sobota, 7 czerwca 2014

Jak pies z kotem - Agnieszka Pruska

Zdarzyło się to nie tak dawno temu i nie w odległej galaktyce, jak również nie w położonym na skraju lasu domku, lecz w środku Gdańska. Wydarzenie zaliczało się do tych z gatunku nie do przewidzenia, a gdyby ktoś opowiedziałby o tym Dominikowi, właścicielowi pięknego owczarka niemieckiego, spotkałby się z pełnym niedowierzania spojrzeniem. Przygoda miała miejsce w pewną majową sobotę, deszczową, bardzo nudną i zachęcającą do spędzenia całego dnia pod kołdrą. 

Energiczne lizanie po twarzy obudziło Dominika dopiero po dziesiątej, najwyraźniej Czarna też uznała, że nie ma co wychodzić na deszcz, dopóki nie będzie ku temu absolutnej konieczności, zaliczała się bowiem do psów, które robią co w ich mocy, aby sobie broń Boże nie zamoczyć futra. Mimo paskudnej aury Dominik postanowił zrobić psicy dwudziestominutowy spacer mając nadzieję że przestanie lać, zanim znowu będą musieli wyjść. Po chwili pan i pies przemykali się pod murami domów, starając się wykorzystać wszystkie dachy i daszki w celu uniknięcia potoków deszczu. Niezadowolona Czarna szła przodem usiłując nadać spacerowi jak najszybsze tempo i ciągnęła Dominika przez kolejne parkowe alejki. Nagle zatrzymała się i powęszyła w stronę najbliższego skupiska krzaków. Głucha na ponaglenia pana, na ciągnięcie smyczy i na groźbę przemoczenia sierści aż do samej skóry, suka tkwiła wpatrzona w krzaki. Kark miała napięty, postawiła irokeza, a ogon nie mógł się zdecydować jakie uczucia powinien wyrażać. Strach? Zaciekawienie? Wrogość?
Dominik poczuł się zaniepokojony. Do ułomków co prawda nie należał, ale żadnych akcji z mordobiciem w tle nie planował. Penetrując krzaki musiałby się liczyć z taką ewentualnością, suka już raz wystawiła w podobny sposób jakiegoś agresywnego pijaczka. Na wszelki wypadek rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu wsparcia, ale w zasięgu wzroku nie było nikogo.
No dobrze, skoro tak ci na tym zależy, to sprawdzimy, co tam jest – poinformowała Czarną.
Suka, jakby na to czekała. Obejrzała się na pana, na lekko ugiętych łapach ostrożnie podeszła do krzaków i po krótkiej chwili wahania coś wystawiła. Dominik zaklął. O co jej chodzi? Jakieś zwierzę tam jest? Ale co pies może tak wystawiać w środku miasta? Nawet w parku? Nie zwracając uwagi na to, że cały czas pada, zdjął opadający na oczy kaptur, przykucnął przy psie i z głową na wysokości kolan usiłował sprawdzić, co jest pod krzakami. Wyciągnął rękę aby podnieść najniżej zwisające gałęzie, ale ostrzegawcze warknięcie powstrzymało ruch w połowie. Ki diabeł? Może lepiej wezwać policję albo chociaż straż miejską? I co? Powie żeby przyjechali bo pies pod krzakiem warczy i wbrew swoim obyczajom pozwala aby mu się futro zmoczyło? Przyjmą zgłoszenie, przyjadą, a potem okaże się, że Czarna wystawiała na przykład jeża. Nie ma rady, trzeba zaglądnąć.
Czekaj, musimy sprawdzić co tam jest, nie zeżre nas to od razu, nie? - spytał retorycznie psicę i wbrew jej wyraźnej niechęci zajrzał pod zwisające gałęzie – O ja pierdzielę! – wykrzyknął po chwili półgłosem i dodał ciszej jeszcze parę słów nieco mocniej podkreślających szalejące w nim emocje i ewidentnie nie nadających się do druku – Może jeszcze żyje?
Reakcja była w pełni uzasadniona, bo Czarna znalazła jakiegoś osobnika w poszarpanym i pokrwawionym ubraniu. Krzaki były gęste i ich liście dawały całkiem niezłą osłonę przed deszczem więc mężczyzna był prawie suchy. Dominik niepewnie wyciągnął rękę w stronę leżącego i trącił go w ramię z nikłą nadzieją, że brunatne plamy na ciuchach okażą się sokiem pomidorowym lub ketchupem, a facet się tylko zdrzemnął wracając z jakieś imprezy. Nadzieja okazała się płonna, mężczyzna ani drgnął. Nie bacząc na to, że tkwi w błocie, Dominik ukląkł i zastygł niezdecydowany, najwyraźniej brakowało mu trzeciej ręki. Żeby sprawdzić puls mężczyzny musiał chociaż częściowo wleźć pod krzaki, najwygodniej byłoby podeprzeć się na jednej ręce, a drugą sięgnąć w głąb, ale co z psem? Czarna była bardzo zainteresowana tym co się dzieje i nie miała najmniejszej ochoty ruszyć się z miejsca, ale mogła wleźć głębiej w krzaki żeby dokładnie obwąchać znalezionego mężczyznę. Dominik przełożył do lewej ręki i skrócił smycz, kazał psu warować i zajął się sprawdzaniem pulsu leżącego. Nie wyczuł go i już pomyślał, że psica doprowadziła go do zwłok, gdy mężczyzna otworzył oczy, coś niewyraźnie wymamrotał, przewrócił się na drugi bok i najwyraźniej zasnął. Pijak? A te brunatne plamy na ciuchach?
No i co teraz? Tak go zostawić nie możemy – Dominik jeszcze raz potrząsnął ramieniem faceta, ale ten ani drgnął.
Pogotowie czy policja? Chyba policja jeżeli uznają, że potrzebne jest pogotowie, to chyba sami ich zawiadomią? Dodzwonił się od razu, lekko spięty poinformował dyżurnego, że znalazł leżącego w krzakach mężczyznę, któremu jest nie wiadomo co, ale być może jest zakrwawiony.
Żyje?
Przed chwilą żył...
Dobra, niech pan czeka, zaraz podjedzie patrol.
Dominik rozejrzał się dookoła, wybrał drzewo, które dawało najlepsze schronienie przed deszczem i poganiając opierającą się sukę odszedł kawałek od krzaków. I pan i pies byli przemoknięcie prawie na wylot, ale nie było potrzeby stania w strugach deszczu, spod drzewa doskonale widzieli miejsce, w którym leżał facet. Czarna stała cały czas wpatrzona w krzaki, nie zwracała uwagi na nic innego, w pobliżu przeszedł jej osobisty wróg - terierka Wega, a sunia nawet jej nie zauważyła. Dominik zaczął się zastanawiać, co tak intrygującego dla psa jest w tym mężczyźnie. Może zapach krwi? Rozmyślania przerwało pojawienie się policjantów. Po krótkiej rozmowie z Dominikiem sierżant i posterunkowy podeszli do krzaków, żeby sprawdzić doniesienie.
Może pan tu podejść? - w głosie gliniarzy zadźwięczały jakieś dziwne nuty – Tu pan widział tego mężczyznę? – sierżant wskazał ręką odpowiednie miejsce.
No tu, a co?
Bo tu go nie ma – stwierdził lakonicznie posterunkowy.
Jak to nie ma? Przecież nie wyparował – zdenerwował się Dominik, tylko tego brakowało, żeby go posądzili o kawały.
Był, ale gdzieś poszedł. Jakaś kurtka po nim została i butelka po coli.
Cały czas patrzyłem...
Drugą stroną krzaków się przecisnął – zaraportował posterunkowy wracając z krótkiego zwiadu – Tam są połamane gałęzie.
To co teraz? Będziecie go szukać?
Damy znać patrolom, żeby zwróciły uwagę – postanowił sierżant.
On naprawdę nie wyglądał najlepiej – usprawiedliwiał się Dominik.
Całkiem możliwe, ale tak to już jest z pijakami, czasem wyglądają dużo gorzej, niż jest w rzeczywistości.
Rozmawiając z policjantami Dominik nie zwracał uwagi na psicę, ale gdy tylko mundurowi odjechali Czarna przypomniała o sobie ciągnąć pana w krzaki. Najwyraźniej było tam coś, co nie zwróciło uwagi policjantów, a co bardzo intrygowało psa.
No dobrze, pokaż co tam masz? - Dominik z niemałym trudem wcisnął się w krzaki za psem.
Psica warknęła krótko i bez specjalnej złości i wskazała nosem na jakąś szarą szmatkę utkniętą w wyższych rejonach krzaków. Dominikowi przyszło na myśl, że może zostawił to mężczyzna-który-zniknął i nie namyślając się sięgnął po przedmiot ręką. Przedmiot okazał się miękki, mokry i futrzasty.
Fuj, Czarna coś ty znalazła, zdechłego szczura?
Dominik już chciał odrzucić znalezisko ze wstrętem, ale spojrzało na niego zaropiałe oko. Zwierzątko najwyraźniej żyło. Pan i pies wyleźli z krzaków, które nie były najlepszym miejscem na oględziny i przyjrzeli się zwierzakowi. W mokrym, strasznie zabiedzonym i ledwo żywym stworzeniu dało się rozpoznać kota. A raczej kotka, bo maluch nie miał więcej niż trzy tygodnie, w każdym razie na tyle jego wiek oszacował Dominik. Czarna czujnie patrzyła na ręce pana nie przejawiając do małego żadnej wrogości, mimo że za kotami nie przepadała, delikatnie mówiąc.
Zabieramy go – zdecydował mężczyzna – Wrócimy do domu, zostaniesz, a ja z tym maluchem pojadę do weta.
Na dźwięk słowa „wet” Czarna ożywiła się i całym swoim psim jestestwem poinformowała, że do weterynarza to i ona się wybiera. Należała do tej nielicznej grupy psów, które lubią chodzić do psich lekarzy.
Ty też? Dobrze, ale i tak najpierw do domu, sprawdzimy gdzie mają dyżur – wyjaśnił psicy Dominik.
Po krótkim wahaniu schował kociaka do kieszeni kurtki uznając, że tam mu będzie najcieplej i najwygodniej i poganiany przez psa ruszył do domu.
Na widok kupki kociego nieszczęścia weterynarz natychmiast się ożywił i rozpoczął intensywną akcję ratowniczą. Okazało się, że maluch jest totalnie wyziębiony, przemoczony i zagłodzony i nie wiadomo jakim cudem jeszcze żyje. Czarna cały czas patrzyła mężczyźnie na ręce, jakby chciała skontrolować, czy nie zrobi kociakowi krzywdy.
Musi zostać u nas na jakiś czas, może dwa, trzy dni, może dłużej. Proszę poszukać mu domu w tym czasie, może pan coś znajdzie, bo szkoda takiego malucha do schroniska. Ja też popytam.
Czarna nie miała najmniejszej ochoty wyjść od weterynarza i Dominik zaczynał podejrzewać, że w krzaki od początku ciągnęła go do kociaka, a nie do leżącego tam mężczyzny. Znalazła sobie kotka? Własnego? Wszystko na to wskazywało, najwyraźniej odezwały się w niej jakieś instynkty opiekuńcze, ale żeby do kota? I dlaczego akurat do tego?
Chodź, idziemy do domu – psica ani drgnęła – No choć głupia, przecież tu nie zamieszkamy, mamy swój dom, no chodź.
Chyba pilnuje kociaka – zauważył wet – No idź z panem, idź. Kot musi zostać, jest chory – weterynarz tłumaczył psu, jak małemu dziecku.
Czarna, na obiadek idziemy – Dominik użył argumentu, który przeważnie działał.
Suka ożywiła się lekko, ale zaraz spojrzała znowu na klatkę z kociakiem.
Szary zostaje, przyjdziemy do niego jutro. No chodź! - Dominik pożegnał się z rozbawionym weterynarzem i lekko ciągnąc za sobą opierającą się sukę poszedł do samochodu.
Dopiero w domu zorientował się, że zdążył już nadać kotu imię. Czarna i Szary. Właściwie nie planował przygarnięcia kota, ale w sumie - czemu nie? Miejsca jest dosyć dla dwóch zwierzaków, a razem nie będą się nudziły. Ale co psicę napadło, żeby znaleźć sobie akurat tego kota? Pachniał inaczej? Może wydawał jakieś dźwięki niesłyszalne dla ludzi? Tak czy inaczej sunia uratowała malucha, bo według słów weterynarza, znaleźli go w ostatniej chwili. Właśnie, trzeba do niego zadzwonić żeby nie szukał już kociakowi domu.
To co? Będziemy mieli kotka? I nie będziesz go ganiała ze szczekaniem i warczeniem?
Na słowo „kotka” psica czujnie rozejrzała się dookoła a nawet podbiegła pod drzwi, sąsiedzi mieli kota, która czasem spacerował po klatce schodowej.
Musimy zrobić kotu miejsce do spania i kupić miseczki. Tylko nie wiem czym takiego malucha karmić – Dominik podzielił się wątpliwościami z sunią – Poza tym, musimy jeszcze przekonać panią do kociaka.
Żona Dominika była w delegacji i dobrze by było ją poinformować, że stan zwierzyny w domu ulegnie zmianie.
Sobota, która zapowiadała się tak paskudnie i sennie przekształciła się w dzień pełen niespodzianek i... dodatkowych zajęć. Po rozmowie z żoną Dominik pojechał do sklepu zoologicznego po rzeczy dla kota. Lista zakupów była całkiem spora, zaczynała się od żwirku a kończyła na zabawkach. Przy okazji i Czarnej trafiła się nowa piłka – jeżyk.
Kociak trafił do domu po czterech dniach. Jeszcze był słaby, ale ewidentnie odzyskiwał siły i nabierał animuszu. Na widok Szarego psica oszalała z radości. Wzięła kociaka w pysk i zaniosła na... kanapę. Najwyraźniej uznała, że skoro ludzie na niej siedzą, ona się wyleguje, kiedy tylko nikt nie widzi, to i Szaremu będzie tam dobrze.
Kot zadomowił się szybko i podporządkował sobie psa, któremu to najwyraźniej nie przeszkadzało. Obce koty Czarna nadal traktowała z wrogością, ale Szary to co innego - był jej osobistym kotem i należały mu się specjalne względy. Nie była też zazdrosna o kociaka, od razu uznała, że ma on prawo do wylegiwania się na kolanach pani i zabawy z panem. Dom Dominika stał się przykładem na to, że w razie konieczności pies i kot potrafią świetnie współpracować. Szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziło zdobycie jakiegoś smakołyka. Przebiegało to mniej więcej w ten sposób: Szary namierzał gdzie pani zostawiła coś smacznego i czym prędzej gnał do Czarnej.
Nie śpij, obudź się, znowu zapomnieli schować! - mruczał podekscytowany.
No? Co tym razem? - Czarna otwierała jedno oko.
Nie wiem, ale ładnie pachnie! - Szary niecierpliwie trącał ją łapką.
Po zapachu nie poznałeś?
No mięso jakieś, ale takiego jeszcze nie jadłem! Pachnie super!
Takie stwierdzenie z reguły stawiało Czarną na nogi. Szary, z racji wieku, nie był jeszcze zbyt obyty w ludzkim jedzeniu, ale takiego kurczaka, albo łososia już próbował.
Sam nie mogłeś wziąć? - psica droczyła się z kociakiem.
No nie mogłem! Nie schowali, ale przykryli taki ciężkim metalowym czymś – tłumaczył się maluch.
To pokrywka – wyjaśniała ze znawstwem psica i szła do kuchni za kotem.
Co było dalej łatwo zgadnąć. Zwinność kota i siła psa robiła z tej pary świetnych „przestępców” niedających się złapać na gorącym uczynku. Mimo różnicy gatunków i wbrew powiedzeniu „żyją jak pies z kotem” Czarna i Szary stworzyli parę świetnie rozumiejących się przyjaciół żyjących w pełnej komitywie w niewielkim mieszkaniu w środku Gdańska.
Co dziwne, wał krzaków w parku już nigdy nie zainteresował Czarnej. Najwyraźniej tylko w ten jeden deszczowy majowy dzień coś ją tam przyciągnęło. Nie coś. Ktoś. Szary.

piątek, 6 czerwca 2014

Kto zabił dobry kryminał? czyli Czerwona Trumna - Sam Eastland



Książka przekazana przez wydawnictwo Albatros

Jak napisać dobry kryminał? Zatroszczyć się o odpowiednią zagadkę, dołożyć stosownie opresyjny nastrój dla przekonania czytelnika o powadze sytuacji, skomplikować akcję i wypełnić ją nieoczekiwanymi zwrotami, stworzyć wyrazistych bohaterów i postaci drugoplanowe.
Czy można spaprać kryminał, jeśli już porządnie wykonamy tę część pracy?
Można. Jedna ze skutecznych metod polega na opisaniu świata akcji tak, by całkowicie uniemożliwiały zaistnienie opisywanych wydarzeń. Można to osiągnąć przez pomylenie np. mechanizmów działania stalinowskiego państwa ze współczesną  amerykańską korporacją.
Sam Eastland dokazał tej niełatwej sztuki.
Pozornie wszystko jest w porządku.
Inspektor Pekkala, dawny śledczy cara w roku 1939 próbuje wyjaśnić tajemnicę zabójstwa głównego konstruktora czołgu T-34. Zbrodnię popełniono w tajnym ośrodku badawczym, na odludziu. Śledztwo nadzoruje osobiście Stalin. A stawka jest wysoka, bo nowy czołg zwany Czerwoną Trumną ma być tajną bronią przeciwko Niemcom szykującym się do napaści na ZSRR... Akcja jest naprawdę emocjonująca, pojawiają się barwni i świetnie nakreśleni bohaterowie, a każdy z nich ma własną historię proszącą się o osobną powieść. To właśnie osobiste dzieje wszystkich postaci najmocniej przyciągają do "Czerwonej Trumny".
Prototyp i wczesne wersje T-34 wcale nie wyglądały tak, jak czołg z okładki...
Książka zawiera też sporo detali historycznych świadczących o solidnym researchu... co daje złudzenie wiarygodności... A zatem: co nie wypaliło?
Mechanizm klęski autorskiej Sama Eastlanda przypomina stary rosyjski dowcip: wysłali Czukczę do ZOO w Moskwie, żeby powiedział jak wygląda słoń. Cała wieś się złożyła, nawet kazali mu kupić okulary. Czukcza wrócił po jakimś czasie i zaczął składać sprawozdanie: drobiazgowo opisał każde malutkie zwierzę i ptaszka. Wszystko w ZOO obejrzał przez lupę i opowiadał szczegółowo... a wieś co chwilę przerywała mu pytaniami o słonia. W końcu opowiedział, jak wyszedł z ZOO. - A słoń? - zapytali ludzie. - Nie zauważyłem - odpowiedział Czukcza.
W natłoku detali Sam Eastland w ogóle nie zauważył rzeczy najważniejszych.
Zacznijmy od samego czołgu, wokół którego kręciła się akcja.
T-34 z 1941 roku
T-34 był znakomitym wozem, wyprzedzającym inne współczesne mu konstrukcje o kilka lat... Jako pierwszy czołg na świecie łączył wysoką mobilność, dużą siłę ognia i mocny pancerz (ale o wiele cieńszy, niż w "Czerwonej Trumnie", do podanych tam parametrów zbliżyły dopiero późne wersje). Jak każda pionierska konstrukcja miał też liczne wady: źle umieszczono właz kierowcy, nadmiernie obciążono dowódcę czołgu obowiązkami (musiał równocześnie naprowadzać działo na cel, obserwować pole walki i dowodzić załogą), kierowca miał ograniczone pole widzenia i musiał polegać na rozkazach dowódcy, czołg miał też źle rozmieszczone włazy, co utrudniało ewakuację w razie pożaru (stąd tytułowa Czerwona Trumna). Najpoważniejszą wadą była mała podatność na modyfikacje... i radziecka jakość wykonania. Niemniej przewyższał wszystko, z czym mógł spotkać się na dowolnym polu bitwy aż do pojawienia się niemieckich "kotów" (czyli Tygrysa i Pantery).
Ale czy można nazwać go cudowną bronią zdolną powstrzymać atak Hitlera?
Zacznijmy od tego, że w końcu lat trzydziestych Hitler i Stalin byli serdecznymi sojusznikami. Akcja powieści toczy się wtedy, gdy za podważanie sojuszu między tymi dwoma wodzami człowiek radziecki szedł pod ścianę.
Naturalnie Stalin cały czas planował najazd na Europę, ale na pewno nie obawiał się ataku. T-34 był czołgiem o dużych możliwościach ofensywnych. Do obrony potrzeba innych cech.
Podstawowe założenie powieściowej akcji pada, gdy o tym pamiętamy.
Czołg jak każdy inny sprzęt wojenny, buduje się pod konkretną doktrynę wojenną. T-34 miał być czołgiem dla licznej armii pancernej działającej na szerokim froncie ze słabym zapleczem technicznym i temu zawdzięczał swoje wyjątkowe cechy. Chociaż w III Rzeszy planowano wojnę błyskawiczną, nie tworzono tam czołgu o podobnych możliwościach, bo inaczej wyobrażano sobie taktykę broni pancernej. Dopiero pod wpływem starcia z czołgami Stalina zaczęto pracować nad tą kwestią - gdy dla Niemców stało się jasne, że sukcesy zawdzięczają tylko zaskoczeniu i fatalnemu stanowi Armii Czerwonej.
T-34 nie zawierał technologicznych niespodzianek, które można było skopiować - stanowił raczej esencję genialnej i odpornej prostoty. Właściwie wszystkie jego elementy potrafiono wykonać lepiej w europejskich fabrykach. Niespodzianką była jego koncepcja - a tej nikt w nie-radzieckim świecie nie uważał za sensowną aż do starcia III Rzeszy z Armią Czerwoną w 1941. Gdyby w 1939 dowolna armia zachodnia posiadała T-34, prawdopodobnie początkowo nie umiałaby wykorzystać jego zalet. Gdyby którakolwiek miała taką koncepcję użycia broni pancernej - zapewne stworzyliby jeszcze lepszy czołg bo proces twórczy pod okiem Stalina szedł znacznie gorzej niż gdziekolwiek indziej na świecie.
Nie ma pożądanego sekretu - nie ma powodu, by kraść czołg.
Kolejna sprawa: ważna dla akcji kwestia zniszczenia czołgu.
Nikt projektując wóz bojowy nie szykuje od razu prostych sposobów na jego zniszczenie. Za takie pomysły konstruktorzy mogli od razu trafić na zieloną trawkę a w ZSRR pod ścianę, więc raczej starają się uczynić go niezniszczalnym - albo przynajmniej przekonać decydentów, że taki czołg stworzyli.
Do tego warto dodać, że rusznice przeciwpancerne (ich nazwę książka przytacza z błędem) zaczęto opracowywać w ZSRR dwa lata po wydarzeniach z książki,  koktajl Mołotowa nazwę uzyskał w wojnie zimowej z Finlandią, czyli już po akcji a tytanowa amunicja w tym czasie była mrzonką.
Albo jeszcze jeden kwiatek: jak ukraść trzydziestotonowy czołg - bez czego niemożliwa jest akcja powieści...
Otóż... nie dało się tego zrobić.
Ośrodki badawcze zajmujące się nową bronią były w ZSRR więzieniami a konstruktorzy na wszelki wypadek zamiast oferty pracy dostawali karę śmierci za zdradę i propozycję ułaskawienia, jeśli wykonają zadanie. Ich rodziny zamykano w więzieniach w charakterze gwarancji lojalności. O wyjściu do restauracji nie mogli nawet pomarzyć. Zakłady, w którym wykonywano np. prototypy czołgów były wielkie, zresztą były to te same zakłady, w których je potem produkowano. Budowa czołgu wymaga odpowiednich dźwigów zdolnych do przeniesienia kilkudziesięciu ton, dostaw wielkich ilości ciężkiego surowca - czyli bocznicy kolejowej... i wielkich zespołów ludzi. Tego wszystkiego pilnowała armia szpicli i funkcjonariuszy NKWD, którzy życiem odpowiadali za najdrobniejsze zaniedbanie. Sprzątaczka w takich specjalnych zakładach dostawała 2 lata łagru za spóźnienie do pracy, gdyż podlegała specjalnym rygorom. Prototypy jechały na poligon pod liczną strażą, zamaskowane na platformach kolejowych.
Odludny ośrodek w lesie, z niewielką liczbą zaufanych pracowników to w realiach stalinowskich taka sama bzdura jak pancernik w bitwie pod Grunwaldem.
A gdyby nawet, to w ZSRR lat 30-tych nie istniała ciężarówka zdolna do wywiezienia T-34. Szukałem długo i nie znalazłem. W USA owszem, było coś takiego. Ale akcja powieści nie toczy się w Ameryce. Ten czołg transportowano koleją a z pola walki ewakuowano specjalnie dostosowanym czołgiem technicznym.
I tak oto rozlatuje się kolejny pomysł kluczowy dla powieści.
Takie techniczne kwiatki wyrastają nam na każdym kroku. Nawet sam tytuł nie wytrzymuje próby - otóż T-34 ogłoszono z miejsca dumą armii, gdy go już pokazano. Był to zresztą piękny pojazd a na pancerniakach robił szczególne wrażenie (wady zauważyli dopiero w bitwach 1941 roku). Gdyby jakikolwiek żołnierz skrytykował broń radziecką, zwłaszcza tak dosadnie - NKWD natychmiast rozstrzelałoby go za defetyzm i zdradę. Nie było szans aby jakakolwiek złośliwość dotarła do uszu przełożonych. Nazwę "Czerwonej Trumny" nadali mu chyba Niemcy, ale dopiero po uzbrojeniu się w Panterę, czyli w 1942 roku. Wcześniej gorączkowo przemalowywali i włączali zdobyte "teciaki" do własnych oddziałów a generał Heinz Guderian domagał się od przemysłu wozu o podobnych parametrach, bo czołgi niemieckie były o wiele gorsze.
Ktoś może powiedzieć: co tam takie techniczne drobiazgi... Niby tak, ale jest ich przytłaczająca masa, dokładny spis zająłby spory zeszyt i ciągle podważają sens konkretnych wydarzeń z powieści.
A czy obroni się sama akcja? Bohaterowie? Ich miejsce w świecie i sytuacje, w których działają?
Nie za bardzo.
Niezależnie od tego, jak znakomitym śledczym był inspektor Pekkala, nie miał szans na osobistą współpracę z carem. Mikołaj II, imperator Wszechrosji, miał bardzo wąskie grono osobistej służby a resztę jego świata stanowiła arystokracja na urzędach. Od zadań Pekkali dzieliły go stada pośredników... i brak powodów do zajmowania się osobiście czymkolwiek poza wydawaniem bardzo ogólnych decyzji strategicznych.
Najwyraźniej autor nie zdołał zrozumieć na czym polegał ustrój carskiej Rosji.
Cara i jego ludzi dzieliła przepaść, podkreślanie barier w hierarchii należało do obowiązków carskiego urzędnika. Do jakiego stopnia? Aż do absurdu. Przekraczanie społecznych barier w carskiej Rosji poczytywano za działalność wywrotową. Kiedy jeden z klasyków rosyjskiej literatury nazwał szlachecką córkę "dziewczyną" - wywołał małą burzę wśród krytyków: tak można było nazwać chłopkę, szlachciance przysługiwał tytuł "panny".
Oficerowie poniżali podoficerów, podoficerowie - żołnierzy, należało to do systemu wartości.
Warto sobie zdać sprawę, że kiedy zamawiano rewolwery dla armii - zamówiono wersję oficerską z samonapinaniem kurka i podoficerską - bez. Było niemożliwe, żeby zwykły podoficer miał sprzęt tej samej klasy co oficerowie - a co dopiero mówić o przyjaźni między carem a policjantem.
Pekkala miał takie same szanse na przyjaźń cara jak krokodyl na szybowanie z kluczem dzikich gęsi.
A ze Stalinem?
Jeszcze mniejsze.
Stalin nie uznawał takiej współpracy. Starał się wyglądać na osobę na pół mityczną i nadludzką. Stalin wydawał osądy na jakiś temat a zadaniem jego ludzi było dostosowanie rzeczywistości do słów wodza. Kiedy raz pomylił się w artykule o pochodzeniu języka rosyjskiego - dostosowano do tej pomyłki podręczniki szkolne. Stalin wydawał wyrok a śledczy dostarczał przyznanie się do winy i organizował pokazowy proces. Stalin ogłaszał, że w Katyniu mordowali Niemcy a śledczy mieli dostarczyć wiarygodnych świadków. I niby po co miała powstawać jakakolwiek lipna organizacja antystalinowska, skoro bez jej istnienia NKWD mogło po prostu skazać na śmierć za przynależność do niej każdego wybranego człowieka? Tak w latach 30-tych załatwiono ludzi, których Stalin chciał się pozbyć.
Dlatego Stalin pytający o ustalenia ze śledztwa to bajka o żelaznym wilku.
Do tego regularnie wymieniał swoich ludzi na nowych - poprzez oskarżanie o zdradę. Dzierżyński, Jeżow, Jagoda, Beria - każdy z nich doszedł do swojej pozycji po zamordowaniu poprzednika i wyrżnięciu jego ekipy aż do ostatniego. Czy jest możliwe, aby Stalin tolerował samo istnienie carskiego geniusza- tajniaka, mogącego pamiętać czasy, gdy Wielki Wódz Rewolucji  był tylko najemnym bandytą  na usługach partii bolszewików i carskiej ochrany?
A ewentualne kawały robione Stalinowi? Cóż, sięgnę znowu do rosyjskiego żartu z czasów ZSRR: ogłoszono konkurs na dowcip o Związku radzieckim. Pierwsza nagroda - 20 lat w syberyjskiej kopalni, druga nagroda - 15 lat.
Opowiadanie kawałów o władzy podpadało pod paragraf o kontrrewolucyjnej propagandzie, gwarantowało kilka lat zesłania i zakaz zbliżania się do Moskwy na 100 km.
Ośmieszanie Stalina osobiście... gwarantowało tortury i śmierć. To nie był szef wielkiego amerykańskiego koncernu, tylko największy masowy morderca wszech czasów.
O innych drobiazgach nie wspomnę aby nie zdradzać zbyt wielu detali intrygi.
W każdym razie realia ZSRR w "Czerwonej Trumnie" są jednym wielkim nieporozumieniem. Pełen wyrazu i mroczny klimat życia w stalinowskim państwie nie trzyma się rzeczywistości ani trochę...
Ten okropny nie-realizm sytuacji zepsuł mi całą przyjemność z czytania.
To przykre, bo akcja wciąga a bohaterowie robią wrażenie. Tymczasem co chwilę trafiałem na detal, który odbierał opowieści prawdopodobieństwo - trochę tak, jakbym trafiał na kowbojów i Indian w książce na temat wypraw krzyżowych.
Pewnie jestem chorobliwie skażony historią. Gdyby nie to - cieszyłbym się nieźle napisaną intrygą sensacyjną.
Ale "Czerwona Trumna" z pewnością dostarczy przyjemnej lektury komuś, kto potrafi dobrze przymykać oko.

(POL)

O Pani, Która Się Nigdy Nie Śmiała - Anna Klejzerowicz


Franiu, opowiem Ci bajkę, która nie do końca jest bajką. Jest tylko trochę bajką, a trochę… najprawdziwszą prawdą. Dawno, dawno temu była sobie pewna smutna pani, która nigdy się nie uśmiechała, bo nosiła w sercu żal. Ta pani straciła swoich bliskich i nic już jej nie cieszyło. Pewnego razu, żeby nie patrzeć wciąż na te same miejsca, które przypominały jej o tym, co straciła, wyjechała do innego miasta i zamieszkała w małym domku z ogrodem. Tam żyła sobie spokojnie, czytała książki, malowała obrazy. Jednak pewnego dnia jej spokój zmąciły pewne dziwne wydarzenia… 

Otóż, malując na tarasie, ujrzała nagle – w swoim ogrodzie, tuż przed sobą, za jabłonką – obcą kobietę z… kotem. Białym kotem, który szedł za nią krok w krok, ocierając się o jej nogi. Tamta pani z kotem nosiła duży kapelusz i ubrana była w sukienkę z falbankami. Nasza bohaterka (nazwijmy ją na przykład Marią) zdenerwowała się trochę, że ktoś, ot tak sobie, wszedł sobie na jej teren. Zawołała do nieproszonego gościa:
- Halo, proszę pani! To prywatna posesja. Kogo pani tu szuka?
Ale dziwni goście nawet na nią nie spojrzeli, tylko poszli sobie dalej: pani w kapeluszu oraz biały kot. Maria zerwała się z miejsca i pobiegła za nimi. A że akurat malowała obraz, więc odłożyła pędzel na bok, tak, że farba zaczęła z niego kapać na posadzkę tarasu. Maria już, już, prawie dogoniła intruzów, wołając za nimi:
- Hola, hola, proszę pani! Tam nie wolno! – gdy nagle… oboje zniknęli: dama w kapeluszu oraz biały kot. Po prostu rozpłynęli się w powietrzu.
- Ki diabeł?... – powiedziała do siebie. – Jak mogli tak po prostu zniknąć? To przecież niemożliwe. A może mi się tylko przyśnili?...
Zrezygnowana wróciła na taras, a tam… farba, która kapała na posadzę, ułożyła się w kształt… kota. W kolorach tęczy.
Maria nie mogła się nadziwić. Jeszcze nigdy w życiu nie udało jej się namalować tak ładnego obrazka!
Lecz na tym nie koniec. Gdy pod wieczór wróciła do domu, patrzy… a tu pod oknem, w jej ulubionym fotelu, siedzi tamta pani. Tym razem bez kapelusza. A na jej kolanach siedzi kot. Biały kot.
Ze strachu aż przybory do malowania wypadły Marii z rąk.
- Co pani robi w moim domu?! – krzyknęła. – Jak pani tu weszła?
Przetarła oczy ze zdumienia, a gdy spojrzała ponownie, obcej kobiety – ani jej kota – już nie było w pokoju.
Tej nocy bała się zasnąć, a kiedy w końcu zasnęła, przyśniła jej się ta sama tajemnicza para: kobieta i biały kot. Szli przez las, w stronę pobliskiego cmentarza. Kot przodem, a pani w kapeluszu o dwa kroki za nim. Maria chciała ruszyć za nimi, by zobaczyć, dokąd pójdą, jednak w tym momencie się obudziła.
Następnego dnia wprawdzie nie spotkała już więcej żadnych intruzów, lecz nie zamierzała bezczynnie czekać. Kupiła bombonierkę i udała się do mieszkającej obok sąsiadki, prosząc ją o pomoc w rozwikłaniu zagadki. I ta sąsiadka – nazwijmy ją na przykład: Joanna – opowiedziała jej bardzo dziwną historię…
Wiele lat temu domek, w którym teraz mieszkała Maria, należał do pewnej pięknej kobiety, która długo chorowała, a jedynym jej wiernym towarzyszem był biały kot. Gdy w końcu pani odeszła za Tęczowy Most – bo wiesz, Franiu, ludzie się tam także udają, kiedy ich życie tu na ziemi dobiega końca – pochowano ją na pobliskim niewielkim cmentarzyku, a kot… zniknął. Dobrzy sąsiedzi, którzy chcieli się nim zaopiekować, szukali go i szukali, aż w końcu znaleźli, leżącego przy nagrobku swej pani. Nigdy się stamtąd nie ruszył. Joanna przynosiła mu miseczki z mlekiem, ale on nie chciał nic jeść ani pić. Tęsknił. I w końcu z tej tęsknoty pobiegł za swoją panią na drugą stronę Tęczowego Mostu. Ona widocznie już tam na niego czekała, gdyż odtąd czasem ich widują – zawsze razem – jak spacerują po swoich dawnych włościach.
Nierozłączni na zawsze.
Maria rozpłakała się, a na drugi dzień narwała w ogrodzie dużo pięknych kwiatów i poszła na cmentarz. Od razu znalazła opuszczony grób tamtej pani i położyła na nim swój bukiet. Już miała wracać, gdy naraz usłyszała - gdzieś z góry - żałosne miauczenie. Nim zdążyła odszukać jego źródło, z rosnącego tuż obok grobowca drzewa, wprost pod jej nogi, zeskoczył malutki kociak. Był cały biały i od razu otarł się czule o jej stopę. 

- A co ty tu robisz, kotku? – szepnęła Maria. – Chodź. Zabieram cię do domu…

I uśmiechnęła się.
Po raz pierwszy od wielu, wielu lat!
„Jakby mi z nieba spadł” – chwaliła się potem każdemu, kto tylko zechciał poznać tę historię. Między innymi i mnie.
Od tej pory Maria już nigdy nie była smutna ani samotna. Miała wiernego towarzysza, który nie odstępował jej na krok. Mało tego, zyskała także wielu przyjaciół, bo do uśmiechniętych ludzi wszyscy lgną. A najbardziej zaprzyjaźniła się oczywiście z Joanną. Teraz codziennie po południu, gdy tylko Maria skończy malować, piją razem kawę i wyjadają czekoladki z bombonierki, a biały kot zawsze im towarzyszy. Maria nie widuje już żadnych duchów. Lecz dobrze wie, że oboje – tamta pani w kapeluszu oraz jej kot – są szczęśliwi.


Anna Klejzerowicz

czwartek, 5 czerwca 2014

Sny i tobołki pana Pierdziołki


  

Książka przekazana przez wydawnictwo Zysk i S-ka.
Wygląda na to, że po upadku ze stołka pan Pierdziołka odniósł jakieś poważniejsze obrażenia, ponieważ nabył słonia, po czym zostawił go małżonce i poszedł zwiedzać chmury. Zdenerwowana małżonka zmusiła go do emigracji o czym donosi kolejny wierszyk w zbiorku rymowanek i śpiewanek, który od poprzedniego nieco się różni.
Pierwsza różnica, jaka zauważyłem, to pewna zmiana w ilustracjach. Kasia Cerazy odeszła od poetyki brudnopisu. Także i rysunki straciły trochę drapieżności, za to wyraźnie powiększyły powierzchnię.  "Sny i tobołki" prawie w całości wypełniają całostronicowe ilustracje, w których teksty wierszyków stanowią jeszcze jeden element kompozycji. Nie znaczy to, że obrazkom ubyło wdzięku - przeciwnie, nadal są bardzo ekspresyjne, do tego utrzymane w ogromnej rozmaitości nastrojów - od słodkich piesków z piosenki "Pieski małe dwa" do demonicznej małżonki wałkującej krasnoludka.
Same wierszyki dobrano nieco inaczej - więcej mamy podśpiewanek dłuższych i grzeczniejszych... ale niegrzecznych też się trochę znalazło. Podobały mi się też wyliczanki, wśród których było trochę bardzo starych i żydowskich... Niektóre z nich znam od dziadka: czasami zabawiał nas opowiastkami o Żydach i cytował różne wierszowanki. Wielu innych nie słyszałem. Ale czy to przeszkadza? Przecież zawsze można ułożyć swoje własne.
W sumie ta książka też się bardzo udała i wydawcy i ilustratorce.

(POL)

Franio i Duch Pradziadka - Małgorzata Kursa



Dochodziła trzecia w nocy. Franio otworzył jedno oko, potem drugie, ziewnął szeroko, demonstrując imponujące kły, wreszcie wstał i przeciągnął się porządnie. Gdyby ktoś obserwował go w tej chwili, byłby zdumiony. Przed momentem wyglądał, jak normalnych gabarytów dachowiec. Teraz – jak wielkie, pręgowane kocisko. A przecież był jeszcze kocim dzieckiem. Pani weterynarz stwierdziła, że dojrzałość osiągnie po ukończeniu trzech lat. Dziś właśnie kończył dwa i już się zastanawiał, jakie niespodzianki czekają go od rana.
Za oknem trwała głucha cisza, z rzadka przerywana jakimiś pojedynczymi ptasimi głosami. W łóżku spała ludzka Matka i psica Dasza. Ludzka Matka była dziwnie poskręcana, bo Dasza lubiła się rozwalać. Jeśli w ogóle Matka chciała spać, musiała się dostosować. Dasza powarkiwała przez sen, czasem majtnęła ogonem, ale spała jak kamień.
Franio zeskoczył ze swojego ukochanego posłania i ruszył na obchód domostwa. Zajrzał do pokoju Babci z nadzieją, że zostawiła coś smakowitego na wierzchu, ale Babcia też pogrążona była w głębokim śnie, a niczego jadalnego nie dojrzał. Porzucił zatem myśl o konsumpcji i postanowił się pobawić. Nie sam. W towarzystwie. Towarzystwem miał być łaciaty Maciek, drugi koci domownik. Maciek był, co prawda, kotem na emeryturze, lecz wielbił Frania bałwochwalczo i radośnie przyłączał się do jego najdziwniejszych wybryków. Nie tym razem jednakże. Kiedy Franio w ramach pobudki pacnął go w łepetynę, Maciek (czasem zwany Dziadkiem) burknął coś po kociemu i nakrył się ogonem, dając do zrozumienia, że o tej porze koty w jego wieku preferują wypoczynek.
Franio był rozczarowany. Mógł wprawdzie napacać Maćka porządniej, ale wtedy ten podniósłby wielkie larum, postawił wszystkich na nogi i już byłoby po zabawie. Dasza zagnałaby Frania do legowiska, a ludzka Matka od razu wygłosiłaby przemówienie na temat jego zachowania. Może tylko Babcia dałaby mu spokój, bowiem była nieco przygłucha.
Porzuciwszy śpiącego Maćka, Franio poszedł do hallu. Na jego środku widniała sporych rozmiarów dziura po klepkach. Od jakiegoś czasu, przy wydatnej pomocy Daszy, Franio z dużym zaangażowaniem demontował parkiet. Szło powoli, bo ludzka Matka podnosiła wielki wrzask, ilekroć przydybała ich na robotach rozbiórkowych, więc mogli uprawiać to przyjemne zajęcie tylko wtedy, gdy spuściła ich z oczu. Co zdarzało się rzadko.
Franio postanowił skorzystać z okazji i podgonić robotę. Już się przymierzył do wyjęcia kolejnej klepki, gdy drzwi wielkiej, stojącej w hallu szafy zaskrzypiały przeraźliwie.
Franio zastrzygł uszkami i przyjrzał im się z zastanowieniem. Może powinien chwilowo zrezygnować z dewastacji parkietu i zająć się czymś większym? Po co Matce takie drzwi, które skrzypią same z siebie? Powinna być wdzięczna, jeśli je zdemontuje.
(Myślicie pewnie, że to niemożliwe, by taki smarkaty kociak poradził sobie z czymś dużo większym od siebie? O, to nie znacie Frania. On w pojedynkę zdolny był zastąpić każdą ekipę rozbiórkową. Nie istniał na świecie taki element, któremu – po uprzednim przemyśleniu strategii – Franio nie dałby rady. Do tej pory udało mu się zdemontować rury od kaloryfera i od piecyka w łazience, drzwiczki serwantki, siatkę zabezpieczającą okno, no i pozbawić parkiet w hallu sporej ilości klepek. Bez wysiłku skasował nieodwracalnie dwa telewizory plazmowe, laptopa i kilka klawiatur, które miały nieszczęście stanąć mu na drodze. Od czasu do czasu, dla urozmaicenia, penetrował ukryte w szafie stroje ludzkiej Matki i wygryzał w nich dziury. Galanterię pozostawiał Daszy, która też lubiła sobie coś pogryźć.)
Franio już zamierzał dokładnie zlustrować skrzypiące drzwi szafy, gdy te otworzyły się gwałtownie. Dziwne… Zwykle musiał się chwilę pomęczyć, nim udało mu się osobiście otworzyć któryś ze starych mebli. No, dobrze. Skoro te drzwi takie uprzejme, to sprawdzi zawiasy od środka, bo może okaże się, że dadzą się wyjąć bez problemu.
Już ruszył ku szafie, kiedy ze środka wypłynął z gracją cień. Cień olbrzymiego kota, przy którym Franiowe szesnaście kilo pręgowanego ciałka wyglądało na żałośnie małe kociątko. Odskoczył na wszelki wypadek i czekał, co będzie dalej. 
- Witaj, Franciszku – głos nieznanej, kotopodobnej istoty brzmiał jak ryk i Franio aż przysiadł z podziwu. – Dziś są twoje drugie urodziny, zatem uznałem, że już pora na nasze spotkanie. Jestem Konstanty Wielki, twój pradziadek.
Oczy Frania zaokrągliły się jak dwie złote monety. Mimo woli obejrzał się za siebie, ale nikogo więcej tu nie było.
- Do mnie mówisz? – upewnił się, nieco zaskoczony. – Nie jestem Franciszek. Mam na imię Franio.
Olbrzym westchnął i spojrzał na niego z odrobiną politowania.
- Teraz możesz sobie być Franiem – oświadczył pobłażliwie. – Jesteś jeszcze smarkaty. Ale za rok będziesz już dorosłym kotem i powinieneś pamiętać, że nazywasz się Franciszek, a pochodzisz ze sławnego rodu Wielkich.
- Ale ja lubię być Franiem! – uparł się Franio. – Nie mam ochoty być żadnym Franciszkiem!
- Dziedzictwo zobowiązuje – warknął groźnie olbrzym. – Wywodzimy się od samej bogini Bastet! Kot w butach też był z nami spokrewniony! I Behemot, o którym pisał Bułhakow. I Kot z Cheshire. Że wymienię tylko te najbardziej znane… Nigdy nie zapominaj o swoim dziedzictwie!
Franio posmutniał i spuścił łepek. 
- I co? – zapytał żałośnie. – Już przez całe życie mam być tym Franciszkiem? A co z zabawą? Lubię się bawić i tyle spraw mnie interesuje. To takie ciekawe sprawdzać, co jest w środku różnych rzeczy. Jestem bardzo uzdolniony technicznie i ciągle się uczę. Mam przestać? To takie nudne być Franciszkiem!
Olbrzym złagodniał. 
- Masz jeszcze rok, mój prawnuku – powiedział dobrodusznie. – Przez ten rok możesz rozwijać swoje wrodzone zdolności. Ale powoli powinieneś nabierać powagi, mój drogi. Należysz do kociej arystokracji. Musisz ją godnie reprezentować, rozumiesz?
Franio, nieco podniesiony na duchu, z powagą pokiwał łepkiem i wpatrzył się z podziwem w cień swojego przodka. Ho, ho – pomyślał. – Będę chyba rzeczywiście wielkim kotem.
- Nie osiągniesz moich rozmiarów, prawnuku – oznajmił cień, zupełnie jakby usłyszał jego myśli. – Przez wieki musieliśmy się dostosować do ludzkich możliwości. Oni przeważnie nie mają tyle miejsca w swoich domach, by trzymać u siebie wielkie koty. Ja też za życia byłem znacznie mniejszy. Teraz, kiedy zamieszkuję w innym wymiarze, mogę mieć taki wygląd, jaki sobie wypracowałem za życia. Byłem życzliwy dla ludzi, którzy mnie kochali, dlatego bogini Bastet pozwoliła mi przybrać taki kształt, jaki chciałem. Mam nadzieję, że i ty, Franciszku, zasłużysz sobie kiedyś na taką nagrodę…
- Mnie nie tylko ludzka Matka kocha – przerwał nieśmiało Franio. – I Dasza mnie kocha, i Maciek. I mnóstwo ludzi, którzy mnie widzieli na zdjęciach. Staram się być miłym kotkiem, pradziadku Konstanty.
- Bardzo mnie to cieszy – cień przyjaźnie skinął wielką głową. – Zawsze pamiętaj, że nie pochodzisz z byle jakiego rodu… A teraz żegnaj, Franciszku. Spotkamy się za rok i wtedy sam sprawdzę, jak się sprawujesz. Mam nadzieję, że nie przyniesiesz mi wstydu. Do zobaczenie, prawnuku.
- Do zobaczenia, pradziadku – odpowiedział grzecznie Franio, patrząc, jak cień znika w czeluściach szafy, która ze skrzypnięciem się zamyka.
Postanowił na wszelki wypadek unikać osobistego kontaktu z tym dziwnym meblem, który krył w sobie takie niespodzianki. Obawiał się, że pradziadkowi mogłyby nie przypaść do gustu wybryki prawnuka. 
- Na koci ogon! – uprzytomnił sobie nagle. – Został mi już tylko rok! Jeden mały roczek na zabawę, a potem muszę stać się poważnym kotem! Och, ile ja rzeczy będę musiał zrobić, żeby wykonać plan i spróbować wszystkiego, na co mam ochotę… No to do roboty!

środa, 4 czerwca 2014

Bajka "z kluczem" dla Frania - Anna Klejzerowicz


 Franiu, opowiem Ci bajkę… jak pewien mądry rudy kot o imieniu Cynamon palił fajkę, a lisek chodził koło drogi, nie miał ręki ani nogi – miał tylko cztery łapy, rudą kitę i rudy kuperek (bo przecież nie był ludziem), no i oczywiście sprytny pyszczek z wielkimi oczami jak ten wilk, którego prześladował kiedyś Czerwony Kapturek (który oczywiście był ludziem). No i ten lis zaczął najpierw straszyć kota, ale w końcu złakomił się na jego fajkę, poza tym obaj byli rudzi, więc wypalili wspólnie fajkę pokoju - i tak zostali największymi przyjaciółmi w swoim Zaczarowanym Lesie. Teraz razem śledzą ducha Czerwonego Kapturka (którego przez pomyłkę zjadła babcia): lis, kot i wilk. Wilk im pomaga, choć mu do końca nie ufają. Nie jest rudy, poza tym w dzieciństwie nasłuchali się za dużo bajek o złych wilkach. A jeszcze jeż Maciek z nimi trzyma. Choć też nie jest rudy, za to ma kolce, a to skuteczna broń. Może też do nich dołączysz, jak dorośniesz, żeby wzmocnić szeregi? Jesteś duży i silny, masz niepokornego rudego ducha i... czy nie jesteś przypadkiem żbikiem? P.S. Sylwek już się zgłosił. Ale też jest jeszcze za młody. Za to waleczny. 

wtorek, 3 czerwca 2014

Niebajka - Lucyna Kleinert



Opowiem ci Franiu niebajkę bo to nie będzie bajka tylko właśnie niebajka.
Posłuchaj. dawno dawno temu, w pięknym starym mieście, które było zupełnie bajkowe, bo stoi tam stary zamek i mieszka pod tym zamkiem stary wawelski smok a sam zamek będzie stal zawsze, bo chroni go magiczny kamień, mieszkała dziewczynka.
Oczywiście nie mieszkała sama, bo małe dziewczynki same nie powinny mieszkać. Mieszkała z mama i babcią.
W momencie kiedy zaczyna się niebajka, dziewczynka była smutna bo domowy piesek Miki odszedł za Tęczowy Most.
Dziewczynka chodziła smutna do szkoły... aż raz zobaczyła w okienku piwnicznym ślicznego kotka. I bardzo się zdziwiła, bo to nie był taki zwykły kotek ale kotek syjamski.
Dziewczynka była mądrą dziewczynką i wiedziała, że takie kotki nie biegają po mieście a mieszkają ze swoja rodziną. Bardzo się zmartwiła, że ten syjamski kotek błąka się po piwnicy. Próbowała ostrożnie podejść ale kotek chociaż nie uciekał nie chciał dać się pogłaskać i fukał i błyskał niebieskimi oczami.
Dziewczynka wróciła do domu i opowiedziała o kotku babci. Babcia powiedziała:
- Na pewno komuś się zgubił. Trzeba patrzeć czy nie ma ogłoszenia. A teraz zanieś tej kici coś do jedzenia. Akurat na obiad mamy rybę a kotki lubią ryby.
Dziewczynka pobiegła pod okienko piwnicy. Kot siedział i spokojnie przyglądał się dziewczynce. Kiedy położyła w pobliżu jedzenie i odeszła kawałek dalej... podszedł i powolutku zaczął jeść. Ale kiedy dziewczynka próbowała podejść bliżej odskoczył na okienko piwnicy.
I tak zaczęła się przyjaźń dziewczynki z syjamskim kotkiem. Dziewczynka pytała sąsiadów, szukała ogłoszenia, nikt nie wiedział skąd do domu, w którym mieszkała dziewczynka przywędrował piękny piaskowy kot z czekoladowymi uszkami i błękitnymi oczami.
Codziennie dziewczynka wolała kotka pod okienkiem piwnicy a on powolutku stawał się mniej nieufny. Aż pewnego razu nie odskoczył i dziewczynce udało się go pogłaskać. Minęło kilka dni... dziewczynka pogłaskała kotka a potem niewiele myśląc wzięła go na ręce i zaniosła do domu.
Mama i babcia dziewczynki ucieszyły się z nowego domownika i wszystkie trzy usiadły i zaczęły się zastanawiać, jak nazwać kotkę, bo okazało się, ze to kocia dziewczynka.
W domu dziewczynki wszystkie trzy panie lubiły książkę bardzo mądrego pana Melchiora Wańkowicza. Pan Wańkowicz miał kotkę, która nazywała się Malwinka. I na pamiątkę tamtej kotki... kotka dostała imię Malwinka.
Dziewczynka i Malwinka kochały się bardzo przez wiele lat. Dziewczynka jest, już babcią i wie, ze kiedy sama uda się w podróż za Tęczowy Most spotka się z czekającą na nią Malwinką.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... ale musisz mnie poprosić - Albert Espinoza i poszukiwanie własnej siły


Książka otrzymana od wydawnictwa Albatros

Powieść "Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... ale musisz mnie poprosić" Alberta Espinozy zdobyła sobie w Hiszpanii status bestsellera (co świadczy tylko o dobrym marketingu) i literackiego objawienia (co świadczy o popularności) ale jakoś mi nie przypadła do gustu. Przy czym mam świadomość, że głównie dlatego, że to nie jest książka w moim typie. Obiektywnie rzecz biorąc - opowieść jest wciągająca i nieźle napisana, ale subiektywnie... to coś, co napisałby Coelho, gdyby był łaskaw nauczyć się warsztatu.
Fabuła jest dosyć prosta: mniej więcej czterdziestoletni Dani - specjalista od znajdowania zaginionych dzieci - kłóci się ze swoją partnerką... a może żoną (ta kwestia nie została jasno rozstrzygnięta). Kobieta porzuca go i w tym momencie dzwoni klient - zrozpaczony ojciec, któremu porwano syna. Dani ma wiele powodów, by zająć się zleceniem a problem z kobietą odłożyć na później. Te powody to właśnie fabuła powieści, ukazana poprzez szereg wspomnień ze skomplikowanego życia osobistego bohatera. Wspomnienia układają się w chaotyczny ciąg uporządkowany wedle logiki bardzo osobistej, przez co powstaje wrażenie wędrówki po dorastaniu Daniego a dokładniej: oglądanie świata jego oczami. Najważniejsze momenty tego życia to przypadkowe spotkania z ludźmi, którzy na zawsze ukształtowali jego charakter. Powrót do tych chwil bynajmniej nie jest sentymentalną podróżą, Dani miał dość ciężkie życie a jedno z tych spotkań odbyło się na Capri, gdzie właśnie przerażony ojciec prosił go o pomoc. Zlecenie podjęte w zwrotnym momencie zamienia się w magiczną podróż do źródeł i nabiera magicznego charakteru, niczym powtórzenie rytuałów oczyszczających duszę.

Magia tej historii należy do całkiem innego rodzaju niż magiczny realizm Marqueza.
A co mi się nie podobało? po prostu nie lubię takich facetów jak Dani. Nic ze względów literackich, czysto osobista sprawa.
Ale to dobra książka i z całą pewnością warta przeczytania.
Do tego ładnie wydana.

(POL)

Zlecenie - Iwona Mejza



Stare schody skrzypiały pod ciężarem wchodzącego. Aż wstałem zza pamiętającego lepsze czasy biurka i na wszelki wypadek sięgnąłem po broń. Od roku prowadziłem biuro detektywistyczne Kot Blond i S-ka i miewałem różnych klientów. Zazwyczaj zajmowałem się poszukiwaniem zaginionych mężów i zbyt wcześniej dojrzewającej młodzieży. Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie co potrafią wymyślić młode kociaki. Byle tylko wyrwać się spod kontroli rodziców. A młode kuny i wiewiórki, te dopiero potrafią zaszaleć. Trudniłem się także poszukiwaniami genealogicznymi. Częściej niż potraficie sobie wyobrazić! Ileż to razy rodzic spoglądał na dziecko podejrzliwie zastanawiając się czy kukułka nie podmieniła jajek, tak było niepodobne do reszty rodziny. Między nami mówiąc, wśród moich klientów zdarzały się także psy. Tu, muszę przyznać, bardzo użyteczny był Max, mój sąsiad. Nikt tak jak on nie potrafił posiać wątpliwości co do pochodzenia i rasy. Zawsze coś było nie tak. A to łapy zbyt długie jak na jamnika, a to znowu uszy niewiadomego pochodzenia, albo oczy zbyt wypukłe, przecież nie jesteś bracie ratlerkiem.
Żyło nam się z tych zleceń całkiem nieźle.
Ale dość wspomnień, niezapowiedziany gość dotarł do drzwi i elegancko w nie zapukał.
Otworzyłem.
Stał przede mną kot, ach, co ja wygaduję!, wspaniały kot, wielki i piękny. Sierść lśniąca błysk w oku i ta elegancja, której nie da się podrobić.
Trafił mi się lepszy klient.
Miał na imię Franek, szybko przeszliśmy na ty.
Miał problem, chciał poznać swoich przodków. Nigdy się nie zastanawiał z jakiej rodziny się wywodzi, ale rzucane od czasu do czasu uwagi kazały mu się zastanowić nad pochodzeniem tak wybitnej urody i wagi. Właśnie, waga go niepokoiła, ważył dużo więcej niż inne koty, a wcale nie był gruby.
Rzeczywiście coś było na rzeczy. Nie znał dokładnej daty urodzenia, niewiele pamiętał, ale z tych przebłysków udało mi się złożyć pewną teorię.
Sprawdzenie jej zajęło mi wiele dni, a jeszcze więcej nocy. Padałem ze znużenia łazęgując po okolicznych lasach i szukając wiarygodnych świadków. Udało się.
Znalazłem potwierdzenie, że prababką Franka była niejaka Żanna Żbik. Świadkowie opowiadali, że pamiętają Żannę, jako staruszkę, nadal jak za młodych lat większość czasu spędzała na leśnych spacerach. Podobno słynęła w młodości z urody i podbijała wszystkie dzikie serca. Podobno podbiła serce pewnego Rysia.
Wiadomość niepotwierdzona, ale dająca do myślenia.
Przelałem całą moją wiedzę na papier i umówiłem się z klientem.
Bar był jeszcze pusty, mogliśmy spokojnie napić się dżinu i porozmawiać.
Franek miał dla mnie następne zlecenie.


Iwona Mejza

niedziela, 1 czerwca 2014

Pan Pierdziołka spadł ze stołka - znacie, to przeczytajcie

Książka przekazana przez wydawnictwo Zysk i S-ka.

Tańcowały dwa Michały ale przyszedł kotek, wypił mleczko, ogonkiem stłukł jajeczko, wlazł na płotek i mruga a cała figura podobna do szczura.
Bez sensu? No pewnie. A czy wszystko musi mieć sens?
"Pan Pierdziołka spadł ze stołka" to dziwna książka. Właściwie nie ma autora, bo zawiera wybór powszechnie znanych rymowanek, o których nikt nie może powiedzieć na pewno, że to on je wymyślił... a niektóre mają po sto lat.
Ma za to ekspresyjne, bazgrołowate i pełne wyrazu ilustracje Kasi Cerazy. Na kartkach pokreślonych niczym zeszyt pierwszoklasisty mnożą się nieco chaotycznie postaci jakby z dziecinnego bloku dla kalsy pierszej. Starannie dopracowane i wystylizowane z niemałą wasztatową biegłością i dbałością o szczegół. Mamy tu więc złośnika z szyszkami na nosie (zgodnie z tekstem) i koszulką w pioruny (czego tekst już nie obejmuje, ale jaki inny wzór jest właściwy dla choleryków?), mamy babcię z dziadem pod zielonym sadem i zająca na wierzchołku kołka oraz całą menażerię w stylu, jaki doceniliby klasycy polskiej szkoły ilustracji.
Wszystko wyszczerzone, pokraczne i z całą pewnością nie słodkie.
Ale kto powiedział, że świat dziecka jest słodki?  Od karmienia samym cukrem wyrastają jednostki chore. A i w normalnych wyliczankach dziecięcych na próżno szukać sensu czy porządku.
W zalewie powszechnej różowości i słodyczy dla dzieci "Pierdziołki" mogą dziwić - ale właściwie nie powinny. Pure-nonsens, swobodna zabawa brzmieniem języka, śpiewanki i rymowanki tworzą  podstawowy kanon gier słownych przydatnych w kształceniu umiejętności komunikacyjnych - to po prostu niezbędny etap rozwoju zdolności malucha. Ja sam bawiłem się nimi w dzieciństwie a wiele moich zabawek znalazłem w zbiorku "Pan Pierdziołka spadl ze stołka" i trochę się wzruszyłem.
Ta książka jest ciekawa graficznie, nieco niegrzeczna i pełna wyrazu. Jako całość pasuje do tradycji wychowawczej, w której szanuje się dziecko jako człowieka o własnych potrzebach, rozwijającego się na miarę własnych potrzeb: tradycję pedagogiki Korczaka, stu bajek Brzechwy i Tuwima z jego świszczącą lokomotywą ciągnącą ze czterdzieści wagonów z fortepianami, grubasami i kiełbasami dobieranymi dla rymu.
Rzecz w tym, że dzieci żywiołowe, ciekawskie i inteligentne wciąż sprawdzają, gdzie leżą rozmaite granice. Aby przestały to robić, trzeba je stłamsić i wcisnąć w sztywne ramy wyuczonej bierności i zakazów na wszelki wypadek.
Chcemy mieć dzieci o zdrowych umysłach? Nie karmmy ich myśli samymi cukierkowymi odżywkami.
Niegrzeczne rymowanki i obrazki świetnie nam w tym pomogą.
A teraz idę na spacer na cmentarz. Podobno siedzi tam baba i trzyma nogi w kałamarzu. To trzeba zobaczyć...

(PO)

Franio i Ufoki - Piotr Olszówka


Duży kotek na moment przestał bawić się klepką, którą przed chwilą wyrwał z parkietu. Coś krążyło po domu i zapomniało poprosić o zgodę... a to oznaczało tylko jedno: ZABAWĘ!


***

Gdyby ludzie mieli przedstawić centrum dowodzenia - pewnie pokazaliby wielką salę z mnóstwem żołnierzy przy urządzeniach komunikacyjnych, gdzieś na podwyższeniu główne szarże i wielkich decydentów a samego cesarza w niewielkiej pełnej symboli sali wraz z gronem najbardziej zaufanych dostojników. Gdyby Nopowie zobaczyli takie centrum, pękliby ze śmiechu widząc podobnie zbędną rozrzutność. Oni potrafili zoptymalizować całą swoją cywilizację tak, by w czasie podróży i podboju kosmicznego zajmowała jeden niewielki pojazd o nieprawdopodobnych możliwościach. Rozmiar? Maszyny? To wszystko można stworzyć w miarę potrzeby, po co trzymać w zapasie cokolwiek? Nopowie nie uznawali zbędnych zapasów. O ile w ogóle podejmowaliby jakikolwiek wysiłek, żeby dostrzegać takie marnotrawstwo. Dostrzeganie rzeczy zbędnych sprzeciwiało się idei CAŁKOWITEGO poświęcenia. Dawno temu zrezygnowali z wszelkiej indywidualności aby w całości oddać swe siły JEMU. Myśleli, kiedy ON tego zażądał, robili to co ON kazał, odpoczywali, kiedy ON zarządził a jeśli nie zarządził - padali z wyczerpania w służbie. Nawet oddawanie honorów wojskowych to zbędny symbol przeznaczony tylko dla tych, którzy do służby JEMU potrzebują dodatkowej zachęty - ale takie niepotrzebne jednostki zostały już dawno usunięte ze społeczności Nopów. Tak samo jak ci, którzy dbali o formy grzecznościowe czy jakieś tam zbędne wzajemne układy odwracające uwagę od NIEGO. Oto jest cel życia Nopów: służba dla NIEGO!
Dlatego centrum dowodzenia Nopów to po prostu JEGO umysł. I żaden poddany nie pcha mu się przed oczy, bo to niepotrzebne. Każdy trwa na własnym stanowisku i czeka na rozkaz. 
Rozkaz nadszedł:
- Czy jest raport z sondy?
- Pierwsza sonda ze znacznikiem nawigacyjnym wylądowała na ziemi. Ostygła do temperatury roboczej bez problemów, urządzenia sprawne, sygnał czysty. Skanuje losowo wybrany dom, za dwie minuty otrzymamy pełny profil gatunku dominującego na planecie, operacja podstawienia nas w jego miejsce zajmie 12 godzin.
- Dobrze. - pochwalił ON - raport z sondy za dwie minuty do mnie.
Minęła chwila wypełniona intensywną służbą bez jednego niepożądanego gestu.
- Sonda uległa uszkodzeniu. Charakter sygnału wskazuje na przypadkowe zniszczenie nadajnika. Sonda potrzebuje 4 minut na regenerację.


***

Duży kotek uderzył lapką jeszcze kilka razy. To coś musiało być Specjalną Nocną Zabawką od Mamy. Latało, latało, latało... i się dolatało. Kotek po prostu złapał toto w obie łapki. A teraz sobie pacał. Pacanie jest bardzo kształcące. Uczy wyczucia i dystansu... no i trafiania we właściwym czasie. Ale nie warto pacać czegoś, co się nie rusza. Tylko Mama to rozumie, dlatego specjalnie dla swojego Frania zamontowała w domu krany, które można wyrwać, parkiet z klepek, które w końcu da się poruszyć i zabrać ze sobą... a teraz przysłała coś, co lata jak mucha ale po kilku pacnięciach jeszcze zasuwa po podłodze. I najwyraźniej prostuje te swoje pogięte nóżki. A skoro mowa o klepkach z parkietu... Franio zamyślił się... po czym przyniósł klepkę wyrwaną wczoraj.


***

- Jest raport z sondy. Zgłasza uszkodzenia w wyniku planowego ataku istory żywej. Padła ofiarą serii uszkodzeń. Brak sygnału o skażeniach i wysokiej temperaturze.
ON zdziwił się.
- Planowego? Więcej detali!
- Niestety sonda umilkła. Podała fragment kodu o strefie zagrożenia obroną zorganizowaną i sygnał trafienia pociskiem z materii organicznej nieożywionej. Wygląda to jak atak jednostki wyspecjalizowanej w niszczeniu aparatów zwiadowczych.
- Wysłano kolejną sondę?
- Wysłaliśmy cztery. Będą wchodzić do akcji po kolei i raportować.
ON zamyślił się. Wstępne orbitalne skanowanie planety pozwoliło sztabowi ustalić  optymalną metodę ataku i właściwy rodzaj sondy, która uniknie jakiejkolwiek akcji militarnej. Tymczasem to "optimum" zostało na wstępie załatwione przez profesjonalistów, co dowodzi, że ON zaufał niekompetentnym idiotom.
- Podajcie raport.
- Właśnie odbieramy sygnały... kolejne sondy wchodzą do akcji po zniszczeniu poprzednich. Hipoteza o ataku formacji specjalnej wydaje się potwierdzać.
ON miał ochotę skląć tych durniów ale nie zasługiwali na JEGO przekleństwo.

***

Franio miał ochotę wejść Mamie na głowę z radości. Ciekawe jak to zrobiła, że muchy kolejno właziły jedną dziurką prosto pod jego klepkę parkietową. Oczywiście mógł je pacać łapką ale był dzisiaj w nastroju technicznym, pewnie dlatego, że one wydawały taki ekscytujący chrup. A teraz miał ochotę na coś, co wymaga użycia większej siły. Osiągnięcie 16 kilogramów kociego ciałka zobowiązuje do pewnych demonstracji. Co pomyślawszy poszedł do przedpokoju, gdzie obok drzwi ukrył sobie wyrwaną z piwnicy nieużywana gazrurkę.

***

ON doszedł do wniosku, że chwilowo nie może polegać na niesamodzielnych głupcach. Trzeba czasami samemu sprawdzić, co się dzieje. Miał na tę okoliczność swój własny tajny środek transportu. Nie, żeby musiał wozić materialne ciało... Przeniesie swoje EGO do ostatniej sondy, opanuje osobnika gatunku dominującego i zobaczy na miejscu w czym rzecz.
- Czekać na rozkazy. - polecił. 

***

ON krążył w sondzie ponad siedliskiem, gdzie zniszczono całą  ekspedycje zwiadowczą. Dokładniej rzecz biorąc - krążyła tam cała jego świadomość. Z ciała już dawno zrezygnował, było niepotrzebne, kosztowne w utrzymaniu i nieoptymalne. Nie pozwalało łatwo zmieniać lokalizacji. A w obecnej postaci mógł łatwo kogoś zasiedlić. Na przykład tego osobnika, który powoli snuł się po ciemnej ulicy. Sonda wylądowała mu na głowie i wpuściła aparat w czaszkę. Nosiciel zamarł, utracił świadomość a następnie z nieznaną sobie wcześniej sprawnością przeskoczył przez ogrodzenie. Zbliżył się do siedliska cicho jak duch. ON skierował go do szczeliny w oknie, przez którą wcześniej sondy dostawały się do środka. A potem nastąpił wstrząs i wszystko zniknęło w ciemnościach.


***

Franio spojrzał z zadowoleniem w dół. Dobrze wiedzieć, że przyciąganie ziemskie wciąż działa tak, jak trzeba. I że przyciąga dokładnie i celnie, na przykład wypuszczoną  z ząbków gazrurkę prosto w łeb typa, który kręcił się pod ścianami. Noc urodzinowa była wyjątkowo udana, nie ma co. Mamie nie było łatwo zorganizować tyle atrakcji... Chyba musi jej rano podziękować.


***

Kazik otworzył oczy. Leżał pod ścianą jakiegoś domu, ale nie pamiętał, żeby do niego wchodził. Niedobrze. Poczuł na sobie wzrok. Spojrzał w górę. Na rynnie siedziało wielkie bure kocisko i patrzyło mu w oczy, jakby chciało o czymś przypomnieć. A obok Kazika leżał półmetrowy kawałek gazrurki. Bardzo poręczny, tylko, że Kazik chwilowo nie pracował. Nie po to wyszedł na zwolnienie warunkowe, żeby zaraz wracać pod celę. Co przypomniało mu, że nie wie, co robił pod tą chatą, bo do włamu bierze się inne narzędzia niż do czyszczenia klienta na ulicy. A rurka jest do czyszczenia klienta. Łeb bolał tak, że nie dało się myśleć. Złapał się za czaszkę i znalazł opuchniętego guza ze skaleczeniem. A w nim jakiś metalowy śmieć wielkości dużego pająka. Pewnie odprysk z rurki. Wyrzucił to świństwo i znowu spojrzał na kota. I nagle dotarło do niego, że tą rurką ktoś go pobłogosławił po głowie a teraz pewnie dzwoni po patrol. A jak go tu znajdą, to dołożą wyrok za próbę włamania do tego, co tam jeszcze zostało... i to za niewinność!
Kazik śmignął przez płot jak wiewiórka.  Franio przez chwilę odprowadzał go wzrokiem i zeskoczył z rynny na trawnik. Coś ruszało się na ścieżce, trzeba to sobie obejrzeć.


***

ON walczył z uszkodzonymi czujnikami. Na razie miał zerwaną łączność z krążownikiem i większość urządzeń obserwacyjnych, ale nie nie był wielki problem. Technika Nopów sama się regeneruje. Za parę chwil sonda będzie jak nowa. Większym problemem był rodzaj ataku, jaki spadł na NIEGO tak nagle. Chociaż teraz wyjaśniła się przyczyna strat: przy takich zniszczeniach żaden raport nie mógl dotrzeć na macierzystą jednostkę. Wreszcie ruszył układ jezdny - sześć cienkich nóg sondy rozpoczęło nieskładny marsz nabierając koordynacji w miarę regenerowania kolejnych elementów. Czujnik temperatury pokazał otoczenie cieplejsze niż ciało gatunku dominującego. Ruszyły urządzenia obserwacji bezpośredniej. Atmosfera na zewnątrz falowała - cyklicznie pojawiało się w niej więcej dwutlenku węgla. Nasłuch wskazywał wibracje akustyczne. Łączności ze krążownikiem nie było, możliwości transmisji EGO na razie również nie. Na wizji pojawiło się coś różowego i kilka białych ostrych elementów.
Wstrząs i wszystko znowu zgasło.

***

Franio jeszcze raz ugryzł tę dziwną muchę. Potem puścił jej szybką serię pacnięć aż zrobiła się trochę bardziej płaska. Starannie odłamał wszystkie wypustki. Po namyśle wziął ją znowu w zęby, wlazł do domu przez drzwiczki dla kota i skierował się do łazienki. Mruczał sobie z zadowolenia i dla uspokojenia. Przecież nie powinien psuć zabawki zbyt szybko tylko dlatego, że się podkręcił.


***

ON znowu zdołał przywrócić wizję. Sonda tkwiła w jakimś dziwnym uchwycie. Analiza struktury pokazywała twardą materię pochodzenia organicznego... to pewnie te białe elementy... i różową miękką powłokę wyściełającą cały uchwyt.  Wibracje akustyczne spowodowały rezonans w części układów naprawczych, które dygotały zamiast łatać potężne wyrwy w pancerzu chroniącym delikatne urządzenia elektroniczne.  Skierował podgląd taktyczny w jedyną stronę, w którą widać było coś więcej. W odległości około metra znajdowała się jakaś struktura ceramiczna częściowo wypełniona wodą. Nagle sonda uwolniono z trzymających ją szczęk i ruszyła w stronę zabójczego płynu.
Złowrogi tlenek wodoru wdarł się pod uszkodzony pancerz i zniszczył delikatne struktury sondy. ON do ostatniej chwili próbował przerzucić swoją świadomość do macierzystego statku albo gdziekolwiek ale nie pozwoliły na to odniesione wcześniej uszkodzenia. 
W trzaskach zalewanej aparatury ON zakończył swoją odwieczną egzystencję.

***

Franio popatrzył z góry na sedes. Metalowa mucha fajnie chlupnęła. Dla poprawienia efektu nacisnął łapką przycisk od spłuczki. Woda z szumem porwała JEGO - esencję prastarej cywilizacji Nopów.
Franie zdecydował, że na dzisiaj wystarczy zabawy. Pójdzie już spać i wyliże Mamę. Może jutro też przylecą podobne muchy. 

***

Tymczasem na orbicie stacjonarnej wisiał sobie statek Nopów. Odpowiednie służby na statku wiedziały, że znajdują się na kursie kolizyjnym nieużywanego satelity, jakich tysiące latały nad Ziemią. Do zderzenia zostało kilka godzin a to dość czasu na manewr. Przekazały tę informację, gdzie należy. A tam, gdzie należy, pamiętano, że ON wydał rozkaz: CZEKAĆ. A zatem czekali.


(POL)

sobota, 31 maja 2014

Flashman G.M. Frasera - antybohater, antywartości - czyli komedia pomyłek w wiktoriańskim mundurze


  
Książka przekazana przez wydawnictwo Zysk i Ska

Harry Paget Flashman jest przystojny według wszystkich wskazań aktualnej mody lat 40-tych XIX wieku. Wysoki, dobrze zbudowany, silny, świetnie jeździ konno, umie prowadzić elegancką konwersację, ma zdolności do języków, znakomicie wygląda w eleganckim mundurze... Jest gentlemanem w każdym calu. Poza tym ma też szereg innych zalet takich jak: lenistwo, upodobanie do alkoholu, brak poszanowania dla najdrobniejszych chociażby zasad przyzwoitości. Uwodzi żony kolegów z korpusu oficerskiego, bije kobiety i służbę, gardzi wszystkim, co nie angielskie (ale Anglikami też gardzi i nie bez racji), zdradza i wykorzystuje prawie każdego, kto ma nieszczęście mu zaufać, woli żyć na cudzy koszt, kłamie, jeśli ma w tym chociażby minimalną korzyść, bez wahania ucieka z pola bitwy (ale zawsze przy tym wygląda jak bohater) a jego tchórzostwo jest tak żenujące, że nawet wrogów wprawia w zakłopotanie. Kto go poznał, ten nieuchronnie zastanawia się, dlaczego taką łachudrę nosi święta ziemia... Poza tym akceptuje siebie takiego jakim jest, prezentuje raczej cyniczny stosunek do świata i dzięki temu osiąga szczęście w życiu, powodzenie oraz szacunek w oczach ludzi, którzy powszechnie uważają go za bohatera... a on nie wyprowadza ich z błędu przyjmując hołdy z pokorą i wdziękiem.
George MacDonald Fraser nie tyle stworzył co rozwinął postać Flashmana, na podstawie antybohatera z "Tom Brown's School Days" Thomasa Hughesa. Uczynił go starym weteranem wielu wojen tej epoki, otoczył podziwem współczesnych... a powieść to właśnie pamiętniki znakomitej postaci, tak charakterystyczne dla epoki wiktoriańskiej.
Za powieścią Frasera stoi bardzo długa tradycja: od Komedii pomyłek poczynając poprzez powieści awanturnicze, sowizdrzalskie, satyryczne i heroikomiczne aż do Szwejka i Paragrafu 22. Mamy tu do czynienia z klasyczną i prastarą koncepcją powieści jako zwierciadła wędrującego ludzkimi drogami - z tym, że tutaj zwierciadło okropnie się pokrzywiło i pokazuje obraz mocno przegięty.
Flashman opowiada barwnie, wydarzenia i ludzi przedstawia z brutalną szczerością - doskonale wie, kim jest, nie próbuje się wybielać ani usprawiedliwiać. Ma też jasne i nienaruszalne zasady etyczne... a że jest to moralność Kalego? Jemu to nie przeszkadza, zresztą bawi się w moralizatora nie oszczędzając siebie samego... Z całą pewnością jest przeciwieństwem takich plebejskich bohaterów jak Richard Sharpe czy bohaterowie powieści Clavella. W ogóle jest przeciwieństwem jakiegokolwiek mężczyzny godnego zaufania - kobietę prędzej sprzeda byle komu niż zapewni minimum wygód. Dzięki szczęściu wychodzi cało z najgorszych tarapatów... bo tak można nazwać loch żądnego zemsty afgańskiego księcia...  a potem zostaje ogłoszony bohaterem narodowym przez ludzi, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią.
Przygody Flashmana są ciągiem zbiegów okoliczności miotającym anty-herosa po najbardziej niebezpiecznych sytuacjach, po dworach, sztabach i tajnych misjach a także... rynku małżeńskim Anglii i Szkocji. I okazuje się, że ten bufon i łajdak doskonale sobie z nimi radzi (chociaż odnosi sukcesy w sposób sprzeczny z jakimkolwiek bohaterstwem), chociaż wkoło ludzie o wiele dzielniejsi od niego padają jak muchy. Charakteryzuje ludzi złośliwie i wnikliwie, z ciętym dowcipem trafia we wszystkie słabości - zna się na tym, gdyż sam jest jedną wielką słabością, wadą i pozorem. Tak samo opowiada o wydarzeniach, w których bierze udział a świat w relacji Flashmana zdejmuje maskę: przygody strachliwego oficera wciąż pokazują, jak daleko leży szacunek od zasługi, jakimi krętymi ścieżkami spaceruje chwała... a wszystko to barwnie, dowcipnie i ... mądrze.
Harry Flashman wie, jakim jest łajdakiem. Ale równocześnie uważa się za ideał brytyjskiego gentlemana, a ogół społeczeństwa podziela tę opinię. A zatem... może to prawda? Może ten system wartości ucieleśnia właśnie Flashman? Może to on jest ucieleśnieniem naszej kultury a inni są dzikusami, prymitywami, odrzutami na drodze rozwoju ludzkości? Świat, w którym żyje, opiera się na pozorach i kłamstwie, bohater zginie - świnia się wybroni, trudne sytuacje najlepiej załatwia się przekupstwem (a raczej niedotrzymaną obietnicą przekupstwa - po co tracić pieniądze?) i tak ma być. Taki jest porządek tego świata.
Epoka królowej Wiktorii to czas budowy Imperium Brytyjskiego, czas budowania prestiżu angielskiej kultury. Czas, kiedy Anglicy nadali ton naszemu światu.
Myślicie, że ten prestiż minął? A w jakim języku zaprogramowano wasz komputer?

(PO)

Bajka dla Franka - Iwona Banach.


- Wiesz - powiedziała mama patrząc na mnie poważnie - Muszę powiedzieć ci coś bardzo ważnego.
- Tak? - miauknąłem ziewając - mów.
- Jesteś kotem.
Popatrzyłem na mamę z niedowierzaniem. Za dużo kocimiętki, czy tuńczyk był nieświeży? Obejrzałem swoje łapki, ogon, pomacałem uszy.
- Jasne, że jestem kotem, przecież wiem! - odpowiedziałem zaniepokojony - chodzi ci o te sprawy?
Mama zrobiła wściekłą minę.
- No, nie! Nie o te, nie o te! - odburknęła.
- Chodzi ci o to, że już nie jestem kociakiem, tylko kotem? Dorosłym? W ten deseń?
Wściekła się jeszcze bardziej.
- Och ta młodzież! Z wami nie da się rozmawiać poważnie! Jasne, że nie o to chodzi, chodzi o nasz gatunek...
- No i? Co z naszym gatunkiem?
- No więc będziesz musiał nauczyć się mruczeć.
- Mamo? Idę po człowieki, bo ty chyba chora jesteś! - wyprysnąłem z posłania tak jak stałem, nie kończąc nawet mycia brzuszka. To musiała być jakaś paskudna choroba!
- Przestań natychmiast! To poważna sprawa! Muszę przekazać ci instrukcje - miauknęła wściekłym miaukiem, takim jak wtedy, kiedy wracam z dachu nie całkiem zwycięski.
- Ojej...
- Bo widzisz kiedy dawno dawno temu...
- No mamo! Przestań! Nie jestem dzieckiem! - prychnąłem ze wzgardą, oma miała zamiar opowiadać mi bajki? Też mi coś!
- Cicho siedź! Kiedy dawno temu przybyliśmy na tę planetę...
To zaczynało być niebezpieczne. Mamie coś odbiło. Na jaką planetę? Na jaką do jasnego kota planetę?
- To było kilka tysięcy lat temu...
- Ojej. Daj spokój, jestem za stary na bajki! - usiłowałem jej przerwać, ale się nie udało.
- To nie są bajki. Każdy kot w twoim wieku musi przez to przejść, musisz zostać uświadomiony.
- Chodzi o...
- Nie! - miauknęła - Nie będziemy rozmawiać o twoich nocnych harcach! Oberwane uszy, pogryziony ogon, to mnie nie interesuje! Musimy przypilnować człowieków.
- To znaczy?
- Kiedy przybyliśmy na ta planetę … No w jakby to powiedzieć, my, czyli nasza organizacja... No, przybyliśmy ją podbić!
- Człowieki! Człowieki! Człowieki! - wrzasnąłem strasznie, zapominając, że nikogo nie ma w domu - wyszli. I co ja miałem teraz zrobić?
- Nie człowiekuj, tylko słuchaj! Jestem Nadkotem w stanie spoczynku, Nadkotem, który ma za zadnie przekazywać młodzieży sekwencje kodu mrucznego.
- Kotu? Kotu mrucznego?
- Kodu. Mrucząc wysyłamy informacje.
Matka patrzyła na mnie z niezadowoleniem, ja na nią z przerażeniem w oczach.
- Taaaa? Jaaaasne! - bałem się jak nigdy dotąd, a sama mnie przestrzegła przed działaniem kocimietki! Nie przesadzaj, mówiła, a sama co?! Świruje!
- Tak! Wysyłamy je do NIP.
- NIP?
- To skrót od Najwyższy Imperator Przestworzy. Mieszka na planecie x-230A.
- I po co je wysyłamy? - pytałem ot tak, żeby ją zagadać zanim zjawią się człowieki.
- No bo tak ma być! Bo wiesz nasze jednostki... W skrócie, jesteśmy najemnikami jego Imperatorskiej Mości Pogryzława Szczeka.
- To pies?
- No właśnie!
- I my jemu te... No, ale czemu? Przecież to bez sensu!
- Jasne, jasne. Mieliśmy podbić tę planetę, żeby imperator mógł ją zniszczyć. Zapłacił nam życiami. Sam wiesz, że każdy kot ma siedem oficjalnych i jeszcze dwa gratisowe!
- I co się stało?
- Oczywiście podbiliśmy ją, ale... - przerwała na chwilę - Trochę nie bardzo chcemy żeby ją niszczył. Człowieki nie zasługują na zniszczenie, nie są najmądrzejsze, ale świetnie otwierają puszki. Głaskanie też jest miłe. Myszy to świetny trening...
- A psy?
- Psy się nie liczą! - nerwowo majtnęła ogonem - To zesłańcy. Pogryzław skazuje je na pobyt tutaj jak tylko któryś ośmieli się być ładniejszy albo mądrzejszy od niego.
- No, ale my?? Mielibyśmy pracować?! I to dla kogo? Dla jakiegoś psa?! - oburzyłem się! No naprawdę się oburzyłem, nie żebym miał coś przeciwko psom, ale hierarchia! Hierarchia się liczy!
- Kochanie, jesteśmy jednostką do zadań specjalnych, niektóre człowieki zrobiły sobie z nas bogów. Produkują dla nas specjalne jedzenie, żeby nas przebłagać, w ich sieci jest pełno stron takich do zachwytów nad urodą wielu tysięcy, a nawet milionów kotów, wielbią nas. Kochają nas. Mają tekie fajne laserowe kropki treningowe i pudełka! Nie wiedzą, że jesteśmy Kotikadze! Najbardziej elitarną kocią jednostką we wszechświecie.
- a wielkie koty? - zapytałem, bo od jakiegoś czasu podkochiwałem się w pewnej lwicy z internetu.
- Przerośnięte, zdziczałe... Do niczego się nie nadają!
- No, ale... - nie mogłem wymiauczeć ani jednego słowa. Moja własna matka, Nadkotem? Nie powiem, słyszałem już te bajki o nadkotach, wszechkotulencji i kotowatości najwyższej, ale przecież to musiały być bajki, miau? Prawda, że miau? Niemożliwe, miau?
- A teraz przekaże ci sekwencję kodu.
- Dawaj - powiedziałem nie wiedząc na co się zdecydować, na panikę, czy zachwyt, nie nabierała mnie?
- No więc Mrrrr, mrr, errr, mr errrr.
- „Och głaskanie, znów głaskanie, i po łapkach, nie ruszaj ogona” - odczytałem. Nie powiem jestem zdolnym kotem.
- Dobrze, teraz to: Wrrrreeeeu, mrrreu, truuur.
- „Tuńczyk, tuńczyk, daj jeść. Ryba, ryba, proszę o więcej ryby.”.
- Dobrze i to weeeeeer weeeer, urrr, hrrrrr
- „Głaskanie po brzuszku, głaskanie, oj głaskanie”. No dobra mamo i co to znów za cuda? Przecież to nic takiego!
- Nie byłabym tego taka pewna. Widzisz sekwencja oznaczająca „głaskanie” została przetłumaczona na psi jako „nie męcz mnie już więcej potworze”, tuńczyk na „głód” a „ryba” na spokój - przekupiliśmy tłumacza.
- I?
- Pogryzław myśli, że człowieki są straszne, głodzą nas i męczą. Myśli, że wzięli nas w niewolę, i dlatego jeszcze nie udało nam się podbić tej planety. Na nasze szczęście nie jest zbyt inteligentny, tylko by ganiał za tym swoim złotym jabłkiem i berłem!
- No ale...
- Co ale? W ten sposób mamy cała planetę dla siebie! Czy ty niczego nie rozumiesz?! Dla siebie! Dla nas, dla kotów! Wszystkich! Jeszcze kilka tysiącleci, a zapanuje tu prawdziwa kotokracja, albo nawet kotarchia! Przyleci tu nasz król, Mruczysław Pazur Pierwszy! Ustanowimy koci ład i prządek. Zniesiemy poniedziałki, rzeki będą płynąć mlekiem i tuńczykiem, jak tylko nasi specjaliści odkryją sposób otwierania puszek, sam widzisz. To dobra planeta. Człwieki już teraz podzieliły ją na kraje.
- No i?
- No kraj, albo k.raj to koci raj! Nie pozwolimy przecież wygnać się z raju!
- Niech żyje Mruczysław! - zawołała kotuzjastycznie.
- Niech żyje! - odpowiedziałem niemniej chętnie, a potem ułożyłem się koło kaloryfera i zacząłem mruczeć.
- Wrrrreeeeu, mrrreu, truuur. - i nie kłamałem! - Tuńczyk, tuńczyk, daj jeść. Ryba, ryba, proszę o więcej ryby. - Pogryzław to Pogryzław, nie obchodził mnie specjalnie, ale jak człowieki wrócą na pewno zrozumieją.

Książki mojego dzieciństwa - Grażyna Strumiłowska




Odkąd pamiętam, kochałam książki. Najpierw te z obrazkami, wierszyki dla dzieci, a potem jakoś szybko przerzuciłam się na bardziej "dorosłą" literaturę. Długo musiałabym wymieniać ulubione książki, ale jest jedna, którą po raz pierwszy przeczytałam we wczesnej podstawówce. Ta książka to "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej. Towarzyszy mi przez całe życie. Zimą czytam cudowne opisy nadniemeńskiej przyrody, wracam do dworu Korczyńskich, chodzę z Justyną do Bohatyrowicz i podkochuję się w Janku. Dla mnie ta książka to lek na całe zło świata, kiedy życie bardzo dopieka wracam nad Niemen, do moich przyjaciół, do cudownych krajobrazów, prostego życia. Zbierałam wszystkie możliwe wydania "Nad Niemnem" i trafił mi się rarytas. Wydanie koszmarek, z upiornymi ilustracjami. To "biały kruk" w mojej biblioteczce.


(Grażyna Strumiłowska)


piątek, 30 maja 2014

Książka mojego dzieciństwa - Piotr Olszówka


Kiedy mam powiedzieć coś o książkach mojego dzieciństwa to cierpię okrutnie. Którą wybrać? Czytać uczyłem się na "Potopie". Uwielbiałem "Robinsona" na zmianę z "Muminkami". Ale moje samodzielne czytanie już nie było takie dziecinne, jak trzeba i wszystkie przeczytane o własnych siłach zaliczam do innego etapu życia.

Tak naprawdę to miałem dwie najważniejsze książki dzieciństwa, obie na zawsze zostawiły mi ślad wypalony w mózgu jak cienie z Hiroshimy. Napisał je Jan Brzechwa, to "Sto Bajek" i "Brzechwa - dzieciom".
Obie kilka lat temu wznowione w tej samej szacie.

 "Sto bajek" czytali mi zazwyczaj wszyscy dorośli, którzy chcieli mieć ze mną na chwilę spokój - bo po kilku wierszach zajmowałem się starannym oglądaniem ilustracji i wyobrażaniem sobie odpowiedzi na rozmaite trudne pytania, takie jak: co to jest taradejka, na której Babulej z Babulejką pojechali na Łysą Górę, ewentualnie: jak właściwie wygląda sójka i dlaczego nie może wybrać się za morze.

Osobną sprawą był zbiorek "Brzechwa dzieciom" ilustrowany przez Marcina Szancera, pierwszego ilustratora jakiego rozpoznawałem po stylu. Otóż w tym zbiorze były dłuższe utwory. "Opowiedział dzięcioł sowie", "Pali się" czyli pierwszy utwór heroikomiczny jaki w  życiu poznałem, cała seria zoologiczna, bez której nie można było iść do ZOO oraz najważniejsze: "Szelmostwa lisa Witalisa"... ukochany i najdłuższy poemat, którego zawsze chciałem słuchać i rzadko mogłem się doprosić, ponieważ był taki długi... Właściwie to "Witalisa" słuchałem tylko wtedy, kiedy byłem chory i rodzice chcieli mi jakoś osłodzić niedolę. Był to jeden z powodów, dla których żałowałem, że nigdy nie opanowałem sztuki chorowania na zamówienie... za to nauczyłem się na pamięć bardzo długich kawałków tej książki, wyczułem trzynastozgłoskowiec na wiele lat przed spotkaniem z dziełami Mickiewicza i wytrenowałem sobie pamięć.
Do dzisiaj z tego korzystam.

(POL)

czwartek, 29 maja 2014

Książki mojego dzieciństwa - Małgorzata Kursa


 Pierwszą lekturą, która wywarła na mnie wstrząsające wrażenie i sprawiła, że pokochałam książki miłością wielką, była cieniutka książeczka napisana przez Marię Konopnicką i zilustrowana przez Annę Stylo-Ginter. Nosiła tytuł „Na jagody” i na długo zawładnęła moją wyobraźnią. Jednak książka, do której wracam z niegasnącą przyjemnością i bez względu na przybywające lata, napisana została przez Szwedkę.   „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren czytałam, czytam i będę czytać. Zaraziłam przywiązaniem do tej lektury własne dziecko, a – jeśli dożyję – spróbuję sprawić, by moje wnuki poznały i pokochały uroki Bullerbyn. Po drodze był „Kubuś Puchatek” (też wszczepiony dziecku), Niziurski, „Tomki” Szklarskiego, młodzieżowe powieści Joanny Chmielewskiej, „Pan Samochodzik” Nienackiego, Lucy Maud Montgomerry, Siesicka i wielu innych autorów. Ale to było potem. Pierwszymi przyjaciółmi były dzieciaki z Bullerbyn.

(M.J.Kursa)