Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Cichocki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Cichocki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lutego 2014

Aleksandr Buszkow „SKARB ANTYKWARIUSZA”




To ostatnia część trylogii poświęconej przygodom szantarskiego antykwariusza Wasilija Jakowlewicza Smolina. I cóż my tu mamy?
W „Ostatniej Wielkanocy Imperatora” Smolin zapoznał nas dokładnie z historią niejakiego pana Faberge i siedmiu Wielkanocnych pisanek suto przyozdobionych emalią i różnej klasy kamieniami szlachetnymi. Od brylantów, poprzez szafiry do szmaragdów kojących oczy zielenią. A wszystko suto grawerowane, dopieszczone – ot, prezent dla carskiej rodziny.
Gdy już ze Smolina opadło podniecenie i wytłumaczył okolicznej milicji kto, co i dlaczego – a tłumacząc nie mijał się z prawdą tylko dla spokoju państwowych osób nie mówił wszystkiego – nastał czas na powrót do starych, ale nie zapomnianych spraw. I zaczął się wir absolutny – tu Inga – dobra dziewczyna chce go matce przedstawiać, a niby nie problem, ale jednak, matka Ingi liczy dziesięć latek mniej od wybranka. Tu z kolei brakuje podpisu Smolina na arcyważnym dokumencie, w końcu w Szantarsku powstanie gildia antykwarska. A że Smolinowi z podpisem nie spieszno? Widać ma powód. I to niejeden zwłaszcza, że adres siedziby Domu Antykwariusza dziwnie znajomy. Z pomocą mediów – zawsze chętnych na nowinki – Smolin rozpoczyna rozgrywkę, którą wyrówna rachunki z pewnymi osobnikami. Zemsta najlepiej smakuje na zimno, tak po korsykańsku, neapolitańczycy zbyt nerwowo do niej podchodzą.
„Główny oręż antykwariusza to rozum. Większości problemów nie uda się rozwiązać pięścią, a tym bardziej pistoletem, bo to ordynarnie, nieelegancko i zupełnie bez sensu. W żadnym razie nie jesteśmy sycylijskimi Donami, ale przedstawicielami pokojowej i nawet w pewnym sensie kulturalnej profesji. Ten, kto próbuje łapać się za to, co ma pod ręką, akurat najczęściej przegrywa.” (198 s.)
Nie tylko antykwariuszom dla pamięci przytaczam ten fragment książki.
Antykwariusz Smolin jak i jego twórca Aleksandr Buszkow wzbudzili moje duże zainteresowanie zwłaszcza, że autentycznie zafascynował mnie tak główny bohater jak i ci, którzy z racji przydzielonej roli nie wysuwają się zbyt często na pierwszy plan. Specyficzny język powieści, nietuzinkowa fabuła i plastyczne opisy Szantarska i jego okolic – to wszystko wskazuje z jakiej klasy pisarzem mamy do czynienia.
Poszukałam i udało mi się znaleźć notę biograficzną pisarza pod tym adresem: http://www.encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Aleksandr_Buszkow .
Urodził się 05.04.1956 roku w Minusinsku, Krasnojarsk. Był w swoim życiu listonoszem, tragarzem, agentem ubezpieczeniowym, robotnikiem w ekspedycjach geofizycznych. Wydał kilkadziesiąt powieści, dziesiątki opowiadań i mikropowieści. Mam nadzieję, że Wydawnictwo Bellona jeszcze niejedną jego książkę nam przybliży.
Dla mnie poznanie tego Autora i tych bohaterów powieści, było fantastyczną i, śmiem twierdzić, niezapomnianą przygodą.


Iwona Mejza

środa, 19 lutego 2014

Aleksander Buszkow OSTATNIA WIELKANOC IMPERATORA


Z niecierpliwością, a nawet utęsknieniem czekałam na drugą, nie ostatnią, część „Antykwariusza”. Gdy przyniosłam książkę do domu najpierw sprawdziłam kto tłumaczył, nadal Jan Cichocki. Pierwsze zdania stanowiły ciągłość do ostatnich w „Antykwariuszu” – tak jakbym przełożyła następną kartkę powieści. Musiałam znaleźć odpowiednią ilość czasu by czytać bez przerwy, wiedziałam, że nic zaplanowanego wcześniej nie zrobię, książki nie odłożę. Nie zawiodłam się, a moje zauroczenie Smolinem tylko się spotęgowało.
Nadzieje Smolina na wydobycie pancerki pełnej złota wzrastały z każdą minutą. Kot Uczony doskonale przygotował wszystko by operacja powiodła się. Plany były jak trzeba i sprzęt, i ekipa gotowa na wszystko, bo któż by taką okazję przepuścił. Nawet prasa z czołową jej reprezentantką Ingą miała zaplanowane swoje pięć minut. Ale o tym w trzeciej części.
Gdy pracownicy Smolina pracowicie wypełniali swoje codzienne obowiązki związane z handlem antykami, on podążył śladem maleńkiej kolekcji, którą chciał sprzedać jakiś chłopak mieszkający na obrzeżach Szantarska, a nawet dalej. I zaczęły się kłopoty, nie zdradzę jakie, bo odebrałabym przyjemność czytania. Jest ucieczka, jest strzelanina, i przechadzka przez dzikie ostępy tajgi. Jest wszystko co w dobrej powieści przygodowej być musi.
Jest fantastyczny tekst, który chłonęłam zazdroszcząc pomysłu i pióra, że zacytuję:
Wyjął portfel, zastanowił się jakie w tym niedźwiedzim kącie mogą być ceny taniego alkoholu, wyciągnął pięćdziesiątkę. Pomyślał i dodał jeszcze jedną. Uprzedził życzliwie, ze znajomością rzeczy:
- Wiktorze Nikanorowiczu, bardzo pana proszę, tylko bez denaturatu, dobrze? Mamy jeszcze przed sobą poważne negocjacje biznesowe.
- Rozumiem, proszę być pełnym ufności! – Gospodarz wyrwał mu setkę. – Spirytusu technicznego nawet sam nie bardzo szanuję, bez szkody dla organizmu może go używać jedynie element lumpenproletariacki, natomiast inteligentnemu człowiekowi wystarczy wino i owoce.” (201 s.)
My się dzisiaj skupimy na motywie przewodnim książki, czyli ostatniej Wielkanocy imperatora, cara Mikołaja II i jego rodziny. Ostatnia Wielkanoc przypadała na 1917 rok, a przygotowania do niej rozpoczęły się dużo wcześniej. Mistrz Faberge otrzymał od cara specjalne zamówienie na siedem jajek, car nigdy ich nie otrzymał.


W Petersburgu, na Wielkiej Morskiej mieściły się warsztaty mistrza, salon wystawowy i wreszcie apartamenty rodzinne. Faberge sygnował swe wyroby, ale prace wykonywało u niego około pięciuset mistrzów, z których tylko nieliczni posiadali osobiste znaki, pozostali wykonywali prace czysto techniczne. Niesłychanie ważni byli projektanci, jednym z nich była Alma Phil, to właśnie ona wymyśliła wzór słynnej śnieżynki. Pomysł przyszedł jej do głowy, gdy patrzyła na wzory tworzone przez mróz na szybach. Jaja Faberge to także praca wytwórców, emalierów i zdobników.


W książce znajdziecie mnóstwo informacji na temat słynnych jajek, mistrza Faberge i jego pracowników. A wszystko po to by rozwikłać tajemnicę i zaginione cudeńka odnaleźć.


Czy się to uda? Co jeszcze się wydarzy i o co tak naprawdę toczy się skomplikowana gra? „Ostatnią Wielkanoc Imperatora” trzeba koniecznie przeczytać, oczywiście najpierw sięgnąwszy po „Antykwariusza”.
A na koniec zdanie, które wpisałam do osobistego notesu:
Smutno, ale co robić, mądrość życiowa na tym polega, żeby wiedzieć kiedy trzeba się wycofać, a kiedy, nie bacząc na nic, przeć do przodu.” (272 s.)


Iwona Mejza

sobota, 15 lutego 2014

Aleksander Buszkow ANTYKWARIUSZ - Iwona Mejza


Spójrzcie na okładkę, widzimy na niej ściany komnaty zakryte rzędami półek z książkami, tajemne okno, rzeźbione biurko i imponujący okaz broni palnej – wieje tajemnicą i dobrą przygodą.
Gdy otwieramy pierwsze strony książki wita nas cytat z „Antykwariusza” Waltera Scotta:
Dawid Wilson – zaczął swoją opowieść – był prawdziwym królem tropicieli, myszkujących po wszelkich kątach, piwnicach i sklepikach w poszukiwaniu rzadkich książek. Miał węch węża i żelazny uścisk buldoga”.
Jeszcze nie zaczęłam czytać a już poczułam się oczarowana i zaintrygowana. A potem? Potem zauroczyłam się na amen opowieścią o pracy, życiu i przygodach szantarskiego antykwariusza Wasilija Jakowlewicza Smolina.
Zawód antykwariusza w Rosji to zawód wysokiego ryzyka. Trzeba uważać na wszystko i mieć oczy szeroko otwarte, wszak milicja nie śpi, lubi się zabawić kosztem nieboraka i wystawia go co i rusz na pokuszenie. A to w progach antykwariatu zawita staruszka z orderem wysokiej klasy i z kruszcu szlachetnego odlanym. I jak takiej odmówić? A trzeba, bo akurat ten order to towar trefny, podpucha milicyjna, a babcia to prowokatorka. Prawo zabrania handlu akurat takimi dziełami sztuki orderowej. Albo trafi się jakiś mały naganik, pistolecik, mikra armatka. Też trzeba się pilnować i w try miga iglicę odpiłować, ponieważ broń z iglicą to broń prawdziwa i zabójcza, a bez iglicy – okaz sztuki. Trzeba też mieć rozeznanie na rynku i mimo drobnej rywalizacji dobrze żyć z konkurencją. Nigdy nie wiadomo co, kto i komu…
A i jeszcze trzeba mieć oko na okolicznych kolekcjonerów, wdowy po uznanych malarzach radzieckich i nuworyszów panoszących się w brykach z przyciemnianymi szybami.
Trzeba umieć zachować umiar, nie obnosić się z bogactwem pomimo znacznych obrotów, bo i cóż, antykwariusz pieniądz ma, ale zawsze w obrocie – tu kupi, tam sprzeda, czasem zamieni. A wszystko tak by nie wpadać w oczy przypadkowym ludziom. Nawet miejsce na antykwariat zostało wybrane z godną podziwu inteligencją. Trochę na uboczu, ale nie za bardzo, nie rzucające się w oczy, ale możliwe do odnalezienia, z parkingiem – bogaci ludzie nie lubią dalekich spacerów. Obsługa także odpowiednia, Mariszka kusi i czaruje długimi nogami, personel bystry, ale na miarę przewidzianych dla niego zadań. Wszystko akurat. Antyki też akurat, samowary, posrebrzane łyżeczki do herbaty, cukiernic parę, figurki drobne. Żadnej broni, nic ekstra. Ekstra schowane głęboko.
Smolin właśnie wrócił od wdowy po malarzu Biedryginie, kolekcja warta trzysta tysięcy zielonych – nie do uszczknięcia. W parę godzin później dla Smolina rozpoczyna się przygoda życia – wzywa go do siebie Kościej – król antykwariuszy na Szantarsk i okolice.
Przygoda życia niebanalna, pełna sensacyjnych zwrotów akcji i wciągająca bez reszty czytelnika.
Antykwariusz” został napisany specyficznym, barwnym, pełnym porównań, wyszukanych zwrotów i antykwarskiego żargonu językiem. Nie jest to działanie przypadkowe dotyczące sposobu wysławiania się jednej konkretnej osoby. O nie! Tu wszyscy obracają się w świecie antykwarsko zaklętym i rozumieją się, a my wciągnięci w grę słów rozumiemy co Autor miał na myśli. Wielkie brawa należą się tłumaczowi książki Janowi Cichockiemu, który przełożył także „Ostatnią Wielkanoc Imperatora” i „Skarb antykwariusza”. To maestria by w sposób tak pełny i przekonujący oddać ten specyficzny język stanowiący o klimacie powieści.
Przyznam się szczerze, że „Antykwariusza” czytam drugi raz, pierwszy to było czytanie na wdechu, pełne napięcia i oczekiwania, czas zatrzymał się w miejscu, a ja nieczuła na bodźce zewnętrzne tkwiłam wewnątrz tej intrygującej historii. Czytając po raz drugi dostrzegam dużo więcej, wyłapuję smaki i smaczki tekstu, odniesienia do literatury – bawię się.

Antykwariusza” z pełnym przekonaniem polecam, to lektura jedyna w swoim rodzaju, innymi słowy – unikat.

Iwona Mejza