Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwona Banach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwona Banach. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2014

MIEJSCE PRACY IWONY BANACH



Remontując mieszkanie stwierdziłam, że loggia, czyli to "nie wiadomo co" półtora metra na dwa stanie się najpewniej składzikiem na wszelkie śmieci, szczotki, wiadra, słoiki, a w pewnym momencie nawet na zeschłą choinkę, grunt to znać siebie, a ja siebie znam. Jestem bałaganiarą, postanowiłam więc do tego nie dopuścić, tak więc z tego niby balkoniku zrobiłam pokoik komputerowy. Biurko, szafka na słowniki, półka na drukarkę i krzesło oraz dywanik, bo nie ma tu ogrzewania, więc w zimie nóżki marzną. Bam tu swojski bałagan, w którym doskonale się odnajduję i nie „rozwlekam” tłumaczeń po mieszkaniu...
W tej chwili popołudniami robię kolejne strony tłumaczenia, a do południa piszę swoje.

wtorek, 7 października 2014

Książki września portalu Książka zamiast Kwiatka

Jak co miesiąc na portalu Książka zamiast Kwiatka link czytelnicy i jurorzy wybrali książki miesiąca. Czytelnicy portalu wybrali też autora miesiąca.
Miło nam poinformować, że autorem miesiąca została Iwona Banach.


Czytelnicy naszego portalu wybrali trzy, ich zdaniem najlepsze spośród prezentowanych na portalu KzK książki :

1."Sekret czarownicy" Anna Klejzerowicz



2. "Lokator do wynajęcia"  Iwona Banach


3. "Taniec z czarownicą" Beata Kępińska



Natomiast jury doceniło:
1."Życie to podróż, to ocean" Z Julią Hartwig rozmawia Artur Cieślar


2. "Wiatr" Marcin Ciszewski


3. "Wakacje w wielkim mieście" Marcin Pałasz


Wszystkim laureatom serdecznie gratulujemy.
Zespół portalu Książka zamiast Kwiatka

sobota, 31 maja 2014

Bajka dla Franka - Iwona Banach.


- Wiesz - powiedziała mama patrząc na mnie poważnie - Muszę powiedzieć ci coś bardzo ważnego.
- Tak? - miauknąłem ziewając - mów.
- Jesteś kotem.
Popatrzyłem na mamę z niedowierzaniem. Za dużo kocimiętki, czy tuńczyk był nieświeży? Obejrzałem swoje łapki, ogon, pomacałem uszy.
- Jasne, że jestem kotem, przecież wiem! - odpowiedziałem zaniepokojony - chodzi ci o te sprawy?
Mama zrobiła wściekłą minę.
- No, nie! Nie o te, nie o te! - odburknęła.
- Chodzi ci o to, że już nie jestem kociakiem, tylko kotem? Dorosłym? W ten deseń?
Wściekła się jeszcze bardziej.
- Och ta młodzież! Z wami nie da się rozmawiać poważnie! Jasne, że nie o to chodzi, chodzi o nasz gatunek...
- No i? Co z naszym gatunkiem?
- No więc będziesz musiał nauczyć się mruczeć.
- Mamo? Idę po człowieki, bo ty chyba chora jesteś! - wyprysnąłem z posłania tak jak stałem, nie kończąc nawet mycia brzuszka. To musiała być jakaś paskudna choroba!
- Przestań natychmiast! To poważna sprawa! Muszę przekazać ci instrukcje - miauknęła wściekłym miaukiem, takim jak wtedy, kiedy wracam z dachu nie całkiem zwycięski.
- Ojej...
- Bo widzisz kiedy dawno dawno temu...
- No mamo! Przestań! Nie jestem dzieckiem! - prychnąłem ze wzgardą, oma miała zamiar opowiadać mi bajki? Też mi coś!
- Cicho siedź! Kiedy dawno temu przybyliśmy na tę planetę...
To zaczynało być niebezpieczne. Mamie coś odbiło. Na jaką planetę? Na jaką do jasnego kota planetę?
- To było kilka tysięcy lat temu...
- Ojej. Daj spokój, jestem za stary na bajki! - usiłowałem jej przerwać, ale się nie udało.
- To nie są bajki. Każdy kot w twoim wieku musi przez to przejść, musisz zostać uświadomiony.
- Chodzi o...
- Nie! - miauknęła - Nie będziemy rozmawiać o twoich nocnych harcach! Oberwane uszy, pogryziony ogon, to mnie nie interesuje! Musimy przypilnować człowieków.
- To znaczy?
- Kiedy przybyliśmy na ta planetę … No w jakby to powiedzieć, my, czyli nasza organizacja... No, przybyliśmy ją podbić!
- Człowieki! Człowieki! Człowieki! - wrzasnąłem strasznie, zapominając, że nikogo nie ma w domu - wyszli. I co ja miałem teraz zrobić?
- Nie człowiekuj, tylko słuchaj! Jestem Nadkotem w stanie spoczynku, Nadkotem, który ma za zadnie przekazywać młodzieży sekwencje kodu mrucznego.
- Kotu? Kotu mrucznego?
- Kodu. Mrucząc wysyłamy informacje.
Matka patrzyła na mnie z niezadowoleniem, ja na nią z przerażeniem w oczach.
- Taaaa? Jaaaasne! - bałem się jak nigdy dotąd, a sama mnie przestrzegła przed działaniem kocimietki! Nie przesadzaj, mówiła, a sama co?! Świruje!
- Tak! Wysyłamy je do NIP.
- NIP?
- To skrót od Najwyższy Imperator Przestworzy. Mieszka na planecie x-230A.
- I po co je wysyłamy? - pytałem ot tak, żeby ją zagadać zanim zjawią się człowieki.
- No bo tak ma być! Bo wiesz nasze jednostki... W skrócie, jesteśmy najemnikami jego Imperatorskiej Mości Pogryzława Szczeka.
- To pies?
- No właśnie!
- I my jemu te... No, ale czemu? Przecież to bez sensu!
- Jasne, jasne. Mieliśmy podbić tę planetę, żeby imperator mógł ją zniszczyć. Zapłacił nam życiami. Sam wiesz, że każdy kot ma siedem oficjalnych i jeszcze dwa gratisowe!
- I co się stało?
- Oczywiście podbiliśmy ją, ale... - przerwała na chwilę - Trochę nie bardzo chcemy żeby ją niszczył. Człowieki nie zasługują na zniszczenie, nie są najmądrzejsze, ale świetnie otwierają puszki. Głaskanie też jest miłe. Myszy to świetny trening...
- A psy?
- Psy się nie liczą! - nerwowo majtnęła ogonem - To zesłańcy. Pogryzław skazuje je na pobyt tutaj jak tylko któryś ośmieli się być ładniejszy albo mądrzejszy od niego.
- No, ale my?? Mielibyśmy pracować?! I to dla kogo? Dla jakiegoś psa?! - oburzyłem się! No naprawdę się oburzyłem, nie żebym miał coś przeciwko psom, ale hierarchia! Hierarchia się liczy!
- Kochanie, jesteśmy jednostką do zadań specjalnych, niektóre człowieki zrobiły sobie z nas bogów. Produkują dla nas specjalne jedzenie, żeby nas przebłagać, w ich sieci jest pełno stron takich do zachwytów nad urodą wielu tysięcy, a nawet milionów kotów, wielbią nas. Kochają nas. Mają tekie fajne laserowe kropki treningowe i pudełka! Nie wiedzą, że jesteśmy Kotikadze! Najbardziej elitarną kocią jednostką we wszechświecie.
- a wielkie koty? - zapytałem, bo od jakiegoś czasu podkochiwałem się w pewnej lwicy z internetu.
- Przerośnięte, zdziczałe... Do niczego się nie nadają!
- No, ale... - nie mogłem wymiauczeć ani jednego słowa. Moja własna matka, Nadkotem? Nie powiem, słyszałem już te bajki o nadkotach, wszechkotulencji i kotowatości najwyższej, ale przecież to musiały być bajki, miau? Prawda, że miau? Niemożliwe, miau?
- A teraz przekaże ci sekwencję kodu.
- Dawaj - powiedziałem nie wiedząc na co się zdecydować, na panikę, czy zachwyt, nie nabierała mnie?
- No więc Mrrrr, mrr, errr, mr errrr.
- „Och głaskanie, znów głaskanie, i po łapkach, nie ruszaj ogona” - odczytałem. Nie powiem jestem zdolnym kotem.
- Dobrze, teraz to: Wrrrreeeeu, mrrreu, truuur.
- „Tuńczyk, tuńczyk, daj jeść. Ryba, ryba, proszę o więcej ryby.”.
- Dobrze i to weeeeeer weeeer, urrr, hrrrrr
- „Głaskanie po brzuszku, głaskanie, oj głaskanie”. No dobra mamo i co to znów za cuda? Przecież to nic takiego!
- Nie byłabym tego taka pewna. Widzisz sekwencja oznaczająca „głaskanie” została przetłumaczona na psi jako „nie męcz mnie już więcej potworze”, tuńczyk na „głód” a „ryba” na spokój - przekupiliśmy tłumacza.
- I?
- Pogryzław myśli, że człowieki są straszne, głodzą nas i męczą. Myśli, że wzięli nas w niewolę, i dlatego jeszcze nie udało nam się podbić tej planety. Na nasze szczęście nie jest zbyt inteligentny, tylko by ganiał za tym swoim złotym jabłkiem i berłem!
- No ale...
- Co ale? W ten sposób mamy cała planetę dla siebie! Czy ty niczego nie rozumiesz?! Dla siebie! Dla nas, dla kotów! Wszystkich! Jeszcze kilka tysiącleci, a zapanuje tu prawdziwa kotokracja, albo nawet kotarchia! Przyleci tu nasz król, Mruczysław Pazur Pierwszy! Ustanowimy koci ład i prządek. Zniesiemy poniedziałki, rzeki będą płynąć mlekiem i tuńczykiem, jak tylko nasi specjaliści odkryją sposób otwierania puszek, sam widzisz. To dobra planeta. Człwieki już teraz podzieliły ją na kraje.
- No i?
- No kraj, albo k.raj to koci raj! Nie pozwolimy przecież wygnać się z raju!
- Niech żyje Mruczysław! - zawołała kotuzjastycznie.
- Niech żyje! - odpowiedziałem niemniej chętnie, a potem ułożyłem się koło kaloryfera i zacząłem mruczeć.
- Wrrrreeeeu, mrrreu, truuur. - i nie kłamałem! - Tuńczyk, tuńczyk, daj jeść. Ryba, ryba, proszę o więcej ryby. - Pogryzław to Pogryzław, nie obchodził mnie specjalnie, ale jak człowieki wrócą na pewno zrozumieją.

czwartek, 6 lutego 2014

Recenzje z Kropką - Szczęśliwy pech” Iwony Banach


Co tu kryć, lubię książki, przy których zaczynam myśleć lub które mnie bawią. Właśnie trafiłam na „Szczęśliwy pech” Iwony Banach. Dziwne rzeczy wyczynia z człowiekiem ta książka. Powinnam ją była czytać w jakimś bardziej stabilnym miejscu, bo kiedy śmiałam się jak opętana, moja wersalka wydawała z siebie podejrzane dźwięki, które wyraźnie irytowały usiłującą spać Kropkę. Udało mi się przy tym zakrztusić herbatą (uprzedzam – nie tykać żadnego pożywienia przy czytaniu, bo będzie nieszczęście), rąbnąć łepetyną w półkę (bo zapomniałam, że ona tam jest i tylko czeka na okazję) i dostać czkawki ze śmiechu. Przez dwie godziny nie byłam w stanie oderwać się od lektury, a kiedy skończyłam, ledwo zipałam. Obrażona Kropka zdecydowała się odciąć od źródła denerwujących ją dźwięków i zakryła uszy łapami. Ja zaś złapałam oddech i nieco się zestresowałam. Zestresowałam się, bo doszłam do wniosku, że w zasadzie tak serdecznie rechotałam z samej siebie. Bohaterka książki bowiem jest chodzącym nieszczęściem. Demoluje wokół siebie wszystko, co napotka, a wszelkie istoty żyjące skazane są przynajmniej na poważne urazy. Jeśli jestem do niej podobna, to raczej nie powinien być to powód do takiej eksplozji radości.
Pełna poczucia winy zerknęłam na Kropkę, która akurat przeciągała się rozkosznie i humor mi się nieco poprawił. Zaraz! Nie jest tak źle! Wszak moje ekscesy odbijają się tylko na mnie! Nie jestem szkodliwa dla otoczenia! Ot, zlecę ze stołka czy drabinki, moja głowa przeprowadzi nieplanowane spotkanie na szczycie z drzwiami łazienki, które złośliwie się otworzą, gdy przechodzę, walnie mnie otwarte okno, kiedy odkurzam, kanty mebli nabiją mi parę siniaków, ale wszystko, co żywe, jest przy mnie bezpieczne. A ostatnio nawet jakby sprzęty domowe złagodniały wobec mnie. W dodatku mąż przezornie schował gwoździe, więc nie mogę uprawiać ulubionego zajęcia. Bo – nie wiem, czemu – uwielbiam ozdabiać ściany gwoździami. Nie po to, żeby tam tkwiły bez powodu. Nie. Ja sobie ten powód bez problemu wynajdę. Coś do zawieszenia zawsze się w domu znajdzie. Teraz nie mam dostępu do gwoździ, a samo machanie młotkiem mnie nie satysfakcjonuje. Szkoda. Uprawiałam zagważdżanie ścian z dużym zaangażowaniem.
Bardzo mnie pocieszył fakt, że gdzieś we mnie tlą się jeszcze resztki altruizmu. Krzywdę robię wyłącznie sobie, oszczędzając rodzinę i Kropkę.
A książkę polecam wszystkim serdecznie. Włoch, który dość specyficznie próbuje porozumiewać się po polsku, też Was ubawi.


Małgorzata Kursa

niedziela, 19 stycznia 2014

Konkurs Świąteczny I miejsce - Iwona Banach "Doniczka z gwiazdą"

Doniczka z gwiazdą

- Pojechali
- Nareszcie! Co za dzień. Dobrze, że to wszystko już się skończyło - powiedziała siadając ciężko za stołem i nerwowo splatając ręce na piersiach.
- Skończyło? Chyba żartujesz... - westchnął Marek, patrząc na nią z niejakim wyrzutem - może powinniśmy za nimi pojechać?
- Zwariowałeś! Jeszcze czego?! No wiesz? Jak możesz.... Jak możesz, ja się tak bardzo starałam!
Oboje popatrzyli na zastawiony stół, na pięknie ubraną choinkę.
- I do tego doniczką?
- No wiesz....
- Ale doniczką?! Przecież to zupełnie chore! I za co? Za tyle serca? Nie! To nie do pomyślenia! To miało być tylko dwa dni! Tylko na święta! Tylko na święta, debilu!
Choinka rzeczywiście wyglądała pięknie. Te wszystkie bombki, bombeczki, łańcuchy, światełka. Marek nalał sobie kompotu z suszu.
- Może jednak ja pojadę? Ty, jak nie chcesz...
- Ani mi się waż! To nie nasza sprawa!
- Jak to nie nasza? Przecież tak się cieszyliśmy...
- Jasne, ale to co się stało przechodzi wszelkie pojęcie! Lepiej posprzątaj w łazience, bo mi się niedobrze robi na samą myśl, co tam się dzieje. I całe to zamieszanie - wzruszyła ramionami z pogardą. - I po co nam to było?! Po co?
- Przecież chciałaś!
- Nie! To ty chciałeś!
Marek przezornie odwrócił oczy. To był jego pomysł, choć oboje go zaakceptowali. Zawsze wszystko uzgadniali, zawsze wszystko robili razem. Wszystko, nawet zakupy, rozumieli się prawie bez słów, byli jakby jedną osobą w dwóch ciałach. Aż do dzisiaj, aż do tej chwili kiedy wszystko się zawaliło. Marzenie jakoś wypsnęło się spod kontroli i już nie mieli na nie wpływu. Marek patrzył na Dominikę jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.
- Ależ kochanie...
- Żadne kochanie! - Dominika prawie na niego warknęła. - Mam dość! Rozumiesz? Przez cały tydzień siedziałam w garach! Przez cały tydzień latałam z wywieszonym ozorem, a to kapusty zabraknie, a to grzyby nie takie... - nagle zamilkła na chwilę - Wiesz? A może chodziło o tę lalkę?
- Nie, kochanie.... - usiłował coś dodać, ale przerwała mu uspokojona.
- Masz racje, to nie to! Lalka kosztowała ponad dwie stówy... I do tego podłogi, pastowanie, pucowanie, cholerne mycie okien, firanki, dywany! I ta choinka? Ten pieprzony drapak, też dał mi w kość! Wiesz, ile igieł z tego się posypie za kilka dni? I wiesz, kto to będzie sprzątał i zębami wydzierał te igły z dywanu? Wiesz? Jasne, że wiesz, przecież nie ty! Ty sobie spokojnie pójdziesz do pracy...
- Ależ, kochanie - Marek wyraźnie nie miał przebicia.
- Zamknij się! Zamknij! - krzyknęła Dominika histerycznie. - To nie tak miało być!
- Wiem, że nie tak, ale pewnych rzeczy nie da się przewidzieć w takich sprawach...
- Nie da się przewidzieć? Nie da się? Ty oszalałeś, prawda? Myślisz, że ktoś o zdrowych zmysłach usiłowałby przewidzieć taką cholerną katastrofę?!
Wstała i nerwowo wyjrzała przez okno.
- Teraz na pewno będą o nas gadać! Zupełnie niepotrzebnie powiedziałam Krukowskim, a poza tym, wszystko widzieli, jak hieny siedzą teraz w oknach i czekają na sensację, i zgaś te pieprzone światełka na choince! Zgaś! Słyszysz?!
- Dobrze, kochanie - Marek posłusznie podszedł do choinki i po kolei zaczął wyłączać światełka. Musiał przyznać, że były piękne. Nigdy dotąd aż tak bardzo nie szykowali się na święta, nigdy zresztą nie mieli nawet prawdziwej choinki, ale w tym roku Dominika uparła się, że ma być tak pięknie jak jeszcze nigdy i nigdzie.
- Te migające też? - zapytał nie wiedząc co powiedzieć.
- Też! Wszystkie! Nie było sensu ich kupować, ale oczywiście uparłeś się, prawda? Ty zawsze musisz postawić na swoim, a potem jak co do czego...
- Przecież to ty je kupiłaś?
- Nieważne! Ale jak można było coś takiego... I ta doniczka... Niepotrzebnie stawiałam gwiazdę betlejemską w łazience, ale tak pięknie tam wyglądała. Tak pięknie... A teraz co?
- Posprzątamy - na chwilę zamilkł. - To znaczy ja posprzątam...
- Nie o to chodzi! Chodzi o to, że będą się nas czepiać, rozumiesz?! Niewdzięczna gówniara! Specjalnie to zrobiła! Specjalnie! Chciała pokazać, co to nie ona... I miej tu, człowieku, serce!
Marek jeszcze raz popatrzył na żonę, po czym bez słowa poszedł do swojego pokoju. Kiedy wrócił był jakby spokojniejszy.
- Chyba tam nie dzwoniłeś?! - Dominika naprawdę się zezłościła. - Nie powinieneś! Przecież to wygląda tak, jakbyś czuł się.... Jakbyś... - jeszcze bardziej się zdenerwowała - jakbyśmy byli odpowiedzialni za to, co się stało!
- No więc… - chciał coś powiedzieć, ale znów nie dała mu dojść do głosu.
Blada, roztrzęsiona, co chwila poprawiała talerzyki na stole przykrytym nieskazitelnie białym obrusem, na którym w jednym miejscu kwitła czerwono bordowa plama.
- Weź aparat i porób zdjęcia.
- Teraz to tobie odbija. Jakie zdjęcia? - Marek nie wierzył własnym uszom. - Teraz? Po co?
- Bo ja tak chcę. Niech potem nikt mi nie powie, że coś było nie tak! Niech zobaczą choinkę! Niech każdy zobaczy te pieprzone prezenty i to całe żarcie na stole! I ciasto!
- Dominika, to nie ma sensu!
- Ma! Większy niż myślisz! Większy niż myślisz – powtórzyła. - Jak ona mogła to zrobić?! Jak mogła! Przecież to obrzydliwe. Tu tyle serca, kolędy, żarcie! Oczywiście musiała zapaprać obrus, jasne, że musiała! Założę się, że w życiu czegoś takiego nie miała, a teraz co?! Wszyscy nas będą wytykać palcami! I to jak? Doniczką?! No, nie, ja nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić!
- Fakt, to straszne...
- I cała ta masakra w łazience, skorupy ziemia...
- Zapomniałaś o krwi?
- Nie, nie zapomniałam, choć bardzo bym chciała! To chyba moje najgorsze święta w życiu! Marek! Ja się chyba załamię!
- Nie histeryzuj. Sprawa jest rzeczywiście trudna. Dzieciak miał...
- Dzieciak?! Dzieciak?! To harpia nie dzieciak! Nic jej się nie podobało! Nic!
- A może podobało jej się za bardzo?
- I oczywiście musiała odegrać się na nas? Ona naprawdę była jakaś nienormalna!
- Jest.
- Co: jest?
- No, jest. Żyje. Operacja się udała.
- No to koniec! Obgada nas jak nic! Nakłamie! To pewne!
- Przestań wreszcie myśleć o sobie i pomyśl o tym biednym dziecku! Ona ma ledwie dziesięć lat!
- I to ją usprawiedliwia? To jej pozwala podcinać sobie żyły w cudzej łazience? I to czym?! Skorupą od doniczki?!
- Wiem, rozumiem, to dla ciebie szok, ale skoro już jest w porządku to możemy jutro pójść i ją odwiedzić. Zaniesiemy jej prezenty....
- Mowy nie ma! Niech ją odwiedzają ci ludzie z domu dziecka, co ją tak wychowali! Też mi coś, a prezenty? Prezenty zostaną, w przyszłym roku zaprosimy inną dziewczynkę, będzie z pewnością grzeczniejsza i mądrzejsza. Przydadzą się.

IWONA BANACH