wtorek, 11 lutego 2014

Katarzyna Mlek kończy osiem zdań...


1. Pierwszy idol...
... Martina Navratilova, jedna z najwybitniejszych tenisistek.


2. Książka, która nigdy mi się nie znudzi...
... Niestety taka nie istnieje, albo na nią nie trafiłam.

3. Lubię w sobie...
... to, że jestem zaradna.

4. Najbardziej nie znoszę...
... Kłamstwa.


5. Brakuje mi...
... Słońca. Nie znoszę zimy.


6. Humor poprawiam sobie...
... za pomocą jedzenia.


7. Gdyby nie było internetu...
... Wolę sobie tego nie wyobrażać - byłoby niedobrze.

8. Rozczulają mnie...
... Małe dzieci.

niedziela, 9 lutego 2014

Pamiętniki kota Bartłomieja część 2 - Iwona Mejza


Rosłem, więc widziałem więcej i kartonowy domek przestał mi wystarczać. Poza tym coraz częściej wychodziłem na pole, do ogrodu. Zwiedzałem okolice wraz z Miki pod czujnym okiem mamy i naszych opiekunek. Najpierw, to pamiętam bardzo dobrze, Mikunia i ja byliśmy wsadzani do takiego wielkiego koszyka z miękkiego plastiku. W tym koszyku pańcia nas przenosiła, a mama zawsze szła obok. Potem byliśmy stawiani na ziemi i przykrywani od góry tym koszykiem, po to, jak tłumaczyła nam mama byśmy się oswoili z otoczeniem. Dość szybko zaczęliśmy być wypuszczani na zewnątrz koszyka, zawsze pod nadzorem. Dopiero wtedy mieliśmy szansę poznać także innych domowników, to znaczy psa Nera. Nero był już wtedy starszym panem, o nieco rozwichrzonym wyglądzie. Urody przeciętnej, sierść miał godną pozazdroszczenia, gęstą, czarną, kręcącą się. Trzymaliśmy do niego dystans, chociaż kusiło nas zaglądnąć na podwórko, sprawdzić jak ma urządzoną budę. 
No i któregoś dnia doczekaliśmy się. Pan Nero wyszedł do ogrodu, by urwać sobie marchewki, całe życie podobno miał ciągoty wegetariańskie, wtedy, skradając się prześliznęliśmy się przez uchyloną bramkę. Było warto. Podwórko z bliska było całkiem inną przestrzenią niż ogród. Buda pachniała starym psem i poczuciem bezpieczeństwa, w środku wyłożona wygodnymi, miękkimi swetrami. Ach! jakbyśmy się tam chętnie przeprowadzili, ale nie było czasu, trzeba było szybko spenetrować pozostałe zakątki podwórka. Miejsce dookoła budy było wyłożone płytami chodnikowymi nagrzanymi przez słońce. Dużą część podwórka porastała zielona, pachnąca trawa. Brodziliśmy w niej, oszołomieni tym ogromem zieleni .Najbardziej kusił nas otwarty domek zwany komórką. Drzwi były uchylone, nic tylko zwiedzać! Wszedłem do środka. Na podłodze stało całe mnóstwo doniczek, jakieś wiadra, worki, i inne nieznane mi przedmioty zajmowały całą powierzchnię podłogi. Do góry, do sufitu przystawiona była drabinka, taka zwyczajna, drewniana. Podniosłem wzrok i ujrzałem sufit z desek. Tak się gapiłem jakbym te wszystkie cuda pierwszy raz na oczy widział, co zresztą było prawdą, gdy nagle usłyszałem syknięcie mojej siostry. W ten sposób przestrzegała mnie przed niebezpieczeństwem. No tak… tego nie przewidziałem. Obróciłem się powoli teraz już czując wyraźnie nieco cuchnący oddech starszego pana. To Nero stał tak blisko mnie, że nie miałem już żadnej możliwości ruchu. Cały przerażony ujrzałem wyszczerzone zęby i usłyszałem pełne irytacji pytanie: - Ty, ty mały, czy ty nie wiesz, że to mój teren? Zwiewaj stąd, ale już! – Nero nie miał ochoty na żarty. Wiedział, że od początku musi na nas wymusić dyscyplinę bo inaczej wejdziemy mu na głowę i do budy. Znowu wyszczerzył zęby, a ja wiedziony instynktem uniosłem łapkę i uderzyłem go pazurkami w nos. Nie chciałem zrobić nic złego, tak mnie poniosło. Przeraziłem się widząc jak moja łapka się czerwieni, a po nosie Nera spływa krew. W jednym momencie zrozumiałem, że muszę uciekać. Nero stał jak wmurowany, kompletnie nie spodziewał się, że coś takiego zrobię, gdy wydał głos myślałem, że ogłuchnę. Moja siostra nie była gorsza i darła się tak jakby to ona miała pierwszy kontakt z panem Nerem, a nie ja. Nie czekając wbiegłem na drabinę i nie odwracając się dobiegłem do samej góry ułożonej z desek. Pachniało sianem, a między dachem a deskami było bardzo mało przestrzeni. Dopiero gdy poczułem się bezpieczny, zacząłem wzywać pomocy. Po chwili wyczerpany strachem zamilkłem. Już nie byłem niczego ciekawy, chciałem tylko by przyszła moja pańcia i mnie uratowała. Czekałem długo. Najpierw usłyszałem głosy. To wszystkie panie, łącznie z Babcią zgromadziły się na podwórku. Widziałem jak mnie szukają, zaglądając we wszystkie zakamarki. Chciałem krzyknąć, że jestem, że tutaj, popatrzcie do góry! Głos uwiązł mi w gardle. W końcu usłyszałem skrzypienie drabiny, a znajome ręce wyciągnęły się do mnie. Po chwili przytulony schodziłem na dół. Usłyszałem jak zdziwiona pani mówi: - popatrz, cały i zdrowy. Ciekawe jakim cudem, skoro Nero cały oblany krwią?
To była moja druga prawdziwa przygoda. Po tej scysji nasze życie z panem Nerem ułożyło się całkiem przyjemnie. Po prostu staraliśmy się nie wchodzić sobie zbytnio w drogę, nawet przebywając na jednym terenie. Podwórko polubiliśmy tak samo jak on. Ah, te rozkoszne chwile, gdy słysząc gdakanie pobliskich kur i pianie znajomych kogutów leżeliśmy ułożeni na budzie, nad panem Nerem, wylegującym się na nagrzanych słońcem płytach. Tak tym ciepłem rozleniwieni, że niejedna mysz mogła nam przemknąć przed oczami pewna czasowej bezkarności.
Gdy nieco dorosłem i usamodzielniłem się moją pasją stały się dalekie wyprawy. Najpierw jako mały kotek poznawałem ogród przy domu, ogrody moich kuzynów i kuzynek. Potem przekroczyłem magiczną dziurę w płocie i znalazłem się na terenie obcym. Z panem Asko znaliśmy się przez siatkę. Obwąchiwaliśmy się i pozdrawiali z daleka, tak że nie byliśmy dla siebie zupełnie obcy. Ogród pana Asko był tak samo duży jak nasz, ale było w nim więcej wysokich drzew, po których mogłem się wspinać. Czasami dołączała do mnie moja siostra Miki, a mama z daleka groziła nam łapą. Pan Asko już wtedy był mocno starszym panem, nieco zobojętniałym na nasze harce. Na jego terenie musieliśmy przestrzegać podstawowej zasady niezakłócania jego spokoju, lubił pospać sobie przez dzień, i nie przeszkadzania przy jedzeniu. Jeżeli my szanowaliśmy jego potrzeby to i on pozwalał nam na wiele, od czasu do czasu kontrolując czy jesteśmy cali i zdrowi. Czasami z terenu pana Asko przechodziliśmy na tereny niczyje. Oazy kwiatów, krzewów i ptaków. W taki oto sposób upływało nam dzieciństwo i okres dorastania.


Rudzik w ogrodzie

ciąg dalszy nastąpi...

sobota, 8 lutego 2014

Pamiętniki kota Bartłomieja część 1 - Iwona Mejza


Czując, że zbliżam się do kresu mojej ziemskiej wędrówki postanowiłem dla pamięci potomnych spisać dzieje moje i mojej rodziny, by sława imion mi bliskich nie przepadła w mrokach przeszłości. Piszę nocami, gdy w domu zapada cisza i słychać tylko oddechy najbliższych. Wtedy wyciągam stary, splamiony tuszem kajet i drżącą ze starości łapą sięgam po pióro, by skreślić choć parę słów.
Długo myślę, zastanawiając się od czego zacząć, co pominąć skromnym milczeniem, a co spisać. A może nie pomijając niczego, tak jak to robią ludzie niekoniecznie zasłużeni napisać o wszystkim? Tylko, też myślę głęboko, czy ja, stary kot, pamiętam wszystko? Czy pamiętam tak by nikogo nie skrzywdzić i nikogo nie pominąć, by pozostać sprawiedliwym? Nie wiem, nie wiem, ale próbować trzeba. Zacznę, tak jak zaczyna się wspomnienia, od dnia narodzin moich i mojego rodzeństwa, wiele, wiele lat temu. Ściskam mocniej w łapie pióro i zaczynam:
Urodziłem się czternaście lat temu, na Galicyjskiej prowincji jako jedno z pięciorga dzieci Kocicy Jakubiny i znanego łamacza kobiecych serc Tygrysa Pięknego. Rodzice moi kochali się bardzo i spędzali ze sobą dużo czasu, razem wędrując na romantyczne spacery przy świetle księżyca, wzdychając do siebie i obdarzając się pełnymi czułości spojrzeniami. Tak, że mogę powiedzieć o sobie i moim rodzeństwie iż jesteśmy dziećmi miłości. Niestety, mój ojciec odziedziczył po swoich arystokratycznych przodkach, tak arystokrata z manier jak i wyglądu, naturę nieco awanturniczą i skorą do nieprzemyślanych decyzji. Pomimo posiadania małżonki i licznego potomstwa ojciec nie porzucił swego stylu życia, nadal skory do bójek i wspólnych z kolegami z kawalerskich czasów wypadów. Z jednego z takich wypadów, zawsze trochę ryzykownych, nasz papa nie wrócił. Na resztę życia pozostaliśmy półsierotami, mając w pamięci niewyraźny portret ojca. Najpierw tęskniliśmy bardzo, potem, z czasem, obraz ojca zacierał się i stawał się prawie nierealnym wspomnieniem. 


Moja mama Kubusia

Mama troszczyła się o nas bardzo. Starannie wybrała dla nas miejsce urodzin i dom, w którym dane mi było przeżyć całe życie.
Początków nie pamiętam, ale na zdjęciach widzę siebie i czwórkę mojego rodzeństwa przytulonych do mamy. Gdy tak patrzę na to zdjęcie prawie namacalnie czuję bliskość mamy, jej ciepło i jej mamin, przesycony mlekiem zapach. Przytulam się do rodzeństwa, ufny i pełen poczucia bezpieczeństwa, nieświadom zagrożeń czyhających na nas za progiem domu. Na razie mamy tydzień i śpimy razem z mamą w ogromnym kartonowym domku wypełnionym przytulnymi kocami. 


Ja i moje rodzeństwo na starej fotografiii...

Jemy, siusiamy i śpimy. Mama wynosi nas z domku po jednym, każdego pewnym gestem chwytając za kark. Trochę się w duchu buntowałem, czując, że potrafię już sam chodzić bez pomocy mamy, ale jej troska przeważała. Każdy dzień to była nauka samodzielności pod kontrolą mamy. Miałem dwie siostry i dwóch braci i bardzo ich kochałem. Każdy z nas był inny i miał inny charakter. Najbardziej wojowniczy i największy był Tygrys, który otrzymał imię po ojcu, a i charakter miał z naszej piątki najbardziej do charakteru taty podobny. Potem bliźniaki rozrabiaki Kaj i Kaja i moja ukochana siostra Miki. Mnie imię nadała Babcia. Zawsze miałem szczęście do kobiet, a oprócz mamy, Babcia była dla mnie jedną z najważniejszych. Kochała mnie i głaskała i rozczulała się nade mną jaki jestem piękny i inteligentny. Powiedziała, że powinienem być mocny jak dąb i nadała mi imię Bartek. Potem Babcia zmieniła zdanie i stwierdziła, że jestem jak Burt Lancaster, taki wielki aktor z Babcinej młodości i że to po nim to imię. Tak mam zresztą wpisane w mojej książeczce. Wszyscy i tak mówią do mnie Bartek, albo zdrobniale Bartuś. Tak żyliśmy z dnia na dzień w poczuciu bezpieczeństwa, dorastając i ucząc się coraz to nowych rzeczy. Gdy mieliśmy dwa miesiące okazało się, że moje rodzeństwo się wyprowadza. Było nam strasznie smutno, bo myśleliśmy, że będziemy już razem do końca życia, ale mamusia wytłumaczyła nam, że tak to już w kocich i nie tylko kocich rodzinach się dzieje i im wcześniej postawimy na samodzielność tym lepiej. Kaja i Kaj mieli ogromne szczęście trafiając na prawdziwą wieś do dużego gospodarstwa. Czekało ich dużo pracy, ale równocześnie mieli zapewnioną przestrzeń życiową, dobre jedzenie i opiekę. Nasza pańcia dopilnowała by trafili do porządnych, lubiących zwierzęta ludzi, by nie działa im się krzywda. Pożegnanie było oblane potokami łez, ale trzeba było żyć dalej. W kilka dni później pożegnał nas pupilek mamusin Tygrys. Przeprowadzał się o kilka ulic dalej od nas, zmieniając życie w domu na życie w bloku. Byliśmy pewni, że sobie poradzi i dalsze życie ułoży się po jego myśli. Pozostaliśmy w domu w trójkę. Mama, Miki i ja. I tak pozostało do dzisiaj. Właśnie wtedy, po przeprowadzce rodzeństwa, w ramach usamodzielniania się dostaliśmy osobne domki do mieszkania. Każdy z domków wyścielony był nowym kocykiem, w każdym mieliśmy nowe poduszeczki. Mój domek był wysoki, tak, że musiałem ćwiczyć przeskoki. Raz przeskoczyłem i drugi raz i trzeci, a potem pomyślałem, aby spróbować wydostać się w całkiem inny sposób. Oglądałem program w telewizji. Zapomniałem napisać, że nasze domki stały w pokoju, w którym także było miejsce telewizora. Wieczorem, a nawet czasami od rana telewizor był włączony i my mogliśmy się z niego uczyć jak się żyje w szerokim świecie. Wtedy zobaczyłem góry i morze. Góry nie takie malutkie tylko podobno jedne z największych na świecie. Nasi wspinali się znowu na Mont Everest, czy coś takiego. Widziałem jak wchodzą na szczyt smagani wiatrem, zmrożeni, mówili, że tak wygląda podejście zimą. Bardzo mi się to podobało, taki prawdziwie męski sport. Pomyślałem, dlaczego nie miałbym się wspinać po kartonowej ścianie mojego domu, zawsze to będzie inaczej niż tradycyjny wyskok. Gdy mama i Miki wyszły razem na spacer, a pańcia była zajęta gotowaniem obiadu, postanowiłem spróbować i zrobić pierwsze podejście. Ściana była stroma, ustawiona pionowo, trudna do zdobycia. Namierzyłem się i wbiłem pazurki w twardy karton. Szło ciężko, ale krok po kroku wspinałem się na szczyt. Gdy dochodziłem do szczytu, to znaczy do krawędzi pudła, miejsca, w którym powinien znajdować się dach, zauważyłem okrągłe okienko. Było niezwykłe. Do tej pory wszystkie okna, które widziałem miały kształt prostokąta, a tutaj koło. Postanowiłem zajrzeć. Przesunąłem przednie łapy ku górze, wbiłem je mocniej w ścianę i zbliżyłem głowę do okrągłej dziury. Widać było przez nią kawałek świata na dywanie. Zbliżyłem się i gnany ciekawością wsadziłem głowę w kuszącą dziurę. Widziałem zielony jak trawa i miękki dywan, widziałem wszystkie pozostawione po naszym posiłku okruszyny i spodeczek z jedzeniem, ustawiony dość blisko. Dopiero na widok jedzenia poczułem jaki jestem głodny. Szarpnąłem głową chcąc ją wyciągnąć z okienka i nagle zawisłem w powietrzu. Łapki wysunęły mi się ze ściany, a głowa pozostała w dziurze. Łatwo było ją wcisnąć, ale trudno wyciągnąć. Nie wiedziałem co mogę zrobić. Z rozpaczą myślałem, że moje młode życie dobiega końca, zaczynało mi brakować powietrza, a na szyi powoli acz nieustępliwie zaciskała się kartonowa obręcz. Ostatkiem sił zacząłem wzywać ratunku, w tych zduszonych kwikach nie rozpoznając własnego głosu. Nagle, gdy już myślałem, że czas się żegnać, drzwi do pokoju otwarły się z impetem i wbiegła rozglądająca się dookoła pańcia. Jeden rzut oka wystarczył jej by zobaczyć w jakim niebezpieczeństwie jestem. Sięgnęła po nożyczki i szybko rozcięła więżącą moją głowę dziurę. Osunąłem się bezwładnie na zaściełające pudełko kocyki. Byłem uratowany. Gdy ocknąłem się pańcia przytulała mnie do siebie tak mocno, że czułem bicie jej serca. Głaskała mnie powtarzając bez przerwy, że napędziłem jej wielkiego strachu, i że nie wie co by beze mnie zrobiło. To było przyjemne. Po tym zdarzeniu nożyczki poszły w ruch, a mój kartonowy domek zrobił się niższy o dziesięć centymetrów. 

Ciąg dalszy nastąpi...

czwartek, 6 lutego 2014

Franio i „Dziewczyna z aniołem” AGNIESZKI KRAWCZYK




Dochodziła 1 w nocy. Próbowałam zasnąć, ale niestety Franek postanowił wywietrzyć mi sypialnię. Łóżko mam pod oknem, więc po już nie wiem, którym zamykaniu okna, co dawało efekt na 2 minuty postanowiłam sięgnąć po leżącą na stoliku nocnym książkę. Franek przebiegł po mnie, wskoczył na parapet w wiadomym celu, ale nagle się zatrzymał.
- Znowu czytasz?
- A co mam robić? Przecież nie dajesz mi spać. Czy chcesz, żebym zamarzła?
Usiadł i popatrzył na mnie, głęboko się zamyślając, co poznałam po mruganiu lewym okiem.
- Chyba nie chcę, ale lubię otwierać okno.
- Jasne, otwierasz, a potem uciekasz do ciepłego pokoju.
- Bo mi zimno – nie można było odebrać logiki temu stwierdzeniu. – Poczytaj mi. Fajna okładka, tylko ten nóż straszny. A ta pani co leży, to też zamarzła.
- Nie, to młodziutka dziewczyna, którą ktoś zamordował.
- Czemu? – usłyszałam stałe pytanie Franka.
- Jeszcze nie wiem. To starszy pan wspomina to morderstwo po latach. Akcja tej powieści dzieje się w 1959 roku w Krakowie.
- Strasznie dawnooo – ziewnął Franek. To mnie wtedy jeszcze nie było.
- Mnie też, ale to były niedobre czasy.
- Czemu? – wzdrygnęłam się.
- Była komuna, taki ustrój, w którym ludzie nie czuli się bezpieczni. Często byli aresztowani i skazywani na ciężkie kary, a bohaterka tej powieści Iwona Horn była córką prokuratora, który wydawał takie wyroki.
- To był niedobry?
- Tak i nawet podejrzewano, że zamordowanie jego córki ma związek z jego działalnością.
- A miało? – Franek położył się na pleckach i wyciągnął lapki.
- Nie wiem i nie powiem ci. Ta książka jest bardzo ciekawa, świetna intryga i dużo historii.
- Czego? – zaczął przyglądać się swojej łapce.
- To znaczy opisów tamtych lat. Szkoły, do której chodzili bohaterowie tej powieści, Krakowa.
- To opowiadaj.
- Jak mam ci opowiedzieć kryminał. W tej książce jest mnóstwo wydarzeń, tajemnic. Bardzo wciąga, zaciekawia. Pani, która ją napisała jest wspaniałą autorką. Do tej pory pisała takie zabawne książki, a to jej pierwszy poważny kryminał.
- To ona tak umie i wesołe i smutne i straszne?
- Umie. Wspaniale pisze. Idź spać, bo chcę skończyć książkę.
Franek przeciągnął się.
- To idę sobie. A kiedy pójdziesz spać?
- Jak skończę książkę. Dlaczego pytasz?
- Bo przyjdę otworzyć okno – spojrzał na mnie z szatańskim uśmieszkiem, a może tylko tak mi się wydawało po lekturze.

Grażyna Strumiłowska

Recenzje z Kropką - Szczęśliwy pech” Iwony Banach


Co tu kryć, lubię książki, przy których zaczynam myśleć lub które mnie bawią. Właśnie trafiłam na „Szczęśliwy pech” Iwony Banach. Dziwne rzeczy wyczynia z człowiekiem ta książka. Powinnam ją była czytać w jakimś bardziej stabilnym miejscu, bo kiedy śmiałam się jak opętana, moja wersalka wydawała z siebie podejrzane dźwięki, które wyraźnie irytowały usiłującą spać Kropkę. Udało mi się przy tym zakrztusić herbatą (uprzedzam – nie tykać żadnego pożywienia przy czytaniu, bo będzie nieszczęście), rąbnąć łepetyną w półkę (bo zapomniałam, że ona tam jest i tylko czeka na okazję) i dostać czkawki ze śmiechu. Przez dwie godziny nie byłam w stanie oderwać się od lektury, a kiedy skończyłam, ledwo zipałam. Obrażona Kropka zdecydowała się odciąć od źródła denerwujących ją dźwięków i zakryła uszy łapami. Ja zaś złapałam oddech i nieco się zestresowałam. Zestresowałam się, bo doszłam do wniosku, że w zasadzie tak serdecznie rechotałam z samej siebie. Bohaterka książki bowiem jest chodzącym nieszczęściem. Demoluje wokół siebie wszystko, co napotka, a wszelkie istoty żyjące skazane są przynajmniej na poważne urazy. Jeśli jestem do niej podobna, to raczej nie powinien być to powód do takiej eksplozji radości.
Pełna poczucia winy zerknęłam na Kropkę, która akurat przeciągała się rozkosznie i humor mi się nieco poprawił. Zaraz! Nie jest tak źle! Wszak moje ekscesy odbijają się tylko na mnie! Nie jestem szkodliwa dla otoczenia! Ot, zlecę ze stołka czy drabinki, moja głowa przeprowadzi nieplanowane spotkanie na szczycie z drzwiami łazienki, które złośliwie się otworzą, gdy przechodzę, walnie mnie otwarte okno, kiedy odkurzam, kanty mebli nabiją mi parę siniaków, ale wszystko, co żywe, jest przy mnie bezpieczne. A ostatnio nawet jakby sprzęty domowe złagodniały wobec mnie. W dodatku mąż przezornie schował gwoździe, więc nie mogę uprawiać ulubionego zajęcia. Bo – nie wiem, czemu – uwielbiam ozdabiać ściany gwoździami. Nie po to, żeby tam tkwiły bez powodu. Nie. Ja sobie ten powód bez problemu wynajdę. Coś do zawieszenia zawsze się w domu znajdzie. Teraz nie mam dostępu do gwoździ, a samo machanie młotkiem mnie nie satysfakcjonuje. Szkoda. Uprawiałam zagważdżanie ścian z dużym zaangażowaniem.
Bardzo mnie pocieszył fakt, że gdzieś we mnie tlą się jeszcze resztki altruizmu. Krzywdę robię wyłącznie sobie, oszczędzając rodzinę i Kropkę.
A książkę polecam wszystkim serdecznie. Włoch, który dość specyficznie próbuje porozumiewać się po polsku, też Was ubawi.


Małgorzata Kursa

wtorek, 4 lutego 2014

Marta Obuch kończy osiem zdań...




Marta Obuch
1. Pierwszy idol… mój tata. Był dla mnie całym światem, razem zwiewaliśmy mamie. Chodziliśmy na rurki z kremem i na prawdziwą bitą śmietanę. To on pokazał mi, jak smakuje woda z saturatora. Z sokiem, a jakże. To także on uczył mnie żartować i tego, jak być pogodnym. Był najlepszym i najfajniejszym kumplem, zajmował na liście numer jeden.
2. Książka, która nigdy mi się nie znudzi... Naprawdę takich książek jest wiele. Czytam je regularnie co jakiś czas i zawsze poprawiają mi humor. ,,Całe zdanie nieboszczyka”, ,,Harpie”, ,,Depozyt”, ,,Krowa niebiańska” – w zasadzie prawie wszystkie książki Chmielewskiej. Na szczęście napisała ich tyle, że kiedy przejdzie się całość, spokojnie można zaczynać od nowa i tak nie wszystko się zapamięta (ja ćwiczę celowe zapominanie, żeby się nie pozbawiać ponownej przyjemności).
3. Lubię w sobie… fantazję. Bardzo mi pomaga się nie nudzić. Zawsze można coś przecież wymyślić i szafa gra.
4. Najbardziej nie znoszę… ludzi, którzy nie potrafią przyjmować krytyki. Takie osoby same stoją na swojej drodze do rozwoju. I nie tylko na swojej drodze, bo tworzymy wspólnie jakąś wspólnotę, cywilizację zadufanych i myślących schematami ludzi.
5. Brakuje mi… aktualnie takiego kapitału, który zapewniłby mojej rodzinie spokój i zdrowie. Szczęścia, na szczęście, mi jednak nie brakuje, a tego braku nie da się zastąpić pieniędzmi.
6. Humor poprawiam sobie… dobrym filmem lub książką i smaczną kuchnią. A kiedy jest bardzo źle, nikt nie potrafi mi bardziej pomóc niż moja najbliższa rodzina. Cenię sobie więzi limfatyczne, nie ma silniejszych.
7. Gdyby nie było Internetu… wiedzielibyśmy mniej, spotykalibyśmy się i rozmawiali częściej.
8. Rozczulają mnie… małe kotki, małe kaczuszki i duzi faceci, którzy gotują na golasa. Dla mnie, oczywiście…

sobota, 1 lutego 2014

Tramwaj zwany powąchaniem - Piotr Olszówka

Smród – zjawisko nie występujące w słownikach, obficie natomiast reprezentowane w rzeczywistości. Przez oficjalną naukę pomijane, etnografom-amatorom dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć i materiału do przemyśleń. Przedmiot ataków ze strony wielu szkół olfaktorycznych, od czasu renesansu karolińskiego zwalczany na szeroką skalę lecz bez skutku przy pomocy tzw. perfum a. woni Arabii. Za panowania Króla–Słońce uznany za półoficjalny znak rozpoznawczy dworzan wersalskich. Obecnie popularny sport niektórych grup zawodowych, od 2008 roku oficjalna dyscyplina olimpijska. Patrz także: pot, skarpetki, mydło, wodociągi miejskie, broń chemiczna bezpośredniego kontaktu, pieniądze, pecunia non olet.
Encyklopaedia Minima Mundi, t. XXXVII,
wyd. Dextrarius Altus & Palafredes, Smorgonie 2017 r.

Panie, Panowie, drodzy koledzy i przyjaciele!

Niniejszym otwieram MCDLXX Kongres Międzynarodowego Stowarzyszenia Olfaktorycznego. Jako seniora Stowarzyszenia poproszono mnie o zabranie głosu i krótkie przedstawienie programu.
Czekają nas wspaniałe chwile przede wszystkim dzięki zgromadzeniu wielu tak znakomitych specjalistów z dziedziny olfaktoryki praktycznej.
Jako pierwszy wystąpi profesor Nasus z Akademii w Droger’yach. Przybliży nam wszystkim problematykę walki o byt w środkach komunikacji miejskiej prowadzonej przy pomocy zapachów. Wykład swój rozpocznie prezentacją próbek pobranych od pracowników fizycznych po dniówce, drobnych urzędników, sportowej młodzieży po treningu a także staruszek handlujących na bazarach. Omówi także ich skuteczność.
Następnie opowie krótko o podstawowych technikach zapachowego pozyskiwania miejsc siedzących w autobusie w godzinach szczytu. Przedstawi sylwetkę i działalność obecnej mistrzyni Europy w tej konkurencji a także jej metody treningu, dzięki którym od dwudziestu pięciu lat ma ona zawsze do wyłącznej dyspozycji 1/3 autobusu bez względu na tłok. Profesor spotkał ją w Krakowie w roku 1999 – już wtedy osiągała te wspaniałe rezultaty!
W dalszej części wykładu wyjaśni, w jaki sposób urzędnicy pracujący w okienkach, petenci tychże okienek a także sportowcy mogą zapewnić sobie wolną przestrzeń w biurze lub na mecie dzięki konsekwentnemu używaniu dezodorantów zamiast mydła i wanny.
Kolejny referat wygłosi uczeń profesora, mgr Albrecht Skunkie. Prowadzi on zakrojone na szeroką skalę badania nad ochroną wszelkiego rodzaju uchwytów w miejscach publicznych. Jest to niezwykle ważne zagadnienie: uchwyty i poręcze wycierają się, są nagminnie urywane przez wandali a także tracą swój pierwotny kolor.
Okazuje się, że powłoki tłuszczowo-potowo-kurzowe najlepiej chronią przed dotykiem i rdzą. Tworzą się same, jeśli zwolnić z pracy ekipy sprzątające. Za to odkrycie mgr Skunkie otrzymał specjalną nagrodę Ministra Administracji i Transportu a także dożywotni bilet od Zrzeszenia Miejskich Przedsiębiorstw Komunikacyjnych. Jeszcze dziś zapozna nas wszystkich z wynikami swoich badań i próbkami najskuteczniejszych powłok ochronnych.
Kolejnym prelegentem będzie dr Scharik. W wyniku wieloletnich obserwacji miejskich doszedł do zdumiewającego odkrycia: żebracy nie potrzebują tak naprawdę ochronnej strefy zapachowo-buforowej, bowiem nie przepuszcza ona ofiarodawców a wcale nie chroni przed konkurencją. Dr Scharik wykrył ścisły matematyczny związek między utargiem a wonią, a także opracował rewelacyjną metodę ochrony zabytków przed turystycznym tłumem przez strategiczne rozmieszczanie przy każdym wejściu żebraków opłacanych przez kustosza. Roztaczany przez nich zapach ochronny skutecznie powstrzymuje przeciętnego wycieczkowicza przed plątaniem się po zabytkowych wnętrzach.
Po przerwie wystąpi profesor Doomsday z wykładem pt. „Stosowanie perfum dla stłumienia dobrego wrażenia”. Profesor przez trzy lata obserwował z ukrycia klientki stoisk perfumeryjnych. Odkrył między innymi, że zwiększenie dawki drogich perfum nie ma związku ze wzrostem elegancji, a mimo to jest powszechnie stosowane w celu informowania o zarobkach męża. Badania prowadzone w bezwietrzne dni na ul. Szewskiej w Krakowie pozwoliły określić przeciętny czas pozostawania w powietrzu zapachu na dwie minuty trzydzieści i jedenaście setnych sekundy po odejściu nosiciela. Profesor przedstawi także wyniki swojej długoletniej pracy nad opisaniem najbardziej gryzących zestawów drogich perfum. Skatalogował 64 kombinacje spotykane powszechnie na ulicach krajów rozwijającego się kapitalizmu. Niektóre z nich potrafią zepsuć każdą rozmowę kwalifikacyjną! Profesor odkrył także powszechne i skuteczne stosowanie w tym celu perfum wraz z niemytymi włosami.
Następnie doktor habilitowany Burpstomach z Instytutu Biologii w Nowym Orleanie przedstawi wyniki badań nad owadami. Wbrew powszechnemu mniemaniu unikanie mycia i wody jak ognia nie odstrasza komarów chociaż płoszy sąsiadów.
Samodzielna Katedra Olfaktoryki Stosowanej dostarczyła na nasz Kongres bogaty materiał pobrany z kin. Reprezentujący ją docent Lumieré przedstawi metody wczesnego wykrywania węchem wolnych miejsc już po zgaszeniu świateł. Dzięki zastosowaniu nosa do takich spraw możemy niezwykle dokładnie określić wiek, wzrost, wagę a nawet kolor włosów osób siedzących przed nami. Pozwolę sobie zwrócić już teraz Państwa uwagę, że zagadnienie to niezwykle ściśle łączy się z badaniami prof. Nasusa. Umiejętne posłużenie się własnym zapachem może nam zapewnić wolne miejsce nawet na premierowym seansie „Star Wars” a przy odpowiednim treningu możemy wręcz opróżnić salę! Poprosiłem prof. Nasusa o demonstrację, dlatego już wkrótce sami się o tym przekonacie.
Instytut Badań Prasoznawczych wraz z Wydziałem Socjologii UJ reprezentowane przez dr Niucha przedstawią wyniki badań nad rolą pism ilustrowanych w osłabieniu zapocenia młodzieży szkolnej. Ekspansja pisemek dla niedolatków spowodowała zmianę woni szkół podstawowych. Niektóre z nich całkiem zniknęły z mapy zapachowej miast, inne da się wykryć węchem tylko w okresie działalności stołówek. Okropnie zubożyło to węchowy obraz naszych miast. Na szczęście przemiany ustrojowe sprawiły, że ich miejsce zajęły noclegownie dla bezdomnych.
Jako ostatni prelegent w dniu dzisiejszym wystąpi pułkownik magister Michał Snifsnif z Wojskowego Instytutu Zbiorowego Żywienia z wykładem pt. „Militarne zastosowania oddechu bigosowo-piwnego w warunkach bitwy miejskiej na przykładzie baru na Placu Imbramowskim”. Pułkownik magister zapewnił nam nawet ćwiczebny tramwaj, w którym przeprowadzimy symulację.
A teraz zapraszam na uroczyste spalenie masek przeciwgazowych i pierwszy ze wspaniałych referatów.
Prof. Zbigniew Dulski jun.
Powyższy tekst jest stenogramem
z uroczystego otwarcia
MCDLXX Kongresu Międzynarodowego
Stowarzyszenia Olfaktorycznego

w Krakowie

piątek, 31 stycznia 2014

Książki stycznia 2014

Jak co miesiąc czytelnicy i redakcja "Książki zamiast Kwiatka" dokonali wyboru w naszym nieustającym plebiscycie 
Jury obradowało w składzie: Grażyna Strumiłowska, Anna Klejzerowicz, Małgorzata Kursa, Iwona Mejza, Piotr Olszówka.
Po przedstawieniu osobistych list każdego z redaktorów i dyskusji okazało się, że naszym zdaniem książkami stycznia 2014 są:


Następnie podliczono głosy czytelników. Rywalizacja w tym miesiącu była ostra, ostatecznie wygrały:



Pozostaje pytanie: jakie tytuły zostaną książkami lutego? Ale o tym za miesiąc.

środa, 29 stycznia 2014

Franio i "Wyszedł z domu i nie wrócił"


Uwielbiam czytać późnym wieczorem, właściwie to już raczej nocą w łóżku. Przy filiżance aromatycznej herbaty w ciszy, spokoju, bez dzwoniących telefonów. W domu o dziwo też było cicho. Zagłębiłam się w kryminał Iwony Mejzy i z zapartym tchem śledziłam śledztwo prowadzone przez komisarza Ożegalskiego. Nagle usłyszałam huk. Zaczytana, nie zauważyłam, że Franio wszedł na półkę i zrzucił lampę. Bardzo z siebie zadowolony rozpoczął zwalanie z półki pozostałych rzeczy.
- Franuś, nie wolno. Czy ty wreszcie pójdziesz spać?
- Nie pójdę, bo światło jest zapalone.
- Nie widzisz, że czytam.
Franek zainteresował się i podszedł do mnie.
- Co czytasz. Fajna okładka. O... jakiś pan. To o miłości? 
- Nie, to jest kryminał.
- Co? Opowiedz.
- Taka książka, gdzie ktoś morduje innego człowieka, a detektyw rozwiązuje zagadkę.
- Czemu? – usłyszałam swoje „ukochane pytanie”.
- Żeby znaleźć mordercę i wsadzić go do więzienia.
- Po co, jak on już i tak zamordował?
- Musi zostać ukarany.
Franio spojrzał na mnie i ziewnął.
- Ludzie to chyba nie mają co robić. Ale ja lubię zagadki. Poczytaj.
- Nie będę ci czytać. 
- To opowiedz.
- W tej książce na cmentarzu znajdują w jednym grobie zwłoki dwóch ludzi. Komisarz musi dowiedzieć się, skąd w grobie znalazły się drugie.
- A co to jest ten cmentarz?
- To jest miejsce, gdzie są groby ludzi, którzy umarli.
- I fajnie tam jest?
- Czasem tak. Wtedy, kiedy palą się znicze, jest dużo światełek, kwiatów, a nagrobki to kawał historii każdego miejsca.
- Bardzo to trudne. A ty też będziesz na tym cmentarzu ze światełkami?
- Franusiu. Każdy będzie.
- A kto zabił? Ten komisarz już wie.
- Nie powiem ci, bo to jest bardzo ciekawa książka, każdy musi sam przeczytać i wtedy dowie się, jakie jest rozwiązanie tej zagadki. Wiesz, tu jest jeszcze opisane miasto Oświęcim.
- Nie znam.
- Dużo ludzi nie zna, ale autorka pięknie pokazuje to miasto, oprowadza nas po nim. Zresztą właśnie tam mieszka.
- Długo jeszcze będziesz czytać?
- Jeszcze trochę.
- To ja idę spać, będę sobie myślał o zagadkach – Franek ziewnął i przeciągnął się. Poszedł na swoje legowisko i jak zwykle zaczął je bardzo dokładnie ugniatać. Po chwili spał, a ja po przeczytaniu ostatniej strony, zamknęłam książkę. Zasypiając, pomyślałam, że to fantastyczne, że mamy autorkę umiejącą napisać klasyczny, wciągający kryminał.

Grażyna Strumiłowska

wtorek, 28 stycznia 2014

Romuald Pawlak kończy osiem zdań



1. Pierwszy idol.....

Mirosław Hermaszewski. Jedyny polski kosmonauta - poleciał w kosmos akurat wtedy, kiedy umysłem małego chłopca zawładnęły wizje dalekich podróży, w dżunglę, góry, dookoła przylądka Horn... A Hermaszewski poleciał dalej i wyżej Nic wtedy nie wiedziałem o politycznych uwarunkowaniach lotów w kosmos, za to bardzo chciałem znaleźć się na jego miejscu. I myślę, że zainteresowanie astronomią i kosmonautyką wciąż trwa dzięki niemu.

2. Książka, która nigdy mi się nie znudzi....

"Mistrz i Małgorzata". A na drugim miejscu "Pismo", bo lubię tam czasem zajrzeć i poczytać kawałek, zastanowić się nad skomplikowanymi dziejami naszej cywilizacji. No i to jest kopalnia motywów, postaci, fabuł, tego wszystkiego, co tworzy naszą kulturę i dziś. Na dobre i na złe, chciałoby się powiedzieć.

3. Lubię w sobie...

Poczucie humoru. Potrafię się śmiać z własnych wpadek i czynionych głupot, z tego, co mnie otacza, również. Pozwala mi to nie oszaleć

4. Najbardziej nie znoszę....

U siebie - lenia. Często gdyby mi się tak chciało, jak mi się nie chce, to mógłbym góry przenosić, ale że mi się nie chce, to kończy się na tym, że myślę sobie: - Gdyby mi się chciało... gdyby mi się chciało, gdyby chciało mi się (na melodię ze "Skrzypka na dachu", Tewje Mleczarz się kłania). Oraz nadmiaru pomysłów. Wpędzają mnie w irytację, bo za dużo wydaje mi się na tyle niezłych, aby je kiedyś napisać, ale mam świadomość, że tu by nie pomógł brat-bliźniak, o nie!, tu by trzeba zatrudnić całą kompanię braci! Wolałbym mieć mniej pomysłów średnich, z chęcią wymienię je na jeden na miarę nagrody Nobla. No dobrze, wystarczy Nike
U innych nie znoszę obłudy. I niczym nieuzasadnionej agresji, odreagowywania własnych niepowodzeń.

5. Brakuje mi...

Dawnej naiwności, jaką ma początkujący autor, a traci ten, który na rynku siedzi długo i sporo już widział. Widzę drzewa, czasem bardzo wyraźnie, ale czy jeszcze dostrzegam las? Pewno stąd czasem ucieczka w inne gatunki, eksperymenty, szukanie jakiejś "terra incognita", wychodzenie "hic sunt leones", czyli w obszary, gdzie takie doświadczenia wciąż mogą się zdarzyć.
Brakuje mi też często innego niż interesowane podejścia ludzi, ale to inna bajka, po prostu te zabiegane czasy trochę nas wszystkich zmieniły.
Brakuje mi też złudzeń względem ludzi. Zbyt często rozumiem, co jest powodem jakiegoś zachowania - i wcale a wcale mnie to nie cieszy.

6. Humor poprawiam sobie....

Na przykład zabawą z psem. On ma w ogonie problemy tego świata, żyje tu i teraz, i zabawa piłką jest ważniejsza od konferencji klimatycznej w Warszawie. Bardzo zdrowa perspektywa. Sporo zabawy i śmiechu. Kiedy wcielam się w drugiego psa, mnie też przestają obchodzić problemy tego świata, za to pojawia się pytanie: Piłka czy chrupki w miseczce?
Dobra książka, dobra muzyka, dobry film - wszystko co dobre, poprawia mi humor. Czekolada też.

7. Gdyby nie było internetu....

Pamiętam czasy, kiedy go nie było I pod wieloma względami wcale nie było gorzej, pod innymi było lepiej, a z wielu powodów było inaczej. Dla mnie brak internetu, byle powszechny, wcale nie byłby katastrofą. Na przykład temu, czemu poświęcam swój czas, czyli książkom - internet równie mocno zaszkodził, co i pomógł. A w innych sferach życia to już ewidentnie zaszkodził, na przykład to właśnie internet odarł nas ze złudzenia, że polityka może być w miarę przyzwoita, wyzwolił też z piekieł całe miliony komentarzy - właściwie na każdy temat - pełnych jadu i nienawiści. Kiedyś zostawały w głowach ludzi, dziś można je poczytać. To raczej wątpliwy sukces internetu
Więc dla mnie brak internetu to nie problem. Dostosowałbym się bez mrugnięcia okiem. Miałbym więcej czasu na swoje ulubione zajęcia

8. Rozczulają mnie......

Bardzo różne rzeczy. Pan łabędź broniący swojej damy i gromadki szarych piskląt. Pies, który nieoczekiwanie uzna, że trzeba mi powiedzieć, że się mnie lubi. Starsi ludzie, w których pomimo problemów nie umarła radość życia.
Życie mnie rozczula. Kiedy po prostu sobie jest, bez nadymania się czy dorabiania ideologii.

niedziela, 26 stycznia 2014

C.C. Hunter „Urodzona o północy”



Książka przekazana przez wydawnictwo Feeria.


Kylie Galen to nastolatka, której los nie szczędzi złych doświadczeń. Najpierw umiera babcia, z którą Kylie była bardzo mocno związana. Potem zrywa z nią przystojniak Trey. Jakby tego było mało rodzice rozwodzą się, a matka Kylie grilluje ojcu sześć par spodenek. W ramach buntu dziewczyna uczestniczy w imprezie, w której wcale nie chciała brać udziału i widuje ducha Żołnierza. W efekcie rodzice postanawiają wysłać ją na obóz dla trudnej młodzieży. Czy to jest dobra decyzja? Z punktu widzenia Kylie – niekoniecznie. Dziewczyna tęskni za ukochanym ojcem, za domem, za najbliższą koleżanką. Ma trudności z adaptacją w nowym otoczeniu, zwłaszcza, że to otoczenie jest trochę dziwne. Już w autobusie, w czasie jazdy na obóz w Wodospadach Cienia, Kylie czuła się odrobinę nieswojo. Miała wrażenie, że otaczają ją ludzie związani z różnymi subkulturami. Ubierający się na czarno goci, hipiski w kolorowych spódnicach i włosach z pasemkami w kolorach tęczy, dziewczyna bawiąca się znikającą ropuchą i dziwnie znajomy chłopak hipnotyzujący ją wielokolorowym spojrzeniem.
Dopiero na miejscu okazało się, że jako urodzona o północy ma nietypowe zdolności, między innymi możliwość kontaktu z duchami. Inni też mieli ciekawe zdolności i osobowości: zaklinanie ludzi w zwierzęta, przybieranie postaci zwierząt, nawet tych uchodzących za legendarne, jak biały jednorożec, picie krwi i czytanie myśli, co było nieco krępujące.
Kylie powoli się zadomowiła zyskując dwie przyjaciółki: czarownicę Mirandę, oraz wampirzycę Dellę. A ponieważ ta książka to paranormal romance, to oczywiście musieli pojawić się także mężczyźni, ciepły, uspokajający półelf Derek i ten, który zawsze fascynuje dziewczęta i kobiety, mężczyzna nieokiełznany Lucas Parker. Tyle o treści.
Czytając tę książkę, tak odległą treścią od tych, które zazwyczaj czytam uświadomiłam sobie dwie rzeczy: pierwsza to ogromna różnica pomiędzy książkami towarzyszącymi mojemu dorastaniu, a współczesnymi książkami dla młodzieży, a druga to ta, że niezależnie od czasów, w których żyjemy niezmienne w podstawowym przekazie książki pozostają takie wartości jak: wzajemna tolerancja, umiejętność życia w grupie, przyjaźń i szacunek wobec innych, nawet jeżeli mamy trudności z akceptacją tej inności. I nie zawsze chodzi o wampiry pijące nie tylko zwierzęcą krew.
Książka ciekawa, bardzo dobrze, płynnie napisana. Myślę, że nie tylko dla nastolatków.

Iwona Mejza

sobota, 25 stycznia 2014

RECENZJE Z … KROPKĄ - M. Kursa



Zaprawdę, powiadam Wam, jeśli potraktujecie te moje wypowiedzi jako recenzje, zawiedziecie się okrutnie. To, co czytam, jest w tym wypadku jeno bodźcem do przemyśleń, rozliczeń, wspomnień, czy jak tam to nazwać inaczej. Moim interlokutorem zaś jest domowa tyranka, kocica zwana Kropką, której zawsze tłumaczę, dlaczego dziwnie się zachowuję przy niektórych lekturach, albowiem łypie na mnie podejrzliwie i czuję się do tego zobligowana.
Ostatnio przyjaciółka namówiła mnie do sięgnięcia po Darię Dońcową w ramach poprawy nastroju. Sięgnęłam zatem. Po „Manikiur dla nieboszczyka”. Zachichotałam, kiedy Eulampia zapalała gaz przy pomocy gazety, po czym westchnęłam rzewnie. I chichot i westchnienie zaintrygowały Kropkę, która łypnęła na mnie pytająco.
- Bo widzisz, Kropasku, śmiesznie jest, kiedy dorosła baba boi się przypalać gaz zapałką – powiedziałam pośpiesznie. – Śmiesznie jest pod warunkiem, że to nie my jesteśmy tą babą. Bo jeśli jesteśmy… No, dobrze. Przyznam się. Tyle lat minęło, że nastąpiło przedawnienie, a z głupoty czasami się wyrasta. – Nabrałam tchu i ściszonym głosem zaczęłam spowiedź: - Miałam 23 lata, kiedy wyszłam za mąż. Cielę byłam straszliwe i do dziś nie wiem, jakie zaćmienie umysłowe opętało mojego męża, że się na mnie zdecydował. O gotowaniu miałam blade pojęcie, bo mnie z kuchni wyrzucano. Pewnie w szlacheckim dworku jako pani domu dysponująca posiłki miałabym niezłe osiągnięcia, jednakowoż trafiły mi się ostatnie podrygi PRL-u, kiedy o zawartości lodówki decydowała ilość kartek i towar, jaki dowieźli do sklepu. Męczące to było, a ja wtedy pracowałam i prace domowe starałam się odwalać jak najszybciej. Wodę na herbatę umiałam zagotować, nawet jajka mi wychodziły wedle życzenia. Jajecznicę też umiałam zrobić. Bieda w tym, że w rodzinnym domu korzystałam z zapalarki do gazu, a po przeprowadzce zostałam pozbawiona owego luksusu. Kiedy zbyt długo otwarty palnik po podetknięciu zapałki robił puff, wyłączałam go w panice, że za chwilę wylecę w powietrze. Istniało niebezpieczeństwo, że oboje z małżonkiem zemrzemy z głodu. Albo będziemy żreć suche, ale żaden chłop tego nie zdzierży na dłuższą metę, więc zostanę babą porzuconą. Przerażona tą możliwością, wspięłam się na wyżyny intelektu i znalazłam sobie długiego patyczka. Koniec owinęłam gazetą i w ten oto sposób zyskałam bezpieczne narzędzie do przypalania gazu… Widzisz, Kropeczko luba, że miałam powody, by wzdychać nad nieszczęsną Eulampią. Osobiście przez to przechodziłam. Rosołu z dodatkowym wkładem nie udało mi się wprawdzie ugotować, ale pamiętam, że usiłowałam braki w wykształceniu zastąpić ambicją i uporem. O mały włos nie doprowadziłam przez to do przedwczesnego zgonu mojego małżonka, albowiem pyzy, które w pocie czoła samodzielnie zrobiłam, skleiły mu paszczę i przeżyłam chwile grozy, gdy nie mógł jej rozewrzeć. Od tej pory kupuję gotowe… No, nie patrz na mnie, Kropciu, z taką dezaprobatą. W końcu nauczyłam się zapalać gaz zapałką, a wszyscy znajomi uważają, że świetnie gotuję. Została mi jedynie głupota techniczna, że tak powiem. Normalni ludzie, kiedy cieknie w łazience, zakręcają ciecz. Ja miotam się w poszukiwaniu miski, która za cholerę nie chce się zmieścić za sedesem, a potem dokonuję cudów ekwilibrystyki, żeby z niej wylać wykapaną wodę. Normalni ludzie, kiedy zlew się zapcha, zmywają naczynia w miedniczce. Ja latam z nimi do łazienki, wiszę nad wanną, a potem modlę się, żeby po drodze do kuchni niczego nie rozbić… Jak myślisz, Kropeczko, czy ja naprawdę jestem inteligentna inaczej? W końcu jakieś wady człowiek musi mieć, prawda?

M.J.Kursa

czwartek, 23 stycznia 2014

Kocie Opowieści - Drożdżówka ma kota!



- Nie zgadzam się! Nie ma mowy! NIEEEEEEEEEE! - mniej więcej tyle miała do powiedzenia Drożdżówka pani Bożence i panu Radkowi na temat tej oburzającej sytuacji. Człowiek dorosły powiedziałby to ostro i wyraźnie, dziecko mogłoby wykrzyczeć... Ale Drożdżówka była Kotem. Wrzaski są poniżej jej godności a ostre stawianie się oznaczałoby, że sprawa jakoś ją dotknęła. A okazanie takiej słabości to proszenie się o powtórkę! 
Kot musi dbać o swój pi-ar i profesjonalny image... Znała te słowa z telewizji i nie wiedziała dokładnie, co znaczą, ale z grubsza chodziło o to, żeby ludzie patrzyli na Kota z odpowiednim szacunkiem i uwielbieniem. Bez tego Kot nie mógłby należycie zarządzać domem. Dlatego tylko przeszyła wszystkie dostępne ludzkie serca spojrzeniem pełnym wyrzutu, zawinęła ogonkiem w powietrzu i powędrowała na pawlacz, który od zawsze był Kocim Kącikiem Zmartwień Oraz Drzemek. A kiedy już się tam wygodnie ułożyła - pomyślała z satysfakcją:- Ale im pokazałam!
Po chwili doszła do wniosku, że tej satysfakcji nie wystarczy i zaczęła jeszcze raz rozpamiętywać wszystko od nowa. Albowiem nawet najbardziej dramatyczne wykręcanie kocim ogonem nie wyrazi pełni uczuć ukochanej jedynaczki, której ni stąd ni zowąd wprowadza się do domu kot-kurencję! 
Przyszli oboje... i przynieśli takie COŚ! Nieduże i chude... w czarne pręgi na burym futerku (albo odwrotnie - Drożdżówka nie obejrzała zbyt dokładnie, bo ją zatkało ze zgrozy). Pręgi układały się w kółka na bokach.
CZY KTOŚ WIDZIAŁ PORZĄDNEGO KOTA Z KÓŁKAMI !?! Czy kot to jest jakieś stare BMW, żeby miał na bokach koła zapasowe? Jak ma kółka to niech natychmiast odjeżdża, ale już!
Nazwali toto Pręgusią.
Na rozpamiętywaniu tych wszystkich zniewag zeszło sporo czasu i Drożdżówka doszła do wniosku, że jest głodna.I to podsunęło jej GENIALNY pomysł: zagłodzi się na śmierć. To powinno kompletnie załamać panią Bożenkę i pana Radka. Pożałują swojego zachowania!
Pani Bożenka zawsze siadała obok swojej kici podczas posiłków i na pewno będzie jej tego brakowało... Drożdżówka mocno wątpiła, czy ludzie potrafią jeść, jeżeli wcześniej nie zobaczą jedzącego Kota...Dostaną za swoje! Z tą myślą schowała się głębiej w pawlaczu.Głodziła się aż piętnaście minut.
Było naprawdę ciężko.Nie obawiała się o swoje zdrowie - sześciokilogramowy kot ma zapasy, które tak szybko się nie skończą... Z drugiej strony słyszała, że to może zaszkodzić... Przypomniała sobie opowieści o wszystkich wycieńczonych znajomych z podwórka... Doszła do wniosku, że nie może posuwać się tak daleko. Ale na pewno doczeka do chwili, kiedy jej ludzie zaczną się śmiertelnie martwić. No może nie "śmiertelnie" ale "bardzo".
Wyjrzała ostrożnie, żeby sprawdzić czy to już, ale nie zobaczyła niczego. Bezczelni. Mogliby się martwić w zasięgu jej wzroku.
Trudno. Wytrzyma, dopóki nie uzyska pewności.
Dla zabicia czasu policzyła sobie łapy i pazury, wylizała starannie ogon, wyczesała uszy i głowę... i wpadła na straszną myśl: a jeśli ta "Pręgusia" korzysta z nieobecności prawowitego Kota i wyjada ciasteczka? Do takiego bezprawia nie wolno dopuścić!
Zeskoczyła z pawlacza jak bomba spadająca na spokojne miasteczko... zresztą miała mniej więcej podobne zamiary wobec wszystkich domowników, jacy jej się nawiną pod pazury.
Ciasteczka pozostały nienaruszone. Spojrzała znacząco na panią Bożenkę robiącą coś w kuchni.
Podziałało.
- O, jesteś! - pani siadła obok Kociego Miejsca Obiadowego. Drożdżówka dostojnie zjadła kilka ciasteczek... a odchodząc wygięła grzbiet w dół tak, żeby o centymetr ominąć głaszczącą rękę.
W drzwiach kuchni spojrzała, czy demonstracja wywarła należyte wrażenie.
- Co ty, Kiniu? Gniewasz się? - to nie była oczekiwana reakcja, więc kocica poszła podrapać kanapę.
Wbiła pazury w obicie, pociągnęła dwa razy bez przekonania... Wpadałoby sprawdzić, czy ta cała "Pręgusia" nie zajęła Oficjalnego Kociego Koszyka.
Jak przystało na Kota i Władcę - Drożdżówka usiadła na chwilę a potem starannie otarła się o cały koszyczek. Nikt nie mógł mieć wątpliwości co do tak oznaczonego miejsca. No... może ludzie, którzy w ogóle nie znają się na prawie własności. Siadła na chwilkę na środku pokoju. Na fotelach nie siedział nikt... za wyjątkiem pana Radka ale bezogonowi się nie liczą. Zdecydowała, że podpisze fotele, kanapę i komodę. Po dopełnieniu tego obowiązku przypomniała sobie o drugim pokoju... skoro nie było tutaj tej pręgowatej przybłędy z kółkami... - musiała być tam.
Chyba, że ją wywieźli!
Pełna nadziei pognała co kot wyskoczy do pokoju i wpadła prosto na Pręgusię, która właśnie nieśmiało wyszła z drugiej kanapy, żeby pozwiedzać nowy dom. Obie kocice zderzyły się niczym gumowe kule do rozpędzania demonstracji, po czym natychmiast uciekły w przeciwne strony prychając na cały dom. W wyniku tak gwałtownego startu dywan zwinął się w rulonik na obydwu końcach.
Dotychczasowa Władczyni Domu opamiętała się na pawlaczu. Wylizała z namysłem całe futerko. Nie może uciekać. Będzie walczyć. Nastroszyła się na wszelki wypadek i stanowczym krokiem zlazła na dół. Demonstracyjnie pomaszerowała do kuchni, żeby zjeść coś na zapas. Wojna wymaga sił. Uniknęła głaskania o pół centymetra - swoją drogą co to za czasy, że ma powód do ćwiczenia takich zachowań - a następnie pewnym krokiem wtargnęła do małego pokoju. Jeszcze przed progiem zaczęła warczeć. Nie zobaczyła uzurpatorki. Warcząc wlazła do kanapy i przeszukała ją wzdłuż i wszerz. Warcząc otarła się o każdy istotny element mebla i wywędrowała do dużego pokoju. Warcząc. A kiedy penetrowała i oznaczała tamtejszą kanapę - warczenie niosło się pod sufit. Następnie Drożdżówka wskoczyła na fotele i ponownie otarła się o każdy ich wygodny fragment, tak, żeby było jasne, kto ma prawo na nich leżeć. Chyba nie trzeba wyjaśniać, jaki dźwięk tworzył tło dla tej operacji...
Pręgusia nie pokazała się nigdzie - zły znak... Starsza kocica postanowiła obejrzeć pokój z wygodnego punktu obserwacyjnego... czyli z oparcia fotela. Wskoczyła tam... warcząc. Ułożyła się wygodnie, tak, żeby fałdy sadełka na brzuszku równo objęły jedną i drugą stronę mebla, z lubością wystawiła mordkę do słońca wpadającego przez okno... po czy przypomniała sobie, że nie czas na kontemplację podczas zażartych działań wojennych. Spojrzała w dół. Na środku jej Osobistego Kociego Koszyka siedziała Pręgusia i wylizywała sobie grzbiet. W tym samym momencie podniosła głowę z wysuniętym do połowy językiem.
Oczy kocic spotkały się.
Warczenie urwało się w połowie.Dał się słyszeć łomot.
Pan Radek przestał czytać gazetę. Nie był w stanie powiedzieć czy Drożdżówka zeskoczyła czy też spadła z wrażenia. W następnej chwili zauważył najpierw jeden a potem drugi koci ogon przemykający w stronę kuchni.
Warczenie poniosło się znowu na całe mieszkanie. Przez następny tydzień ani na chwilę nie umilkło. Początkowo Pręgusia próbowała się chować ale dokądkolwiek poszła - w odległości metra warczało za nią sześć kilo zagniewanego kota w nastroszonym futrze. Jeśli szła coś zjeść - musiała wyminąć warczącą Drożdżówkę. Do kuwety wędrowała zataczając sprytnie kręgi pod meblami, dzięki czemu wymanewrowywała przeciwnika niczym admirał Nelson. 
Cóż robić? Po trzech dniach przestała się tym stresować. Kocia wojna pozycyjna trwała a ofiarą była ludność cywilna, czyli pani Bożenka i pan Radek, którzy z wolna wpadali w rezonans i sami zaczynali warczeć.
Kilka dni później Drożdżówka opadła z sił. Jeśli ktoś tego nie rozumie - to najwyraźniej nigdy nie warczał przez 168 godzin z krótkimi przerwami na posiłki.
Koty mają naturalne poczucie misji dziejowej - dobrze wiedzą, że zrelaksowany futrzak w domu upewnia wszystkich mieszkańców, że świat idzie w dobrą stronę. To dlatego z wdziękiem śpią, ile wlezie. Drożdżówka prowadząc wojnę oczywiście nie spała i proszę: jej ludzie zrobili się nerwowi. Ale nie wpadli na konieczność usunięcia Pręgusi... Zrezygnowana padła akurat na kanapie. Potrzebowała snu.
Śniła o mamie liżącej ją po uszach. A kiedy mrucząc zaczęła udeptywać jej wyśniony brzuszek - poprzez warstwy kociej świadomości przebiła się natrętna myśl, że łapki opierają się o coś miłego również w rzeczywistości. Otworzyła oczy.
- Mruuuu... - powiedziała Pręgusia - Fajne masz te łapy, wiesz?
Starsza kocica wystartowała z prychnięciem godnym czołgu "Rudy 102". Zatrzymała się dopiero na pawlaczu. Przez resztę dnia w samotności przeżywała swoją klęskę. Aby dokładniej ją wycierpieć, ułożyła sobie punkty:
1. Utraciła pozycję jedynaczki.
2. Spędziła mnóstwo czasu na przegranej wojnie.
3. Schudła.
4. Musi się podzielić Kocią Przestrzenią Luksusową...
4a. ... a szczególnie Kocim Koszykiem i Kanapami.
Po namyśle uznała, że najbardziej bolą straty terytorialne... Nie może ustępować w tak kluczowej kwestii a zatem nie ustąpi. Twierdzą jej będzie każdy próg, czyli próg od jednego pokoju, próg od drugiego pokoju, próg od kuchni i próg od łazienki. Taka ilość twierdz zabrzmiała pocieszająco. Zdecydowanie miała gdzie leżeć na straży Kociego Stanu Posiadania... a jeśli wyciągnie się wzdłuż progu to nawet nie musi warczeć, bo zajmie całą szerokość futryny. Pokrzepiona na duchu uznała miniony tydzień za całkiem ciekawy. Jako jedynaczka pławiła się w luksusach ale też i w nudzie. Pani Bożenka nie raz zauważała, że dwa koty bawią się lepiej niż jeden.
A może... postanowili podarować JEJ Pręgusię do osobistego użytku?Zaskoczona tym odkryciem siadła i podrapała się po głowie.
To zmieniało wiele – nie byłaby eks-jedynaczką ale jedynaczką posiadającą swoje zwierzątko... i to wygodniejsze niż chomik czy kanarek, które po jednorazowym wydobyciu z klateczki nadaje się najwyżej na jeden posiłek. Taka Pręgusia mogła wystarczyć na długo...
Resztę dnia Drożdżówka spędziła zerkając z pawlacza na młodszą kotkę i rozważając nową sytuację ze wszystkich stron.
Wieczorem zlazła z pawlacza. Usiadła na dywanie przed swoimi ludźmi. Popatrzyła im prosto w oczy i powiedziała:
- No dobrze. Ten prezent... może być moim zwierzątkiem... ALE WY MACIE TYLKO MNIE!

Piotr Olszówka

wtorek, 21 stycznia 2014

Paweł Jaszczuk kończy osiem zdań



1. Pierwszy idol...
 ...Brat bliźniak.

2. Książka, która nigdy mi się nie znudzi...
 ...Zbrodnia i kara.

3. Lubię w sobie...
 ... tolerancję dla siebie.

4. Najbardziej nie znoszę...
... przemocy.

5. Brakuje mi...
... czasu.

6. Humor poprawiam sobie...
... siadając rano do komputera i wymyślając nowych bohaterów.

7. Gdyby nie było internetu...
...świat by się nie skończył.

8. Rozczulają mnie...
... mruczące, śpiące koty.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Franio i "List z powstania"


Północ już dawno minęła, a ja nadal nie byłam w stanie oderwać się od czytanej książki. Z głębi mieszkania dochodziły jakieś niepokojące odgłosy. Zastanowiłam się, co też moje ukochane zwierzaki tym razem demolują, ale postanowiłam nie sprawdzać i wróciłam do lektury. Po chwili usłyszałam tupot i do sypialni wpadł z myszką na patyku Franio. Półtoraroczny kotek o wadze 15 kg. Wskoczył  na łóżko i wsadził łebek w książkę.
- Co czytasz – spojrzał na mnie złotymi oczkami.
- „List z powstania”.
Ułożył się obok mnie.
- Opowiedz. Ja kocham książki. Przecież wiesz.
- Franusiu, to jest piękna, ale trudna książka. O wojnie. Nie dla ciebie.
- Czemu? – usłyszałam stałe i doprowadzające mnie do obłędu pytanie.
- Bo to smutne i straszne.
- To czemu czytasz?
- Mówiłam ci, że to piękna i ciekawa książka.
- Opowiadaj – ułożył się wygodnie i przytulił swoją mysz.
- Anna Klejzerowicz pisze o powstaniu warszawskim, o ludziach, różnych, tych szlachetnych, ale i o tych  złych, małych, podłych. O matce i córce, które żyją przeszłością swojej rodziny.
- A czemu było powstanie?
- Bo w czasie wojny Warszawa była pod niemiecką okupacją, codziennie ginęli ludzie, żyli w strachu, upodleniu, a chcieli być wolni, marzyli o normalnym życiu.
- I wygrali?
- Nie, przegrali, ale do tej pory pamiętamy ich.
- A po co wojna – Franek wyciągnął łapkę.
- Bo ludzie już tacy są, chcą władzy, pieniędzy, wywołują wojny.
- To głupi są. Nie umieją się cieszyć. Każdy dzień jest taki fajny.
- Niektórzy umieją, ale są tacy, którzy chcą ciągle więcej i więcej.
- Czemu?
- Franuś, tacy już są. Ta książka o tym opowiada, o wielkich ideałach, ale i o chciwości, zbrodni. Mówi też o strachu, który często jest motorem złych postępków. Jest pięknie napisana, mądra, głęboka. Daj mi poczytać.
Spojrzał na mnie i przeniósł mysz na poduszkę. Usadowił się wygodnie.
- Podoba ci się? – zapytał.
- Bardzo, porusza we mnie takie, często zapomniane struny, wiesz człowiek ma wspomnienia, emocje i ta książka potrafi je wydobyć.
- Pokaż okładkę – zażądał.
- Ładna, a ta pani, co napisała, to ma Sylwka?
- Tak, i Hasia. I jeszcze inne kotki. Ona bardzo kocha zwierzęta. I jest wspaniałą pisarką.
- Ja ją lubię. A ludzi to się boję, wiesz?
- Wiem. I masz rację.
- A jak ona pisze taką książkę i ludzie ją przeczytają, to może coś zrozumieją?
- Co?
- No te wszystkie rzeczy, może pomyślą i będą lepsi.
- Może. Piękno wyzwala w ludziach dobre emocje, a ta książka zmusi ludzi do zadania sobie wielu pytań.
Franek spojrzał na mnie, przeciągnął się i stwierdził.
- To sobie czytaj.
- A ty idź spać. Jest noc.
- Już mi się nie chce. Idę się bawić. Wstał, wziął mysz i pobiegł demolować mieszkanie. Zostałam z dylematem. Co on chciał mi powiedzieć?

31.10 Księga Cieni



KzK objęło patronat nad tym projektem. Pobierzcie książkę i szukajcie naszego logo wśród patronatów  No i życzymy Wam świetnej lektury z dreszczykiem! 
http://virtualo.pl/31_10_ksiega_cieni/i136166/?q=31.10


ANNA KLEJZEROWICZ "List z powstania"


Książka objęta patronatem KzK, przekazana przez wyd. FILIA.

Znam twórczość Anny Klejzerowicz, kocham jej książki, ale tą powieścią autorka mnie zaskoczyła. Moim zdaniem to jest jej najlepsza książka. Rodzice Julii giną w czasie powstania warszawskiego, jej siostra Hanka znika bez śladu. Życie Julii jest zdeterminowane przez tamte wydarzenia. Próbuje odnaleźć siostrę. Wojna się kończy, zaczyna się w miarę normalne życie. Julia zakłada rodzinę, ale nie zapomina o minionych czasach. Swoją obsesję przekazuje głównej bohaterce powieści, córce Mariannie. Dziewczyna od najmłodszych lat musi zmierzać się z historią rodziny, początkowo buntuje się, potem jednak przejmuje pałeczkę po matce. Jej życie staje się walką z własnymi lękami i dziwnymi zdarzeniami, traumami, zdarzającymi się niestety nazbyt często. Trudno mi określić gatunek literacki tej powieści. Jest tu wątek kryminalny, ale nie tylko. Anna Klejzerowicz rozlicza się z powstaniem, bo właśnie to wydarzenie przez wiele lat ma ogromny wpływ na życie bohaterów. W ogromnie interesujący sposób, autorka podchodzi do powstania. Z jednej strony wielki zryw, ale powstańcy też byli różni. Zapaleńcy, walczący o Polskę, wolność i godność, ale też mali, podli ludzie. Trudno jest po latach obiektywnie ocenić powstanie.Znamienne są słowa Marianny, która uważa, że zamiast ginąć, powinni przeżyć, bo wtedy mogli bardziej przydać się ojczyźnie. Autorka nie ocenia, delikatnie pokazuje różne postawy i różne opinie, nie ujawniając własnych poglądów.
"List z powstania" to jest literatura z najwyższej półki. Klejzerowicz napisała pozycję wielowątkową, z drugim dnem. Czytając, miałam wrażenie, że między zdaniami przebiega drut wysokiego napięcia, uderzając czytelnika i wzbudzając w nim niesamowite emocje. Prostym, oszczędnym stylem autorka wchodzi w duszę czytelnika, jego często najbardziej skrywane uczucia. Jeszcze jeden plus. Cudowne opisy, magiczny klimat, oczarowujący, wciągający. Ta książka nie pozwoli o sobie zapomnieć, zostawia nas w rozterce, zmusza do przemyślenia i przewartościowania wielu naszych poglądów. Oczywiście gorąco polecam.


Grażyna Strumiłowska

niedziela, 19 stycznia 2014

Konkurs Świąteczny I miejsce - Iwona Banach "Doniczka z gwiazdą"

Doniczka z gwiazdą

- Pojechali
- Nareszcie! Co za dzień. Dobrze, że to wszystko już się skończyło - powiedziała siadając ciężko za stołem i nerwowo splatając ręce na piersiach.
- Skończyło? Chyba żartujesz... - westchnął Marek, patrząc na nią z niejakim wyrzutem - może powinniśmy za nimi pojechać?
- Zwariowałeś! Jeszcze czego?! No wiesz? Jak możesz.... Jak możesz, ja się tak bardzo starałam!
Oboje popatrzyli na zastawiony stół, na pięknie ubraną choinkę.
- I do tego doniczką?
- No wiesz....
- Ale doniczką?! Przecież to zupełnie chore! I za co? Za tyle serca? Nie! To nie do pomyślenia! To miało być tylko dwa dni! Tylko na święta! Tylko na święta, debilu!
Choinka rzeczywiście wyglądała pięknie. Te wszystkie bombki, bombeczki, łańcuchy, światełka. Marek nalał sobie kompotu z suszu.
- Może jednak ja pojadę? Ty, jak nie chcesz...
- Ani mi się waż! To nie nasza sprawa!
- Jak to nie nasza? Przecież tak się cieszyliśmy...
- Jasne, ale to co się stało przechodzi wszelkie pojęcie! Lepiej posprzątaj w łazience, bo mi się niedobrze robi na samą myśl, co tam się dzieje. I całe to zamieszanie - wzruszyła ramionami z pogardą. - I po co nam to było?! Po co?
- Przecież chciałaś!
- Nie! To ty chciałeś!
Marek przezornie odwrócił oczy. To był jego pomysł, choć oboje go zaakceptowali. Zawsze wszystko uzgadniali, zawsze wszystko robili razem. Wszystko, nawet zakupy, rozumieli się prawie bez słów, byli jakby jedną osobą w dwóch ciałach. Aż do dzisiaj, aż do tej chwili kiedy wszystko się zawaliło. Marzenie jakoś wypsnęło się spod kontroli i już nie mieli na nie wpływu. Marek patrzył na Dominikę jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.
- Ależ kochanie...
- Żadne kochanie! - Dominika prawie na niego warknęła. - Mam dość! Rozumiesz? Przez cały tydzień siedziałam w garach! Przez cały tydzień latałam z wywieszonym ozorem, a to kapusty zabraknie, a to grzyby nie takie... - nagle zamilkła na chwilę - Wiesz? A może chodziło o tę lalkę?
- Nie, kochanie.... - usiłował coś dodać, ale przerwała mu uspokojona.
- Masz racje, to nie to! Lalka kosztowała ponad dwie stówy... I do tego podłogi, pastowanie, pucowanie, cholerne mycie okien, firanki, dywany! I ta choinka? Ten pieprzony drapak, też dał mi w kość! Wiesz, ile igieł z tego się posypie za kilka dni? I wiesz, kto to będzie sprzątał i zębami wydzierał te igły z dywanu? Wiesz? Jasne, że wiesz, przecież nie ty! Ty sobie spokojnie pójdziesz do pracy...
- Ależ, kochanie - Marek wyraźnie nie miał przebicia.
- Zamknij się! Zamknij! - krzyknęła Dominika histerycznie. - To nie tak miało być!
- Wiem, że nie tak, ale pewnych rzeczy nie da się przewidzieć w takich sprawach...
- Nie da się przewidzieć? Nie da się? Ty oszalałeś, prawda? Myślisz, że ktoś o zdrowych zmysłach usiłowałby przewidzieć taką cholerną katastrofę?!
Wstała i nerwowo wyjrzała przez okno.
- Teraz na pewno będą o nas gadać! Zupełnie niepotrzebnie powiedziałam Krukowskim, a poza tym, wszystko widzieli, jak hieny siedzą teraz w oknach i czekają na sensację, i zgaś te pieprzone światełka na choince! Zgaś! Słyszysz?!
- Dobrze, kochanie - Marek posłusznie podszedł do choinki i po kolei zaczął wyłączać światełka. Musiał przyznać, że były piękne. Nigdy dotąd aż tak bardzo nie szykowali się na święta, nigdy zresztą nie mieli nawet prawdziwej choinki, ale w tym roku Dominika uparła się, że ma być tak pięknie jak jeszcze nigdy i nigdzie.
- Te migające też? - zapytał nie wiedząc co powiedzieć.
- Też! Wszystkie! Nie było sensu ich kupować, ale oczywiście uparłeś się, prawda? Ty zawsze musisz postawić na swoim, a potem jak co do czego...
- Przecież to ty je kupiłaś?
- Nieważne! Ale jak można było coś takiego... I ta doniczka... Niepotrzebnie stawiałam gwiazdę betlejemską w łazience, ale tak pięknie tam wyglądała. Tak pięknie... A teraz co?
- Posprzątamy - na chwilę zamilkł. - To znaczy ja posprzątam...
- Nie o to chodzi! Chodzi o to, że będą się nas czepiać, rozumiesz?! Niewdzięczna gówniara! Specjalnie to zrobiła! Specjalnie! Chciała pokazać, co to nie ona... I miej tu, człowieku, serce!
Marek jeszcze raz popatrzył na żonę, po czym bez słowa poszedł do swojego pokoju. Kiedy wrócił był jakby spokojniejszy.
- Chyba tam nie dzwoniłeś?! - Dominika naprawdę się zezłościła. - Nie powinieneś! Przecież to wygląda tak, jakbyś czuł się.... Jakbyś... - jeszcze bardziej się zdenerwowała - jakbyśmy byli odpowiedzialni za to, co się stało!
- No więc… - chciał coś powiedzieć, ale znów nie dała mu dojść do głosu.
Blada, roztrzęsiona, co chwila poprawiała talerzyki na stole przykrytym nieskazitelnie białym obrusem, na którym w jednym miejscu kwitła czerwono bordowa plama.
- Weź aparat i porób zdjęcia.
- Teraz to tobie odbija. Jakie zdjęcia? - Marek nie wierzył własnym uszom. - Teraz? Po co?
- Bo ja tak chcę. Niech potem nikt mi nie powie, że coś było nie tak! Niech zobaczą choinkę! Niech każdy zobaczy te pieprzone prezenty i to całe żarcie na stole! I ciasto!
- Dominika, to nie ma sensu!
- Ma! Większy niż myślisz! Większy niż myślisz – powtórzyła. - Jak ona mogła to zrobić?! Jak mogła! Przecież to obrzydliwe. Tu tyle serca, kolędy, żarcie! Oczywiście musiała zapaprać obrus, jasne, że musiała! Założę się, że w życiu czegoś takiego nie miała, a teraz co?! Wszyscy nas będą wytykać palcami! I to jak? Doniczką?! No, nie, ja nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić!
- Fakt, to straszne...
- I cała ta masakra w łazience, skorupy ziemia...
- Zapomniałaś o krwi?
- Nie, nie zapomniałam, choć bardzo bym chciała! To chyba moje najgorsze święta w życiu! Marek! Ja się chyba załamię!
- Nie histeryzuj. Sprawa jest rzeczywiście trudna. Dzieciak miał...
- Dzieciak?! Dzieciak?! To harpia nie dzieciak! Nic jej się nie podobało! Nic!
- A może podobało jej się za bardzo?
- I oczywiście musiała odegrać się na nas? Ona naprawdę była jakaś nienormalna!
- Jest.
- Co: jest?
- No, jest. Żyje. Operacja się udała.
- No to koniec! Obgada nas jak nic! Nakłamie! To pewne!
- Przestań wreszcie myśleć o sobie i pomyśl o tym biednym dziecku! Ona ma ledwie dziesięć lat!
- I to ją usprawiedliwia? To jej pozwala podcinać sobie żyły w cudzej łazience? I to czym?! Skorupą od doniczki?!
- Wiem, rozumiem, to dla ciebie szok, ale skoro już jest w porządku to możemy jutro pójść i ją odwiedzić. Zaniesiemy jej prezenty....
- Mowy nie ma! Niech ją odwiedzają ci ludzie z domu dziecka, co ją tak wychowali! Też mi coś, a prezenty? Prezenty zostaną, w przyszłym roku zaprosimy inną dziewczynkę, będzie z pewnością grzeczniejsza i mądrzejsza. Przydadzą się.

IWONA BANACH

sobota, 18 stycznia 2014

Konkurs Świąteczny II miejsce - Natalia Nowak-Lewandowska "Święta z psem w tle"


Święta z psem w tle

Nigdy nie lubiła świąt. Nie lubiła… eh, ona ich nie znosiła! Te spotkania rodzinne, wymuszone, sztuczne uśmiechy. Prezenty kupione zupełnie bez znajomości zainteresowań osoby obdarowywanej, bezużyteczne. Ale nie było wyjścia. Mama by jej tego nigdy nie darowała. Na bank obraziłaby się i tę jej minę „usłużnej księżnej” oglądałaby przynajmniej do Wielkiejnocy. O matko! Jeszcze zimowe święta się nie zaczęły, a ona już przywołuje kolejne. Kto w ogóle wpadł na pomysł, że to są rodzinne święta? Ależ była wściekła. Nawet nie mogła skupić się na pracy, którą kochała i która zawsze przynosiła jej ukojenie w nerwowych momentach życia. Ale chyba nie tym razem.
Miała 38 lat. Miała enty związek za sobą, za to nadal nie miała potomstwa. Wielką bolączką rodzicielki był brak wnuków. No czym się chwalić? Psami jedynej córki? No może i były cudowne, ale wśród koleżanek mamy nie robiły tak oszałamiającego wrażenie, jak różowe bobasy czy też bezzębne kilkulatki.
Psów było cztery, wszystkie znalezione w dziwnych okolicznościach. Zenek-nieodgadnionej rasy czarny, duży samiec, Luśka-dożyca niemiecka z przytuliska dla zwierząt, Kaprys-maleńki psiak, trochę podobny do ratlerka i Krysia-starsza pani, w której żyłach płynęła krew owczarka kaukaskiego. Tak prezentowała się najbliższa rodzina Kaśki.
Oczywiście nie o taką chodziło pani Jaskólskiej. Swego czasu nawet spróbowała sił jako swatka. Opłakany efekt, do tego awantura była potężna, a i stosunki między paniami ochłodziły się na jakiś czas.
Jednak Grażyna Jaskólska nadal wierzyła, że jeszcze kiedyś doczeka upragnionych wnucząt (choć ta nadzieja z każdym rokiem umierała powoli śmiercią naturalną).
W wigilijny dzień Kaśka jak zwykle miała wolne w pracy i jak zwykle wstała o szóstej. Tak już miała, że zawsze wstawała bardzo wcześnie. Wciągnęła stary dres, trapery, kurtkę puchową i wielką czapkę, która zasłaniała jej pół twarzy. Drugie pół zakrył różnokolorowy szalik. Każdy z psów miał już założone szelki i dopiętą smycz. I tak oto wyszykowana sfora ruszyła w kierunku parku, który o tej godzinie świecił pustkami. W nocy napadało kilka centymetrów śniegu, alejki parkowe całkowicie zasypało, ale Kaśce i jej przyjaciołom to nie przeszkadzało.
Maszerowali raźno przez zaśnieżony park, jedni merdając ogonami, inni poszczekując. Kiedy przechodzili obok alei wierzbowej, oczom Kaśki ukazał się przerażający widok. Przy ławce leżał zakrwawiony pies. Nie skamlał, nie ruszał się, tylko patrzył pustym wzrokiem przed siebie. Jakby pogodzony z tym, że lada moment umrze.
Kaśka tylko przez moment stała jak zahipnotyzowana. Już po chwili jej czworo towarzyszy było przywiązanych z drugiej strony ławki, a Kaśka, klęcząc przy psie, przykrywała go własną kurtką i dzwoniła do Ekostraży. W głowie kłębiła się tylko jedna myśl-żeby zdążyć.
Po 20 minutach, które Kaśce wydawały się wiecznością, na końcu alei zamajaczyły dwa samochody. Nie zastanawiała się czemu akurat dwa, przez cały czas spokojnie mówiła do psa, żeby jeszcze troszkę wytrzymał.
Po chwili stało obok niej trzech mężczyzn i kobieta. Jeden z nich wraz z partnerką byli z policji, ponieważ Ekostraż, po telefonie od Kaśki zawiadomiła ich. Ktoś musiał spisać zeznanie.
Panowie zajęli się psem, a Kaśka tylko zapytała, czy przeżyje i czy poinformują ją o jego stanie zdrowia. Na pytanie o szanse psa nie można było w tej chwili nic odpowiedzieć.
Odwiązała swoje czworonogi i zaczęła odpowiadać na pytania policjanta.
- O której godzinie znalazła pani zwierzę?
- Około 6.40 – odpowiedziała Kasia.
- Czy zauważyła pani kogoś w pobliżu? – zapytał.
- Nie – odpowiedziała – zupełnie nikogo. O tej porze tu z reguły jest pusto.
Policjant przyjrzał się jej uważnie. Wielka czapka przysłaniała całkiem ładną, choć przestraszoną twarz. Spojrzał na psy siedzące przy kobiecie. Cztery. Kto dzisiaj trzyma tyle psów?
To ostatnie pytanie zadał bezwiednie na głos. Kaśka spojrzała na niego urażona.
- Ja. Ja mam cztery psy. Czy to przestępstwo? Czy jest to zabronione?
- Nie, nie, absolutnie – zaczął się wycofywać. – Przepraszam za nieprofesjonalne zachowanie z mojej strony.
Kaśka milczała.
- Proszę mi podać swój numer telefonu – ponownie odezwał się policjant. – Po świętach skontaktuję się z panią w celu potwierdzenia pani danych i podpisania raportu.
- Dobrze – odpowiedziała Kaśka, podała numer i odwróciła się na pięcie, ciągnąc za sobą opierające się psy. O dziwo, psy lgnęły do tego człowieka, choć on okazał takie zniesmaczenie ich ilością.
Pomimo wigilii pracownik Ekostraży zadzwonił do Kaśki. Okazało się, że nie dało się uratować przedniej łapki psa, ale on sam będzie żył. Kaśce spadł kamień z serca i natychmiast wyraziła chęć adopcji Miecia-tak go nazwano w lecznicy-jak tylko będzie ona możliwa.
Punkt osiemnasta zadzwoniła do drzwi rodzicielki. Psia brygada wpadła do mieszkania zupełnie nie przejmując się tym, że dobre wychowanie w tym domu to podstawa.
No cóż… i te święta nie zaskoczyły Kaśki. Sztucznie, bez rodzinnego ciepła, za to z życzeniami rychłego zamążpójścia lub chociaż zajścia w ciążę. Jeszcze teraz zęby same zgrzytały na wspomnienie tego. Świąteczne dni. Minęły leniwie. Trochę czytała, trochę spacerowała z psami. Oczywiście nie dała się już namówić na spotkanie rodzinne, wolała spokój swojego mieszkania.
Tuż po świętach zadzwonił telefon.
- Dzień dobry. Mówi aspirant Filip Olszewski.
Kaśkę zatkało. Nie z oburzenia, tylko ze zdziwienia. Czyżby? Czy to tylko zbieżność nazwisk? Dopiero teraz skojarzyła, że twarz policjanta nie była jej obca. Kurczę, Filip… jej szkolna, niespełniona i platoniczna miłość była policjantem. Do tego reagującym na jej psy, jak każdy były partner. Uh! Gorzej być nie mogło.
- Dzień dobry – powiedziała dość chłodno.
- Chciałem panią jeszcze raz przeprosić za swoje zachowanie i od razu przyznam się, że dzwonię do pani prywatnie – powiedział. – Chciałbym, w ramach przeprosin, zaprosić panią na kawę.
O Boże! O matko! Ile lat ona ma to czekała. Teraz ma szansę spełnić młodzieńcze marzenie. I cóż, że on jej nie pamięta? Może jednak te święta przyniosły ze sobą coś dobrego? Może prośby mamy zostaną wysłuchane?
Zgodziła się. I nigdy tego nie miała żałować.


NATALIA NOWAK-LEWANDOWSKA