Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2017

MAŁGORZATA ROGALA „WAŻKA” **



 MAŁGORZATA ROGALA „WAŻKA” **
KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO CZWARTA STRONA
W reakcyjnej łazience zostają znalezione zwłoki zamordowanego redaktora. To niby tylko lokalna gazetka internetowa, za to sam dziennikarz (nie)sławny, znany z chamstwa, buty, agresji wobec ludzi, o których pisał „parszywki”, z upodobaniem ich niszcząc. Komu się tym razem naraził do tego stopnia, że skończył utopiony w wannie? Dochodzenie prowadzi komisarz Sławek Tomczyk wraz ze swoim zespołem. Gdy wkrótce zginie kolejna osoba powiązana ze sprawą, rzecz się skomplikuje. Tymczasem starszej aspirant Agacie Górskiej – choć jest na zwolnieniu lekarskim – nie daje spokoju tajemnicza śmierć Leny, luksusowej prostytutki, a także projektantki biżuterii. Jedynym tropem w tej zagadce jest broszka w kształcie ważki…
Co łączy wszystkie te morderstwa? Poszkodowane przez wyrachowanego redaktora osoby? Broszka albo inne jubilerskie cacka? Czy może książka opublikowana przez dziennikarza, opisująca pewien ponury romans? Czy Górska i Tomczyk, sami uwikłani w romans, zdołają to wszystko wyjaśnić, zapobiegając kolejnym zbrodniom?
Powieść Małgorzaty Rogali to uczciwy, klasyczny kryminał z drobiazgowo przedstawionym policyjnym śledztwem oraz obszernymi wątkami obyczajowymi i romansowymi w tle. Nie zaskakuje sensacją, nie epatuje okrucieństwem, nie stara się niczym zaszokować. Przypomina mi dobrą starą szkołę powieści tzw. „milicyjnej”: realistyczna – wręcz rodzajowa – nieco sentymentalna (ale w tym pozytywnym znaczeniu), spokojna, sumienna i przekonująca. Psychologicznie wiarygodna. Umiarkowana ilość łagodnych scenek erotycznych, sympatycznie zobrazowana postać kota, przygarniętego przez główną bohaterkę. Kot jest rasowy, syberyjski, jednak porzucony. I pokazany z sercem, w przeciwieństwie do żerującego na ludzkich uczuciach weterynarza. Dobrze sportretowane środowisko współczesnego kiepskiego dziennikarstwa, takiego, w którym gnojenie ludzi jest cnotą. Za ten wątek daję gwiazdkę, drugą za kota.
Polecam, idealny kryminał na zakończenie dnia z lekturą w wygodnym fotelu. Do poduszki też może być.

(Anna Klejzerowicz)

czwartek, 16 lutego 2017

ANNA KLEJZEROWICZ "Królowa śniegu" ***



 ANNA KLEJZEROWICZ "Królowa śniegu" ***
KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ wyd. FILIA pod patronatem medialnym KzK.

Tym razem Anna Klejzerowicz ogromnie mnie zaskoczyła. Ta powieść bardzo różni się od jej poprzednich książek. W małych wsiach pod Gdańskiem, w czasie mroźnej i śnieżnej zimy zamarzają ludzie. Przed śmiercią widzą Królową śniegu, która podaje im płyn do wypicia. Nie są to tylko ich urojenia, ponieważ policja znajduje obok zwłok ślady damskich butów. Dziennikarka, Felicja Stefańska, która przyjechała do malutkiej mieściny z Gdańska, zaczyna prowadzić własne śledztwo. Mieszkańcy mówią o klątwie. Wielu z nich ma coś do ukrycia. Czego obawia się przyjaciółka Felicji, radna Greta? Jakie tajemnice z przeszłości ukrywają mieszkańcy? Oczywiście nie zdradzę, bo tę powieść musicie przeczytać z kilku powodów. Fenomenalnie poprowadzona akcja, atmosfera grozy, a to wszystko osadzone w zimowym, mroźnym klimacie. Wspaniałe opisy, przekonywujące postacie. Autorka osadza akcję na tle społecznym. Pokazuje życie, a właściwie wegetację ludzi w popegeerowskich wsiach. Wszechobecne pijaństwo, patologia, beznadziejność, zaniedbane dzieci, przemoc w rodzinach. Zamknięty krąg, z którego ci ludzie nie potrafią, a może nie chcą się wydostać. Nie pomaga im w tym miejscowy ksiądz, ograniczony i skupiony na dogmatach, nie człowieku. Świetna, ale trudna, chwilami wstrząsająca lektura. Autorka stworzyła powieść wielowymiarową, praktycznie z każdą stroną odkrywamy coś nowego. Nawiązanie do tytułowej Królowej śniegu, moim zdaniem nie odnosi się do całej baśni Andersena, ale do jej kilku elementów. Odłamki rozbitego szkła w oczach, szare widzenie świata, ale przede wszystkim lód w sercach. Obojętność, brak empatii, zagubienie, trudności w odróżnieniu dobra i zła. Anna Klejzerowicz napisała nie tylko świetny kryminał, ale i bardzo wysokiej klasy literaturę. Odnalazłam w tej książce to, co dla tej autorki charakterystyczne, magię i niepowtarzalny klimat. Najwyższa ocena za całokształt. Przeczytajcie koniecznie, popijając gorącą herbatę, bo w tej lekturze jest zimno i strach. Muszę uprzedzić, że zarwiecie noc, bo od lektury nie sposób się oderwać. (G.S.)

niedziela, 5 lutego 2017

GAJA GRZEGORZEWSKA „TOPIELICA” ***


 Zdjęcie użytkownika Książka zamiast kwiatka.

 GAJA GRZEGORZEWSKA „TOPIELICA” ***
KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO LITERACKIE

Prywatna detektyw Julia Dobrowolska wraz z gwiazdką kryminalnego show, Wiktorem Bergenem, przyjeżdżają na Mazury, bu poprowadzić warsztaty dla młodych kandydatów na detektywów. Na pojezierzu trwa wyjątkowo upalne lato. Przypadkiem spotykają dawnego… hmm… powiedzmy umownie: przyjaciela (co prawda, łączyły ich z tym panem znacznie bardziej skomplikowane stosunki), komisarza policji Aarona Goldenthala, który wraz z uroczą narzeczoną oraz grupką znajomych żegluje po jeziorach. Julia dostaje propozycję dołączenia do zespołu żeglarzy - przyjmuje ją bardziej z przekory niż z przekonania - i po zakończeniu szkoleń bierze udział w rejsie. Tymczasem wszystko idzie jak po grudzie. Atmosfera na jachcie jest napięta, współtowarzysze podróży nie bardzo się Julii podobają, w dodatku powracają upiory przeszłości w postaci buzujących jak w piekielnym kotle uczuć do zaręczonego z totalną idiotką Aarona. Uczuć – dodajmy – o różnym zabarwieniu. Komisarz gorliwie spełnia się w roli kapitana, co naszą ekscentryczną detektyw zarówno śmieszy, jak wkurza. Dopełnieniem jest trup, którego oboje znajdują w wodzie. A także pewna koszmarna historia z przeszłości, w dziwny sposób łącząca się z załogą jachtu. Chodziło o wyjątkowo brutalne morderstwo popełnione na małej dziewczynce, piętnaście lat wcześniej, również na Mazurach. Oczywiście Julia nie może pozostać obojętna i rozpoczyna prywatne śledztwo. Gdy na pokład łodzi w zagadkowych okolicznościach dostaje się pewna nikomu nie znana kobieta, zaczyna być naprawdę groźnie…
Klasyczny kryminalny motyw narastającego w zamkniętym gronie i potęgowanego żywiołem napięcia łączy się w tej powieści z niebanalną tematyką społeczną i obyczajową. Grzegorzewska świetnie radzi sobie z intrygą i z fabułą, która nie jest ani przegadana, ani „przekombinowana” czy też mętna, ani oderwana od rzeczywistości. Przeciwnie, mamy tu wszystko dopięte na ostatni guzik, logicznie się zazębiające. A przy tym swobodny i obrazowy styl, doskonale naszkicowane sylwetki bohaterów, kapitalne sytuacje z życia wzięte:
” – Pewnie wydaję ci się śmieszna – powiedziała Diana płaczliwie i niewyraźnie. – Ale ja go tak strasznie kkochaaam.
I co poradzić.
- To świetnie – odparła Julia umęczonym tonem i klepnęła ją w ramię. – Nie masz powodu do niepokoju. Nie dręcz mnie już. Wracam do stolika.
Zabrała swoje piwo z kontuaru […]
- Ty nawet nie masz cycków! – krzyknęła za nią Diana piskliwym, wysokim głosem”.
No i klimat upalnych wakacji, mazurskich plenerów, bardzo sugestywnie przedstawionych. Mimo trudnych emocjonalnie, mrocznych motywów społecznych i kryminalnych – świetna rozrywka, bo czyta się tak, że nie chce się skończyć. Książka jest nowym wydaniem, została nagrodzona na festiwalu kryminalnym w 2010 roku i jest to jedna z tych nagród, w których rzetelność wierzę.
Gwiazdki za całokształt, serdecznie polecam!

(Anna Klejzerowicz)

środa, 11 stycznia 2017

DARIUSZ KORTKO, MARCIN PIETRASZEWSKI „KUKUCZKA. OPOWIEŚĆ O NAJSŁYNNIEJSZYM POLSKIM HIMALAIŚCIE” ***

 Zdjęcie użytkownika Książka zamiast kwiatka.

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO AGORA

Kiedy w październiku 1989 roku z bazy pod Lhotse do mediów dotarła wiadomość o śmierci Jerzego Kukuczki, cała Polska wstrzymała oddech. Szok i niedowierzanie ogarnęło wszystkich, nie tylko środowisko alpinistyczne. Kukuczka, jeden z największych himalaistów świata, był naszą dumą i wizytówką. Dopiero co zdobył „koronę Himalajów”. Twarz znana z telewizji, gazet, książek. Nawet ze znaczków pocztowych. Wydawał się nieśmiertelny. W tamtym momencie odszedł nie tylko on sam, wraz z nim odeszła cala epoka. Dla himalaizmu – nie tylko polskiego, także światowego – było to jak trzęsienie ziemi, które już na zawsze zmieniło jego oblicze…
Od tego zaczyna się książka. Następnie cofa nas w czasie, do dzieciństwa, do młodości Jurka Kukuczki, przeprowadza przez cale jego życie: pierwsze randki, małżeństwo, marzenia, sukcesy oraz porażki sportowe - i te zwyczajne, codzienne - poprzez kolejne wyprawy, kolejno zdobywane szczyty. Autorzy również wspięli się na wyżyny, bo oto nagle staje się cud i na kartach książki postać Jurka ożywa. I już żyć będzie zawsze. Bo to nie zwyczajna biografia, ale rzecz napisana sercem. Z niesamowitym wyczuciem, wszechstronna, zawierająca maksimum niezbędnego obiektywizmu – bez zbędnego krytykanctwa czy pokusy osądzania. Kukuczka broni się sam, o ile w ogóle musi się bronić. Bo nie musi. Był wielki, jak napisał mu sam Reinhold Messner, rywal i przyjaciel, równie wielki. Dla wielu Kukuczka był bogiem. Herosem. Jednak przecież był też człowiekiem.
Ta książka to zarazem nie tylko portret Jerzego Kukuczki, ale również „złotego wieku” alpinizmu, szczególnie polskiego (choć czasy nie były łatwe). Całej epoki, gdy rodził się i kształtował nowoczesny himalaizm, aż do załamania i kryzysu, symbolicznie zbieżnego z okresem wielkich przemian społeczno-politycznych, następujących w tym samym czasie w Polsce i Europie. A także filozoficzna opowieść o sensie życia. Jestem spokojna, że himalaizm nie zginie, bo wielkie pasje, wielkie idee ludzkości mają to do siebie, że się odradzają. Jednak nigdy już nie będzie taki sam. Podobnie jak nigdy nie narodzi się drugi Kukuczka. Dlatego tak ważna to książka, być może najważniejsza w całej polskiej literaturze górskiej. Do tego świetnie napisana, pięknie wydana i wzbogacona unikatowym materiałem fotograficznym oraz przypisami, a także wspomnieniami wybitnych alpinistów polskich i zagranicznych, ludzi, którzy Kukuczkę znali, kochali, podziwiali, próbowali zrozumieć, rodziny i przyjaciół. Także wrogów, bo trudno, by ich nie miał.
”Ta biografia jest napisana z szacunkiem i ze zrozumieniem, z humorem i empatią […] mistrzowskie dzieło, wykonane w najlepszym stylu” (cytat ze wstępu Bernadette McDonald).
Polecam, to lektura obowiązkowa. Nie wyobrażam sobie, żeby światły Polak mógł jej nie przeczytać.

(Anna Klejzerowicz)

wtorek, 27 grudnia 2016

Gaja Grzegorzewska "Żniwiarz"***

Zdjęcie użytkownika Książka zamiast kwiatka.

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO LITERACKIE 

Bułkowice, małe senna miejscowość pod Krakowem. W polu kukurydzy znalezione zostają pozbawione głowy zwłoki młodej kobiety, absolwentki prawa, która wraz z narzeczonym przyjechała do Bułkowic, by obejrzeć wystawiony na sprzedaż dom letniskowy, a przy okazji spędzić tu wakacje. Brutalne morderstwo poruszyło cały kraj. Na miasteczko pada blady strach. Mściciel? Seryjny zabójca? Przypadkowy wariat? A może zbrodnia ma szerszy kontekst lub głębsze korzenie? Świadków oczywiście brak. Stałych mieszkańców jest niewielu, wszyscy zdają się coś wiedzieć, panuje jednak zmowa milczenia. Nieliczni wczasowicze również niczego nie widzieli ani nie słyszeli. Sprawą zajmuje się oficjalnie miejscowa policja przy wsparciu komendy stołecznej, nieoficjalnie dziennikarz telewizyjny Wiktor Bergen, a także wynajęta przez matkę ofiary młoda prywatna detektyw Julia Dobrowolska. Julia nie będzie miała łatwego zadania. Pomijając już, że to jej pierwsze tak poważne zlecenie, musi borykać się jeszcze ze wzajemną bezwzględną rywalizacją pozostałych śledczych. Tymczasem morderca nie spoczywa na laurach…
„Żniwiarz” to pierwszy tom cyklu detektywistycznego z Julią Dobrowolską w roli głównej, a zarazem debiut Grzegorzewskiej sprzed dokładnie dziesięciu lat. Obecne wydanie jest wznowieniem. Gdy porównuję nowe powieści tej autorki z tymi wczesnymi, nasuwają mi się pewne refleksje. Po pierwsze: są książki – a raczej sposób pisania, melodia słów – które budzą swoistą nostalgię, do których się wraca jak do ulubionych miejsc. W moim przypadku tak jest z prozą Gai Grzegorzewskiej. Nieważne, co biorę do ręki jej autorstwa, zawsze mam przy tym satysfakcję czytelniczą. Bo choć język pisarki w międzyczasie ewoluował, jest jednak od samego początku rozpoznawalny. W „Żniwiarzu” prosty, klarowny, zdyscyplinowany, a zarazem już charakterystyczny, nie pozbawiony zarówno poczucia humoru, jak i zmysłu dramatycznego. Po drugie: to klasyczny kryminał, z dobrze pomyślaną intrygą, sugestywnym klimatem oraz przekonującymi bohaterami, wyraźnie nawiązujący do tradycji gatunku. Przynajmniej do pewnego momentu. Bo pod koniec Grzegorzewska jakby się rozkręca, nabiera luzu i pewności siebie, dodaje szczyptę groteski i… już jest sobą. A wraz ze swą autorką na wyrazistości zyskuje również Julia Dobrowolska, bohaterka cyklu, na swój sposób sympatyczna i demoniczna zarazem.
Gwiazdki za dobrze skonstruowaną zagadkę, sielski klimat podszyty strachem, a przede wszystkim za przyjemność czytania. Spokojnie - wbrew pozorom nie ma tu makabry, wszystko w granicach dobrego kryminalnego smaku. Idealny kryminał „do poduszki”, ale z polotem. Polecam serdecznie całą serię.

(Anna Klejzerowicz)

czwartek, 8 stycznia 2015

MONIKA SZNAJDERMAN, "BŁAZEN. MASKI I METAFORY"

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. ISKRY

Książka "Błazen. Maski i metafory" jest już drugim wydaniem tej monografii. Stanowi obszerne omówienie mitu błazna i błazeństwa z perspektywy antropologii kulturowej, czyli dziedziny badającej różnorodne kultury, obecne w nich wzorce oraz wzajemne zależności. Jeśli jednak czytelnik spodziewa się spotkać tu znane sobie postacie błaznów fikcyjnych i historycznych, to myli się, bowiem autorka celowo omija takie oczywiste ścieżki i konotacje i podąża, jak pisze, przez "pogranicza, marginesy i opłotki kultury", szukając masek, za jakimi ukrywa się ten odwieczny archetyp. "Błazen" to bowiem pewna umowna nazwa, którą można rozumieć na wiele sposobów, a więc jako postać mitologicznego trickstera, kuglarza i akrobaty, klasycznego klowna augusta, Pierrota, Arlekina, Jockera, Don Kichota czy po prostu sylwetki budzącej śmiech swoją groteskowością, co pozwala autorce na dotarcie do najróżniejszych zakątków kultury. Monika Sznajderman zaczyna od ukazania mitologicznych źródeł błazna, co wydaje mi się jedną z najciekawszych części książki. Następnie porusza m. in. tematy wyobrażenia Boga jako Wielkiego Kuglarza, błazna jako figury świętej lub przeklętej i demonicznej, zależności pomiędzy archetypami króla, kapłana czy artysty a błazna czy błazeństwa i szaleństwa kilku konkretnych bohaterów literackich. Przewija się tu ogromna liczba różnorodnych mitów, legend, odniesień, skojarzeń, motywów kulturowych, między którymi autorka porusza się ze swobodą naukowca, ale jednocześnie omawia je przejrzystym językiem i wystarczająco przyjaźnie, aby przeciętny czytelnik nie czuł się przytłoczony.
Rozdziały książki, chociaż ściśle powiązane, można traktować jako odrębne eseje. Właśnie ten eseistyczny charakter "Błazna" powinien zachęcić do niego szerszy krąg odbiorców. Nie jest to bynajmniej wyczerpująca, ścisła analiza, co autorka podkreśla we wstępie, ale raczej swobodne studium tematu, skłaniające do własnej refleksji. Taka forma świetnie nadaje się do ukazania, jak niejednoznaczną postacią jest błazen, kuglarz, klown, oscylujący między sferą nieba a ziemi, sacrum a profanum, tym, co nadludzkie, a tym, co podludzkie, zwierzęce. Przez pryzmat jego sylwetki Monika Sznajderman ciekawie i trafnie analizuje współczesną kulturę i jej nierozerwalne związki z poprzednimi epokami. "Błazen. Maski i metafory" to książka nie tylko dla fascynatów antropologii kultury, ale i dla tych, którzy po prostu mają ochotę na nieco bardziej refleksyjną lekturę.


(gościnnie Monika Kursa)


piątek, 3 października 2014

SOPHIE HANNAH „INICJAŁY ZBRODNI” *

KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYDAWNICTWO LITERACKIE.

Spektakularny powrót do śledztw Herkulesa Poirot w wykonaniu znanej brytyjskiej autorki Sophie Hannah, która napisała ciąg dalszy przygód wielkiego detektywa z błogosławieństwem spadkobierców Agaty Christie. Czy eksperyment się udał? Zastanówmy się..
...
Dość późny londyński wieczór. Gdy Poirot właśnie popija kawę w ulubionej kafeterii, do środka wpada przerażona kobieta. Jej dziwne zachowanie przyciąga zainteresowanie zarówno detektywa, jak i personelu kawiarni. Kobieta przedstawia się imieniem Jennie i oznajmia, że wkrótce zostanie zamordowana, jednak jej wyjaśnienia brzmią dość mętnie. Zanim Poirotowi uda się ustalić coś więcej, dziwna kobieta ucieka.
Tego samego wieczoru w znanym londyńskim hotelu popełnione zostaje potrójne morderstwo. Ofiarami są mężczyzna oraz dwie kobiety. Żadna z nich nie jest jednak tajemniczą Jennie.
Okazuje się wkrótce, że ofiary wiele łączy: pochodziły z tej samej miejscowości, były ze sobą zaprzyjaźnione, wiąże je też wspólna przeszłość. A w ustach wszystkich nieboszczyków ktoś umieścił spinkę od mankietów z wygrawerowanymi – w każdym przypadku identycznymi - inicjałami. Inicjałami Zbrodni.
Oficjalnie śledztwo prowadzi młody detektyw ze Scotland Yardu, zarazem przyjaciel Poirota. Nic więc dziwnego, że chętnie korzysta z pomocy słynnego „kolegi po fachu”. I dobrze robi, bo sprawa okazuje się o wiele bardziej zagadkowa i zawikłana, niż mogłoby się z początku wydawać…
Powiedziałabym, że aż za bardzo zawikłana. Nie wszystkie detale są równie przekonujące, szczególnie pod względem psychologicznym, co u samej Agaty Christie stanowiło żelazny punkt programu – pod tym względem była ona absolutną mistrzynią. Motywy oraz mechanizmy ludzkich zachowań znała i rozumiała jak mało kto.
Podobnie ze szczegółami śledztwa. Chwilami odnosiłam wrażenie, że autorka starała się na siłę zagmatwać swoją historię, a w rezultacie wyszyło jej to – przynajmniej miejscami – nieco sztucznie. Nie ma tego, co za każdym razem uderza w pierwowzorze: tej precyzji i konsekwencji jak w zegarku, gdy czytelnik dochodzi do wyjaśnienia zagadki i uderza się dłonią w czoło, myśląc sobie, jak też mógł sam na to nie wpaść, przecież to w sumie takie proste… I tej prostoty tutaj, niestety, zabrakło. Owszem, Sophie Hannah również starała się, by jej książka przypominała krzyżówkę – znajdziemy nawet takie aluzje w tekście – jednak… zbyt mętnie sformułowała do niej hasła.
Lecz nie czepiajmy się za bardzo. Powieść jest udana. Naprawdę z przyjemnością powróciłam do klimatów kultowego cyklu. I tak właśnie potraktujmy tę książkę: jako swobodne nawiązanie do oryginału, do legendy Herkulesa Poirot – a nie jako próbę niewolniczego naśladownictwa czy kontynuacji słynnej serii. Sophie Hannah jest dobrą pisarką, nigdy jednak nie będzie Agathą Christie. Jak zresztą nikt inny. Zapewne nie ma nawet takich ambicji. Bo Królowa jest przecież tylko jedna – i nie przypadkiem została koronowana.

(Anna Klejzerowicz)

środa, 7 maja 2014

Sąd Ostateczny - Anna Klejzerowicz


 

Książka przekazana przez Wydawnictwo Replika

Kryminał "Sąd ostateczny" Anny Klejzerowicz mogę z czystym sumieniem polecić każdemu. Książkę czyta się jednym tchem. Emil Żądło, dziennikarz-detektyw usiłuje rozwiązać serię brutalnych morderstw inspirowanych tryptykiem "Sąd ostateczny" Memlinga. Poznajemy muzealniczkę Martę, a także pewnego rudego kota, który odegra w powieści znaczącą rolę. Od Sądu trudno się oderwać, znakomicie poprowadzona akcja, powodująca u czytelnika dreszcze przerażenia, atmosfera Gdańska, żywi, barwni bohaterowie, świetne opisy, powodują, że ta książka wyrasta ponad przeciętny kryminał. Anna Klejzerowicz moim zdaniem, jest jedną z najlepszych pisarek powieści kryminalnych. Tę powieść czyta się jednym tchem, nie sposób oderwać się od akcji, opanować zdenerwowania. Nikt tak jak ta autorka, nie potrafi tak sugestywnie stworzyć klimatu, oczarować czytelnika, pomimo mocnych scen. Wspaniała książka. Przeczytajcie koniecznie.

czwartek, 6 lutego 2014

Recenzje z Kropką - Szczęśliwy pech” Iwony Banach


Co tu kryć, lubię książki, przy których zaczynam myśleć lub które mnie bawią. Właśnie trafiłam na „Szczęśliwy pech” Iwony Banach. Dziwne rzeczy wyczynia z człowiekiem ta książka. Powinnam ją była czytać w jakimś bardziej stabilnym miejscu, bo kiedy śmiałam się jak opętana, moja wersalka wydawała z siebie podejrzane dźwięki, które wyraźnie irytowały usiłującą spać Kropkę. Udało mi się przy tym zakrztusić herbatą (uprzedzam – nie tykać żadnego pożywienia przy czytaniu, bo będzie nieszczęście), rąbnąć łepetyną w półkę (bo zapomniałam, że ona tam jest i tylko czeka na okazję) i dostać czkawki ze śmiechu. Przez dwie godziny nie byłam w stanie oderwać się od lektury, a kiedy skończyłam, ledwo zipałam. Obrażona Kropka zdecydowała się odciąć od źródła denerwujących ją dźwięków i zakryła uszy łapami. Ja zaś złapałam oddech i nieco się zestresowałam. Zestresowałam się, bo doszłam do wniosku, że w zasadzie tak serdecznie rechotałam z samej siebie. Bohaterka książki bowiem jest chodzącym nieszczęściem. Demoluje wokół siebie wszystko, co napotka, a wszelkie istoty żyjące skazane są przynajmniej na poważne urazy. Jeśli jestem do niej podobna, to raczej nie powinien być to powód do takiej eksplozji radości.
Pełna poczucia winy zerknęłam na Kropkę, która akurat przeciągała się rozkosznie i humor mi się nieco poprawił. Zaraz! Nie jest tak źle! Wszak moje ekscesy odbijają się tylko na mnie! Nie jestem szkodliwa dla otoczenia! Ot, zlecę ze stołka czy drabinki, moja głowa przeprowadzi nieplanowane spotkanie na szczycie z drzwiami łazienki, które złośliwie się otworzą, gdy przechodzę, walnie mnie otwarte okno, kiedy odkurzam, kanty mebli nabiją mi parę siniaków, ale wszystko, co żywe, jest przy mnie bezpieczne. A ostatnio nawet jakby sprzęty domowe złagodniały wobec mnie. W dodatku mąż przezornie schował gwoździe, więc nie mogę uprawiać ulubionego zajęcia. Bo – nie wiem, czemu – uwielbiam ozdabiać ściany gwoździami. Nie po to, żeby tam tkwiły bez powodu. Nie. Ja sobie ten powód bez problemu wynajdę. Coś do zawieszenia zawsze się w domu znajdzie. Teraz nie mam dostępu do gwoździ, a samo machanie młotkiem mnie nie satysfakcjonuje. Szkoda. Uprawiałam zagważdżanie ścian z dużym zaangażowaniem.
Bardzo mnie pocieszył fakt, że gdzieś we mnie tlą się jeszcze resztki altruizmu. Krzywdę robię wyłącznie sobie, oszczędzając rodzinę i Kropkę.
A książkę polecam wszystkim serdecznie. Włoch, który dość specyficznie próbuje porozumiewać się po polsku, też Was ubawi.


Małgorzata Kursa

środa, 29 stycznia 2014

Franio i "Wyszedł z domu i nie wrócił"


Uwielbiam czytać późnym wieczorem, właściwie to już raczej nocą w łóżku. Przy filiżance aromatycznej herbaty w ciszy, spokoju, bez dzwoniących telefonów. W domu o dziwo też było cicho. Zagłębiłam się w kryminał Iwony Mejzy i z zapartym tchem śledziłam śledztwo prowadzone przez komisarza Ożegalskiego. Nagle usłyszałam huk. Zaczytana, nie zauważyłam, że Franio wszedł na półkę i zrzucił lampę. Bardzo z siebie zadowolony rozpoczął zwalanie z półki pozostałych rzeczy.
- Franuś, nie wolno. Czy ty wreszcie pójdziesz spać?
- Nie pójdę, bo światło jest zapalone.
- Nie widzisz, że czytam.
Franek zainteresował się i podszedł do mnie.
- Co czytasz. Fajna okładka. O... jakiś pan. To o miłości? 
- Nie, to jest kryminał.
- Co? Opowiedz.
- Taka książka, gdzie ktoś morduje innego człowieka, a detektyw rozwiązuje zagadkę.
- Czemu? – usłyszałam swoje „ukochane pytanie”.
- Żeby znaleźć mordercę i wsadzić go do więzienia.
- Po co, jak on już i tak zamordował?
- Musi zostać ukarany.
Franio spojrzał na mnie i ziewnął.
- Ludzie to chyba nie mają co robić. Ale ja lubię zagadki. Poczytaj.
- Nie będę ci czytać. 
- To opowiedz.
- W tej książce na cmentarzu znajdują w jednym grobie zwłoki dwóch ludzi. Komisarz musi dowiedzieć się, skąd w grobie znalazły się drugie.
- A co to jest ten cmentarz?
- To jest miejsce, gdzie są groby ludzi, którzy umarli.
- I fajnie tam jest?
- Czasem tak. Wtedy, kiedy palą się znicze, jest dużo światełek, kwiatów, a nagrobki to kawał historii każdego miejsca.
- Bardzo to trudne. A ty też będziesz na tym cmentarzu ze światełkami?
- Franusiu. Każdy będzie.
- A kto zabił? Ten komisarz już wie.
- Nie powiem ci, bo to jest bardzo ciekawa książka, każdy musi sam przeczytać i wtedy dowie się, jakie jest rozwiązanie tej zagadki. Wiesz, tu jest jeszcze opisane miasto Oświęcim.
- Nie znam.
- Dużo ludzi nie zna, ale autorka pięknie pokazuje to miasto, oprowadza nas po nim. Zresztą właśnie tam mieszka.
- Długo jeszcze będziesz czytać?
- Jeszcze trochę.
- To ja idę spać, będę sobie myślał o zagadkach – Franek ziewnął i przeciągnął się. Poszedł na swoje legowisko i jak zwykle zaczął je bardzo dokładnie ugniatać. Po chwili spał, a ja po przeczytaniu ostatniej strony, zamknęłam książkę. Zasypiając, pomyślałam, że to fantastyczne, że mamy autorkę umiejącą napisać klasyczny, wciągający kryminał.

Grażyna Strumiłowska

niedziela, 26 stycznia 2014

C.C. Hunter „Urodzona o północy”



Książka przekazana przez wydawnictwo Feeria.


Kylie Galen to nastolatka, której los nie szczędzi złych doświadczeń. Najpierw umiera babcia, z którą Kylie była bardzo mocno związana. Potem zrywa z nią przystojniak Trey. Jakby tego było mało rodzice rozwodzą się, a matka Kylie grilluje ojcu sześć par spodenek. W ramach buntu dziewczyna uczestniczy w imprezie, w której wcale nie chciała brać udziału i widuje ducha Żołnierza. W efekcie rodzice postanawiają wysłać ją na obóz dla trudnej młodzieży. Czy to jest dobra decyzja? Z punktu widzenia Kylie – niekoniecznie. Dziewczyna tęskni za ukochanym ojcem, za domem, za najbliższą koleżanką. Ma trudności z adaptacją w nowym otoczeniu, zwłaszcza, że to otoczenie jest trochę dziwne. Już w autobusie, w czasie jazdy na obóz w Wodospadach Cienia, Kylie czuła się odrobinę nieswojo. Miała wrażenie, że otaczają ją ludzie związani z różnymi subkulturami. Ubierający się na czarno goci, hipiski w kolorowych spódnicach i włosach z pasemkami w kolorach tęczy, dziewczyna bawiąca się znikającą ropuchą i dziwnie znajomy chłopak hipnotyzujący ją wielokolorowym spojrzeniem.
Dopiero na miejscu okazało się, że jako urodzona o północy ma nietypowe zdolności, między innymi możliwość kontaktu z duchami. Inni też mieli ciekawe zdolności i osobowości: zaklinanie ludzi w zwierzęta, przybieranie postaci zwierząt, nawet tych uchodzących za legendarne, jak biały jednorożec, picie krwi i czytanie myśli, co było nieco krępujące.
Kylie powoli się zadomowiła zyskując dwie przyjaciółki: czarownicę Mirandę, oraz wampirzycę Dellę. A ponieważ ta książka to paranormal romance, to oczywiście musieli pojawić się także mężczyźni, ciepły, uspokajający półelf Derek i ten, który zawsze fascynuje dziewczęta i kobiety, mężczyzna nieokiełznany Lucas Parker. Tyle o treści.
Czytając tę książkę, tak odległą treścią od tych, które zazwyczaj czytam uświadomiłam sobie dwie rzeczy: pierwsza to ogromna różnica pomiędzy książkami towarzyszącymi mojemu dorastaniu, a współczesnymi książkami dla młodzieży, a druga to ta, że niezależnie od czasów, w których żyjemy niezmienne w podstawowym przekazie książki pozostają takie wartości jak: wzajemna tolerancja, umiejętność życia w grupie, przyjaźń i szacunek wobec innych, nawet jeżeli mamy trudności z akceptacją tej inności. I nie zawsze chodzi o wampiry pijące nie tylko zwierzęcą krew.
Książka ciekawa, bardzo dobrze, płynnie napisana. Myślę, że nie tylko dla nastolatków.

Iwona Mejza

sobota, 25 stycznia 2014

RECENZJE Z … KROPKĄ - M. Kursa



Zaprawdę, powiadam Wam, jeśli potraktujecie te moje wypowiedzi jako recenzje, zawiedziecie się okrutnie. To, co czytam, jest w tym wypadku jeno bodźcem do przemyśleń, rozliczeń, wspomnień, czy jak tam to nazwać inaczej. Moim interlokutorem zaś jest domowa tyranka, kocica zwana Kropką, której zawsze tłumaczę, dlaczego dziwnie się zachowuję przy niektórych lekturach, albowiem łypie na mnie podejrzliwie i czuję się do tego zobligowana.
Ostatnio przyjaciółka namówiła mnie do sięgnięcia po Darię Dońcową w ramach poprawy nastroju. Sięgnęłam zatem. Po „Manikiur dla nieboszczyka”. Zachichotałam, kiedy Eulampia zapalała gaz przy pomocy gazety, po czym westchnęłam rzewnie. I chichot i westchnienie zaintrygowały Kropkę, która łypnęła na mnie pytająco.
- Bo widzisz, Kropasku, śmiesznie jest, kiedy dorosła baba boi się przypalać gaz zapałką – powiedziałam pośpiesznie. – Śmiesznie jest pod warunkiem, że to nie my jesteśmy tą babą. Bo jeśli jesteśmy… No, dobrze. Przyznam się. Tyle lat minęło, że nastąpiło przedawnienie, a z głupoty czasami się wyrasta. – Nabrałam tchu i ściszonym głosem zaczęłam spowiedź: - Miałam 23 lata, kiedy wyszłam za mąż. Cielę byłam straszliwe i do dziś nie wiem, jakie zaćmienie umysłowe opętało mojego męża, że się na mnie zdecydował. O gotowaniu miałam blade pojęcie, bo mnie z kuchni wyrzucano. Pewnie w szlacheckim dworku jako pani domu dysponująca posiłki miałabym niezłe osiągnięcia, jednakowoż trafiły mi się ostatnie podrygi PRL-u, kiedy o zawartości lodówki decydowała ilość kartek i towar, jaki dowieźli do sklepu. Męczące to było, a ja wtedy pracowałam i prace domowe starałam się odwalać jak najszybciej. Wodę na herbatę umiałam zagotować, nawet jajka mi wychodziły wedle życzenia. Jajecznicę też umiałam zrobić. Bieda w tym, że w rodzinnym domu korzystałam z zapalarki do gazu, a po przeprowadzce zostałam pozbawiona owego luksusu. Kiedy zbyt długo otwarty palnik po podetknięciu zapałki robił puff, wyłączałam go w panice, że za chwilę wylecę w powietrze. Istniało niebezpieczeństwo, że oboje z małżonkiem zemrzemy z głodu. Albo będziemy żreć suche, ale żaden chłop tego nie zdzierży na dłuższą metę, więc zostanę babą porzuconą. Przerażona tą możliwością, wspięłam się na wyżyny intelektu i znalazłam sobie długiego patyczka. Koniec owinęłam gazetą i w ten oto sposób zyskałam bezpieczne narzędzie do przypalania gazu… Widzisz, Kropeczko luba, że miałam powody, by wzdychać nad nieszczęsną Eulampią. Osobiście przez to przechodziłam. Rosołu z dodatkowym wkładem nie udało mi się wprawdzie ugotować, ale pamiętam, że usiłowałam braki w wykształceniu zastąpić ambicją i uporem. O mały włos nie doprowadziłam przez to do przedwczesnego zgonu mojego małżonka, albowiem pyzy, które w pocie czoła samodzielnie zrobiłam, skleiły mu paszczę i przeżyłam chwile grozy, gdy nie mógł jej rozewrzeć. Od tej pory kupuję gotowe… No, nie patrz na mnie, Kropciu, z taką dezaprobatą. W końcu nauczyłam się zapalać gaz zapałką, a wszyscy znajomi uważają, że świetnie gotuję. Została mi jedynie głupota techniczna, że tak powiem. Normalni ludzie, kiedy cieknie w łazience, zakręcają ciecz. Ja miotam się w poszukiwaniu miski, która za cholerę nie chce się zmieścić za sedesem, a potem dokonuję cudów ekwilibrystyki, żeby z niej wylać wykapaną wodę. Normalni ludzie, kiedy zlew się zapcha, zmywają naczynia w miedniczce. Ja latam z nimi do łazienki, wiszę nad wanną, a potem modlę się, żeby po drodze do kuchni niczego nie rozbić… Jak myślisz, Kropeczko, czy ja naprawdę jestem inteligentna inaczej? W końcu jakieś wady człowiek musi mieć, prawda?

M.J.Kursa

czwartek, 26 września 2013

Zjawa w adidasach - Daria Dońcowa.


DARIA DONCOWA „Zjawa w adidasach”

Daria Doncowa powołała do życia nie tylko niezrównaną Eufrozynę-Eulampię, ale także Darię Iwanowną Wasiliewą, kobietę światową i bardzo elegancką. Niegdyś Dasza ciężko pracowała od świtu do nocy, potem poszczęściło się jej i wyjechała do pracy w Paryżu. Jako lektorka francuskiego znała ten język doskonale. Potem w wyniku szczęśliwych inwestycji i zmian w Rosji została kobietą bogatą. Majątkiem zarządzał syn, a ona cierpiała na nadmiar wolnego czasu. Do momentu, gdy Lena zaproponowała jej prowadzenie księgarni. I to jakiej księgarni! Położona w zabytkowej kamienicy, w centrum, w okolicy Sadowego Koła przyciągała wzrok przechodniów i kusiła wystawami uginającymi się od nowości książkowych. Wiadomo było, że Dasza ofertę przyjmie. Niestety nic nie zapowiadało, że praca będzie przebiegać miło i spokojnie. Od pierwszego dnia rozpoczęły się kontrole licznych moskiewskich sanepidów i behapowców, jednym słowem łapówkarzy. Tu pięćdziesiąt dolarów i reklamówka książek i tam też. I pani dołoży jeszcze romanse, bo teściowa uwielbia. Oprócz tej hałastry pierwsze dni w pracy urozmaicił Daszy trup schowany w służbowej szafce. Ktoś zabił kobietę nie dość, że o takim samym imieniu to i otczestwo się zgadzało. Denatka z szafki nazywała się także Daria Iwanowna Wasiliewa.
Przyjaciel domu pułkownik Diegtiariow przebywał na wczasach w Tajlandii, więc Daria zniechęcona kpinami Witki Riemizowa, też milicjanta, postanowiła sama wykryć kto zabił jej imienniczkę. A potem Moskwę nawiedził huragan i Dasza razem z Manią, jej przyjaciółką Lolą i gromadą zwierząt przeniosła się do księgarni.
Przy okazji prowadzenia śledztwa Dasza odwiedza różne zakątki Moskwy i poznaje historie napotykanych ludzi, a wszystkie te ślady prowadzą do…
Tego nie zdradzę, ale jeżeli sięgamy po książkę Darii Doncowej to mamy zagwarantowaną wyśmienitą lekturę.
Polecam
Iwona Mejza