz Guderian domagał się od przemysłu wozu o podobnych parametrach, bo czołgi niemieckie były o wiele gorsze.
Ktoś może powiedzieć: co tam takie techniczne drobiazgi... Niby tak, ale jest ich przytłaczająca masa, dokładny spis zająłby spory zeszyt i ciągle podważają sens konkretnych wydarzeń z powieści.
A czy obroni się sama akcja? Bohaterowie? Ich miejsce w świecie i sytuacje, w których działają?
Nie za bardzo.
Niezależnie od tego, jak znakomitym śledczym był inspektor Pekkala, nie miał szans na osobistą współpracę z carem. Mikołaj II, imperator Wszechrosji, miał bardzo wąskie grono osobistej służby a resztę jego świata stanowiła arystokracja na urzędach. Od zadań Pekkali dzieliły go stada pośredników... i brak powodów do zajmowania się osobiście czymkolwiek poza wydawaniem bardzo ogólnych decyzji strategicznych.
Najwyraźniej autor nie zdołał zrozumieć na czym polegał ustrój carskiej Rosji.
Cara i jego ludzi dzieliła przepaść, podkreślanie barier w hierarchii należało do obowiązków carskiego urzędnika. Do jakiego stopnia? Aż do absurdu. Przekraczanie społecznych barier w carskiej Rosji poczytywano za działalność wywrotową. Kiedy jeden z klasyków rosyjskiej literatury nazwał szlachecką córkę "dziewczyną" - wywołał małą burzę wśród krytyków: tak można było nazwać chłopkę, szlachciance przysługiwał tytuł "panny".
Oficerowie poniżali podoficerów, podoficerowie - żołnierzy, należało to do systemu wartości.
Warto sobie zdać sprawę, że kiedy zamawiano rewolwery dla armii - zamówiono wersję oficerską z samonapinaniem kurka i podoficerską - bez. Było niemożliwe, żeby zwykły podoficer miał sprzęt tej samej klasy co oficerowie - a co dopiero mówić o przyjaźni między carem a policjantem.
Pekkala miał takie same szanse na przyjaźń cara jak krokodyl na szybowanie z kluczem dzikich gęsi.
A ze Stalinem?
Jeszcze mniejsze.
Stalin nie uznawał takiej współpracy. Starał się wyglądać na osobę na pół mityczną i nadludzką. Stalin wydawał osądy na jakiś temat a zadaniem jego ludzi było dostosowanie rzeczywistości do słów wodza. Kiedy raz pomylił się w artykule o pochodzeniu języka rosyjskiego - dostosowano do tej pomyłki podręczniki szkolne. Stalin wydawał wyrok a śledczy dostarczał przyznanie się do winy i organizował pokazowy proces. Stalin ogłaszał, że w Katyniu mordowali Niemcy a śledczy mieli dostarczyć wiarygodnych świadków. I niby po co miała powstawać jakakolwiek lipna organizacja antystalinowska, skoro bez jej istnienia NKWD mogło po prostu skazać na śmierć za przynależność do niej każdego wybranego człowieka? Tak w latach 30-tych załatwiono ludzi, których Stalin chciał się pozbyć.
Dlatego Stalin pytający o ustalenia ze śledztwa to bajka o żelaznym wilku.
Do tego regularnie wymieniał swoich ludzi na nowych - poprzez oskarżanie o zdradę. Dzierżyński, Jeżow, Jagoda, Beria - każdy z nich doszedł do swojej pozycji po zamordowaniu poprzednika i wyrżnięciu jego ekipy aż do ostatniego. Czy jest możliwe, aby Stalin tolerował samo istnienie carskiego geniusza- tajniaka, mogącego pamiętać czasy, gdy Wielki Wódz Rewolucji  był tylko najemnym bandytą  na usługach partii bolszewików i carskiej ochrany?
A ewentualne kawały robione Stalinowi? Cóż, sięgnę znowu do rosyjskiego żartu z czasów ZSRR: ogłoszono konkurs na dowcip o Związku radzieckim. Pierwsza nagroda - 20 lat w syberyjskiej kopalni, druga nagroda - 15 lat.
Opowiadanie kawałów o władzy podpadało pod paragraf o kontrrewolucyjnej propagandzie, gwarantowało kilka lat zesłania i zakaz zbliżania się do Moskwy na 100 km.
Ośmieszanie Stalina osobiście... gwarantowało tortury i śmierć. To nie był szef wielkiego amerykańskiego koncernu, tylko największy masowy morderca wszech czasów.
O innych drobiazgach nie wspomnę aby nie zdradzać zbyt wielu detali intrygi.
W każdym razie realia ZSRR w "Czerwonej Trumnie" są jednym wielkim nieporozumieniem. Pełen wyrazu i mroczny klimat życia w stalinowskim państwie nie trzyma się rzeczywistości ani trochę...
Ten okropny nie-realizm sytuacji zepsuł mi całą przyjemność z czytania.
To przykre, bo akcja wciąga a bohaterowie robią wrażenie. Tymczasem co chwilę trafiałem na detal, który odbierał opowieści prawdopodobieństwo - trochę tak, jakbym trafiał na kowbojów i Indian w książce na temat wypraw krzyżowych.
Pewnie jestem chorobliwie skażony historią. Gdyby nie to - cieszyłbym się nieźle napisaną intrygą sensacyjną.
Ale "Czerwona Trumna" z pewnością dostarczy przyjemnej lektury komuś, kto potrafi dobrze przymykać oko.

(POL)