czwartek, 9 października 2014

Antykiler 2 - Danił Korecki, kryminał i antyutopia.



Książka przekazana przez WYDAWNICTWO FEERIA **

Danił Korecki - były milicjant - doskonale zna realia rosyjskiego świata przestępczego, który trudno nazwać półświatkiem biorąc pod uwagę jego wpływy, rozmiar w społeczeństwie i wszechstronność jego subkultury (a może już kultury?). Gdyby na podstawie swojego doświadczenia napisał po prostu świetny kryminał - osiągnąłby sporo.
Ale Korecki właściwie nie napisał kryminału. "Antykiler 2" dość wyraźnie dystansuje się od tradycji powieści sensacyjnej, przygodowej czy kryminalnej. Trudno od razu zakwalifikować tę historię jednoznacznie, gdyż dzieje się równocześnie na bardzo wielu poziomach i obejmuje wiele problemów.
Chwila zastanowienia nad tą niespotykaną w klasycznym kryminale szerokością spojrzenia pozwala uznać tę książkę za dzieło znacznie bardziej ambitne, prowokujące do przemyśleń natury ogólnej.
Zresztą takie jest podstawowe zadanie zarówno literackiej utopii jak i antyutopii: skłonić do przemyślenia a nie do wcielania w życie za wszelką cenę.
Niezłym przykładem tego spojrzenia u Koreckiego jest wątek miłosny a raczej seksualny, poprowadzony w wielu wariantach i odmianach: od uczucia, które w więzieniu dla nieletnich połączylo Swietkę i Zojkę, poprzez związek Aleksa i Swietki trwający na dziwacznych zasadach, dopuszczających użyczanie dziewczyny kolegom; małżeństwa wielu bohaterów trzeciego planu nakreślone w wyrazistym streszczeniu,  gangsterskie kochanki i miłostki, przelotne, chamskie i brutalne stosunki seksualne dla rozrywki (z braku czegoś innego pasującego do wódki) aż po narastającą fascynację Lisa Dzieciną z nieoczekiwanym finałem...
Świat relacji między mężczyznami i kobietami właściwie nie ma nadrzędnych zasad: rządzi nim zachcianka, przypadek i kasa. Zobowiązania i wspólne plany tracą ważność, jeśli w domu brakuje łóżka. Uczucia nie wystarczą, by dla siebie ryzykować. Kobiety służą mężczyznom jako seksualne zabawki i niewolnice, bo po prostu są słabsze. Można je pożyczać kolegom, używać dowolnie, sprzedać, kupić. Można zabijać, jeśli ma się trochę więcej kasy. Jak im się nie podoba - mogą próbować ucieczki, z tym, że nie mają dokąd uciekać. Wszędzie jest tak samo. Silni niewolą i zabijają słabych, jeśli mają taką ochotę. Takie są zasady, na które co i rusz ktoś w powieści się powołuje.
Strefa erotyki w życiu człowieka zajmuje miejsce szczególnie intymne i chronione. Sprzedawanie jej w większości kultur ludzie uznają za godne szczególnej pogardy. W społeczności Tichodońska wziętej na warsztat przez Koreckiego handlowanie intymnością jest tak zwyczajne i powszechne, że ludziom nie od razu przychodzi do głowy inna możliwość a skoro nawet to jest powszechnym przedmiotem handlu, to znaczy, że tam wszystko można kupić i sprzedać, do tego za byle jakie pieniądze.
Autor poświęca znacznie więcej miejsca pokazywaniu tej kapitalizacji wszystkiego niż akcji kryminalnej, stanowiącej raczej pretekst do śledzenia ludzkich losów.
Mam wrażenie, że "Antykiler 2" opowiada raczej o społeczeństwie niż o bandytach i uganiających się za nimi przedstawicielami władzy.
W powieści bardzo dużo zajmuje obraz życia bandytów, ich rytuały, prawa, system awansu we własnej społeczności, metody zarabiania... Bandycki świat Tichodońska trzyma się stabilnie i pewnie a nawet zaczyna pochłaniać ten legalny: bandyci przechodzą do władz, przejmują banki, czasami wydają rozkazy milicjantom, ściągają haracze jawnie i systematycznie, zbierają na własny fundusz socjalny i regularnie wypłacają pensje zasłużonym, przydzielają stosowne do pozycji samochody i mieszkania oraz utrzymują dyscyplinę: młody bandzior nie może liczyć na demoralizująco łatwe pieniądze, pracuje ciężko, ofiarnie i systematycznie na awans a sukces osiąga po wielu latach wysiłku. Indywidualiści rabujący na własny rachunek bywają przywołani do porządku szybko i brutalnie.
Po drugiej stronie organizacje państwowe mają wyraźne problemy w tych wszystkich dziedzinach: milicjanci mają gdzieś obowiązki, ściga się ich za nieprzestrzeganie nieżyciowych przepisów, pensje nie dość, że małe, to wypłacane w sposób nieprzewidywalny, emerytur brak, zabezpieczenie socjalne to kpina a przełożeni wchodzą w przestępcze układy.
W tej sytuacji co i rusz jakiś milicjant zadaje sobie całkiem serio pytanie: W imię czego ścigać bandytów i psuć interesy własnym zwierzchnikom?
Właściwie książka pokazuje proces zastępowania elit władzy gangsterami i ich pracownikami, też gangsterami. Mechanizm ten narrator określa krótko: kiedy przynależność do elity zależy od pieniędzy, okazuje się, że bandyci mają ich najwięcej.
Zapewne wiele osób skwituje temat krótkim stwierdzeniem: tak jest u ruskich. ewentualnie: to komuna. Będzie to tyleż mylące co głupie.
"Antykiler" opowiada o świecie po komunie i bez niej a poza tym te same procesy pojawiają się regularnie w różnych krajach.
Przykład powieściowego Tichodońska wydaje się tak realistyczny, że czasami aż absurdalny i przesadzony, jednakże tkwi w tym pewien zamysł. Rosyjska literatura zawsze przejawiała skłonność do pokazywania uniwersalnych problemów ludzkiej egzystencji na indywidualnych przykładach osadzonych głęboko w codzienności.
Na taki przykład wręcz modelowo nadaje się społeczeństwo byłego ZSRR. Już w początku lat 30-tych Boy-Żeleński zwracał uwagę na fakt, że stworzone przez Lenina państwo jest wielkim i nowatorskim eksperymentem społecznym. Jeśli mamy wyciągnąć z niego jakąś naukę - trzeba zastanowić się, dlaczego ten eksperyment nie wypalił i co dał w efekcie.
Totalitarny ZSRR kontrolował każdą dziedzinę życia i nie dopuszczał konkurencji. W zasadzie tradycyjna rosyjska subkultura przestępcza zniosła to nieźle, gdyż z założenia jest odporna na oficjalną politykę. Poza tym ZSRR prześladował i zamieniał w więźniów cale wielkie grupy społeczeństwa, w pewnym sensie był państwem-więzieniem, w którym zawodowi kryminaliści czuli się jak w domu.
Kiedy po upływie kilku pokoleń państwo wycofało się z powszechnej kontroli - pozostawiło po sobie próżnię, której natura nie toleruje. Regulacje państwowe zastąpiła zasada: wolno wszystko za kasę.
W Tichodońsku bandyci przejęli społeczeństwo na własność. Jeszcze nie całkiem i nie do końca, ale już mało im brakuje.
Obrońcy zwykłego człowieka wycofują się, gdyż nie mogą walczyć przeciw wszystkim, bez końca i za darmo.
Utopijny komunistyczny eksperyment społeczny zastąpiono równie utopijnym eksperymentem ultrakapitalistycznym, do którego nigdzie w Europie nie dopuściły władze państw. Dlaczego? Czyżby to się nie opłacało?
Powieść Daniła Koreckiego to dużo więcej niż pasjonująca powieść przygodowa z niebanalnym światem i interesującymi bohaterami.
To poważna próba podsumowania uniwersalnych procesów zachodzących w dzisiejszym świecie, zapis doświadczeń społeczeństwa poddawanego eksperymentowi, próba zapytania: co dalej?

(POL)

środa, 8 października 2014

ANDRZEJ STASIUK "Wschód" ***



KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. CZARNE.

"No bo jak to jest? Że z czasem oddalamy się od miejsca własnych narodzin i to ma być ucieczka, zdrada, emigracja? I wszystko co robimy jest próbą powrotu? Że życie to wygnanie?Jak ten mój Bug, nad który muszę czasami powrócić, żeby choć na chwilę wymknąć się wygnaniu i przechytrzyć samotność? Jak to jest? Że im szersze zatacza...my kręgi, tym wyraźniejszy jest środek tego krążenia i tym silniejsze przyciąganie?"
Trudno odnieść się do książki Stasiuka, bo to jest arcydzieło. Pisarz opisuje swoje wyprawy na wschód, ten bliski, do Lublina i ten bardzo daleki, gdzie tylko stepy i nie ma już nic. Podróż na wschód to przede wszystkim podróż do przeszłości, do samego siebie, chociaż tam gdzie tylko step i gwiazdy, trudno powiedzieć, czym jest nasze istnienie. Kim jesteśmy? Panami świata, spadkobiercami tych co odeszli, ludźmi wypełniającymi pustą przestrzeń, czy tylko cząstkami w kosmosie? Ta powieść to przemyślenia autora, często szokujące, niezgodne z powszechnym światopoglądem, ale do bólu prawdziwe. Tej książki nie czyta się, ona przenika każdy nerw. Cudowny język, proste zdania, w których nie ma jednej niepotrzebnej zgłoski. "Wschód" to wyprawa marzeń, to obcowanie z wielką prozą. Ta książka wzbogaca, daje czytelnikowi coś niezmiernie ważnego. Nie napiszę, że polecam, ponieważ uważam, że każdy MUSI sięgnąć po tę książkę. Trzy gwiazdki, ale dałabym cały gwiazdozbiór.

(G.S.)

wtorek, 7 października 2014

Książki września portalu Książka zamiast Kwiatka

Jak co miesiąc na portalu Książka zamiast Kwiatka link czytelnicy i jurorzy wybrali książki miesiąca. Czytelnicy portalu wybrali też autora miesiąca.
Miło nam poinformować, że autorem miesiąca została Iwona Banach.


Czytelnicy naszego portalu wybrali trzy, ich zdaniem najlepsze spośród prezentowanych na portalu KzK książki :

1."Sekret czarownicy" Anna Klejzerowicz



2. "Lokator do wynajęcia"  Iwona Banach


3. "Taniec z czarownicą" Beata Kępińska



Natomiast jury doceniło:
1."Życie to podróż, to ocean" Z Julią Hartwig rozmawia Artur Cieślar


2. "Wiatr" Marcin Ciszewski


3. "Wakacje w wielkim mieście" Marcin Pałasz


Wszystkim laureatom serdecznie gratulujemy.
Zespół portalu Książka zamiast Kwiatka

poniedziałek, 6 października 2014

Osobisty ranking redaktorów KzK - wrzesień - Iwona Mejza

Moje książki września:
1. "Czerwony kapitan" Dominik Dan - bezapelacyjnie pierwsze miejsce w rankingu za wirtuozerię słowa, rewelacyjną fabułę, w której przemieszczamy się od lat dziewięćdziesiątych, aż do trzynastego wieku i Zakonu Templariuszy, i stworzenie przykuwających uwagę bohaterów.
2. "Dolina mgieł i róż" Agnieszka Krawczyk - uwielbiam róże, mam w ogrodzie 49 krzaków różnych odmian. Czytając poczułam, że chcę jeszcze więcej, najlepiej całe pole oszałamiających zapachem krzewów.
3. "Wieczna wiosna" Katarzyna Zyskowska-Ignaciak - trudny temat, ale jakże aktualny. Nowotwór, choroba i jej rokowania. Rozliczenie się z życiem i umiejętność wykorzystania dni, które jeszcze zostały. Smutne, ale uświadamiające, że powinniśmy się cieszyć z życia i nie zatruwać go wiecznymi pretensjami. Żeby zdążyć nacieszyć się wiosną.

Iwona Mejza

niedziela, 5 października 2014

Osobisty ranking redaktorów KzK - wrzesień - Grażyna Strumiłowska

Moje książki września.
1. Grzegorz Kozera - "Biały Kafka" za trudną tematykę, prosty, mistrzowski język i niesamowite pokazanie bohatera.
2. Teresa Monika Rudzka - "Zawsze będę cię kochać" za pokazanie śmierci i żałoby w inny sposób, za optymizm i wielką klasę.
3. Nike Farada - "Panna młoda" za orient, wielowątkowość i fantastyczny opis przemiany młodego intelektualisty w terrorystę.
4. Agnieszka Krawczyk "Dolina mgieł i róż" za klimat, piękno, zapachy, cudne opisy i uwolnienie od wszelkich stresów.

Grażyna Strumiłowska

sobota, 4 października 2014

Osobisty ranking redaktorów KzK - wrzesień - Piotr Olszówka

1. "Szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka", Janosch - za mądrą przypowieść o rzeczach najważniejszych
2. "Anglicy na pokładzie", Matthew Kneale - za koncepcję, temat i połączenie umiejętności pisarza z wiedzą historyka
3. "www.1939.com.pl", Marcin Ciszewski - za niebanalną wizję historii alternatywnej i znakomite wyczucie realiów
4. "1914", Jean Echenoz - za umiejętne zastosowanie minimalizmu do dużego tematu

Piotr Olszówka

piątek, 3 października 2014

Osobisty ranking redaktorów KzK - wrzesień - Anna Klejzerowicz

To mój ranking wrześniowy:
1. Yrsa Sigurdardottir "Niechciani" - za doskonały język, pomysł i intrygę.
2. Sophie Hannah "Inicjały zbrodni" - za miły powrót do klimatów Agathy Christie.
 
Anna Klejzerowicz

Nomen Omen - Marty Kisiel zabawy w kuchnię literacką

KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO UROBOROS **
Jak twierdzą znawcy magii: wypowiedzenie imienia przywołuje nosiciela, więc nie należy używać imion stworzeń, których się obawiamy. Dla przykładu: kaznodzieja pomstujący na szatana - wedle tej zasady wzywa go a rybak modlący się aby nie było sztormu - może ten sztorm przywołać. Jeśli komuś wydaje się, że to bzdura bez znaczenia, niech zwróci uwagę na misia: otóż w krajach europejskich i w okolicach, w których on występuje stosuje się rozmaite omówienia aby go nie wywołać z lasu: nasi górale mówią Ón, reszta Słowian używa rozmaitych wersji słowa "niedźwiedź" czyli "zwierzę jedzące miód" a narody germańskie rozmaitych określeń koloru burego futra takich jak "bjorn", "bear", "Bär" zamiast pochodnych pradawnego indoeuropejskiego "rktos" od którego pochodzi greckie "arktos" i łacińskie "ursus"... no ale Rzymianie i Grecy nie spotykali misiów tak często, by się nimi przejmować.

Co to ma wspólnego z książką Marty Kisiel?
Pozornie niewiele. Jeśli chwilę pomyśleć - o wiele więcej.
Dziejąca się we Wrocławiu (okresowo znanym jako Festung Breslau) opowieść niesamowito-kryminalna byłaby jeszcze jedną dobrze napisaną zabawną historią przygodową... gdyby nie wspomniana w tytule magia nazw: bohaterka główna nazywa się nomen omen Przygoda, Salomea Przygoda znana w rodzinie jako Salka a przez młodszego brata ochrzczona Komnatą Przygód... Kiedy rodzina Przygodów rzuca się w wir przygód - robi się ciekawie.
Marta Kisiel pokazała dobrą szkołę polonistycznej kreatywności szarżując ostro językiem polskim po jego smakach, bogactwie i możliwościach. Widać w tej książce ślad Tuwima i Brzechwy czytanego w dzieciństwie. Próbka? np. kwestia tytułowego nomen omen: leniwy Adaś, który na wszystkie polecenia opowiada "nie da się", jest Niedasiem. Albo język jakim mówią bohaterowie: w grze "kilują monstera", "farmią cośtam", siostry-trojaczki to siostry ksero, itd. Nie będę cytował zbyt wielu przykładów, przez szaleństwo słów trzeba się samemu przebić i posmakować osobiście, podobnie jak każdego przysmaku Szefa Kuchni. Praktycznie każda postać ma własny, bardzo indywidualny i rozpoznawalny styl. Po cytatach można rozpoznać, czy mówiła Salka czy jej matka czy Jaga Bolesna.
Nie może być inaczej - zróżnicowany język służy wyrazistym bohaterom z których każdy ma osobowość bujnie rozwiniętą i charakterystyczną.
Ta czysto rozrywkowa powieść oferuje zabawę na bardzo wielu poziomach czytania - inaczej mówiąc: wyciska z pojęcia rozrywki więcej niż na ogół oczekujemy. Można bawić się akcją ale też i językiem, relacjami rodzinnymi, bowiem psychologiczna strona fabuły zawiera dużo smakowitych obserwacji. Miłośnicy tradycji kulturowych znajdą interesującą wersję kilku ważnych mitów i niebanalną koncepcję Przeznaczenia, trochę przemyconych przemyśleń na temat historii, patriotyzmu i narodowości (casus babci Przygodowej i sióstr Bolesnych) i nieco ciekawych myśli o wiedzy, wierze i miłości rodzicielskiej.
Smakowitą przyprawą jest opracowanie graficzne tej książki. Wyrazy uznania należą się zarówno Piotrowi Cieślińskiemu  za pomysłową okładkę z drugim wymiarem widocznym pod światło jak i Katarzynie Babis za pełne wdzięku ilustracje.
A gdybym miał jakoś określić tę książkę jednym słowem, to powiedziałbym, że to bardzo dobry deser. Nie danie główne, po którym człowiek czuje się nasycony i zjeść musi aby przetrwać ale właśnie coś, co wciągamy w siebie chętnie, z łakomstwa i dla przyjemności.
Literacki deser.
Przyrządzony przez Martę nomen omen Kisiel.

(POL)

SOPHIE HANNAH „INICJAŁY ZBRODNI” *

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO LITERACKIE.

Spektakularny powrót do śledztw Herkulesa Poirot w wykonaniu znanej brytyjskiej autorki Sophie Hannah, która napisała ciąg dalszy przygód wielkiego detektywa z błogosławieństwem spadkobierców Agaty Christie. Czy eksperyment się udał? Zastanówmy się..
...
Dość późny londyński wieczór. Gdy Poirot właśnie popija kawę w ulubionej kafeterii, do środka wpada przerażona kobieta. Jej dziwne zachowanie przyciąga zainteresowanie zarówno detektywa, jak i personelu kawiarni. Kobieta przedstawia się imieniem Jennie i oznajmia, że wkrótce zostanie zamordowana, jednak jej wyjaśnienia brzmią dość mętnie. Zanim Poirotowi uda się ustalić coś więcej, dziwna kobieta ucieka.
Tego samego wieczoru w znanym londyńskim hotelu popełnione zostaje potrójne morderstwo. Ofiarami są mężczyzna oraz dwie kobiety. Żadna z nich nie jest jednak tajemniczą Jennie.
Okazuje się wkrótce, że ofiary wiele łączy: pochodziły z tej samej miejscowości, były ze sobą zaprzyjaźnione, wiąże je też wspólna przeszłość. A w ustach wszystkich nieboszczyków ktoś umieścił spinkę od mankietów z wygrawerowanymi – w każdym przypadku identycznymi - inicjałami. Inicjałami Zbrodni.
Oficjalnie śledztwo prowadzi młody detektyw ze Scotland Yardu, zarazem przyjaciel Poirota. Nic więc dziwnego, że chętnie korzysta z pomocy słynnego „kolegi po fachu”. I dobrze robi, bo sprawa okazuje się o wiele bardziej zagadkowa i zawikłana, niż mogłoby się z początku wydawać…
Powiedziałabym, że aż za bardzo zawikłana. Nie wszystkie detale są równie przekonujące, szczególnie pod względem psychologicznym, co u samej Agaty Christie stanowiło żelazny punkt programu – pod tym względem była ona absolutną mistrzynią. Motywy oraz mechanizmy ludzkich zachowań znała i rozumiała jak mało kto.
Podobnie ze szczegółami śledztwa. Chwilami odnosiłam wrażenie, że autorka starała się na siłę zagmatwać swoją historię, a w rezultacie wyszyło jej to – przynajmniej miejscami – nieco sztucznie. Nie ma tego, co za każdym razem uderza w pierwowzorze: tej precyzji i konsekwencji jak w zegarku, gdy czytelnik dochodzi do wyjaśnienia zagadki i uderza się dłonią w czoło, myśląc sobie, jak też mógł sam na to nie wpaść, przecież to w sumie takie proste… I tej prostoty tutaj, niestety, zabrakło. Owszem, Sophie Hannah również starała się, by jej książka przypominała krzyżówkę – znajdziemy nawet takie aluzje w tekście – jednak… zbyt mętnie sformułowała do niej hasła.
Lecz nie czepiajmy się za bardzo. Powieść jest udana. Naprawdę z przyjemnością powróciłam do klimatów kultowego cyklu. I tak właśnie potraktujmy tę książkę: jako swobodne nawiązanie do oryginału, do legendy Herkulesa Poirot – a nie jako próbę niewolniczego naśladownictwa czy kontynuacji słynnej serii. Sophie Hannah jest dobrą pisarką, nigdy jednak nie będzie Agathą Christie. Jak zresztą nikt inny. Zapewne nie ma nawet takich ambicji. Bo Królowa jest przecież tylko jedna – i nie przypadkiem została koronowana.

(Anna Klejzerowicz)

czwartek, 2 października 2014

Elf i dom strachów - Marcin Pałasz *

Książka przekazana przez Wydawnictwo Skrzat

Elf i jego ludzie muszą zmierzyć się z nawiedzonym domem. Wyposażeni w nowoczesny sprzęt odkrywają, że oprócz duchów jest coś jeszcze, z czym nie radzą sobie przyrządy pomiarowe...
Marcin Pałasz, jak już wspominałem przy okazji jego innej książki, zachował sporo dziecięcej spontaniczności, ale potrafi z niej korzystać dla celów całkiem dorosłych. Nie jestem wprawdzie specjalnie przekonany do takich relacji między ojcem a synem jak w tej ksiązce, ale z drugiej strony - to czasami działa a do tego jest marzeniem większości dorastających chłopaków. Dialogi Dużego i Młodego są całkiem, całkiem a wstawki z Elfowego punktu widzenia są urocze. Do tego nieźle poprowadzona akcja z nieoczekiwanymi zwrotami zapewnia dobrą zabawę. W sumie dostajemy kawałek sympatycznej, dobrze napisanej przygody z bohaterami, których łatwo polubić.
Chociaż historia o Elfie celuje raczej w gust ludzi bardzo młodych, to jednak i ich rodzice przeczytają ją z przyjemnością. Sprawdziłem to na grupie testowej w wieku 30-75 lat.

(POL)

Osobisty ranking redaktorów KzK - wrzesień - Małgorzata Kursa

Moje książki września:
1. "Celebryci z tamtych lat" Aleksandra Szarłat - za cudowny powrót do krainy mojej młodości
2. "Panna młoda" Nike Farida - za różnorodnych, zapadających w pamięć bohaterów i możliwość poznania kultury arabskiej
3. "Wieczna wiosna" Katarzyna Zyskowska-Ignaciak - za przypomnienie, że zawsze mamy jakiś wybór.

Małgorzata Kursa

środa, 1 października 2014

Tracy Chevalier „Dziewczyna z perłą” *

Przełożył Krzysztof Puławski
Książka przekazana przez Wydawnictwo Albatros


Scarlett Johansson w roli Griet urzekła mnie skromnością, wdziękiem i niewinnością młodości. Jak zaczarowana oglądałam film obiecując sobie, że kiedyś sięgnę po książkę. I oto mogłam przeczytać Dziewczynę z perłą”. Sięgnęłam po nią z ciekawością, ale i obawą, by wspomnienie filmu nie przyćmiło fabuły książki.
Po kilkunastu stronach razem z Griet wprowadzałam się do domu Johannesa Vermeera. Narracja w pierwszej osobie sprawiła, że czułam się tak jakby Griet w zaufaniu opowiadała mi swoją historię.
Pochodząca z protestanckiej rodziny córka kaflarza szybko musiała wydorośleć. Wprawdzie przyzwyczajona była do pomagania w domowych pracach, ale gdy ojciec – malarz kafli z Delft stracił wzrok, musiała zacząć zarabiać na utrzymanie dla całej rodziny. Przeprowadziła się do Zaułka Papistów i została służącą w domu wybitnego choć niezbyt płodnego malarza Johannesa Vermeera. Prała, sprzątała, robiła zakupy, opiekowała się dziećmi. Do jej najważniejszych zadań należało sprzątanie pracowni mistrza. Inteligentna dziewczyna przyglądała się jak powstają obrazy, a na specjalne polecenie pana domu z ingrediencji sprowadzanych przez znanego aptekarza sporządzała barwniki przeznaczone do malowania. Ucierała, mieszała, uczyła się i pozostawała pod niesłabnącym urokiem Vermeera, który dość egoistycznie korzystał z jej pomocy nie zważając na niezadowolenie żony.
Malował jak chciał, w zbyt wolnym tempie by zarobić na utrzymanie całej rodziny, w kwestiach finansowych zdając się na teściową Marię Thins.
Dziewczyna z perłą znana także jako Mona Lisa Północy należy do najbardziej znanych dzieł mistrza. Od 1903 roku możemy ją oglądać w Muzeum Mauritshuis i spoglądając jej głęboko w oczy zastanawiać się ile jest prawdy w historii napisanej przez Tracy Chevalier.
Plastyczny język opowieści, spokojna akcja skupiona na codzienności siedemnastowiecznych Delft i młoda dziewczyna, której daleko do przeciętnej służącej.
To książka, którą warto przeczytać.
Polecam serdecznie

Iwona Mejza


Portret Dziewczyny z perłą pochodzi ze strony Wikipedia.

wtorek, 30 września 2014

Franek i czarownica.


 Noc o dziwo przeszła spokojnie, oczywiście nie licząc pozwalanych rzeczy i zlikwidowanej starej, ale ślicznej nocnej lampki. Ponieważ jestem obłożona pilnymi lekturami, postanowiłam poczytać w ciągu dnia. Wszystko zrobione, cisza. Wzięłam książkę i wtedy usłyszałam łomot w kuwecie, a potem pojawił się zadowolony Franek. Z niechęcią odłożyłam książkę.
- Franiu, czy ty zawsze musisz korzystać z kuwety wtedy, gdy ja biorę książkę do ręki.
- Ja już tak mam - spojrzał na mnie z łobuzerskim błyskiem w oczach.
- Co czytasz?
- "Sekret czarownicy" Ani Klejzerowicz.
- To czytaj głośno. Jestem ciekawy co ta wredna ciotka napisała.
- Dlaczego wredna?. Ona bardzo kocha zwierzaki, a szczególnie koty.
- Ja słucham jak wy gadacie przez telefon, udaję, że śpię, ale wszystko słyszę. Ona mówi, że ja nie jestem kotkiem, tylko jakimś dziwadłem.
- Franiu, to nie tak, ty jesteś troszkę inny.
- Czemu?
- Bo jesteś bardzo duży, nie rosną ci pazurki i nie bawisz się zabawkami, tylko demolujesz i rozbierasz mieszkanie.
- Bo ja jestem bardzo mądry. Czytaj, bo rozbiorę ci różaną komódkę.
Nie miałam wyboru. To moja ukochana komódka, ostatnia, której Franek jeszcze, choćby częściowo nie zdemontował.
Franek ułożył się wygodnie, wyciągnął się i wsłuchał.
- A ta Małgosia to była takim lekarzem od zwierząt jak Marta i Paula?
- Tak, jak twoje ukochane lekarki.
- Dawno u nich nie byłem, a ja lubię gabinet, tam jest tyle fajnych rzeczy.
- Ciesz się, jesteś zdrowy.
Franek na chwilę zamyślił się, a potem dalej słuchał.
- O rycerz jest, tylko umarły. I dziewczyna, czarownica. Wszystkie baby to czarownice.
- Franiu, nie lubisz kobiet?
- Lubię, ale one potrafią robić takie czarodziejskie rzeczy. Na przykład gotują i są takie fajne zapachy. Albo coś takiego robią, że w domku jest porządek.A ciocia Ania gotuje?
- Oczywiście, ale rzadko. Ona nie lubi.
- To nie jest czarownicą.
- Jest. Jak każda kobieta. Zobacz, zaczarowuje świat.
- Gdzie?
- W tej książce. Pisze tyle pięknych rzeczy. O wolności, miłości, o zwierzątkach, legendach, skarbie.
Franek położył się na brzuszku i podłożył sobie pod łebek łapkę.
- No w książce tak. Legenda mi się podoba i ten skarb. Fajne. Chyba wszystko mi się podoba, to taka czarodziejska książka, ale ciotka i tak ma u mnie przechlapane - dodał, udając się do dokładnego oglądania komódki.

poniedziałek, 29 września 2014

Wakacje w wielkim mieście - Marcin Pałasz pokazuje jak nie wyjechać i nie zwariować

 Książka dostarczona przez Wydawnictwo Bis *

Jako autor od lat współpracujący ze "Świerszczykiem" wciąż spotykam się z problemem wakacji, a dokładniej:  z problemem dzieciaków, które na wakacje nie wyjadą. Dla nas, starych koni, to drobiazg. Urlop nie dziś to jutro a zawsze może zdarzyć się tak, że stracimy pracę i wakacje będą najmniejszym problemem. Ale dzieci mają wakacje w ściśle określonych porach i źle spędzone wakacje dużo dla nich znaczą. Co roku pisze jakieś historie na ten temat i wiem, jakie to wyzwanie dla autora.
Marcin Pałasz podjął je i zrealizował bardzo sympatyczną opowieść o wakacjach zapowiadających się zdecydowanie źle. Bartek czyli Bąbel (na pamiątkę mydła zjedzonego w bardzo wczesnej młodości) spędza wakacje na osiedlu, gdzie maszyny budowlane już od rana zaczynają koncert i wykopki, budząc wszystkich słodkim głosem młota pneumatycznego (kto przy nim nie zdołał zasnąć, ten nie potrafi spać), za uszami gdacze mu szalona kura,  Mama nie wytrzymuje nerwowo i wyjeżdża do Kudowy (do babci) zostawiając go wraz z tatą a znajomość z ładną Kają zaczyna się od serii upadków. Inaczej mówiąc, Pałasz postępuje według klasycznej recepty Alfreda Hitchcocka: na początku następuje katastrofa a potem tempo wzrasta. W połączeniu z dziecięcą spontaniczną wyobraźnią autora daje nam to książkę zabawną, ciekawą i pełną sympatycznych bohaterów. A całości dopełniają naprawdę udane rysunki  Katarzyny Sadowskiej.

(POL)

niedziela, 28 września 2014

www.1939.com.pl - Marcin Ciszewski i sztuka historii alternatywnej


Książka dostarczona przez Wydawnictwo War Book **

Prawie każdy, kto w dzieciństwie naoglądał się filmów wojennych, przynajmniej raz pomyślał sobie : jakbyśmy tak pod Beresteczkiem mieli czołgi... jakbyśmy tak na Westreplatte mieli ciężkie działa... jakbyśmy tak w 1939 mieli PT-91... Kiedy człowiek jest bardzo niedojrzały - myśli sobie: ale byśmy im pokazali! Odwrócilibyśmy historię! Osoby bardziej dojrzałe traktują takie pomysły jako swoisty sprawdzian wiedzy o historii, taktyce, zastosowaniach sprzętu, związkach między tym wszystkim a wydarzeniami historycznymi.
Marcin Ciszewski poszedł dalej. Przeprowadził starannie przemyślany eksperyment z rzeczywistością alternatywną: do dnia 1 września 1939 przeniósł eksperymentalny batalion uzbrojony w czołgi, helikoptery Mi-24, samobieżna działa przeciwlotnicze ZSU23x4 Biała, wyrzutnie artyleryjskie BM-21 Grad itd wraz z zapleczem - oficjalnym celem formowania takiej jednostki były samodzielne długotrwałe operacje w Afganistanie ale ktoś coś zmienił jak to bywa w powieści fantastycznej i... otrzymaliśmy interesującą, skomplikowaną, wielopoziomową grę z wyobraźnią i wiedzą historyczną. Współczesna jednostka o dużej sile ognia może wiele zrobić na polu walki z 1939 roku. A na ile odwróci historię? Nie chcę streszczać, to trzeba ocenić samodzielnie. 

Do pomysłu takiej fabuły byłem nastawiony sceptycznie - jednak nie mogę nic zarzucić realizacji czy wiedzy autora. Wydarzenia (za wyjątkiem niezbędnego fantastycznego narzędzia, które umieściło bohaterów w miejscu akcji) są poprowadzone logicznie, w oparciu  o rzetelną wiedzę. Ta wiedza nie prowadzi nas do wniosków hurraoptymistycznych... raczej poddaje temat do analizowania i rozmyślań.
Ale cała ta inteligentna historiozoficzna warstwa tkwi w żywej i gwałtownie toczącej się powieści akcji, gdzie jest wszystko, czego można życzyć sobie od dobrze napisanej powieści przygodowej: walka, realistycznie ukazane wydarzenia i męskie zabawki w nich używane, bohaterowie zróżnicowani i budzący sympatię, niełatwa miłość do kobiety, zdrada i kłopotliwy honor komplikujący życie.
Jedno, co mam do zarzucenia Ciszewskiemu, to fakt, że pułkownik Karski mówi z rosyjska jakby karierę wojskową robił w latach pięćdziesiątych XX wieku a nie pół stulecia później. Podobni do niego oportuniści zazwyczaj naśladują język nadchodzącej władzy a nie tej tracącej wpływy. Taki drobiazg a bardzo psuł początek powieści.
Polecam "www.1939.com.pl" jako przekonany były sceptyk - warto czytać, myśleć i wdawać się w polemikę z autorem. To jedna z tych książek, które skutecznie uczą ważnych rzeczy, w tym historii najnowszej.

(POL)

sobota, 27 września 2014

LIST Z POWSTANIA - Anna Klejzerowicz stara przypowieść w historii najnowszej


WYDAWNICTWO FILIA

"List z powstania" Anny Klejzerowicz to czwarta jej książka, jaką przeczytałem... i podobnie jak poprzednie - bardzo interesująca.
Dość kłopotliwa do zakwalifikowania, bo chociaż cała akcja kręci się wokół prób wyjaśnienia tajemnicy z czasów wojny, to jednak nie jest to kryminał: czytelnik nie ma najmniejszej szansy rozwiązania zagadki a wyjaśnienie jej nie jest właściwie przedmiotem opowieści.
Akcja rozpoczyna się zbrodnią popełnioną pod koniec Powstania Warszawskiego... a próby ustalenia co się stało, stają się pretekstem do wielowątkowej opowieści o ludzkich losach na przestrzeni kilkudziesięciu lat.
Kiedy zastanawiam się nad odczytywaniem „Listu z powstania”, to niezmiennie nachodzi mnie chęć wyciągania uniwersalnych wniosków – ta książka ma wiele wymiarów i w każdym z nich mamy o czym myśleć. Powiedziałbym, że „List z powstania” krąży wokół Przeszłości skrywającej Tajemnicę, przy czym pojęcia te należy napisać właśnie dużą literą, bo jedno i drugie ma tu wymiar monumentalny. Tajemnica kształtuje każdy aspekt życia rodziny a Przeszłość to jedno z wielkich wydarzeń w naszej historii.
Co ciekawe - samo istnienie Tajemnicy zatruwa relacje między bliskimi sobie ludźmi, zmusza do ustosunkowania się w ciemno - żona może kochać męża ale nie wybaczy mu braku obsesji na tle jej poszukiwań, normalny bunt dorastającej nastolatki przybiera postać buntu przeciw Tajemnicy i rani o wiele bardziej...
Przeszłość jednych ludzi łączy a drugich dzieli - ale klucz tkwi w ich osobistych decyzjach: na ile potrafią podzielić się uczuciami, tajemnicami, złem, które im ciąży.
W pewnym sensie Anna Klejzerowicz opowiada w nowy sposób starą baśń o wykuwaniu swojego losu, o starciu ludzi ze sprawami, które ich przerastają. Także o tym, co znamy i z "Makbeta" i z "Balladyny": zło pociąga za sobą konieczność brnięcia dalej aż do momentu, gdy nie da się już niczego naprawić.  

Można bez końca zastanawiać się nad wpływem Tajemnicy na relacje w obarczonej nią rodzinie. Można myśleć o roli powstania warszawskiego w życiu następnych pokoleń... roli niszczącej – nie oszukujmy się, ta sprawa z upływem czasu coraz mocniej dzieli Polaków. Nie staje się spoiwem łączącym ludzi wobec wspólnej tragicznej przeszłości, tylko ogniskiem zapalnym i narzędziem do narodowego skłócenia
Dlaczego? Na to pytanie autorka nie daje odpowiedzi wprost... ale z drugiej strony pewną odpowiedź mamy w zakończeniu tej opowieści: nie wystarczy wyjaśnienie Tajemnicy, ono przynosi tylko ból i świadomość krzywdy. Aby cokolwiek uratować potrzebna jest jeszcze próba zadośćuczynienia, przynajmniej częściowo udana. Krzywdę można naprawić tylko czymś dobrym, ale to dobro trzeba też chcieć przyjąć, inaczej wciąż będą się rodzić kolejne krzywdy po obu stronach. Ile sensu ma mnożenie krzywd i przeżywanie ich od nowa? Czy można się uwolnić od nich bez rozrachunku? Co zrobić, żeby rachunek chociaż trochę wyrównać?
"List z powstania" jest w pewnym sensie bardzo tradycyjną przypowieścią, ocierającą się o schemat baśni z morałem. Bohaterowie stoją po jasno określonych stronach. Zło ukrywa się za spiskami i dziwnymi wydarzeniami jak diabeł w średniowiecznym kazaniu. Wbrew pozorom w tym wypadku to nie wada ale ogromna siła: pozwala popatrzeć na naszą najnowszą historię z perspektywy ponadczasowej. Czy z tej perspektywy zobaczymy coś więcej niż szczegóły bolesnych wydarzeń? To już zależy od tego, co zechcemy zrobić z wyjaśnioną Tajemnicą...

(POL)

piątek, 26 września 2014

KATARZYNA PUZYŃSKA „WIĘCEJ CZERWIENI” *

 KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO PRÓSZYŃSKI I S-KA. 

W kolejnej książce Katarzyny Puzyńskiej powracamy do Lipowa – jak do domu. Tak to właśnie odczuwam, choć i tym razem w tej sielskiej, przemiłej miejscowości dochodzi do serii brutalnych morderstw, a lokalna policja znów ma pełne ręce roboty. Wszystko zaczyna się od zabójstwa młodej kobiety, pracownicy miejscowego ośrodka wczasowego. Jej okaleczone zwłoki znalezione zostają przy leśnej drodze. Gdy okazuje się, że w podobny sposób ginie druga dziewczyna, policjanci zaczynają się zastanawiać, czy przypadkiem nie mają do czynienia z seryjnym zabójcą…
Czy ofiar będzie więcej? Co je łączy? Czy morderca zabijał już wcześniej? I jakie sekrety skrywają mieszkańcy okolicznych wiosek?
Odpowiedzi na te pytania poszukajmy w książce, towarzysząc kontrowersyjnej komisarz Klementynie Kopp oraz młodszemu aspirantowi Danielowi Podgórskiemu – a także ich kolegom – w kolejnym trudnym śledztwie.
Podobnie jak w pierwszej powieści lipowskiego cyklu – debiutanckim „Motylku” – znajdziemy tu, obok wątku kryminalnego, całą barwną panoramę społeczną wsi Lipowo oraz sąsiednich miejscowości, bogactwo wątków obyczajowych, a także przekonujące portrety mieszkańców, opisanych z psychologicznym zacięciem. Nic w tym dziwnego, autorka jest przecież z zawodu psychologiem. Widać, że zna się na rzeczy. Solidna, rzetelna, uczciwa powieść z klimatem. A więc uzbrajam się w cierpliwość i od dziś zaczynam czekać na trzecią książkę z Lipowem w tle. Zdążyłam się już przywiązać zarówno do tej miejscowości, jak i do jej mieszkańców.
Jeszcze odrobina prywaty:
Ze wzruszeniem przeczytałam zamieszczone na końcu imienne podziękowania dla mnie i calego zespołu redakcyjnego KzK. Być może w tej sytuacji nie powinniśmy w ogóle tej książki recenzować, by ktoś nie posądził nas o brak obiektywizmu. Ale czy to naprawdę jest możliwe? Otóż: nie jest. Bo nasz portal zawsze promuje i dalej będzie promował dobrą polską literaturę. Zatem z książki Katarzyny Puzyńskiej ani myślimy zrezygnować. Mogę tylko zapewnić Czytelników, że podziękowania odkryłam dopiero po lekturze – gdy całą recenzję praktycznie miałam już „w głowie”. Były dla nas najsympatyczniejszą niespodzianką.
A ze swej strony serdecznie dziękujemy Autorce. Za to, że pisze.

(Anna Klejzerowicz)

czwartek, 25 września 2014

MAREK KRAJEWSKI „WŁADCA LICZB” ***

 KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO ZNAK.

Akcja książki rozgrywa się dwutorowo: obecnie oraz kilkadziesiąt lat wcześniej. Profesor filozofii Wacław Remus, syn (późny syn) Edwarda Popielskiego - którego miłośnikom kryminałów Marka Krajewskiego przedstawiać chyba nie trzeba – kontynuuje dawne niedokończone śledztwo swego ojca, pozostawione mu w pamiętniku niczym w spadku. Emerytowany lwowski policjant, po wojnie osiadły we Wrocławiu, oficjalnie pracując dla biura adwokackiego, tak naprawdę zajmuje się prowadzeniem detektywistycznych śledztw. Mamy lata pięćdziesiąte i serię tajemniczych samobójstw, których powody są z pozoru zupełnie niewytłumaczalne. Popielski odkrywa związek tych dziwnych zgonów z pracą badawczą pewnego szalonego matematyka. Według jego teorii stoi za nimi żądający ofiar bożek, demon – a może jest nim sam szatan? – Belmispar, czyli Władca Liczb…
Czy są to tylko majaki chorego psychicznie człowieka, czy też kryje się tu coś więcej? By wyjaśnić prawdę, potrzebna jest biegła znajomość matematyki, otwarty umysł i determinacja, zmuszająca detektywa do walki z prawdziwym wcieleniem zła – w każdej postaci. Wszystkie te cechy posiada doświadczony, siedemdziesięcioletni już Edward Popielski. Czy jednak uda mu się zatrzymać zło?
Jak zwykle u Marka Krajewskiego znajdziemy w tej książce niezawodnie zawiłą i doskonale skonstruowaną łamigłówkę, bogaty język, trafny obraz opisywanej epoki, a także rozmaitych środowisk w jej ramach. Świetnie przedstawione ludzkie charaktery, erudycja, wiedza, znajomość tematu. Osobiście – ja, matematyczna „noga” – zrozumiałam w trakcie lektury, że matematyka to nie tylko „rachunki”, ale także, a może raczej przede wszystkim, arcyciekawa nauka z duszą. Nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja: kryminałów pisze się w Polsce ostatnio mnóstwo. Często autorzy, podążając tropem światowej mody, usiłują uczynić z nich rodzaj literatury brudnej, brzydkiej, szarej, zdeformowanej. Tymczasem tutaj tak nie jest. Jak autor to robi, że – bynajmniej nie oszczędzając czytelnika – tworzy zarazem literaturę mocną, miejscami brutalną, lecz i piękną? Że nawet morderstwa czy drastyczne sceny, choćby nie wiem jak wymyślne, pozostają w pewnym sensie umowne, symboliczne, są czymś w rodzaju znaku, intelektualnej gry? Tylko najwięksi klasycy kryminału to potrafili. Krajewski potrafi.
Serdecznie, z naciskiem polecam. Do samego końca pozostaniecie w niepokoju i niepewności, ale warto, bo zakończenie Wami wstrząśnie, jak i mną wstrząsnęło. Trzy gwiazdki należą się bez zmrużenia powiek.

(Anna Klejzerowicz)

środa, 24 września 2014

STEFAN BANACH Niezwykłe życie i genialna matematyka *



Materiały biograficzne pod redakcją Emilii Jakimowicz i Adama Miranowicza

Książka przekazana przez Wydawnictwo Impuls


Zanim sięgnęłam po tę książkę nawet ja, matematyczny laik, znałam postać profesora Stefana Banacha. Utkwiło mi w pamięci stwierdzenie z lat szkolnych, iż jest on najsłynniejszym matematykiem polskim. Dzięki tej książce dowiedziałam się dużo, dużo więcej.
Stefan Banach urodził się w Krakowie, jego ojcem był Stefan Greczek a matką Katarzyna Banach. Stefan, jako nieślubne dziecko został oddany na wychowanie do właścicielki pralni Franciszki Płowej, a ojciec w części łożył na jego wychowanie. W latach późniejszych Stefan Banach miał okazję poznać swego ojca i przyrodnie rodzeństwo, natomiast po matce ślad zaginął. Opiekunka małego Stefana dołożyła wszelkich starań by mógł się kształcić, a dzieckiem był niepospolicie zdolnym. Dzięki sąsiedztwu Juliusza Miena, krakowskiego fotografa specjalizującego się w portretach dzieci Stefan szybko nauczył się mówić po francusku. Z tych lat pochodzi też bogata kolekcja zdjęć małego Stefana.
Hugo Steinhaus
Matematykiem był znakomitym i rozmiłowanym w tej dyscyplinie. Godzinami potrafił prowadzić dysputy z kolegami, zwłaszcza w czasie spacerów Plantami. Rok 1916 był przełomowy. Jedną z takich dysput usłyszał profesor Hugo Steinhaus, wyrazy „całka Lebesque’a” zainteresowały go niezmiernie. W ten sposób wybitny naukowiec poznał Banacha i jego kolegów Otto Nikodyma i Witolda Wilkosza.
A potem wszystko potoczyło się tak szybko…







W 1919 roku rozpoczęło działalność
Polskie Towarzystwo Matematyczne, Banach publikował i cały czas prowadził prace badawcze. Przeniósł się do Lwowa, gdzie rozkwitała Lwowska Szkoła Matematyczna.
Lubił życie towarzyskie, wiele czasu spędzał w Kawiarni Szkockiej usytuowanej w pobliżu Wydziału Matematyki przy ulicy Fredry, dyskutując z kolegami naukowcami nad problemami matematycznymi i pisząc wywody matematyczne na marmurowych blatach stolików.
W końcu żona Banacha Łucja zakupiła brulion w twardej oprawie i oddała do dyspozycji dyskutantów. W ten sposób powstała Księga Szkocka, do której matematycy odwiedzający kawiarnię wpisywali matematyczne problemy. Ciekawostką jest, że za rozwiązanie poszczególnych problemów przewidziane były nagrody, od butelki brandy do żywej gęsi.

Życie genialnego matematyka, twórcy analizy funkcjonalnej poznajemy czytając wspomnienia jego współpracowników, uczniów i rodziny. Serdeczne, pełne ciepła i tęsknoty nie tylko za człowiekiem wybitnego umysłu, który odszedł zbyt szybko, ale także za ojcem, wujem i synem. Pełne drobiazgów, scen, które pozostały w pamięci jak krzesło, na którym siadał, jedyna pamiątka po jego obecności.
Stefan Banach w czasie okupacji był zatrudniony w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym Weigla jako karmiciel wszy. Zawsze z papierosem w ustach, zmarł 31 sierpnia 1945 roku we Lwowie i został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim w grobowcu rodziny Riedlów.
Pięknie wydana biografia zawiera mnóstwo unikalnych zdjęć Stefana Banacha, jego rodziny i przyjaciół. Warto na parę godzin zagłębić się w świat, w którym ludzie nie zważając na brak środków żyli nauką i dla nauki.
Serdecznie polecam.

Iwona Mejza


Zdjęcia pochodzą ze strony Wikipedia

wtorek, 23 września 2014

Karol Zbyszewski i felietony...


KSIĄŻKA DOSTARCZONA PRZEZ WYDAWNICTWO LTW **

Do zbioru felietonów Karola Zbyszewskiego podchodziłem z mieszanką ciekawości i niepewności, bo nie czytałem wcześniej niczego spod jego pióra. Nie wszyscy emigracyjni publicyści byli asami w swoim fachu ale z drugiej strony... nawet gdyby któryś pisał kiepsko - jako historyk literatury czytam stare teksty nie tylko dla przyjemności ale też dla zrozumienia epoki czy poznania ludzi, którzy nadawali jej ton.
Z przyjemnością stwierdzam, że Zbyszewski pisał znakomicie. Jego felietony to próbka świetnego języka, erudycji i pisarskiej pasji. Każdy z nich zmusza do bardzo emocjonalnego przeżywania tematu... i wciąga. Tak pisał Jasienica i inni wielcy popularyzatorzy naszej historii. A chociaż nowsze badania historyczne na ogół wywracają opinie dawnych mistrzów popularyzacji, to jednak korzyści z ich czytania są ogromne: czego innego uczy się człowiek buntując przeciw Mistrzowi a czego innego buntując przeciw pani Kowalskiej z magla.

Felietony historyczne Zbyszewskiego mają dokładnie te same zalety: można się przeciw niemu buntować, można się z jego ocenami nie zgadzać, można polemizować - ale gdy wygramy polemikę, wiemy, że wygraliśmy ją z KIMŚ: erudytą, pasjonatem  o szerokich horyzontach. Kiedy taki człowiek się myli - zyskujemy dużo analizując jego błędy.
Zresztą nie tylko felietony historyczne Zbyszewskiego czytałem z niekłamaną przyjemnością. Należał on do pokolenia pisarzy, którzy pamiętali, że dobrze jest podstawiać rodakom pod nos lusterko a nie ofertę handlową. Bywa gorzki do przełknięcia ale w pewien specyficzny sposób: ta gorycz na dłuższą metę uzdrawia.
W zbiorku wydanym przez LTW znalazły się też teksty poświęcone wielkiemu sportowemu wydarzeniu z przed lat... momentowi, gdy Polska osiągnęła piłkarskie szczyty, zanim spadła do dzisiejszego poziomu.
Nie jestem miłośnikiem piłki kopanej, chociaż trochę znam jej historię - jednak opowieść o słynnym mundialu Orłów Górskiego czytałem z wielką przyjemnością. Zbyszewski pisał na bieżąco i dla ludzi współczesnych sobie, nie mniej dzięki niemu również potomni mogą przekonać się, jak to było, kiedy polskim piłkarzom jeszcze chciało się grać.
W sumie - polecam tę książkę wszystkim, którzy chcą przekonać się, jak wygląda świetny felieton.

POL