Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erica. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2014

08/15 w partii - krzywe zwierciadło Hansa Helmuta Kirsta - Piotr Olszówka


Książka otrzymana od Instytutu Wydawniczego Erica

W antropologii zdobyła sobie popularność metoda badania świata poprzez analizę zjawisk w skali mikro: jednostkowych losów zwykłych ludzi, małych wydarzeń, drugorzędnych tytułów prasowych i trzeciorzędnej literatury - takie zjawiska nie powiedzą nam o wielkich ideach niczego pięknego. ale pokażą, na jakim gruncie wyrosły.
Wiemy, jak Adolf Hitler rozumiał ideały Nadczłowieka wymyślonego przez filozofów... a jak rozumiał Adolfa Hitlera niezbyt dobry (ale za to jedyny) dentysta w małym miasteczku w Prusach Wschodnich? Jak wygląda antysemityzm tam, gdzie lokalny żydowski bogacz sponsoruje szkoły, sierociniec, szpital, klub sportowy... i oddział NSDAP? Kim są naziści z małych miasteczek w 1934 roku? Z takich miasteczek rekrutowała się większość żołnierzy fuhrera, jego siły okupacyjne, jego cała reprezentacja w terenie. Kim byli, skąd się wzięli, jak doszli do władzy? Odpowiedź na te pytania pozwala zrozumieć ich postępowanie, gdy już tę władze mieli.
Kapitalna opowieść Kirsta o początku hitleryzmu wpisuje się w nurt rozrachunkowy Niemców jako narodu - rozrachunku z całą własną tradycją, nie tylko z 12 latami III Rzeszy. A jest to rachunek gorzki. Hitler może i pojawił się znikąd (czyli z Austrii) ale nie można tego powiedzieć o ludziach, którzy wynieśli go do władzy absolutnej.
Tytuł powieściowego cyklu brzmi dziwnie, bo to niemiecki idiom wywodzący się z I wojny światowej, upowszechniony przed drugą i nieco zapomniany w naszych czasach.
08/15 to oznaczenie modelu karabinu maszynowego Maxim - broni, która przyjęła się na całym świecie w setkach mutacji i nadała charakter konfliktom zbrojnym całej epoki. Wszystkie mutacje miały na celu udoskonalenie, ale zasadniczo pozostawiały taką samą konstrukcję.

Lkm 7,92mm wz. 08/15 "Maxim"
Maxim 08/15 - wciąż ten sam...
W Niemczech modernizowano tego Maxima dwukrotnie: w 1908  roku a potem w 1915. Oficjalne modernizacje odnotowano w wojskowym oznaczeniu: 08/15 ale wciąż był to ten sam stary, dobry, niezawodny Maxim, ze wszystkimi wadami i zaletami, za to w nowszej i kosztowniejszej szacie, niczym odwieczny pruski kapral - fundament narodu od czasu Wielkiego Fryca.

Wielki Fryc - twórca symboliki Prus

Stąd wśród żołnierzy niemieckich (a w epoce Maxima przewinęli się przez armię niemiecką wszyscy Niemcy w wieku poborowym) zero-osiem-piętnaście czyli  "Null-acht-fünfzehn" stał się potocznym symbolem równie czytelnym jak w Polsce pstryknięcie w kołnierzyk. Oznaczał wciąż to samo ale odnowione dla niepoznaki.
Dziwnie mi się czyta obrazek z niemieckiej społeczności w Prusach Wschodnich które dwanaście lat później miały stać się polskimi Mazurami. Trudno uwolnić się od myśli, że dni tych wszystkich ludzi są policzone i żaden z nich nie umrze ze starości we własnym domu, chociaż każdemu tylko taka śmierć wydawała się naturalna. Naturalnie Kirst miał tę samą świadomość - serię powieści "08/15" pisał wiele lat po wojnie.
Kreśli obrazek krainy dzieciństwa z mnóstwem detali i czułości ale wybiera moment gdy ta kraina znalazła się na równi pochyłej prowadzącej do unicestwienia. I poddaje analizie społeczeństwo zamieszkujące tę niewinną i uroczą krainę: małomiasteczkowe Prusy, niemiecki świat przytulnych domków, surowych ale kochających matek, interesików i codziennej troski skupionej między pracą, gospodą, kuchnią i kościołem.
Kirst zajmuje się wielkimi ideami: honorem, tradycją, uczciwością obserwowanymi w skali mikro... i podsuwa niewesoły wniosek: prawdziwa wielkość jest zaraźliwa. Człowiek wielkiego charakteru może odmienić szmatławą ideę. Wielka idea może odmienić nędznego człowieka. Ale jeśli do takiej przemiany nie doszło, to najwyraźniej wśród ludzi i idei zabrakło wielkości.
W tym świecie wszyscy udają tego, kogo w danej chwili udaje całe społeczeństwo.
Niemcy udawali nazistów, dopóki ktoś nie przerwał zabawy. W małym Gilgenrode był to hrabia Schulenburg. W całej III Rzeszy bomby a potem alianci...
Udawali tak dobrze, że nie nie sposób ich odróżnić od prawdziwych nazistów, podróbki były lepsze od oryginałów. Przy czym "lepsze" w odniesieniu do hitlerowców ma specjalne znaczenie...

Zwykli Niemcy w dążeniu do bycia perfekcyjnymi nazistami
"08/15" to coś w rodzaju wschodniopruskich  przygód dobrego wojaka Szwejka: w 1934 roku przed wielką rozgrywką  historyczną trwa próba generalna świata, który dawno temu stracił poczucie przyzwoitości ale trwa wciąż w nienaruszonej formie. Małe Gilgenrode czeka na sąd niczym Sodoma i Gomora... uratowało się na razie, bo znalazł się jeden sprawiedliwy. Ale, że był tylko jeden taki, nie mogło przetrwać długo.
Brzmi wzniośle?
Owszem.
Sprzecznie z nastrojem powieści?
Tak.
Opowieść Kirsta jest w gruncie rzeczy doskonałą komedią, kolekcją groteskowych postaci, spełniającą wszystkie wymagania jakie dwa i pół tysiąca lat temu postawili komedii jej wynalazcy. Nawet kończy się małżeństwem a dobrzy bohaterowie na ogół unikają złego losu.
Z komedii zieje zgrozą tylko dlatego, że jej akcja toczy się w konkretnym momencie historii.
Po prostu nad tym światem wisi zagłada a w groteskowych wydarzeniach małego miasteczka widzimy jak rozpoczęła się katastrofa: od ambicji małych ludzi, drobnych awanturników i leniwych krzykaczy, którzy chcieli więcej wódki i kiełbasy za darmo i uważali swoje chęci za dowód wielkości.
To w gruncie rzeczy bardzo uniwersalny problem, dlatego powieść Kirsta weszła do kanonu literatury światowej.
Każdy może dobrze bawić się czytając o małej wojnie Sonnenbluma z Breitbachem bo to herosi na miarę Kargula i Pawlaka.
Tyle, że potem w swoim własnym bezpiecznym świecie odnajdziemy odpowiedniki książkowych bohaterów. Gilgenrode miało przed sobą jeszcze tylko 12 lat.
Ile mamy my sami?

(PO)

sobota, 26 kwietnia 2014

Spustoszenie czyli kampanie Richarda Sharpe'a Bernard Cornwell


  

Tytuł: Spustoszenie. Bitwa pod Oporto
Autor: Bernard Cornwell
Wydawca: Erica
ISBN: 978-83-62329-83-0
Oprawa: miękka


Richard Sharpe dosłużył się w wojskach Jego Królewskiej Mości stopnia porucznika. To nie byle co, biorąc pod uwagę, że wychowała go londyńska ulica a w korpusie oficerskim Wielkiej Brytanii z czasów wojen napoleońskich to większy wstyd niż dzisiaj pochodzenie z rodziny arystokratycznej. Ktoś taki jak Sharpe po prostu nie ma prawa wstępu między gentlemenów w tamtych czasach. Zwłaszcza, gdy na każdym kroku im dorównuje lub wręcz przewyższa.
Jest wiele powodów dla których cykl przygód nietypowego angielskiego oficera opowiedzianych przez Bernarda Cornwella zdobył sobie wielu czytelników... i całkiem ciekawą ekranizację kolejnych części całego cyklu.
Muszę przyznać, że mnie cykl Sharpe'a ujął za serce. Kilkadziesiąt lat temu w prasie polskiej toczyła się zażarta debata o końcu klasycznej powieści historycznej. Wywołały ją powieści Parnickiego. Padały różne argumenty a esencja sporu tkwila w tezie, że wobec powszechnej nieznajomości historii nie da się nic zajmującego opowiedzieć. Cóż, w polskiej powieści historycznej na pewien czas nastąpił zastój, głównie dlatego, że wzorcem nam jest Kraszewski i Sienkiewicz. Czas pokazał, że teoretycy minęli się z praktyką, klasyczna powieść historyczna ma się dobrze zarówno w Polsce jak i na świecie a Bernard Cornwell jest tego żywym dowodem.
Sukces powieści Cornwella opiera się w dużej mierze na doskonałym wykorzystaniu klasycznych elementów: bohaterowie są wyraziści, tło historyczne barwne i przedstawione z wdziękiem a dialogi soczyste i świetnie charakteryzujące postać. Do tego potężna dawka wiedzy historycznej trafia do czytelnika dyskretnie, naturalnie i w ścislym związku z akcją.
Tło historyczne jest tu szczególnie ważne, bo w niektórych sytuacjach to właśnie technika czy detale specyficzne dla epoki decydują o przebiegu wydarzeń. Wydarzenie historyczne bez nich bywają całkiem niezrozumiałe – np. dzisiaj kolorowe mundury z XVIII wieku wydają się nam całkowicie nieracjonalne, przecież żołnierz w czymś takim jest z daleka widoczny i można go bez problemu zastrzelić.
Dzisiaj snajperzy trafiają wybranego człowieka na dystans 2500 metrów, ciężkie karabiny maszynowe mogą zlikwidować grupę na podobną odległość a w ogóle współczesne środki bojowe trafiają we wszystko, co zlokalizują, gdzie by to nie było i głównym sposobem przetrwania jest ukrycie się.
Tymczasem w epoce Richarda Sharpe'a broń palna strzelała na 200-300 metrów, z tego na 50 metrów mniej więcej celnie, czyli pozwalała trafić w cel wielkości pojedynczego człowieka. Do tego pokaźna część strzałów spalała na panewce. Na nieco większy dystans strzelano salwami wielkich zwartych oddziałów, co dawało szansę, że pociski trafią mniej więcej w oddział podobnej wielkości. Wymagało to zachowania żelaznej dyscypliny pod ogniem nieprzyjaciela. Inaczej strzelanie nie dawało żadnych zauważalnych efektów.


Z tego powodu przeciw piechocie używano armat polowych: zwarte grupy żołnierzy miały sens wojskowy, dopóki utrzymywały ciasny szyk. Jeśli armaty rozproszyły piechotę – bitwa była wygrana. Jeśli piechota doszła do armat... również ale przez piechotę. Zadanie oficerów i podoficerów polegało na utrzymaniu szyku mimo strat. Kolorowy mundur odróżniający piechotę regularną od strzelców, saperów czy zwiadowców (a nawet pozwalający identyfikować poszczególne pułki) sprawiał, że naczelny wódz przy pomocy lunety mógł stwierdzić, gdzie znajduje się który z jego pułków i jak sobie radzi. Środki łączności wówczas prawie nie istniały, zastępował je zwarty szyk kolorowych mundurów.
Sharpe jest oficerem w bardzo nowatorskiej formacji, uzbrojonej po raz pierwszy w karabiny gwintowane, które miały dwukrotnie większy zasięg, nie mówiąc o tym, że umożliwiały trafienie pojedynczego człowieka na odległość większą niż wynosił całkowity zasięg broni dawniejszego typu. 

karabin Bakera - podstawa istnienia oddziału Richarda Sharpe'a. Mimo lufy krótszej niż w normalnym karabinie miał o wiele większe możliwości bojowe.

W epoce napoleońskiej Ezechiel Baker przedstawił pierwszy w historii karabin z gwintowaną lufą, który nadawał się dla celów wojskowych. Dzięki temu w armii brytyjskiej stworzono specjalistyczne oddziały strzelców, rekrutowanych najchętniej z gajowych i... kłusowników, których zadaniem było wybijanie oficerów i podoficerów przeciwnika zanim doprowadzą oddział na odległość strzału z tradycyjnej broni. 

Na przykładzie tej grupy rekonstrukcyjnej widać, jak trudno jest zachować szyk w marszu.
Zastrzelenie oficerów i podoficerów pozbawiało oddział wartości bojowej.
Takim specjalistycznym oddziałem dowodził Richard Sharpe,dzięki czemu miał stosunkowo dużą swobodę działania i znajdował się wciąż w nowych miejscach, atrakcyjnych fabularnie a przewaga uzbrojenia i sposobu walki stanowi ważny element dla rozwoju akcji.
Dlaczego o tym piszę w recenzji książki?
Bo Cornwell po mistrzowsku wplótł w narrację objaśnienia realiów wojny i wojska w okresie napoleońskim. Człowiek poznaje te wszystkie detale historyczne, rozumie je... i nawet nie zauważa, że się czegoś nauczył – po prostu wie więcej. A to jest jedno z najtrudniejszych zadań, jakie stawia się przed powieścią historyczną.
Niestety tłumacz popełnił w tej kwestii kilka błędów i nie dorównał autorowi powieści.
Dla przykładu: broń stosowaną przez oddział Sharpe'a nazywa karabinem a gładkolufową broń regularnej piechoty – muszkietem

muszkiet - wyszedł z użycia na 100 lat przed kampaniami wojennymi Richarda Sharpe'a

Dzieje się tak dlatego, że pomylił angielskie słowa musqueton (oznaczający regulaminowy karabin skałkowy z lufą niegwintowaną wykonywany seryjnie) z muszkietem (ang. musquet – ciężka broń palna dużego kalibru, do strzelania z podpórki wykonywany jako niepowtarzalne egzemplarze i o sto lat wcześniejszy) oraz carbine i polski karabin. 

regulaminowy karabin skałkowy z lufą niegwintowaną czyli musqueton w terminologii angielskiej

Sęk w tym, że w Polsce słowo „karabin” oznacza przede wszystkim długą broń palną z lufą gwintowaną ale w odniesieniu do broni skałkowej z czasów Sharpe'a i wcześniejszych używa się go na oznaczenie regulaminowej skałkowej broni piechoty z gładką lufą, zaś broń skałkową z lufą gwintowaną nazywa się „sztucerem” idąc za autorytetem Tadeusza Kościuszki, który tę broń podpatrzył w amerykańskiej wojnie o niepodległość i z powodzeniem wprowadził do polskiej armii.
Rzecz niby drobna... ale tylko pozornie. Po pierwsze: Cornwell wyjątkowo poważnie traktował ten element powieści a psucie nie jest zadaniem tłumacza.
Po drugie: takich detali w kwestiach historycznych tłumacz zepsuł całkiem sporo. Drobiazg pomnożony przez dużo to już poważna sprawa.
Po trzecie: powieść historyczną pisze się dla popularyzacji historii zaś dla Polaków własna historia i tradycja jest ważna... i wciąż ją gdzieś tracimy. A takie zróżnicowanie detali wynika właśnie z naszej specyficznej tradycji i historii. Szanujmy Kościuszkę, który zostawił nam wzór naszego własnego wojskowego sztucera i terminologię.
Gdyby jakiś angielski tłumacz Trylogii Sienkiewicza zrobił z husarza kirasjera, to mielibyśmy mu to za złe (a husarz Roch Kowalski mógł nawet mocno pobić) – ta sama zasada obowiązuje i naszych tłumaczy.
Do pewnego stopnia usprawiedliwia to komplikacja polskiej terminologii, jednakże można te rzeczy sprawdzić, a tłumaczenie cyklu powieściowego pozwala chyba na włożenie większej pracy w przygotowanie realiów niż przy tłumaczeniu pojedynczej historii.
Za to kwestie czysto literackie wyszły w polskim wydaniu bardzo ładnie: język jest barwny, dialogi nadają klimat i podkreślają indywidualności postaci. A trzeba pamiętać, że wszystkie osoby w cyklu Cornwella są ważne: postaci drugoplanowe to najczęściej narodowi bohaterowie Anglii i Francji, opisani w licznych anegdotach i raczej łatwi do porównania z literackim portretem. Warto dodać, że na napoleońskich dowódcach Cornwell używa sobie okrutnie, co dla Polaków (z naszym kultem Napoleona) może brzmieć dziwnie.
Cóż, Anglicy mieli powody, by nie lubić cesarza Francuzów i jego ekipy.
No, ale między innymi za tę egzotykę spojrzenia polubiłem cykl Sharpe'a, niezależnie od tego, że polubiłem samego Richarda Sharpe, bo fajny z niego gość i umie się zachować przyzwoicie, a to w naszych czasach jeszcze większa rzadkość niż za Napoleona.
Bohaterowie Cornwella, pełnokrwiści i pełni zwykłych ludzkich słabości stanowią poważny atut tej historii. Walka o strategicznie położone Oporto i wyrzucenie wojsk francuskich z Portugalii staje się w „Spustoszeniu” przede wszystkim okazją do konfrontacji charakterów. Niesforna angielska panna z bogatej rodziny, która niechcący uruchomiła cały ciąg przypadkowych zdarzeń, niczym dama z rycerskiego romansu doprowadziła do starcia reprezentantów dobra i zła... ale w wydaniu bardzo ludzkim: jest ktoś, kto chce zarobić, jest ktoś, kto próbuje po prostu uratować dziewczynę... i przeważająca większość takich, którym to właściwie jest obojętne, bo na wojnie widzieli już wiele okrutnie zamordowanych młodych kobiet i jedna więcej nie zrobi wrażenia. Oczywiście jest też młody oficer-idealista, prawnik, poeta, romantyk, oddany romantycznym ideałom tak bardzo, że wzrusza, jak don Kichote. Są dezerterzy, szpiedzy, zbójcy i partyzanci... słowem: galeria rozmaitych okazów ludzkiej menażerii przedstawiona z talentem portrecisty.
Na dobrą sprawę bohaterowie powieści historycznej Cornwella są jednoznacznie dobrzy albo źli, co u Sienkiewicza oznaczało głównie wybór polityczny (moralność Kalego nieźle służyła mistrzowi Henrykowi) zaś w cyklu o przygodach Richarda Sharpe'a dotyczy głównie osobistego poczucia przyzwoitości. Można nie lubić Anglików, ale szanować Sharpe'a. Można być po stronie Napoleona... ale nie popierać tego, co robią jego żołnierze w podbijanym kraju – ponieważ niektóre wartości, takie jak honor czy ludzkie uczucia są naprawdę uniwersalne i ponad podziałami.
A na koniec opowieści następuje godzina próby i wyczekiwany finał, niczym w starym dobrym rycerskim romansie.
I o to chodzi w klasycznej sztuce opowiadania.
Od czasów Homera.

sobota, 31 sierpnia 2013

JACEK INGLOT "Wypędzony"



Ta książka nie wzbudziła narodowej dyskusji, a szkoda, bo jest tego warta. Kryminał? Może. Rozrachunek ze stereotypami? Na pewno.
Piastowie, rdzennie polskie ziemie, te sprawy. Podobnie jak słowiański Biskupin. Akurat... Inglot w "Wypędzonym", choć fabularnie jest to kryminał albo powieść obyczajowa z silnym wątkiem kryminalnym, prawdziwym bohaterem czyni miasto, które już nie do końca jest niemieckim Breslau, a jeszcze nie w pełni zostało przejęte przez Polaków i uczynione Wrocławiem. Miasto i emigranci - zarówno ci wypchnięci ze Wschodu przez Rosjan, jak i niemieccy mieszkańcy Breslau i okolic. To oni, ich niezrozumienie, ich ból, są prawdziwym bohaterem tej świetnej książki.
Należy uczciwie powiedzieć jedno: to nie jest książka dla każdego. Bo ona leczy ze stereotypów, pokazuje krzywdy czynione niemieckim obywatelom, ich racje, argumenty wcale nie pozbawione sensu. Podważa polskie racje. Czyni to w sposób bardzo boleśnie sprawiedliwy - i chociaż nie wpisuje się w skandaliczną narrację Eriki Stainbach, pokazuje ludzi uwikłanych w wielką politykę, chociaż chcieli żyć spokojnie, a ich jedyną "winą" jest to, że osiedli na ziemi, która nagle stała się niespokojna i ktoś postanowił poprzesuwać granice, jacyś wielcy gracze, dla których bohaterowie tej książki są tylko anonimowym tłumem.
Trudna, dobrze napisana, po prostu bardzo mądra książka stawiająca więcej pytań niż banalnych odpowiedzi. Polecam.
(Romuald Pawlak KzK)


KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ INSTYTUT WYDAWNICZY ERICA