sobota, 8 listopada 2014

TOVE ALSTERDAL „GROBOWIEC Z CISZY” **


KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO AKURAT.

Katrine jest dziennikarką, od wielu lat mieszka w Londynie, gdzie pracuje jako korespondentka szwedzkiej stacji radiowej. Pewnego dnia zostaje wezwana do chorej na Alzheimera matki. Niechętnie wraca do Sztokholmu, choć i w Anglii nie bardzo jej się ostatnimi czasy układa: podupadający związek i utrata stałego zatrudnienia powoduje, że czuje się zagubiona. Po przyjeździe dowiaduje się, że matka ma swoje tajemnice: z listów maklerskich wynika, że jest właścicielką starego domu we wsi za kołem polarnym. Na dodatek tajemniczy klient oferuje za ten dom oszałamiająco wysoką kwotę. Niestety z matką nie ma kontaktu, Katrine jedzie więc na północ, by osobiście wyjaśnić sprawę i… odnaleźć własne korzenie. Opowieść zaczyna się od zbrodni. Morderstwo legendarnego starego narciarza w groźnej zimowej scenerii ma związek z jej przyjazdem, a także z historią miejscowości. Później będzie ich więcej, a także coraz więcej zagadek i znaków zapytania. Prywatne śledztwo zaprowadzi Katrine nie tylko na północ Szwecji, ale także do rosyjskiej Karelii – gdzie zbada archiwa KGB w Pietrozawodsku w poszukiwaniu dawnych, jeszcze przedwojennych źródeł – a później do Petersburga. Lecz także zabierze w mroczną przeszłość własnej rodziny. Szkopuł w tym, że ta przeszłość pozostaje nie do końca zamknięta, rodząc dalsze konflikty i zagrożenia. Nic już jednak nie powstrzyma twardej dziennikarki. Stawką jest poznanie samej siebie. Może dzięki temu Katrine zrozumie, kim jest i czego tak naprawdę oczekuje od życia.
O ile przeżyje.
Powieść nie tylko wciąga – ona dosłownie pochłania. Od pierwszej do ostatniej kartki. Jest w niej wszystko, czego wymagamy od doskonałego kryminału: świetna intryga, absorbująca zagadka, tajemnice skrywane przez poszczególnych bohaterów, perfekcyjnie poprowadzona fabuła, niezapomniany klimat i świetny język. Ale także coś więcej: myśl. Głęboko ukryta prawda o ludziach, o epokach, o życiu w surowych warunkach, o naszych korzeniach oraz nierozerwalnych związkach z przeszłością. Naprawdę zachwyciła mnie ta powieść, choć pierwsza książka Tove Alsterdal zupełnie nie zrobiła na mnie wrażenia. Znak, że nie warto rezygnować przy pierwszym podejściu.
Polecam i gorąco namawiam! Dwie gwiazdki, bo zasługuje.

(Anna Klejzerowicz)

piątek, 7 listopada 2014

MARIUSZ WILK „LOTEM GĘSI” ***

 KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO NOIR SUR BLANC
„Lotem gęsi” to kolejna książka Mariusza Wilka – pisarza-włóczęgi, byłego opozycjonisty, niezwykłego człowieka o szerokich horyzontach – z cyklu o dalekiej Północy. Jest to jak zawsze zbiór esejów, napisanych charakterystycznym dla Wilka językiem, składającym się z elementów polszczyzny, archaizmów i rusycyzmów. Język to piękny i poetycki, nie do podrobienia, swoista wizytówka pisarza. „Lotem gęsi” różni się jednak od poprzednich książek północnego cyklu, bowiem tym razem autor wykracza poza tereny swojej ukochanej Rosji i zabiera nas w dalszą wędrówkę… 
Książka składa się z trzech wątków: pierwszy z nich opowiada o Pietrozawodsku, mieście nad jeziorem Oniego, które wybrał sobie Mariusz Wilk jako miejsce swego (chwilowego) zamieszkania. O historii oraz współczesności tego miejsca. Część środkowa to od dawna wymarzona wyprawa na kanadyjski Labrador – śladami pisarza i podróżnika Kennetha White`a. Wilk udał się w tę podróż w towarzystwie dwóch dawnych przyjaciół, jednak… nie bardzo się w tym odnalazł. Okazało się, że Labrador z jego wyobrażeń już nie istnieje. Wilk czuł się tam jak zwyczajny turysta, co kompletnie nie pasowało do jego filozofii „włóczęgi”. Po tej konfrontacji pisarz tym chętniej wraca do Rosji, na swą znajomą, dziką i odludną północną wieś, gdzie żyje tak, jak sobie ukochał: w zgodzie z naturą… 
Książka absolutnie genialna. Polecam, nie tylko miłośnikom śniegów i lodów, nie tylko pasjonatom przygód, ale także wszystkim czytelnikom, którzy w literaturze szukają czegoś więcej niż pustej rozrywki, potrafią docenić piękno języka oraz myśl nietuzinkowego człowieka. 

(Anna Klejzerowicz)

czwartek, 6 listopada 2014

Pijana wojna ** - Kamil Janicki

KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ INSTYTUT WYDAWNICZY ERICA

O wojsku i alkoholu krąży mnóstwo opowieści i mitów, tym chętniej powtarzanych, że te dwie rzeczy jakoś się zrosły w społecznej świadomości. Kamil Janicki zadał sobie trud zbadania tematu dla okresu II wojny światowej. Sięgał do wspomnień, regulaminów wojskowych i orzeczeń sądowych... zebrał też relacje dzięki którym możemy zobaczyć, jak sojusznicy i wrogowie widzieli się "poprzez flaszkę". Powstała książka, którą czyta się z zapartym tchem, zestawiająca popularne wyobrażenia z mitami, objaśniająca te ostatnie... i nierzadko burząca stereotypy. Ile w naszych wyobrażeniach alkoholowo-wojskowych jest propagandy a ile wiedzy?
Cóż, warto przeczytać i przekonać się osobiście.
To dobrze napisany kawałek znakomitej pracy historyka, niemal obowiązkowy dla każdego, kto interesuje się wojną i wojskiem!

(POL)

wtorek, 4 listopada 2014

MIEJSCE PRACY IWONY BANACH



Remontując mieszkanie stwierdziłam, że loggia, czyli to "nie wiadomo co" półtora metra na dwa stanie się najpewniej składzikiem na wszelkie śmieci, szczotki, wiadra, słoiki, a w pewnym momencie nawet na zeschłą choinkę, grunt to znać siebie, a ja siebie znam. Jestem bałaganiarą, postanowiłam więc do tego nie dopuścić, tak więc z tego niby balkoniku zrobiłam pokoik komputerowy. Biurko, szafka na słowniki, półka na drukarkę i krzesło oraz dywanik, bo nie ma tu ogrzewania, więc w zimie nóżki marzną. Bam tu swojski bałagan, w którym doskonale się odnajduję i nie „rozwlekam” tłumaczeń po mieszkaniu...
W tej chwili popołudniami robię kolejne strony tłumaczenia, a do południa piszę swoje.

poniedziałek, 3 listopada 2014

TURBAN MISTRZA MANSURA - Marek Kochan **


KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO ZNAK


Marek Kochan dowiódł już że jest zarówno znawcą jak i miłośnikiem sufickiej mądrości. Czy tylko sufickiej? Może po prostu mądrości jako takiej. Obszar, w którym tropi swoją ukochaną Panią to Bliski Wschód - kolebka judaizmu, islamu, chrześcijaństwa... i właściwie kilku cywilizacji. Wydana przez Znak niewielka książeczka zawiera historie, których bohaterem jest al Mansur ibn Musa - czternastowieczny iracki kupiec, biznesmen, nauczyciel i podróżnik oraz przede wszystkim sufi czyli mistyk i asceta. Al-Mansur żył, podróżował i nauczal w XIV wieku. Działał głównie w Bagdadzie ale zwiedził większą część świata arabskiego i kawał Europy. Swoje nauki ujmował zwykle w formę anegdot prowokujących do samodzielnego myślenia, nierzadko nauczał podczas wycieczek a wiele z jego opowieści wykorzystywało motyw podróży, co zjednało mu przydomek Sufiego Drogi. Pod koniec życia spisał swoje opowieści aby przekazać uczniom własne doświadczenia z sufizmem i sztuką opowiadania. Niestety oryginalne dzieło Mansura zaginęło. Marek Kochan podjął się zrekonstruowania go na podstawie anegdot o Mistrzu Drogi i do pewnego stopnia osiągnął cel. Do pewnego stopnia, gdyż taka rekonstrukcja nie może się udać do końca a ponadto autor chciał raczej dostosować nauki czternastowiecznego filozofa do naszych realiów niż odtworzyć ich dokładne brzmienie. Dla mnie było to trochę rozczarowujące ale nie wpłynęło na wrażenia końcowe. W efekcie mamy książkę Marka Kochana o Mansurze a nie Mansura o mądrości - niemniej jest to książka ciekawa, zabawna i gwarantująca inteligentną rozrywkę. Do tego wzbogacona o urocze rysunki tuszem autorstwa Renaty Kochan - zgrabne i pełne życia miniaturki przedstawiające świat filozofa, który miał turban wielki jak serce a serce wielkie jak rozum.
Mansur nazwał swoje opowieści tym co Wschód może zaoferować Zachodowi. Cóż... warto zobaczyć, do czego to się może przydać.

sobota, 1 listopada 2014

Trudna rozmowa z Frankiem - Grażyna Strumiłowska

- Czemu dzisiaj jest taki dziwny dzień - Franio przytuptał do mnie, rozespany i ziewający.
- Dzisiaj wspominamy tych, którzy odeszli - przytuliłam ciepłe ciałko mojego kota. Oczywiście wyrwał się, usiadł i spojrzał mi w oczy.
- Jak to odeszli, kto i gdzie?
- Ludzie, zwierzęta, gdzie nie wiemy, wierzymy, że za Tęczowy most.
- Znaczy umarnięci są - Franek spojrzał mi głęboko w oczy.
- Nie lubię tego słowa, są, tylko gdzie indziej. My ludzie ich nie widzimy. Zwierzęta podobno tak.
Franek rozejrzał się.
- Ja nie widzę. Może to i lepiej, bo bym mógł się przestraszyć.
- Nie, Franiu oni nas kochają, a my za nimi często bardzo tęsknimy i ufamy, że kiedyś się spotkamy.
- To bardzo dużo nas będzie, nie wiem, czy chcę.
- To będzie inaczej.
- Jak? - oczka Frania zrobiły się złote.
- Nie wiem. Kiedyś gdzieś przeczytałam taką opowieść. Po tamtej stronie znalazł się mężczyzna ze swoimi przyjaciółmi, koniem i psem. Szli, byli głodni i spragnieni. Nagle zobaczyli piękny pałac, bogactwo, mnóstwo jedzenia. Zapukali. Wyszedł jakiś człowiek i zaprosił tego mężczyznę do środka, pod warunkiem, że zostawi  zwierzęta. Nie zgodził się. Ruszyli w dalszą drogę, coraz bardziej głodni i spragnieni. Nagle dotarli do cudownego miejsca. Czysta rzeka, zieleń, kwiaty, jak w bajce. Na spotkanie wyszedł człowiek, który powiedział, że za chwilę dostaną mnóstwo jedzenia. Na pytanie, gdzie są, odpowiedział - w niebie.
- A poprzednio gdzie byliśmy? - zapytał mężczyzna.
- W piekle, bo tam trafiłbyś, gdybyś opuścił swoich przyjaciół.
Franek  słuchał zafascynowany.
- I co dalej?
- Zostali tam już na zawsze.
- I fajnie im było?
- Oczywiście.
- Ładna bajka, niebajka, ale to wszystko jest jakieś dziwne. Chyba nie chcę już o tym z tobą rozmawiać. Idę do swoich zajęć, tylko daj mi jeszcze trochę ciasteczek. Nasypałam na talerzyk ulubione kocie ciasteczka, Franuś zjadł i poszedł. Wolałam nie zastanawiać się do jakich zajęć. Czasem  tylko niewiedza może zapewnić chwilę spokoju.

niedziela, 26 października 2014

Miejsce pracy MAŁGORZATY KALICIŃSKIEJ


Oj nie jestem ja zbyt dobrym wzorem do naśladowania bo nie jestem zdyscyplinowana. Piszę ...w międzyczasie. Jest tyle życia w koło! Trzeba zupę ugotować, i podjąć Starszaków z wnuczką, a zaraz urodzi się druga, więc i miłości więcej będzie trzeba i troski o tych moich najukochańszych, i z psem na szczepienie, i powiesić pranie.
Dlatego mówię - że piszę w międzyczasie. Ale zazwyczaj przed południem przy biurku, najnormalniej. Po obiedzie popijam czerwone wino i pogryzam jakieś suszki - figi, orzechy a tak tyję
Bywa, że gdzieś siadam z lapkiem na kolanach, podczas długich wyjazdów. Ale rzadko.
Teraz próbuję opisać Tę Koreę Pd., która mnie zainteresowała. Może się uda?

Małgorzata Kalicińska

ps. Zdjęcie Magda Wiśniewska - Krasińska!

sobota, 25 października 2014

Roberta Gately "Szminka w Afganistanie" *


Książka przekazana przez Wydawnictwo Albatros

W 2002 roku przez sześć miesięcy Roberta Gately mieszkała w Bamijanie jako pracownica pomocy humanitarnej. Była doskonale przeszkoloną pielęgniarką niosącą pomoc wszystkim ludziom niezależnie od ich wyznania i stopnia zamożności.Swoje doświadczenia starała się przekazać w książce, która miała szanse dotrzeć do jak największej liczby czytelników. 
"Szminka w Afganistanie" -  kredka do ust, pomadka, podstawa kosmetyczki większości kobiet, także często symbol kobiecości i jak w tej książce - wolności. 
Nastoletnia Elsa poruszona zdjęciami  ofiar z Ruandy postanawia zostać pielęgniarką. Konsekwencja w działaniu i pomoc osób życzliwych przynoszą efekty, Elsa kończy szkołę pielęgniarską i dostaje pracę w szpitalu, który zna tak dobrze. Od wielu lat jest w nim wolontariuszką. W 2002 roku spełnia swoje marzenie i dobrze zaopatrzona w amerykańskie szminki wyrusza do Afganistanu.
To co miało być przygodą momentami przypomina koszmar. Od samego początku Elsa musi dostosować się do afgańskich zwyczajów dotyczących kobiet, zmierzyć się z bardzo ciężkimi warunkami życia.
Z historią Elsy splata się historia Parwin, młodej jeszcze kobiety, boleśnie doświadczonej przez życie. Poznajemy ludzi, którzy nie mogą wyjechać z Afganistanu i muszą żyć z widmem powrotu talibów. Widmem, które w zastraszająco szybkim tempie materializuje się.
Nie ukrywam, że wolałabym przeczytać reportaż z pracy misji humanitarnej w Afganistanie zamiast powieści obyczajowej. Uważam że autorka ma dobre pióro i zmysł obserwacji. Potrafi w sposób obrazowy przekazać nastroje panujące wśród Hazarów, to grupa etniczna, z którą  pracowała. Bardzo rzeczowo opowiada też o działaniach amerykańskich wojsk i pracy placówki ONZ. 
Kwestia pobytu i działań amerykańskich wojsk jest omawiana też w kontekście poznania tego jedynego, dla którego warto było przeżyć coś co trudno nazwać przygodą. 
Nie sposób w kilku akapitach oddać koloryt tej książki, mną najbardziej wstrząsnęły sceny burzenia posągów Buddy, posągów, które szczególnie lubiła Parwin.

Serdecznie polecam
Iwona Mejza


wtorek, 21 października 2014

Jesienny pies - Piotr Olszówka


 Usłyszałem charakterystyczne szuranie pazurami po parkiecie... Do pracowni wtoczyła się Nana. Potrafi ona wpaść, wejść, wbiec, wskoczyć, wjechać (na dywanie, z Pumą pod brzuchem), wkroczyć, wparować, wleźć... a tym razem się wtoczyła. Klapnęła ciężko na dywanik, oparła melancholijną mordę na łapach i zerknęła na mnie, czy zwracam uwagę na swojego pieska.
Udałem, że nie zwracam.
- Yyyypfffźźźśśśśffff... - westchnęła i podparła się policzkiem na obydwu łapach. Machnęła ogonkiem z boku na bok tak ciężko, jakby był co najmniej z ołowiu.
Nie mogłem dłużej pozostawać obojętny... O tej porze dnia Nanusia śpi w ciemnościach pod kanapą albo leży na plecach na swoim oficjalnym posłaniu. Jeśli w ogóle się ruszyła, to powód był piesko poważny.
- Co się stało, Nanusiu? - odwróciłem się w jej stronę.
W orzechowych oczkach zabłysło coś jakby łza (co nie oznacza smutku ale bardzo uczuciowo wygląda). Opuściła uszy na boki, nabrała nostalgicznego wyglądu i westchnęła znowu:
- Jesień....
- Ano jesień. To źle?
- Tak smutno...
Znałem te objawy. Od czasu do czasu nostalgia jesienna napada i ludzi.
- Mogę w tym pokoju pokazać przynajmniej jedną osobę, która godzinę temu biegała jak glupia i skakała na łeb w każdą kupę suchych liści na alejce.
- Kogo? - Nana obejrzała się na boki...
- Ciebie. Godzinę temu machałaś ogonkiem jak samolot śmigłem. Dziwne, że nie pofrunęłaś. A teraz ci tak strasznie smutno?
Nastawiła uszy w sposób wskazujący na intensywne myślenie.
- Jakoś tak mi się teraz zrobiło smutno. Bo drzewa łysieją... i liście się robią jak amstaffy... - znowu zrobiła minę nostalgiczną a do tego użyła porównania... Psy nie bawią się poezją, sprawa wyglądała poważnie. Ale musiałem coś wyjaśnić.
- Liście jak amstaffy? Takie brązowe i w paski?
- Nie. Takie ciężkie, że spadają z drzew. - sprecyzowała.
Wyglądało to jeszcze poważniej niż na początku. Nana kocha od kilku lat pewnego starszego amstaffa, na jego widok biegnie z daleka piszcząc, tuli uszy, biega wokół na tylnych łapkach i liże go z wielkim zaangażowaniem. Ten pies wygląda jak uosobienie mitu o psie-mordercy, ale przy niej zaczyna skomleć i rozkrochmalać się w bardzo wyrazisty sposób. To dowód potęgi miłości, który zauważają nawet osoby postronne i niezbyt zainteresowane psami. Uczucie Nanusia rozszerzyła na buldogi wszelkich kolorów i rozmiarów, boston-teriery oraz połowę bokserów. Może nie aż tak wylewnie ale wyraźnie woli je od innego towarzystwa.
Musiałem wyjaśnić, czy ten napad poetyckości u Nany wywołała jakaś rewolucja w uczuciach i czy wszystko z nią w porządku.
- Co do amstaffów.... jak tam z twoim ukochanym?
- Słabiej pachnie... - powiedziała tak rozdzierająco, że udzieliła mi odrobiny swojego smutku. Chyba właśnie w tym tkwiła przyczyna jej nastroju... Drążenie tematu mogło pogorszyć sprawę, na szczęście wiedziałem jak zareagować. Skoro ludzkim kobietom zakupy poprawiają nastrój - nie ma powodu, żeby nie pomogły psiej pannie.
- Za godzinę pójdę do sklepu, możemy razem odwiedzić panią Bogusię.
Nana usiadła jak wystrzelona sprężyną. Uwielbia sklepik dla zwierząt i jego właścicielkę. Początkowo podejrzewaliśmy, że to zamiłowanie do artykułów żywnościowych ale od dawna już wiemy, że mamy do czynienia z uczuciem bezinteresownym i głębokim. Nie raz dostawała przysmaczek, który zostawiała na podłodze i pędziła za ladę, żeby się poprzytulać.
- Chodźmy teraz!
- Nie. Najpierw muszę skończyć kilka rzeczy. A potem pójdziemy po owoce i odwiedzimy przy okazji panią Bogusię.
Znowu nastawiła uszy w pozycję MYŚLENIE TWÓRCZE. A potem nagle złożyla uszy, opuściła brwi, pomerdała ogonkiem i przybrała wygląd zaokrąglony i niewinny.
- A mogę dostać to ciasteczko ze stołu? Będzie mi łatwiej poczekać...
- Nie mam ciasteczka. To winogrona. Takie zielone owoce. Nie lubisz ich.
- Skąd wiesz, skoro nie próbowałam?
- Bo próbowałaś. Wczoraj i przedwczoraj. Nie smakowały ci.
- Nie pamiętam. Muszę sprawdzić. - jak zwykle, kiedy w grę wchodziło jedzenie, Nana przybierała coraz inteligentniejszy wyraz. Obecnie wyglądała równie sprytnie jak Lis Witalis. Uznałem, że nie zbiednieję od jednego winogronka polizanego i wyplutego na podłogę, przynajmniej dopóki będę pamiętał, żeby je podnieść i wyrzucić zamiast wdeptać w dywan.
- Siadaj. Masz.
Wzięła owoc w zęby delikatnie... ale już widziałem, że przypomniała sobie wszystkie poprzednie próby zjedzenia winogron.
- Błe. Niedobre. A tobie smakują?
- Ja je lubię. I mają mnóstwo witamin.
- Nie mają. Nie widzę ich.
Już kilka razy poruszaliśmy temat witamin, psina nijak nie może zrozumieć, o co z nimi chodzi.
- Witamin nie widać. Ale są w każdym owocu.
- Wcale nie w każdym. A jak są, to ja je widzę. I jest tylko jedna albo dwie w jednym owocu.
Acha, rozmowa zaczyna być konkretna.
- Nanusiu, a jak wyglądają te witaminy?
- Są takie małe, zielonkawe z dwiema czarnymi kropkami na końcu, wyłażą z dziurki w jabłku i tak się śmiesznie ruszają.
- To są robaczki.
Zmarszczyła czoło.
- A co to za różnica?
- Witaminy to takie coś w rodzaju soku w owocach. Dobre dla zdrowia. Są bardzo różne. Nawet jest taka, która się robi na kocim futerku od słońca.
Zastrzygła uszami. Zamyśliła się i wstała.
- Słabo się czuję od tej jesieni. Chyba potrzebuję witamin. - oświadczyła i energicznie ruszyła do drzwi.
- A ty dokąd? nie wolno ci grzebać w lodówce.
- Wiem. Nie idę do lodówki, bo ona nie zawiera witamin.
- To dokąd?
- Wylizać kota.

Iwona Mejza - tylko przy ławie.

Nie umiem pisać przy biurku, od lat piszę przy ławie. Na ławie mam ułożone najpotrzebniejsze materiały, teraz są to książki i wspomnienia znajomych i rodziny związane z historią przedwojennego Oświęcimia. Ułożone latami, tak żebym się nie pogubiła w materiale czekają na swoją kolej. 
Prostokątne pudełko zrobił mój pradziadek, o którym piszę, po latach wyciągnęłam je z piwnicy, oczyściłam z pajęczyn, okleiłam panterką i pomalowałam złotą farbką. Trzymam w nim długopisy, pióro, którym podpisuję książki, kolorowe markery do zaznaczania tekstu, zapasowe okulary i słodycze. Obok układam książki już przeczytane, czekają na recenzję.
Na talerzyku zamiast chipsów tradycyjnych słonych i niezdrowych, chipsy z pomidorów. Odkryłam je niedawno i polubiłam.Pogryzam je przy pisaniu.
A piszę siedząc na wygodnej kanapie, z poduszką na kolanach, na poduszce trzymam mojego starego lapka. Tak mi najwygodniej.

Pozdrawiam
Iwona Mejza

poniedziałek, 20 października 2014

Nie lubię kotów ** Katarzyna Zyskowska - Ignaciak vs mity naszych czasów


KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO NASZA KSIĘGARNIA

Kiedy zobaczyłem tytuł tej powieści poczułem się osobiście dotknięty jako wieloletni czciciel Kota... Postanowiłem czytać tę powieść surowo i ostro pojechać po każdym wyłapanym potknięciu.
Bardzo szybko wciągnęła mnie tak, że zapomniałem o początkowym założeniu i tylko gdzieś tam z tyłu głowy kołatała się myśl: o co chodzi z tymi kotami?
Powieść ma sześciu głównych bohaterów i sześć punktów widzenia skierowanych na ten sam moment i to samo miejsce a do tego droga, jaką w życiu przeszli, zanim osiągnęli opisany tam punkt zwrotny. Sześciu reprezentantów pokolenia dzisiejszych trzydziestoparolatków dokonuje życiowych wyborów, bierze los we własne ręce... i płaci za to. Bez taryfy ulgowej, bez znieczulenia, mimo, że niektórzy z nich bez żenady znieczulają się prochami. Na pewno nie jest to kompletny obraz pokolenia, bo ograniczony wyłącznie do wąskiej grupki walczących o sukces w Warszawie i to tylko w kręgach zbliżonych do wielkich korporacji. To jednak wcale nie odbiera uniwersalności tej historii, bowiem bohaterowie w zasadzie odnieśli życiowy sukces. 

Autorka starannie wybrała ludzi prowadzących takie życie, o jakim marzy wielu młodych Polaków, pokazała różne drogi, które ich doprowadziły do mitycznego "sukcesu" - od tej najłatwiejszej polegającej na pomocy rodziców do tej najcięższej, gdy człowiek liczy tylko na siebie. Cała szóstka to ludzie już dorośli, obarczeni pewnym doświadczeniem życiowym, wcale nie małym. Wszyscy są nieprzeciętnie zdolni i inteligentni, nie można im zarzucić głupoty czy pochopnych decyzji, wręcz przeciwnie: decydują z rozmysłem, oceniają koszty i zyski kierując się swoim dojrzałym systemem wartości. To wszystko sprawia, że mamy okazję zastanowić się nie tylko nad charakterami ludzi ale i całym ich system wartości, hierarchię wyborów, życie osobiste.
W gruncie rzeczy bohaterowie są do siebie bardzo podobni, ta jednorodność sprawia, że lgną do siebie nawzajem - mimo całej różnorodności losów.
Należą do elity swojego pokolenia. Jeśli elita ma poważne defekty, to i z całym społeczeństwem tworzącym własne elity jest kiepsko.
Ale zawsze pozostaje nadzieja, że ludzie rozumni potrafią się opamiętać, że zdarcie masek i obnażenie pozorów ich uzdrowi.
W dawnych wiekach mawiano, że literatura to zwierciadło przechadzające się po gościńcach i pokazujące ludziom prawdziwy obraz ich samych. Czasem bywał to obraz wykrzywiony, gdyż zadaniem satyry od początku było naprawianie świata poprzez ukazywanie niebezpieczeństw.
Nie lubię kotów nie jest jednak satyrą a raczej starannie poprowadzoną wizją lokalną.
Finałowy wybuch Maliny, chyba najszybciej zrujnowanej osoby spośród całej szóstki jest właśnie takim zdarciem masek z przyjaciół... ale czy zostawia nadzieję? Mocno wątpliwe, bowiem już po fakcie okazuje się, że cały ten wybuch rozegrał się tylko w jej głowie. Ot, zalała robaka, padła i zdawało jej się, że wygarnia ludziom prawdę w oczy... ale to wszystko nastąpiło tylko w jej sponiewieranej wyobraźni.
W świecie pozorów akt oczyszczenia też jest tylko pozorem.
Bardzo lubię ten rodzaj ponurego pesymizmu.
Mało co daje tyle do myślenia.

(POL)

Anna Klejzerowicz - Biurko odwieczne




Moje biurko jest stare, odziedziczone po Ojcu, zawalone papierami, notatnikami, książkami i innymi szpargałami tak, że tylko ja mogę coś na nim znaleźć. Posiada półkę, na której zasiada Sylwuś - mój osobisty wąsaty redaktor - towarzysząc mi w pracy. Tak sobie obiecuję, że kiedyś zrobię na tym biurku porządek... Obiecuję to sobie od lat 


Anna Klejzerowicz

niedziela, 19 października 2014

LODOWY SMOK - George R.R. Martin w wersji dla dzieci


Lodowy smokKSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA

Dorośli miłośnicy smoków i twórczości George'a R.R. Martina mają wreszcie okazję zarazić swoją pasją następne pokolenie - "Lodowy smok" to pierwsza opowieść tego autora przeznaczona dla dzieci. Nie jestem do końca pewien, dla jakiego wieku, ale ludzie smoki lubią albo nie i niewiele ma to wspólnego z wiekiem, więc w zasadzie każdy musi sam sprawdzić, czy ta historia mu odpowiada. To opowieść o małej dziewczynce, uczuciach i niezwykłej przygodzie z niezwykłym smokiem. Warto dodać, że w świecie kilkuletniej Adary smoki są czymś raczej pospolitym - służą jako latające wierzchowce dla armii, nawet stryj Adary służy jako smoczy kawalerzysta. Niezwykły smok zaś to mityczny Lodowy Smok, niosący mróz i śmierć z zimna. Adara bardzo chciała go spotkać i udało jej się spełnić to marzenie... a potem wydarzyło się wiele rzeczy.

George Martin wykreował mniej więcej typowy świat fantasy ze wszystkimi tradycyjnymi elementami, ale to, co wyróżnia jego historie, to podejście do bohaterów. "Lodowy Smok" skupia się na trudnej dla małego dziecka sytuacji rodzinnej, relacjach z ojcem i rodzinie. To bardziej opowieść o dzieciach niż dla dzieci. Ale z drugiej strony... dobrze napisana, zbliżona trochę do niektórych baśni Andersena. A przy tym starannie wydana i wzbogacona realistycznymi ilustracjami Yvonne Gilbert. W sumie całość warta polecenia, bo spodoba się albo dzieciom albo przynajmniej rodzicom.

Lodowy smok

ANNA M. BRENGOS - Noc bez biurek


Siedzę powyginana w precla na mojej sofce, po ciemku, tylko z lampeczką nad klawiaturą, lewą ręką pisząc pod kolanem. Jak już całkiem zdrętwieję, to biorę laptopa na kolana, ale muszę najpierw zdrętwieć. Oczywiście "pomaga mi" mój stary, powyciągany sweter bez jednego guzika. Najlepiej pisze mi się nocą.

Pozdrawiam
ANNA M. BRENGOS

sobota, 18 października 2014

Małgorzata Kursa - Biurko w Kropkę.


 Na moim biurku przede wszystkim musi być miejsce dla Kropki. Poza klawiaturą mieści się jedynie kubek z herbatą postawiony z dala od Kropkowego ogona, który ma tendencje do majtania. Biurko pamięta lata siedemdziesiąte, kiedy to odrabiałam przy nim lekcje (liceum). Było niskie (do maszyny do pisania), kupione specjalnie dla mnie i siadałam przy nim na pufie. Potem małżonek dorobił blat, podwyższając je i zawładnęła nim moja Córka, a teraz znowu do mnie wróciło i zdobyło nowy dodatek. Przy długim pisaniu bolą mnie plecy, więc mąż dorobił wysuwany blat na klawiaturę. Dzięki temu Kropka ma więcej miejsca dla siebie, a ja mniej się męczę.


piątek, 17 października 2014

Biurko Teresy Moniki Rudzkiej

Lubię stare meble, choć biurka, przy którym pracuję, nie można nazwać antykiem. Odziedziczyłam je po kimś z rodziny, myślę, że zostało zrobione w latach pięćdziesiątych 20 wieku. Drewno to chyba sosna, pomalowana na ciemny kolor. Muszę postarać się o współgrający z biurkiem fotel. Ale lubię swoje miejsce pracy. Widzę, że nie panuje na nim taki porządek, jak mi się zdawało.



środa, 15 października 2014

Miejsce pracy Agnieszki Pruskiej

Piszę w różnych miejscach, najczęściej w dużym pokoju siedząc na fotelu przy niewielkim stoliku, a laptop wygodnie wyleguje się na moich kolanach i tylko czasem nieco za mocno grzeje. Wtedy ląduje na podkładce, której nie lubię, ale jako troskliwa właścicielka lapka od czasu do czasu poświęcam się i używam jej, żeby mi się narzędzie pracy nie przegrzało. Mała powierzchnia stolika ogranicza ilość rzeczy, które bym chętnie miała pod ręką, cześć książek typu „niezbędnik kryminalisty” wylądowała więc na półce obok. Wystrój stolika zmienia się w zależności od tego, co jest mi potrzebne, teraz są to głównie wydruki różnych artykułów dotyczących Gdańska, wolę czytać tak, niż na ekranie komputera.
Biurko też mam. Głównie służy mi jako powierzchnia płaska, na której da się ułożyć wszystko to, co nie mieści się na moim stoliku podręcznym i nie jest mi potrzebne w tej chwili, ale nie chce mi się tego schować, wyrzucić (bo może się jeszcze przyda) albo wynieść na górę.
Najfajniejsze miejsce do pisania niestety już mi odpadło, bo jest za zimno. W lecie najchętniej piszę na werandzie, ale teraz musiałabym już chyba siedzieć zawinięta w kocyk.
Moja maskotka jest złocista, futrzasta, waży trzydzieści kilo i właśnie wyrzuca mnie z fotela, bo jak jestem w domu, to przecież obiad można zjeść i przed południem. Golden zje wszystko, o każdej porze i w każdej ilości Gdy piszę przeważnie wyleguje się na narożniku obok, ale od czasu do czasu przypomina o swoim istnieniu i dopomina się czułości. Wtedy szturcha mnie nosem albo kładzie łeb na klawiaturze powodując jej lekkie owłosienie i dopisanie paru literek. Jest pierwowzorem Bezy w „ Literacie” – psa, który znalazł zwłoki na plaży w Gdańsku.

sobota, 11 października 2014

Biurko Kasi Puzyńskiej

Moje biurko pochodzi ze sklepu z antykami i bardzo je lubię. Czasem zastanawiam się, kto wcześniej z niego korzystał i dlaczego zdecydował się je sprzedać. Mnie w każdym razie służy świetnie!
Co znajduje się (zazwyczaj) na moim biurku?
- komputer (różowy, a jakże!) - czyli moje główne narzędzie pracy
- lampa (która nie zmieściła się na zdjęciu) – lubię światło niewielkich lampek, rzadko korzystam z oświetlenia „głównego”
- figurka konia - końskie symbole są obecne w mniejszym lub większym stopniu w całym domu
- butelka wody - piję czasem nawet ponad 3 litry wody dziennie, może dlatego, że strasznie dużo mówię (prowadzę zajęcia, mówię do mojego męża, do psów, a czasem nawet do siebie )
- zeszyt i długopisy – jestem tradycjonalistką. Często korzystam z ręcznych zapisków.
- zegarek z MM – co jakiś czas zerkam, która jest godzina (nawet jeżeli ta informacja nie jest mi szczególnie potrzebna). Poza tym bardzo lubię Marilyn Monroe.
- książki – z reguły na biurku mam swoje książki, ponieważ pisząc kolejne części serii o Lipowie, sprawdzam szczegóły, które już się pojawiły w poprzednich powieściach. Poza tym moje egzemplarze przypominają mi o tym, że marzenia się spełniają i warto do nich dążyć . Na szczycie stosiku z reguły leży książka, którą aktualnie czytam. W tym wypadku jest to „Kości są wieczne” Kathy Reichs.
PS Tym razem na książkach leży jeszcze płyta DVD „Sierpień w hrabstwie Osage”… głównie dlatego, że wczoraj oglądałam ten film i nie zdążyłam odłożyć go na półkę

piątek, 10 października 2014

Miejsca pracy pisarzy.

Pokażemy Wam jak pracują Wasi ulubieni autorzy.


Z cyklu kąciki pracy pisarzy.
Grzegorz Kozera
To mój kąt, w pokoju z książkami. Pulpit mały, tak żeby się laptop zmieścił. Trochę niewygodnie, ale się przyzwyczaiłem. Czasami pies podchodzi, żeby go głaskać, więc jedną ręką go głaszczę, a drugą piszę. A gdy psu już się znudzi, piszę obydwoma.






Na początek miejsce pracy GRZEGORZA KOZERY

GRZEGORZ KOZERA "Biały Kafka" **



Debiut tego już obecnie znanego pisarza. Powieść o alkoholiku. ON, bo nie znamy imienia bohatera tej książki ma poukładane życie. Dziennikarz, pracujący w redakcji kieleckiej gazety, żonaty, należący do elity. Obserwujemy powolne staczanie się tego człowieka. Pierwsze zetknięcie z alkoholem, dzięki znajomości z pewną dziewczyną. Potem już lawina. Coraz więcej picia, dziwne znajomości, przypadkowe kobiety, tracenie powoli wszystkiego, ale co najgorsze własnej godności. Liczy się już tylko butelka, obojętnie gdzie i z kim wypita. Wartości życiowe schodzą na margines. Rozwód, utrata pracy. Dno. Jednak pojawia się światło w tunelu. Zapach kobiety, którą spotyka w księgarni. To dla niej, ale przede wszystkim dla siebie postanawia walczyć, skończyć tę koszmarną egzystencję w oparach alkoholu. Grzegorz Kozera pokazał w tej książce swój ogromny talent. Jego bohater początkowo nie wzbudza sympatii, jest zimny, zdolny do robienia paskudnych rzeczy, jak np. wyeliminowanie kolegi z redakcji, po to, żeby pojechać służbowo do Szwecji. Właściwie nie liczy się z nikim, ważny jest tylko on i jego potrzeba picia. Żyje w tym koszmarze ponad dwadzieścia lat. Wygrywa? Tak, przestaje pić, ale powoli odnajduje siebie. To trudna książka, chwilami brutalna, naturalistyczna, ale może dzięki temu tak bardzo prawdziwa. Autor zmierzył się z bardzo trudnym tematem i potrafił wydobyć z niego wiele ważnych rzeczy. Pokazał, że zawsze można coś zmienić, że tak naprawdę wszystko zależy od nas, że to tylko my kreujemy swój los. Mnie paradoksalnie ta powieść dała siłę. Jestem pewna, że każdy czytelnik odnajdzie w tej książce coś dla siebie. Gwiazdki za fabułę i mistrzowski warsztat. Gorąco polecam. (G.S.)