Książka zamiast Kwiatka jest stroną promującą polską literaturę, na której zamieszczane są informacje o książkach, recenzje, wywiady z autorami, informacje o nich, zdjęcia.
Strony
- Aktualności
- Kontakt
- O Kawiarence
- KZK na Facebooku
- Opowieści z Kraśnika
- Kawa z Iwoną
- Wywiady
- Konkursy
- Zwierzaki
- Pięć Pytań Do Pisarza
- Czat z Autorami
- Z opowieściami pod górkę
- Osiem zdań...
- Wydawcy
- Pisarze gotują
- Patronaty
- Ranking redaktorów - najlepsze książki miesiąca
- Czytane Kotem. I nie tylko...
- Księgarenka
- Czas relaksu, relaksu...
- Recenzje
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boże Narodzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boże Narodzenie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 26 grudnia 2013
Kartki świąteczne - Piotr Olszówka
W mojej pracy bardzo dużo zależy od uporządkowania i systematyczności, dlatego staram się prowadzić regularny tryb życia. Po śniadaniu wychodzę z Nanusią, jakieś zakupy i drobiazgi załatwiam później szybko i sprawnie a potem biorę się do pracy. Tyle teoria... a praktyka...
Tym razem w drobiazgach znalazła się gruba koperta z napisem UNICEF.
Kiedyś coś wpłaciłem na ich konto i od tamtej pory co rok dostaję paczkę kartek świątecznych... i prośbę o wsparcie. Czasami wspieram.
Oglądałem kartki przy biurku i już miałem się wziąć do pilnej ilustracji, kiedy usłyszałem szuranie pazurków po parkiecie. Nana zaraz po obudzeniu wygląda, wydaje dźwięki i zachowuje się niczym dobrze zadomowiony bambosz, chociaż normalnie jest pieskiem zgrabnym i ruchliwym.
Siadła, spojrzała mi w oczy z wyrazem niezwykle pobudzonej inteligencji i zapytała:
- Dostanę kawałek tego ciasteczka? Chociaż malutki...
Spojrzałem na nią z wyżyn mojego fotela, czyli mniej więcej tak, jakby Jagiełło z pomnika grunwaldzkiego zerknął na przedszkolaka.
- To nie jest ciasteczko. A poza tym dopiero co jadłaś.
- Ale jestem puściutka! - wywróciła się na plecy i pokazała brzuszek. Brzuszek, nawiasem mówiąc, kulisty jak piłka.
- To wygląda jak balonik.
- I jest tak samo puste w środku! Widzisz? - przewróciła się z boku na bok dla podkreślenia wagi sytuacji.
Ta pokerowa zagrywka skłoniła mnie do blefowania. Delikatnie ją posmerałem po temacie rozmowy.
- Tu wyczuwam psie ciasteczka ze śniadania dwie godziny temu... a to... chyba ten gryzak do czyszczenia zębów... który skończyłaś przed chwilą.
Zwinęła się w kulkę, żeby polizać łapę i ukryć zakłopotanie, po czym sprytnie zmieniła temat:
- To dasz mi to ciasteczko? Chociaż kawałeczek... - zdecydowała się na ustępstwo - ...może być malutki.
- To są kartki na Boże Narodzenie a nie ciasteczko. Tego się nie je. Są papierowe.
- Papier się je.
No tak, Nana już nam udowodniła jadalność papieru... Nieźle odczuliśmy w portfelu skutki jej zainteresowania tekturą malarską. Nie zamierzałem tego odpuścić.
- A pamiętasz, że po zjedzeniu tej tektury musieliśmy zabrać cię do doktora? Pamiętasz jak cię bolał brzuszek i byłaś na diecie?
- Ale na pewno to nie papier mi zaszkodził... zresztą zjadłam go tyle co nic... - Nana opuściła uszy i wyglądała jak aniołek.
- Wymiotowałaś papierem. A zjadłaś go prawie pół metra kwadratowego. - celowo przesadziłem. W tej kwestii wolę utrwalić jej w pamięci moją wersję. - Jak nie pamiętasz, to pojedziemy do doktora i on ci opowie.
- Nie jadę do doktora. Tak bardzo go lubię, że nie będę mu przeszkadzać. - pokręciła się i znowu łakomie spojrzała na kartki.
- To po co one, jak się ich nie je? - w kwestii jedzenia Nana wierzyła tylko w dostawanie smakołyków. Resztę musiałem jej z trudem udowadniać.
- Wysyła się na święta Bożego Narodzenia.
- BożegoNaco?
- To takie bardzo ważne święto. Tak ważne, że w tym dniu zwierzęta mówią ludzkim głosem.
- Głupie jakieś?
- Kto?
- No... te zwierzęta.
- Dlaczego?
- Bo nie mówią, tylko raz do roku. A w ogóle, to co to za jedne?
- Zwierzęta i ludzie to tylko takie rozróżnienie między gatunkami. Na przykład ty i Puma to zwierzęta a ja i Ilonka to ludzie.
- Nieprawda! Jesteśmy jednym stadem! I rozmawiamy bez przerwy a nie raz na rok! - wyglądała jakby miała się rozpłakać, musiałem szybko coś wyjaśnić. Siadłem obok na podłodze.
- Nie marudź, tu chodzi o ogon. Zwierzęta mają ogony a ludzie nie. - pogłaskałem ją po boku.
Powąchała mnie.
- Acha... czyli Gama jest ludziem?
- Nie, przecież jest psem tak jak ty... czyli zwierzęciem.
- Ale nie ma ogonka.
- Ma, tylko malutki.
- E tam... - spojrzała na swoją imponującą chorągiewkę z tyłu - taki ogon, którego nie wdać, w ogóle się nie liczy.
Nana bywa czasami małostkowa. Musiałem wystąpić w obronie Gamy, którą zresztą oboje lubimy.
- Gama merda ogonkiem, czyli go ma. Ludzie nie potrafią merdać. A poza tym ludzie chodzą na dwóch nogach a zwierzęta na czterech.
- Gama chodzi na dwóch. Czasami.
- Czasami to i ty chodzisz na dwóch. Jak zaglądasz do kieszeni albo chcesz ciasteczko.
- To ja wtedy jestem ludziem?
- Nie. Tego nie da się zmienić. Jak się urodzisz pieskiem, to zawsze będziesz pieskiem. No i ogon jest ważny. Ludzie nie maja ogonów. Nie chcesz swojego ogonka?
- No to ja nie chcę być ludziem. A dasz mi teraz ciasteczko?
- Nie mam.
- A te rzeczy na Boże Narodzenie? I o co chodzi z tym nie-mówieniem, skoro my rozmawiamy? - przypomniała sobie po niewczasie. Rozmowa z Naną przypomina zakupy w drogerii: zawsze się po coś wraca przez cały sklep.
- Ludziom często się wydaje, że zwierzęta nie mówią... bo nie używają słów, tylko ogonka, uszu, miny... a ludzie rozmawiają głównie językiem.
- Ja też rozmawiam językiem. Kocham cię. - po tej deklaracji uczuć musiałem wytrzeć ucho.
- No ale większość ludzi nie wie, że pieski mówią.
- Głupi jacyś?
Właściwie to się z nią zgadzałem ale w tak delikatnej materii wolałem nie obniżać powagi własnego gatunku.
- Nie, tylko zajęci. Jak ty jesteś zajęta, to też nie zauważasz, że się do ciebie mówi.
- Wcale nie! Zawsze od razu zauważam!
- To dlaczego muszę cię tyle razy wołać?
- Przychodzę od razu, jak tylko usłyszę.
- A zanim usłyszysz, wołam pięć razy i trzy razy gwiżdżę.
- Bo... czasami jestem strasznie zajęta. A jak mam dużo pracy to nie mogę uważać na wszystko...
Położyła się z nosem schowanym w łapach.
Spojrzałem na zegarek. Rany Boskie, gadam z nią już godzinę... a ja też mam dużo pracy!
- Wielu ludzi też jest bardzo zajętych. I wtedy nie widzą, że pies mówi do nich ogonem. A jak nie widzą, to myślą, że pies nie mówi. I dopiero jak jest wielkie święto, to siadają na chwilę, rozglądają się spokojnie... i widzą, że pies do nich mówi. A Boże Narodzenie to właśnie takie wielkie święto. Dlatego myślą, że pies mówi tylko wtedy.
- To dlaczego ja nic nie wiem o takim święcie? - popatrzyła jak zbity pies.
- Wiesz, tylko nie pamiętasz. Rok temu świętowałaś z nami u mamy. Leżałaś pod stołem, Puma strącała z choinki zabawki a ty objadłaś się jak bąk.
Na sekundę zatopiła się we wspomnieniach z miną bardzo szczęśliwą.
- To teraz dasz mi to świąteczne ciasteczko, żeby uczcić święta!
- To nie ciasteczko, tylko taka wiadomość. Ludzie piszą wiadomości, jeśli nie mogą się zobaczyć na święta.
- A nie mogą nasikać na drzewko?
- A spodnie?
Powąchała moje spodnie. Najwyraźniej doszła do wniosku, że przez spodnie nie można sikać... co mnie ucieszyło. Gdyby pomyślała inaczej, chyba bym się załamał.
- Spodnie tylko przeszkadzają - oświadczyła z miną znawcy.
- Ludzie nie mają futra i marzną - powiedziałem i zauważyłem, że Nana chce mnie poprawić, więc szybko dorzuciłem - i nie mają takiego węchu, jak pies. Mamy dobry wzrok, dlatego wiadomości piszemy tak, żeby czytać wzrokiem a nie nosem.
Zamyśliła się... widziałem, że nie bardzo ogarnia nie-psie sposoby komunikacji. Istniała szansa, że szybko zakończę wyjaśnienia i wreszcie wezmę się do pracy. Nadchodziło południe a ja byłem w lesie z terminami.
- Piszemy wiadomość na takich specjalnych kartkach i wkładamy do czerwonej skrzyneczki a w niej każdy może przeczytać wiadomość dla siebie. - chciałem uniknąć tłumaczenia, jak działa poczta.
- I to są te specjalne kartki?
- Tak.
- I nie można ich zjeść?
- Nie.
- To znaczy, ze nie dostanę ciasteczka? - postanowiła upewnić się w jedynej kwestii, która interesowała ją tak naprawdę.
- Nie. Nie mam ciasteczka.
Wobec takich faktów Nana postawiła iść na swoje posłanie. Odetchnąłem z ulgą. Przysiągłem sobie, że już nigdy nie będę tłumaczył psu zawiłości ludzkich świąt.
Mogłem wziąć się do pracy. Odwróciłem się do monitora.
Na tablecie siedziała Puma vel Pumianna znana również jako Pumiasta albo Pumidło.
- Co tam masz? - zapytała owijając ogonkiem łapy i siadając wygodnie na moim narzędziu pracy.
- Kartki na Boże Narodzenie... - wyszeptałem z cichą rozpaczą i spojrzałem w zielone oczy głębokie jak szmaragdowe studnie.
- Boże Narodzenie? Musisz mi o tym opowiedzieć. - zamruczała asertywnie.
Ano, muszę.
sobota, 30 listopada 2013
ŚWIĘTA IDA - Małgorzata Kursa
Mateusz był
wściekły na cały świat. Że też akurat teraz Ida musiała
skręcić nogę! Co jej strzeliło do głowy, żeby testować
ślizgawkę przed domem jak jakaś małolata. Jak się ma trzydzieści
lat, przydałaby się odrobina rozumu. Przed samymi Świętami ludzie
mają dość roboty, żeby nie myśleć o głupotach. Teraz, zamiast
siedzieć w firmie, Mateusz musiał zająć się zakupami, czego nie
znosił. Co prawda, wspólnik nie miał nic przeciwko jego
nieobecności. Nawet go żałował.
- Stary, ja bym
wolał drzewo rąbać, niż plątać się po domu przed Świętami.
Moja żona już od miesiąca sprząta. Kiedy wracam, nawet chłopaki
nie mają siły, żeby rozrabiać. Zaprzęgła wszystkich do kieratu.
W firmie przynajmniej mam spokój. Ale tobie nie zazdroszczę…
Pewnie, że nie, bo
i czego? Mateusz z odrazą spojrzał na obrzydliwie długą listę
zakupów, którą dała mu Ida i westchnął ciężko. Zwykle jechali
całą rodziną, żona wyłuskiwała z półek towar, negocjowała z
córkami, kiedy się przy czymś upierały, a on tylko pchał wózek,
płacił i wpychał zakupy do bagażnika. Szczerze mówiąc, nie miał
nawet pojęcia, gdzie czego szukać. Właściwie szkoda, że nie
zabrał ze sobą Zuzanki. Starsza córka, siedmiolatka, była
zaprawiona w zakupowych bojach i doskonale zorientowana w topografii
ulubionego supermarketu. Tyle, że pięcioletnia Tośka doskonale
wytrenowanym na rodzinie rykiem też domagałaby się udziału w
wycieczce, a to już było ponad jego siły. Trudno, był zdany na
siebie.
Kiedy po dwóch
godzinach Mateusz wypełzał z supermarketu, ostatkiem sił pchając
przed sobą wypełniony po brzegi wózek, czuł się, jak niedoszły
topielec, któremu udało się wyrwać z otchłani. Po cholerę
ludziom tyle towarów? – zżymał się w duchu. – Rozumiem, że
są różne gatunki kawy, czy herbaty, ale jak normalny człowiek ma
kupić głupi groszek, jeśli stoją mu przed nosem trzy różne
puszki? Z olejami to już w ogóle poszaleli; pół sklepu zastawione
… Nigdy więcej! – obiecał sobie stanowczo. – Następnym razem
biorę ze sobą dziewczyny. One bardziej kumate w tych sprawach.
Zuzka niby mała, ale pamięta, co matka kupuje…
Przeładował
zakupy, zamknął bagażnik, ale – nim zdążył odprowadzić wózek
na miejsce – złapał go jakiś dziadek i pognał do sklepu z takim
szwungiem, jakby był o połowę młodszy.
Mateusz najpierw
zgłupiał, a potem przypomniał sobie kłótnie i wrzaski, kiedy
stał w kolejce do kasy i machnął ręką. Wsiadł do samochodu i
skupił się na wyjechaniu bez strat własnych z zastawionego
parkingu. Udało mu się, ale gdy włączył się w ruch uliczny,
jęknął. Przed nim i za nim pełzło mrowie samochodów. W
ślimaczym tempie przejechał kawałek, zastanawiając się, czy
dotrze do domu przed zmrokiem. Głodny był jak cholera, bo rano nie
zdążył zjeść śniadania. Ida kręciła się po kuchni jakoś
wolniej niż zwykle i posykiwała przy każdym ruchu, więc
zniecierpliwiony złapał tylko listę zakupów, którą mu
wcześniej przygotowała i pojechał do firmy, by uzgodnić ze
wspólnikiem parę spraw.
Nagle auto przed nim
zahamowało gwałtownie i Mateusz porzucił ponure rozważania,
burcząc pod nosem z irytacją:
- Cholera! Patafian
jeden! Kto ci dał prawo jazdy?
Bębniąc palcami w
kierownicę, poganiał w myślach kawalkadę samochodów przed sobą.
Nie tylko on się niecierpliwił. Kierowcy za nim zaczęli trąbić,
co go dodatkowo wkurzyło. Też nacisnął klakson.
Naraz ktoś puknął
w boczną szybę.
- Niech pan da
spokój – obok samochodu Mateusza stał święty Mikołaj i
przytupywał nogami dla rozgrzewki. – Akumulator panu siądzie i
będzie bieda. To jeszcze potrwa, bo tam na przedzie TIR się
rozkraczył. Zanim go zepchną na bok i wznowią ruch, trochę czasu
minie. – Uśmiechnął się szeroko i mrugnął pocieszająco. –
Nie ma się co złościć. Ma pan darmowe minuty na rachunek
sumienia. Przyda się przed Świętami.
Zanim osłupiały
Mateusz zebrał się na odpowiedź, Mikołaja już nie było.
- Co to za tydzień
porąbany? – wymamrotał pod nosem. – Najpierw ta noga Idy, potem
piekło w sklepie, teraz korek i żywy święty Mikołaj… Do kawy w
barku dodają jakieś używki, czy co?
Spojrzał w bok i
jego wzrok trafił na wystawę niedużego sklepu udekorowaną
choinkowymi lampkami. Układały się w napis: ŚWIĘTA IDĄ, ale
widocznie żaróweczki w ostatnim ogonku wypaliły się, bo wyszło:
ŚWIĘTA IDA.
- Nie wierzę –
mruknął do siebie Mateusz. – Najpierw święty Mikołaj, teraz
święta Ida… Matrix jakiś? Mojej Idzie do świętości daleko.
Gdyby była taka święta, zajęłaby się wszystkim sama, a ja nie
stałbym teraz w tym cholernym korku! Ja mam robić rachunek
sumienia? – rozzłościł się nagle. – Sumienie akurat mam
czyste! Święty się znalazł!
- Duży chłop z
ciebie, a jak dziecko – usłyszał nagle cieniutki głosik, w
którym dźwięczała nutka rozbawienia. – To był tylko
przebieraniec ze sklepu. Prawdziwy święty Mikołaj odwiedza dzieci
tylko we śnie. I to wybrane, nie wszystkie.
Mateusz podejrzliwie
zlustrował wnętrze samochodu, ale nikogo nie dostrzegł.
- Rany boskie, z
głodu mam omamy. Głosy słyszę…
- No, przecież tu
jestem! – tym razem w głosie było wyraźne zniecierpliwienie.
- Gdzie? – Mateusz
mimowolnie wytrzeszczył oczy.
- Tu! Zuzanka
posadziła mnie na desce rozdzielczej, żebym cię strzegł w
drodze. Wczoraj. Nie pamiętasz, jak się zastanawiała, gdzie mi
będzie najlepiej?
Mateusz spojrzał na
deskę i tuż obok kierownicy zobaczył dzieło swojej starszej
córki. Ulepionego z ciasta solnego aniołka z pyzatą buzią,
uśmiechniętymi ustami i wielkimi oczami, który zamiast skrzydeł
miał doklejone kawałki starego boa Idy.
- To nieprawda –
oświadczył stanowczo i potrząsnął głową. – To się nie
dzieje. Po prostu jestem bardzo głodny i zmęczony… Ciasto solne
nie gada…
- W ciągu roku może
nie – zgodził się Aniołek. – Ale przed Świętami… W końcu
i zwierzęta mówią w Wigilię. Dlaczego mam być gorszy?... To co?
Będziesz robił ten rachunek sumienia?
- Do kawałka ciasta
solnego?! – Mateusz popukał się w głowę. – Aż tak mi nie
odbiło!
- Nie jestem tylko
kawałkiem ciasta! – obraził się Aniołek i kichnął. –
Przeziębiłem się przez ciebie! Właziłeś do samochodu na tym
parkingu jak ostatnia łajza… Zuzanka przy lepieniu przelała na
mnie swoją miłość do ciebie! Bo kocha tatusia! A kiedy ostatnio
poświęciłeś jej trochę czasu?
- Przecież pracuję
– burknął Mateusz obronnym tonem. – I to ciężko. Po to, żeby
moje dzieci miały wszystko, co im potrzebne. Żeby nie miały gorzej
niż inne.
- Tak? – Aniołek
uśmiechnął się złośliwie. – A czego one potrzebują według
ciebie? Najnowszych modeli komórek, zabawek z górnej półki,
wakacji na Seszelach? Pamiętasz, jak byłeś mały i chodziłeś z
ojcem puszczać latawce? One nie były ze sklepu. Sami je robiliście.
Lubiłeś to? No, powiedz, lubiłeś?
- Wtedy były inne
czasy – Mateusz wzruszył ramionami. – Ludzie wolniej żyli…
- Ale dzieci i wtedy
i teraz tak samo potrzebują rodziców! – fuknął Aniołek ze
złością. – To Ida zawozi Zuzankę do szkoły! Ida opiekuje się
Tosią! Ida opowiada im bajki przed spaniem, czyta książki,
odpowiada na wszystkie pytania!
- Bo ja pracuję, do
cholery! – nie wytrzymał Mateusz. – Ona jest cały dzień w
domu! A przy komputerze może siedzieć, kiedy dzieci śpią! Ja się
nie rozerwę! Chętnie bym się z nią zamienił!
- Naprawdę? –
Aniołek wydał usta z powątpiewaniem. – To dlaczego dzisiaj byłeś
taki zły, że musisz sam robić zakupy?
- Bo… - Mateusz
poczuł, że brakuje mu argumentów i zaatakował: - Uważasz, że
Ida taka święta? Po cholerę lazła na tę ślizgawkę? Młodość
jej się przypomniała? I co teraz? Moja matka zapowiedziała się na
Święta; znowu będzie mi wypominać, że nie pytałem jej o zdanie,
kiedy zdecydowałem się na ożenek!
- A to ty się
żeniłeś, czy ona? – zainteresował się Aniołek. – Wiesz, co,
Mateusz? Ida jest młoda. To ty jesteś stary.
- Jasne! – syknął,
urażony do żywego, Mateusz. – Wiecznie młoda święta Ida!
- Panie, daj mi
cierpliwości – westchnął nabożnie Aniołek i oznajmił
stanowczo: - Teraz ja mówię, a ty masz słuchać. Kiedy urodziła
się Zuzanka, przeniosłeś się do drugiego pokoju, bo musiałeś
iść do pracy wypoczęty. Ida kupiła ci nawet stopery, żeby ci
płacz dziecka nie przeszkadzał. To samo było z Tosią, tyle że
spałeś na dole, bo już mieliście dom. To Ida użerała się z
budowlańcami, bo ty nie miałeś czasu. Uważasz, że masz w domu
wieloczynnościowego robota – zajmuje się dziećmi, sprząta,
gotuje, robi zakupy, wysłuchuje twoich narzekań na nierzetelnych
klientów, a po nocy pracuje. Wiesz, że jest wziętym tłumaczem?
Widziałeś, na ilu książkach widnieje jej nazwisko? I ty mi
mówisz, że ciężko pracujesz? Gdyby wyjechała na jeden dzień,
nie wiedziałbyś, w co ręce włożyć!
Mateusz rzucił mu
ponure spojrzenie. Bardzo mu się nie podobało to, co usłyszał.
- I jeszcze masz
głupie pretensje, że matka ci dokucza – dobił go Aniołek. – A
pomyślałeś przez chwilę, co wtedy czuje Ida?
- Nigdy się nie
żaliła – mruknął Mateusz. – Staram się…
- O nic się nie
starasz! – sapnął rozeźlony Aniołek. – Wszystko ci się
należy! I rób tak dalej, a zostaniesz sam jak kołek! Nawet robot
ma jakiś termin wytrzymałości!
Kakofonia klaksonów
wyrwała Mateusza z ponurej zadumy. Nim ruszył, spojrzał spode łba
na Aniołka, który wyglądał dokładnie na to, czym był –
pomalowany farbami kawałek solnego ciasta. Odetchnął z ulgą, a
potem się zaśmiał do siebie:
- No i zrobiłem
rachunek sumienia… OK, stary. Bilans mamy, czas wyrównać konta…
Zmierzchało, kiedy
podjechał pod dom. Wyciągnął torby z bagażnika i poszedł prosto
do kuchni, skąd dobiegały radosne chichoty. Przy stole siedziała
Ida z nogą na stołeczku, obok Zuzanka i Tosia. Wszystkie trzy
kroiły jakieś słodko pachnące ingrediencje i wrzucały je do
stojącej pośrodku miski.
To był dom. To była
rodzina. Aniołek miał rację. Tego się nigdzie nie kupi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
