Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 stycznia 2014

Konkurs Świąteczny I miejsce - Iwona Banach "Doniczka z gwiazdą"

Doniczka z gwiazdą

- Pojechali
- Nareszcie! Co za dzień. Dobrze, że to wszystko już się skończyło - powiedziała siadając ciężko za stołem i nerwowo splatając ręce na piersiach.
- Skończyło? Chyba żartujesz... - westchnął Marek, patrząc na nią z niejakim wyrzutem - może powinniśmy za nimi pojechać?
- Zwariowałeś! Jeszcze czego?! No wiesz? Jak możesz.... Jak możesz, ja się tak bardzo starałam!
Oboje popatrzyli na zastawiony stół, na pięknie ubraną choinkę.
- I do tego doniczką?
- No wiesz....
- Ale doniczką?! Przecież to zupełnie chore! I za co? Za tyle serca? Nie! To nie do pomyślenia! To miało być tylko dwa dni! Tylko na święta! Tylko na święta, debilu!
Choinka rzeczywiście wyglądała pięknie. Te wszystkie bombki, bombeczki, łańcuchy, światełka. Marek nalał sobie kompotu z suszu.
- Może jednak ja pojadę? Ty, jak nie chcesz...
- Ani mi się waż! To nie nasza sprawa!
- Jak to nie nasza? Przecież tak się cieszyliśmy...
- Jasne, ale to co się stało przechodzi wszelkie pojęcie! Lepiej posprzątaj w łazience, bo mi się niedobrze robi na samą myśl, co tam się dzieje. I całe to zamieszanie - wzruszyła ramionami z pogardą. - I po co nam to było?! Po co?
- Przecież chciałaś!
- Nie! To ty chciałeś!
Marek przezornie odwrócił oczy. To był jego pomysł, choć oboje go zaakceptowali. Zawsze wszystko uzgadniali, zawsze wszystko robili razem. Wszystko, nawet zakupy, rozumieli się prawie bez słów, byli jakby jedną osobą w dwóch ciałach. Aż do dzisiaj, aż do tej chwili kiedy wszystko się zawaliło. Marzenie jakoś wypsnęło się spod kontroli i już nie mieli na nie wpływu. Marek patrzył na Dominikę jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.
- Ależ kochanie...
- Żadne kochanie! - Dominika prawie na niego warknęła. - Mam dość! Rozumiesz? Przez cały tydzień siedziałam w garach! Przez cały tydzień latałam z wywieszonym ozorem, a to kapusty zabraknie, a to grzyby nie takie... - nagle zamilkła na chwilę - Wiesz? A może chodziło o tę lalkę?
- Nie, kochanie.... - usiłował coś dodać, ale przerwała mu uspokojona.
- Masz racje, to nie to! Lalka kosztowała ponad dwie stówy... I do tego podłogi, pastowanie, pucowanie, cholerne mycie okien, firanki, dywany! I ta choinka? Ten pieprzony drapak, też dał mi w kość! Wiesz, ile igieł z tego się posypie za kilka dni? I wiesz, kto to będzie sprzątał i zębami wydzierał te igły z dywanu? Wiesz? Jasne, że wiesz, przecież nie ty! Ty sobie spokojnie pójdziesz do pracy...
- Ależ, kochanie - Marek wyraźnie nie miał przebicia.
- Zamknij się! Zamknij! - krzyknęła Dominika histerycznie. - To nie tak miało być!
- Wiem, że nie tak, ale pewnych rzeczy nie da się przewidzieć w takich sprawach...
- Nie da się przewidzieć? Nie da się? Ty oszalałeś, prawda? Myślisz, że ktoś o zdrowych zmysłach usiłowałby przewidzieć taką cholerną katastrofę?!
Wstała i nerwowo wyjrzała przez okno.
- Teraz na pewno będą o nas gadać! Zupełnie niepotrzebnie powiedziałam Krukowskim, a poza tym, wszystko widzieli, jak hieny siedzą teraz w oknach i czekają na sensację, i zgaś te pieprzone światełka na choince! Zgaś! Słyszysz?!
- Dobrze, kochanie - Marek posłusznie podszedł do choinki i po kolei zaczął wyłączać światełka. Musiał przyznać, że były piękne. Nigdy dotąd aż tak bardzo nie szykowali się na święta, nigdy zresztą nie mieli nawet prawdziwej choinki, ale w tym roku Dominika uparła się, że ma być tak pięknie jak jeszcze nigdy i nigdzie.
- Te migające też? - zapytał nie wiedząc co powiedzieć.
- Też! Wszystkie! Nie było sensu ich kupować, ale oczywiście uparłeś się, prawda? Ty zawsze musisz postawić na swoim, a potem jak co do czego...
- Przecież to ty je kupiłaś?
- Nieważne! Ale jak można było coś takiego... I ta doniczka... Niepotrzebnie stawiałam gwiazdę betlejemską w łazience, ale tak pięknie tam wyglądała. Tak pięknie... A teraz co?
- Posprzątamy - na chwilę zamilkł. - To znaczy ja posprzątam...
- Nie o to chodzi! Chodzi o to, że będą się nas czepiać, rozumiesz?! Niewdzięczna gówniara! Specjalnie to zrobiła! Specjalnie! Chciała pokazać, co to nie ona... I miej tu, człowieku, serce!
Marek jeszcze raz popatrzył na żonę, po czym bez słowa poszedł do swojego pokoju. Kiedy wrócił był jakby spokojniejszy.
- Chyba tam nie dzwoniłeś?! - Dominika naprawdę się zezłościła. - Nie powinieneś! Przecież to wygląda tak, jakbyś czuł się.... Jakbyś... - jeszcze bardziej się zdenerwowała - jakbyśmy byli odpowiedzialni za to, co się stało!
- No więc… - chciał coś powiedzieć, ale znów nie dała mu dojść do głosu.
Blada, roztrzęsiona, co chwila poprawiała talerzyki na stole przykrytym nieskazitelnie białym obrusem, na którym w jednym miejscu kwitła czerwono bordowa plama.
- Weź aparat i porób zdjęcia.
- Teraz to tobie odbija. Jakie zdjęcia? - Marek nie wierzył własnym uszom. - Teraz? Po co?
- Bo ja tak chcę. Niech potem nikt mi nie powie, że coś było nie tak! Niech zobaczą choinkę! Niech każdy zobaczy te pieprzone prezenty i to całe żarcie na stole! I ciasto!
- Dominika, to nie ma sensu!
- Ma! Większy niż myślisz! Większy niż myślisz – powtórzyła. - Jak ona mogła to zrobić?! Jak mogła! Przecież to obrzydliwe. Tu tyle serca, kolędy, żarcie! Oczywiście musiała zapaprać obrus, jasne, że musiała! Założę się, że w życiu czegoś takiego nie miała, a teraz co?! Wszyscy nas będą wytykać palcami! I to jak? Doniczką?! No, nie, ja nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić!
- Fakt, to straszne...
- I cała ta masakra w łazience, skorupy ziemia...
- Zapomniałaś o krwi?
- Nie, nie zapomniałam, choć bardzo bym chciała! To chyba moje najgorsze święta w życiu! Marek! Ja się chyba załamię!
- Nie histeryzuj. Sprawa jest rzeczywiście trudna. Dzieciak miał...
- Dzieciak?! Dzieciak?! To harpia nie dzieciak! Nic jej się nie podobało! Nic!
- A może podobało jej się za bardzo?
- I oczywiście musiała odegrać się na nas? Ona naprawdę była jakaś nienormalna!
- Jest.
- Co: jest?
- No, jest. Żyje. Operacja się udała.
- No to koniec! Obgada nas jak nic! Nakłamie! To pewne!
- Przestań wreszcie myśleć o sobie i pomyśl o tym biednym dziecku! Ona ma ledwie dziesięć lat!
- I to ją usprawiedliwia? To jej pozwala podcinać sobie żyły w cudzej łazience? I to czym?! Skorupą od doniczki?!
- Wiem, rozumiem, to dla ciebie szok, ale skoro już jest w porządku to możemy jutro pójść i ją odwiedzić. Zaniesiemy jej prezenty....
- Mowy nie ma! Niech ją odwiedzają ci ludzie z domu dziecka, co ją tak wychowali! Też mi coś, a prezenty? Prezenty zostaną, w przyszłym roku zaprosimy inną dziewczynkę, będzie z pewnością grzeczniejsza i mądrzejsza. Przydadzą się.

IWONA BANACH

sobota, 18 stycznia 2014

Konkurs Świąteczny II miejsce - Natalia Nowak-Lewandowska "Święta z psem w tle"


Święta z psem w tle

Nigdy nie lubiła świąt. Nie lubiła… eh, ona ich nie znosiła! Te spotkania rodzinne, wymuszone, sztuczne uśmiechy. Prezenty kupione zupełnie bez znajomości zainteresowań osoby obdarowywanej, bezużyteczne. Ale nie było wyjścia. Mama by jej tego nigdy nie darowała. Na bank obraziłaby się i tę jej minę „usłużnej księżnej” oglądałaby przynajmniej do Wielkiejnocy. O matko! Jeszcze zimowe święta się nie zaczęły, a ona już przywołuje kolejne. Kto w ogóle wpadł na pomysł, że to są rodzinne święta? Ależ była wściekła. Nawet nie mogła skupić się na pracy, którą kochała i która zawsze przynosiła jej ukojenie w nerwowych momentach życia. Ale chyba nie tym razem.
Miała 38 lat. Miała enty związek za sobą, za to nadal nie miała potomstwa. Wielką bolączką rodzicielki był brak wnuków. No czym się chwalić? Psami jedynej córki? No może i były cudowne, ale wśród koleżanek mamy nie robiły tak oszałamiającego wrażenie, jak różowe bobasy czy też bezzębne kilkulatki.
Psów było cztery, wszystkie znalezione w dziwnych okolicznościach. Zenek-nieodgadnionej rasy czarny, duży samiec, Luśka-dożyca niemiecka z przytuliska dla zwierząt, Kaprys-maleńki psiak, trochę podobny do ratlerka i Krysia-starsza pani, w której żyłach płynęła krew owczarka kaukaskiego. Tak prezentowała się najbliższa rodzina Kaśki.
Oczywiście nie o taką chodziło pani Jaskólskiej. Swego czasu nawet spróbowała sił jako swatka. Opłakany efekt, do tego awantura była potężna, a i stosunki między paniami ochłodziły się na jakiś czas.
Jednak Grażyna Jaskólska nadal wierzyła, że jeszcze kiedyś doczeka upragnionych wnucząt (choć ta nadzieja z każdym rokiem umierała powoli śmiercią naturalną).
W wigilijny dzień Kaśka jak zwykle miała wolne w pracy i jak zwykle wstała o szóstej. Tak już miała, że zawsze wstawała bardzo wcześnie. Wciągnęła stary dres, trapery, kurtkę puchową i wielką czapkę, która zasłaniała jej pół twarzy. Drugie pół zakrył różnokolorowy szalik. Każdy z psów miał już założone szelki i dopiętą smycz. I tak oto wyszykowana sfora ruszyła w kierunku parku, który o tej godzinie świecił pustkami. W nocy napadało kilka centymetrów śniegu, alejki parkowe całkowicie zasypało, ale Kaśce i jej przyjaciołom to nie przeszkadzało.
Maszerowali raźno przez zaśnieżony park, jedni merdając ogonami, inni poszczekując. Kiedy przechodzili obok alei wierzbowej, oczom Kaśki ukazał się przerażający widok. Przy ławce leżał zakrwawiony pies. Nie skamlał, nie ruszał się, tylko patrzył pustym wzrokiem przed siebie. Jakby pogodzony z tym, że lada moment umrze.
Kaśka tylko przez moment stała jak zahipnotyzowana. Już po chwili jej czworo towarzyszy było przywiązanych z drugiej strony ławki, a Kaśka, klęcząc przy psie, przykrywała go własną kurtką i dzwoniła do Ekostraży. W głowie kłębiła się tylko jedna myśl-żeby zdążyć.
Po 20 minutach, które Kaśce wydawały się wiecznością, na końcu alei zamajaczyły dwa samochody. Nie zastanawiała się czemu akurat dwa, przez cały czas spokojnie mówiła do psa, żeby jeszcze troszkę wytrzymał.
Po chwili stało obok niej trzech mężczyzn i kobieta. Jeden z nich wraz z partnerką byli z policji, ponieważ Ekostraż, po telefonie od Kaśki zawiadomiła ich. Ktoś musiał spisać zeznanie.
Panowie zajęli się psem, a Kaśka tylko zapytała, czy przeżyje i czy poinformują ją o jego stanie zdrowia. Na pytanie o szanse psa nie można było w tej chwili nic odpowiedzieć.
Odwiązała swoje czworonogi i zaczęła odpowiadać na pytania policjanta.
- O której godzinie znalazła pani zwierzę?
- Około 6.40 – odpowiedziała Kasia.
- Czy zauważyła pani kogoś w pobliżu? – zapytał.
- Nie – odpowiedziała – zupełnie nikogo. O tej porze tu z reguły jest pusto.
Policjant przyjrzał się jej uważnie. Wielka czapka przysłaniała całkiem ładną, choć przestraszoną twarz. Spojrzał na psy siedzące przy kobiecie. Cztery. Kto dzisiaj trzyma tyle psów?
To ostatnie pytanie zadał bezwiednie na głos. Kaśka spojrzała na niego urażona.
- Ja. Ja mam cztery psy. Czy to przestępstwo? Czy jest to zabronione?
- Nie, nie, absolutnie – zaczął się wycofywać. – Przepraszam za nieprofesjonalne zachowanie z mojej strony.
Kaśka milczała.
- Proszę mi podać swój numer telefonu – ponownie odezwał się policjant. – Po świętach skontaktuję się z panią w celu potwierdzenia pani danych i podpisania raportu.
- Dobrze – odpowiedziała Kaśka, podała numer i odwróciła się na pięcie, ciągnąc za sobą opierające się psy. O dziwo, psy lgnęły do tego człowieka, choć on okazał takie zniesmaczenie ich ilością.
Pomimo wigilii pracownik Ekostraży zadzwonił do Kaśki. Okazało się, że nie dało się uratować przedniej łapki psa, ale on sam będzie żył. Kaśce spadł kamień z serca i natychmiast wyraziła chęć adopcji Miecia-tak go nazwano w lecznicy-jak tylko będzie ona możliwa.
Punkt osiemnasta zadzwoniła do drzwi rodzicielki. Psia brygada wpadła do mieszkania zupełnie nie przejmując się tym, że dobre wychowanie w tym domu to podstawa.
No cóż… i te święta nie zaskoczyły Kaśki. Sztucznie, bez rodzinnego ciepła, za to z życzeniami rychłego zamążpójścia lub chociaż zajścia w ciążę. Jeszcze teraz zęby same zgrzytały na wspomnienie tego. Świąteczne dni. Minęły leniwie. Trochę czytała, trochę spacerowała z psami. Oczywiście nie dała się już namówić na spotkanie rodzinne, wolała spokój swojego mieszkania.
Tuż po świętach zadzwonił telefon.
- Dzień dobry. Mówi aspirant Filip Olszewski.
Kaśkę zatkało. Nie z oburzenia, tylko ze zdziwienia. Czyżby? Czy to tylko zbieżność nazwisk? Dopiero teraz skojarzyła, że twarz policjanta nie była jej obca. Kurczę, Filip… jej szkolna, niespełniona i platoniczna miłość była policjantem. Do tego reagującym na jej psy, jak każdy były partner. Uh! Gorzej być nie mogło.
- Dzień dobry – powiedziała dość chłodno.
- Chciałem panią jeszcze raz przeprosić za swoje zachowanie i od razu przyznam się, że dzwonię do pani prywatnie – powiedział. – Chciałbym, w ramach przeprosin, zaprosić panią na kawę.
O Boże! O matko! Ile lat ona ma to czekała. Teraz ma szansę spełnić młodzieńcze marzenie. I cóż, że on jej nie pamięta? Może jednak te święta przyniosły ze sobą coś dobrego? Może prośby mamy zostaną wysłuchane?
Zgodziła się. I nigdy tego nie miała żałować.


NATALIA NOWAK-LEWANDOWSKA

piątek, 17 stycznia 2014

Konkurs Świąteczny III miejsce - Joanna Jagieła "Opowiadanie świąteczne"


Opowiadanie świąteczne

Cisza - niezmącona, podniosła, prawie magiczna, towarzyszyła dziś, niemal na krok, zgarbionej i chudej postaci, która człapała powoli i niepewnie wzdłuż zaśnieżonej i ciemnej ulicy. Tylko gdzieniegdzie drogę rozświetlało słabe światło latarni. Tak jakby wszystko dziś wokół zmówiło się odpowiednio, by stworzyć wspólnie prawdziwie świąteczną atmosferę. Śnieg padał, w radio śpiewały przepiękne kolędy i pastorałki, ludzie, jak zwykle w tym dniu, byli dla siebie niezwykle wyrozumiali i mili. Wokół panował podniosły nastrój wyczekiwania. Tylko na co? Nic już nie jest przecież takie samo. Gdy obok zabraknie ukochanej osoby, tęsknota przysłania swym ogromnym cieniem, każdą możliwą radość. Nawet człowiekowi nie chce się wstawać z łóżka. Bo po co? I dla kogo? Żeby samotnie wypić kubek ciepłego mleka? E tam, bez sensu.
Starsza zgarbiona pani, idąc powoli w stronę pustego domu, rozmyślała dokładnie w ten sposób. Co chwila przystawała. To zaglądała ciekawie do okien sąsiadów, to obserwowała padające wokół płatki śniegu. Słowem - wszystko, by tylko przedłużyć swój powrót do domu. Od śmierci Stanisława nie lubiła swojego mieszkania. Nienawidziła tych wszystkich rzeczy, które przywoływały piękne, acz bolesne wspomnienia. Dziś mijało dokładnie pół roku, odkąd ukochany mąż i przyjaciel, opuścił ją, pozostawiając ogromną i pogłębiającą się z dnia na dzień, pustkę w sercu. Nie potrafiła bez niego żyć. Stanisław od zawsze towarzyszył jej w życiu, służąc pomocną radą i ciepłym słowem. Już dawno, jak ta szekspirowska Julia, popełniłaby pewnie zbrodniczy czyn, by móc znaleźć się ponownie w jego cudownym i silnym objęciu, gdyby była jednak ciut młodsza. Teraz, jest już za stara na tak wariackie zachowania. Pod koniec życia stworzyłaby tylko pretekst do niepotrzebnych plotek i zburzyłaby cały swój chrześcijański dorobek, który pieczołowicie budowała przez całe życie. Pani Zofia, bo tak nazywała się starsza pani, odczuwając w starych już kościach, nasilający się z minuty na minutę mróz, postanowiła jednak powoli wracać do pustego domu. W końcu Wigilia zobowiązuje – mimo samotności, nie może, ot tak, zaprzestać jej obchodzić. Zresztą, w spiżarni na podłodze czeka na nią cały garnek przepysznej zupy grzybowej, którą już wczoraj ugotowała specjalnie na wieczerzę. Oczywiście, grzybki uzbierała sama, własnymi spracowanymi rękami, w zeszłe lato. Zresztą, w ubiegłym roku był tak ogromny ich wysyp, że zaczęła sprzedawać grzyby na pobliskim ryneczku. Nie z chytrości, tylko z nudów, rzecz jasna. Bo co tu robić samemu w słoneczne, letnie popołudnia?
Tak usilnie rozmyślając, pani Zofia doszła w końcu pod swój malutki domek, schowany pod zasypanym obficie drzewem. Malutkie okienka z ładnymi, zielonymi okiennicami, położony w zeszłe lato jeszcze świeży tynk w kolorze groszku oraz rzeźbiony, drewniany płotek sprawiały, że domek pani Zofii, mimo swoich niewielkich rozmiarów, wyglądał bardzo miło i zachęcająco.
Starsza pani, otrzepując energicznie swoje zaśnieżone buty pod domem, dostrzegła nagle w drzwiach wejściowych, coś niepokojącego. Klapa, którą niegdyś Stanisław zamontował dla ich kota Filona, zawsze zamknięta, dziś była niebezpiecznie odchylona. Pani Zofia – jak zwykle w takich chwilach – niepewna i wystraszona – postanowiła zawrócić i skierować swoje kroki wprost na pobliską komendę policji. Ale zaraz, zaraz. Przecież klapa jest tak małych rozmiarów, że nawet dziecko nie byłoby w stanie się przez nią przecisnąć. Kobieta szybko podjęła decyzję. Wejdzie cicho do domu -jakby nigdy nic, zaopatrzy się, mimo wszystko, w miotłę i pójdzie na przeszpiegi, by znaleźć intruza, który wtargnął do jej domu. Pani Zofia, delikatnie przekręciła klucz w zamku i cichutko uchyliła drzwi. Wtem, przed oczyma zobaczyła w swojej spiżarni dużą jasną masę, pełną splątanej sierści w kolorze jasnego piasku. Intruz, jakby nigdy nic, częstował się w najlepsze wprost z dużego garnka, przepyszną wigilijną zupą grzybową. Pani Zofia aż krzyknęła z oburzenia! Precz! I bezmyślnie zaczęła okładać miotłą zdziwionego psa. Lecz ten, niezrażony jej zachowaniem, jadł dalej, by dopiero po chwili uciec z zasięgu jej wzroku, wprost do sąsiedniego pokoju. Wskoczył spokojnie na kanapę starszej Pani i ułożył się na dużej, bawełnianej poduszce. Kobieta aż przetarła oczy ze zdumienia, widząc pysk tego bezczelnego psa na poduszce, która należała do jej ukochanego Stanisława. Przecież to jest własność męża! Co za niewychowany, okropny kundel! Najpierw zajada się moją jedyną potrawą wigilijną, by później położyć się wygodnie na łóżku.
Z powodu ogarniającej ją bezsilności, starsza Pani, jakby nigdy nic, zaczęła rozpaczliwie płakać. Pies, który był psem, mimo wszystko, bardzo grzecznym i kulturalnym, skrępowany nagłym wybuchem starszej Pani, postanowił zainterweniować. W końcu, nie przez przypadek, ostatniej nocy został uratowany przez miłego, starszego pana, imieniem Stanisława. Staruszek przyszedł równo o północy i cichutko, prawie bezgłośnie, uwolnił go z krępujących i zimnych łańcuchów, do których był przywiązany przez ostatnie 6 miesięcy. Uratował go, a on jest psem honorowym, dlatego, jak obiecał wczoraj starszemu panu, zaopiekuje się jego żoną tak doskonale, że staruszka już nigdy nie odczuje przygnębiającego uczucia samotności. Pies, postanowił działać od razu. Szczeknął zachęcająco i radośnie, po czym pobiegł do sąsiedniej izby, by przynieść swojej nowej Pani, jej ulubione puchowe kapcie. Wiedział doskonale, które należą do niej, w końcu ma w posiadaniu węch pierwsza klasa! Kobieta, widząc w zębach paskudnego kundla, swoje pantofle, jęknęła cicho. Pies jednak się nie poddawał. Postanowił przynieść jej nową niespodziankę. Wchodząc po raz pierwszy do domu, widział w spiżarni, w samym jej rogu, malutką nieżywą już mysz. Tak. Staruszka na pewno się ucieszy, gdy zobaczy, jakim jestem doskonałym myśliwym! Pomyślał pies. Odtąd, pewnie będę mógł towarzyszyć jej podczas letniego grzybobrania, by później zjeść całą miskę przepysznej zupy grzybowej, którą Pani przygotuje.
A co na to staruszka? Pani Zofia siedziała już cicho i spokojnie w swoim fotelu, głęboko rozmyślając. Czy to nie przypadek, że akurat dziś, gdy minęło dokładnie pół roku od śmierci Staszka, pojawia się ten dziwny pies w moim domu? Narobił hałasu i bałaganu, ale przynajmniej jakoś radośniej i cieplej mi na sercu. Może lepiej, żeby został jednak w domu. Zresztą, nie wypada go nawet wypuszczać na zewnątrz, gdy za oknem siarczysty mróz i nieprzenikniona ciemność. Zostanie. Tylko dziś. W końcu Wigilię mamy, a przecież Biblia doskonale mówi, że należy zapraszać w swoje progi wszystkich potrzebujących. Bo w rzeczywistości, człowiek nigdy nie jest prawdziwie samotny. Na świecie, jest przecież mnóstwo istot, które tak samo jak ja, potrzebują czyjegoś ciepła i pokrzepiającego dotyku. Istotą jest, by nie zamykać swojego serca na innych. Nie odgradzać się ciężkim i grubym murem, tłumacząc się smutkiem i samotnością. Należy wyjść do ludzi z wyciągniętą dłonią i czekać, zawsze cierpliwie czekać, by móc komuś pomóc w potrzebie. A wtedy uśmiech, najszczerszy i najpiękniejszy, bo pochodzący wprost z głębi serca, sam, mimowolnie i bez naszej wiedzy, pojawi się na twarzy.
Tak, człowiek nigdy nie jest prawdziwie samotny...

JOANNA JAGIEŁA

czwartek, 16 stycznia 2014

Konkurs Świąteczny IV miejsce - Katarzyna Metzger "Świąteczna obietnica..."

Świąteczna obietnica...

Podłoga cicho skrzypiała pod jej stopami, burząc ciszę biblioteki. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. O tej porze nie było w niej innych czytelników. I nawet stara bibliotekarka zatopiona w lekturze opasłego tomu nie podniosła na nią wzroku, odpowiadając zwyczajowe „Dzień dobry”. Dzięki temu Marta mogła spokoje poszukać tego, po co przyszła. Pewnym krokiem udała się do działu z literaturą dziecięcą. Miała nadzieję, że szybko uda jej się znaleźć potrzebną książkę. Obiecała Ani, że poczyta jej dziś coś niezwykłego. Wybór padł na „Alicję w krainie czarów”. Tylko tyle mogła dla niej zrobić. Reszta była w rękach lekarzy.
- Mam nadzieję, że to jej sprawi trochę radości – pomyślała, wyjmując z półki jeden z podniszczonych egzemplarzy książki. Kiedy ona była dzieckiem ta książka była w stanie poprawić jej nastrój. - Poproszę tę - powiedziała z uśmiecham.
- Ale to literatura dziecięca? – zdziwiła się bibliotekarka.
- Wiem... Moja siostra jest teraz w szpitalu. Pomyślałam, że jej poczytam, kiedy będę u niej siedzieć. Mam nadzieję, że to jej choć trochę poprawi humor przez te kilka dni. – stwierdziła Marta z uśmiechem. - Mnie też czytano tę książkę, kiedy byłam chora - wyjaśniła nieśmiało. Nie bardzo wiedziała, co mogła by powiedzieć. Uznała, że nie ma sensu robić przedstawienia.
- Mam nadzieję, że jej się spodoba. Teraz dzieci niewiele czytają. Rodzice nie mają czasu im czytać. Wszyscy się gdzieś spieszą - powiedziała kobieta z nieskrywanym smutkiem.
- Dziękuję pani bardzo. Do widzenia.
Marta zwykle nie kłamała, ale nie wiedziała, jak ma powiedzieć prawdę. Słowo „śmierć” w połączeniu z dobroczynnością wywoływało w ludziach coś, czego bardzo nie lubiła. Chciała jednak, by świat stał się lepszy. Nawet dla tych, co już prawie z niego odeszli. Mimo, że przez lata zdążyła się napatrzeć na niejedno, zawsze miała nadzieję. Tym razem też wierzyła, że będzie lepiej. Chciała zdążyć dać tym dzieciom jak najwięcej.
Biegła szybko chodnikiem, by nie tracić ani chwili. Chciała jak najszybciej pojawić się u Ani. Spędzić z nią czas. Kilka ulic pokonała w pośpiechu, po raz pierwszy nie zwracając uwagi na mijanych przechodniów. Szybko dotarła na obrzeża miasta, gdzie kręta, stroma droga prowadziła ją przez las. Jeszcze tak nie dawno była to leśna ścieżka. Dziś betonowa szara droga, która poprowadziła ją pod szpitalny gmach. Nie było jej łatwo. Nawet teraz, po latach, nie lubiła szpitala. Wyglądał dziś, co prawda inaczej, ale jego specyficzny zapach sterylności pozostał nadal ten sam. Zanim przekroczyła jednak próg oddziału dziecięcego, zdążyła się już opanować. Znała tu każdy kąt, bo – jako dziecko – spędziła w tym miejscu dużo czasy, gdy przeszczepiono jej szpik.
- No cześć, mała, jak się masz? – spytała, mając nadzieję, że jej głos jest wystarczająco swobodny
- Bałam się, że już nie przyjdziesz - powiedziała cicho Ania.
- No, co ty? Ja? Przecież ci obiecałam.
- Niby tak...
- Ja zawsze dotrzymuję słowa. I mam dla ciebie niespodziankę.
- Jaką? - spytała.
- Zobacz, co ci przyniosłam.
- Po co mi kolejna książka?
- W książkach można spełnić większość marzeń, mieć wszystko.
- Nikt ci nie mówił, że ja już nie zdążę? Nie będę mieć wszystkiego? - szepnęła smutno Ania.
- Zdążysz. Ta książka sprawi, że zdążysz poznać smak niezwykłego życia. Spełnionych marzeń. To co, zaczynamy?
- Jeśli chcesz… Ale i tak uważam, że to nie ma sensu - powiedziała cicho Ania.
- „ROZDZIAŁ I PRZEZ KRÓLICZĄ NORĘ. - Zaczęła ignorując jej ostatnie zdanie. - ...Alicja miała już dość siedzenia na ławce obok siostry i próżnowania. Raz czy dwa razy zerknęła do książki, którą czytała siostra. Niestety, w książce nie było obrazków ani rozmów. „A cóż jest warta książka - pomyślała Alicja - w której nie ma rozmów ani obrazków?” Alicja rozmyślała właśnie - a raczej starała się rozmyślać, ponieważ upał czynił ją bardzo senną i niemrawą - czy warto męczyć się przy zrywaniu stokrotek po to, aby uwić z nich wianek. Nagle tuż obok niej przebiegł Biały Królik o różowych ślepkach...”1 - czytała na głos.
W kolorowej sali oprócz Ani leżało jeszcze dwoje innych dzieci, które teraz też były cicho. Słuchały, a czytana przez nią książka otwiera przed nimi nieznane dotąd światy. Maszyny i kroplówki też tak jakby ucichły urzeczone historią, którą czytała. Kolejne strony odsuwały od zasłuchanych dzieci nawet zapach, jaki miała ta szpitalna sala. Kiedy Marta uznała, że zasnęły, przerwała.
- Czytaj – poprosiła cichutko Ania.
- Śpij. Wy musicie odpocząć, a ja już dawno powinnam sobie iść. Dziwię się, że pielęgniarki jeszcze mnie nie wygoniły...
- Wiedzą, że to nie ma sensu.
- Dlaczego?
- Bo my możemy odejść w każdej chwili, nie chcą nam niczego odbierać...
- No coś ty? Co ty mówisz?
- Nie musisz mnie okłamywać. Ja wiem, że stąd mało kto wraca do domu. Śmierć codziennie tutaj bywa. Choć nie mówią o tym oddziale... tak jak powinni. Nie chcą, byśmy się bali umierać. Zwłaszcza teraz, kiedy są niedługo Święta.
- Przecież mówiłaś, że ci lepiej... – Marta poczuła, jak coś ją dławi boleśnie.
- Lepiej, bo wiem, że to już długo nie potrwa. Szkoda tylko, że już nie będzie normalnie. Nie będzie domu i rodziny. Kiedyś myślałam, że może zabierzesz mnie do siebie.
- Ale ja nie mam rodziny. Nie pozwolili by mi...
- Wiem, ale przez chwile miałam nadzieję. W marzeniach jest tak, jak w tej książce. Wszystko bywa możliwe. Chciałam mieć taką krainę dla siebie. Wtedy ty też nie byłabyś sama w Święta. Ubrałybyśmy choinkę. Byłoby tak. jak zwykle bywa w domach.
- Widzę, że wszystko zaplanowałaś.
- Jasne. Zaprosilibyśmy na Wigilię Wiktora i Adasia. Oni też teraz są sami i byłoby im raźniej. Bylibyśmy jak rodzina. Taka, co po drodze na pasterkę lepi bałwana. My z domu dziecka nie wychodzimy w Święta. Jest smutno. Bo nie każde z nas może być u kogoś... A nawet jeśli, to zawsze musi wrócić. Niewielu ma szczęście i zostaje gdzieś na dłużej. Myślałam, że mnie się uda być u ciebie... Może zabrałybyśmy ze schroniska jakiegoś psa. Może kot też by się jakiś przybłąkał. Lubisz koty?
- Nie bardzo, ale myślę, że dało by się coś z tym zrobić. Tylko nie moglibyśmy jeździć na wakacje – Marta uśmiechnęła się, opanowując drżenie ust. Wiedziała, że dziewczynka niedługo odejdzie i nie chciała burzyć jej marzenia.
- Dlaczego? – zdziwiła się Ania.
- Bo zwierząt nie można zostawiać samych. Trzeba się nimi opiekować.
- To pojechałyby z nami – oświadczyła dziewczynka. - A dokąd byśmy pojechali?
- A dokąd byś chciała?
- Nigdy nie byłam nad morzem.
- W takim razie musisz koniecznie pojechać.
- Chyba już nie zdążę...
- Nie mów tak – Marta przygryzła usta.
- Zrobisz coś dla mnie?
- Postaram się, a co chcesz?
- Nawet jeśli mnie już nie będzie, zaproś na Święta Wiktora i Adasia. Nikt nie powinien być sam.
Marta nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.
- Przecież obiecałaś – Ania spojrzała na nią oskarżycielsko.
- Nie o mnie chodzi. Może oni sami nie będą tego chcieli…
- No co ty? Kto by nie chciał?
Skapitulowała. Wiedziała, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Jeszcze nie wiedziała, jak to zrobi, ale była zdecydowana dotrzymać obietnicy danej umierającemu dziecku.
- No dobra, obiecuję. Odpocznij teraz, bo jest już późno, a ja muszę wracać. Zajrzę do ciebie po pracy - powiedziała cicho i wyszła, nie czekając na odpowiedź. Widziała, że osłabiona Ania już prawie śpi.

Nie wracała myślami do tej rozmowy przez kilka kolejnych dni. Po tym, co się stało, nie była w stanie normalnie zebrać myśli. Wiele razy godziła się z czyimś odchodzeniem. Śmierć Ani była dla niej jednak czymś więcej. Wszystko, co działo się wokół, przestało nagle do niej docierać. Jakby od reszty świata odgrodziła ją ściana bólu. Dopiero dźwięk dzwoniącego uporczywie telefonu wyrwał ją z otępienia.
- Słucham...
- Cześć, jak się trzymasz? – spytał Wiktor, lekarz z oddziału.
- Kiepsko. Niby powinnam się na to przygotować, ale cały czas miałam nadzieję...
- Rozumiem cię. Mam podobnie. Co gorsza, nie mogę przestać myśleć o tym co kazała mi obiecać - powiedział niepewnie jej rozmówca.
- Nie mów, że tobie też zorganizowała Święta...
- Skąd wiesz?
- Nietrudno się domyślić. Poza tym spędziłam z nią ostatnie godziny jej życia… - wydusiła z siebie czując, jak łzy znowu zaczynają jej płynąć po policzkach
- Co z tym zrobimy?
- Nie wiem co ty zamierzasz, ale ja jej obiecałam... Wiem, że to głupie. Irracjonalne nawet... Ale nie umiałabym… Obiecałam Ani…
- Ja też. Dasz radę? Urządzimy wspólne Święta, chcesz?
- Chyba nie mamy wyjścia. Oboje jej to obiecaliśmy…A jak Adaś?
- Dobrze. Choć jest smutny, że Ania nie dostanie prezentu, który jej obiecał.
- Dostanie - powiedziała Marta, wiedząc już, co powinna zrobić. Przyszedł jej do głowy pomysł, kiedy na wystawie sklepu zobaczyła aniołka ze szkła. - Stworzymy jej Święta.

1.”Alicja w krainie czarów”. Carroll Lewis




KATARZYNA METZGER

sobota, 30 listopada 2013

ŚWIĘTA IDA - Małgorzata Kursa


Mateusz był wściekły na cały świat. Że też akurat teraz Ida musiała skręcić nogę! Co jej strzeliło do głowy, żeby testować ślizgawkę przed domem jak jakaś małolata. Jak się ma trzydzieści lat, przydałaby się odrobina rozumu. Przed samymi Świętami ludzie mają dość roboty, żeby nie myśleć o głupotach. Teraz, zamiast siedzieć w firmie, Mateusz musiał zająć się zakupami, czego nie znosił. Co prawda, wspólnik nie miał nic przeciwko jego nieobecności. Nawet go żałował.
- Stary, ja bym wolał drzewo rąbać, niż plątać się po domu przed Świętami. Moja żona już od miesiąca sprząta. Kiedy wracam, nawet chłopaki nie mają siły, żeby rozrabiać. Zaprzęgła wszystkich do kieratu. W firmie przynajmniej mam spokój. Ale tobie nie zazdroszczę…
Pewnie, że nie, bo i czego? Mateusz z odrazą spojrzał na obrzydliwie długą listę zakupów, którą dała mu Ida i westchnął ciężko. Zwykle jechali całą rodziną, żona wyłuskiwała z półek towar, negocjowała z córkami, kiedy się przy czymś upierały, a on tylko pchał wózek, płacił i wpychał zakupy do bagażnika. Szczerze mówiąc, nie miał nawet pojęcia, gdzie czego szukać. Właściwie szkoda, że nie zabrał ze sobą Zuzanki. Starsza córka, siedmiolatka, była zaprawiona w zakupowych bojach i doskonale zorientowana w topografii ulubionego supermarketu. Tyle, że pięcioletnia Tośka doskonale wytrenowanym na rodzinie rykiem też domagałaby się udziału w wycieczce, a to już było ponad jego siły. Trudno, był zdany na siebie.

Kiedy po dwóch godzinach Mateusz wypełzał z supermarketu, ostatkiem sił pchając przed sobą wypełniony po brzegi wózek, czuł się, jak niedoszły topielec, któremu udało się wyrwać z otchłani. Po cholerę ludziom tyle towarów? – zżymał się w duchu. – Rozumiem, że są różne gatunki kawy, czy herbaty, ale jak normalny człowiek ma kupić głupi groszek, jeśli stoją mu przed nosem trzy różne puszki? Z olejami to już w ogóle poszaleli; pół sklepu zastawione … Nigdy więcej! – obiecał sobie stanowczo. – Następnym razem biorę ze sobą dziewczyny. One bardziej kumate w tych sprawach. Zuzka niby mała, ale pamięta, co matka kupuje…
Przeładował zakupy, zamknął bagażnik, ale – nim zdążył odprowadzić wózek na miejsce – złapał go jakiś dziadek i pognał do sklepu z takim szwungiem, jakby był o połowę młodszy.
Mateusz najpierw zgłupiał, a potem przypomniał sobie kłótnie i wrzaski, kiedy stał w kolejce do kasy i machnął ręką. Wsiadł do samochodu i skupił się na wyjechaniu bez strat własnych z zastawionego parkingu. Udało mu się, ale gdy włączył się w ruch uliczny, jęknął. Przed nim i za nim pełzło mrowie samochodów. W ślimaczym tempie przejechał kawałek, zastanawiając się, czy dotrze do domu przed zmrokiem. Głodny był jak cholera, bo rano nie zdążył zjeść śniadania. Ida kręciła się po kuchni jakoś wolniej niż zwykle i posykiwała przy każdym ruchu, więc zniecierpliwiony złapał tylko listę zakupów, którą mu wcześniej przygotowała i pojechał do firmy, by uzgodnić ze wspólnikiem parę spraw.
Nagle auto przed nim zahamowało gwałtownie i Mateusz porzucił ponure rozważania, burcząc pod nosem z irytacją:
- Cholera! Patafian jeden! Kto ci dał prawo jazdy?
Bębniąc palcami w kierownicę, poganiał w myślach kawalkadę samochodów przed sobą. Nie tylko on się niecierpliwił. Kierowcy za nim zaczęli trąbić, co go dodatkowo wkurzyło. Też nacisnął klakson.
Naraz ktoś puknął w boczną szybę.
- Niech pan da spokój – obok samochodu Mateusza stał święty Mikołaj i przytupywał nogami dla rozgrzewki. – Akumulator panu siądzie i będzie bieda. To jeszcze potrwa, bo tam na przedzie TIR się rozkraczył. Zanim go zepchną na bok i wznowią ruch, trochę czasu minie. – Uśmiechnął się szeroko i mrugnął pocieszająco. – Nie ma się co złościć. Ma pan darmowe minuty na rachunek sumienia. Przyda się przed Świętami.
Zanim osłupiały Mateusz zebrał się na odpowiedź, Mikołaja już nie było.
- Co to za tydzień porąbany? – wymamrotał pod nosem. – Najpierw ta noga Idy, potem piekło w sklepie, teraz korek i żywy święty Mikołaj… Do kawy w barku dodają jakieś używki, czy co?
Spojrzał w bok i jego wzrok trafił na wystawę niedużego sklepu udekorowaną choinkowymi lampkami. Układały się w napis: ŚWIĘTA IDĄ, ale widocznie żaróweczki w ostatnim ogonku wypaliły się, bo wyszło: ŚWIĘTA IDA.
- Nie wierzę – mruknął do siebie Mateusz. – Najpierw święty Mikołaj, teraz święta Ida… Matrix jakiś? Mojej Idzie do świętości daleko. Gdyby była taka święta, zajęłaby się wszystkim sama, a ja nie stałbym teraz w tym cholernym korku! Ja mam robić rachunek sumienia? – rozzłościł się nagle. – Sumienie akurat mam czyste! Święty się znalazł!
- Duży chłop z ciebie, a jak dziecko – usłyszał nagle cieniutki głosik, w którym dźwięczała nutka rozbawienia. – To był tylko przebieraniec ze sklepu. Prawdziwy święty Mikołaj odwiedza dzieci tylko we śnie. I to wybrane, nie wszystkie.
Mateusz podejrzliwie zlustrował wnętrze samochodu, ale nikogo nie dostrzegł.
- Rany boskie, z głodu mam omamy. Głosy słyszę…
- No, przecież tu jestem! – tym razem w głosie było wyraźne zniecierpliwienie.
- Gdzie? – Mateusz mimowolnie wytrzeszczył oczy.
- Tu! Zuzanka posadziła mnie na desce rozdzielczej, żebym cię strzegł w drodze. Wczoraj. Nie pamiętasz, jak się zastanawiała, gdzie mi będzie najlepiej?
Mateusz spojrzał na deskę i tuż obok kierownicy zobaczył dzieło swojej starszej córki. Ulepionego z ciasta solnego aniołka z pyzatą buzią, uśmiechniętymi ustami i wielkimi oczami, który zamiast skrzydeł miał doklejone kawałki starego boa Idy.
- To nieprawda – oświadczył stanowczo i potrząsnął głową. – To się nie dzieje. Po prostu jestem bardzo głodny i zmęczony… Ciasto solne nie gada…
- W ciągu roku może nie – zgodził się Aniołek. – Ale przed Świętami… W końcu i zwierzęta mówią w Wigilię. Dlaczego mam być gorszy?... To co? Będziesz robił ten rachunek sumienia?
- Do kawałka ciasta solnego?! – Mateusz popukał się w głowę. – Aż tak mi nie odbiło!
- Nie jestem tylko kawałkiem ciasta! – obraził się Aniołek i kichnął. – Przeziębiłem się przez ciebie! Właziłeś do samochodu na tym parkingu jak ostatnia łajza… Zuzanka przy lepieniu przelała na mnie swoją miłość do ciebie! Bo kocha tatusia! A kiedy ostatnio poświęciłeś jej trochę czasu?
- Przecież pracuję – burknął Mateusz obronnym tonem. – I to ciężko. Po to, żeby moje dzieci miały wszystko, co im potrzebne. Żeby nie miały gorzej niż inne.
- Tak? – Aniołek uśmiechnął się złośliwie. – A czego one potrzebują według ciebie? Najnowszych modeli komórek, zabawek z górnej półki, wakacji na Seszelach? Pamiętasz, jak byłeś mały i chodziłeś z ojcem puszczać latawce? One nie były ze sklepu. Sami je robiliście. Lubiłeś to? No, powiedz, lubiłeś?
- Wtedy były inne czasy – Mateusz wzruszył ramionami. – Ludzie wolniej żyli…
- Ale dzieci i wtedy i teraz tak samo potrzebują rodziców! – fuknął Aniołek ze złością. – To Ida zawozi Zuzankę do szkoły! Ida opiekuje się Tosią! Ida opowiada im bajki przed spaniem, czyta książki, odpowiada na wszystkie pytania!
- Bo ja pracuję, do cholery! – nie wytrzymał Mateusz. – Ona jest cały dzień w domu! A przy komputerze może siedzieć, kiedy dzieci śpią! Ja się nie rozerwę! Chętnie bym się z nią zamienił!
- Naprawdę? – Aniołek wydał usta z powątpiewaniem. – To dlaczego dzisiaj byłeś taki zły, że musisz sam robić zakupy?
- Bo… - Mateusz poczuł, że brakuje mu argumentów i zaatakował: - Uważasz, że Ida taka święta? Po cholerę lazła na tę ślizgawkę? Młodość jej się przypomniała? I co teraz? Moja matka zapowiedziała się na Święta; znowu będzie mi wypominać, że nie pytałem jej o zdanie, kiedy zdecydowałem się na ożenek!
- A to ty się żeniłeś, czy ona? – zainteresował się Aniołek. – Wiesz, co, Mateusz? Ida jest młoda. To ty jesteś stary.
- Jasne! – syknął, urażony do żywego, Mateusz. – Wiecznie młoda święta Ida!
- Panie, daj mi cierpliwości – westchnął nabożnie Aniołek i oznajmił stanowczo: - Teraz ja mówię, a ty masz słuchać. Kiedy urodziła się Zuzanka, przeniosłeś się do drugiego pokoju, bo musiałeś iść do pracy wypoczęty. Ida kupiła ci nawet stopery, żeby ci płacz dziecka nie przeszkadzał. To samo było z Tosią, tyle że spałeś na dole, bo już mieliście dom. To Ida użerała się z budowlańcami, bo ty nie miałeś czasu. Uważasz, że masz w domu wieloczynnościowego robota – zajmuje się dziećmi, sprząta, gotuje, robi zakupy, wysłuchuje twoich narzekań na nierzetelnych klientów, a po nocy pracuje. Wiesz, że jest wziętym tłumaczem? Widziałeś, na ilu książkach widnieje jej nazwisko? I ty mi mówisz, że ciężko pracujesz? Gdyby wyjechała na jeden dzień, nie wiedziałbyś, w co ręce włożyć!
Mateusz rzucił mu ponure spojrzenie. Bardzo mu się nie podobało to, co usłyszał.
- I jeszcze masz głupie pretensje, że matka ci dokucza – dobił go Aniołek. – A pomyślałeś przez chwilę, co wtedy czuje Ida?
- Nigdy się nie żaliła – mruknął Mateusz. – Staram się…
- O nic się nie starasz! – sapnął rozeźlony Aniołek. – Wszystko ci się należy! I rób tak dalej, a zostaniesz sam jak kołek! Nawet robot ma jakiś termin wytrzymałości!
Kakofonia klaksonów wyrwała Mateusza z ponurej zadumy. Nim ruszył, spojrzał spode łba na Aniołka, który wyglądał dokładnie na to, czym był – pomalowany farbami kawałek solnego ciasta. Odetchnął z ulgą, a potem się zaśmiał do siebie:
- No i zrobiłem rachunek sumienia… OK, stary. Bilans mamy, czas wyrównać konta…

Zmierzchało, kiedy podjechał pod dom. Wyciągnął torby z bagażnika i poszedł prosto do kuchni, skąd dobiegały radosne chichoty. Przy stole siedziała Ida z nogą na stołeczku, obok Zuzanka i Tosia. Wszystkie trzy kroiły jakieś słodko pachnące ingrediencje i wrzucały je do stojącej pośrodku miski.
To był dom. To była rodzina. Aniołek miał rację. Tego się nigdzie nie kupi.