poniedziałek, 23 maja 2016

Romantyczna Chorwacja z Iwoną Mejzą

Tam gdzie mieszkał Marco Polo.

W dwutysięcznym roku postanowiłyśmy z przyjaciółką pojechać do Chorwacji. Przy wybieraniu miejsca wypoczynku nad realizmem przeważył romantyzm – któż się oprze możliwości odwiedzenia miejsca urodzenia Marco Polo. Podróż trwała nieco ponad trzydzieści godzin, dokładniej trzydzieści pięć i obfitowała w stresujące sytuacje. Kierowcy pomylili granice i w ostatniej chwili uniknęliśmy ostrzelania przez wojsko, karabin wycelowany w autokar nie sprawia miłego wrażenia. Kierowca wykazał się refleksem i umknęliśmy, tym razem trafiając na właściwą granicę A tam, cóż, zamiast toalet na stacjach benzynowych ścierniska pachnące słońcem i sianem, zwinki przemykające pod stopami i rozśpiewane cykady.
Mijane miasteczka zbierały się do życia po wojnie, domy bez dachów, ślady po kulach znaczące fasady. Widok ludzi uprawiających skrawek ziemi przy domu napawał radością.
Już prawie dojeżdżaliśmy, gdy okazało się, że jeszcze przed nami kilka godzin podróży – spóźniliśmy się na prom.
Miasteczko Orebic, niewielkie, nieco zapyziałe, jak teraz czytam w Wikipedii półtora tysiąca mieszkańców. Wtedy zapewne dużo mniej, dwa sklepiki i oczekiwanie na dostawę towaru, bo menu okazało się nieco odchudzające. Ziemniaki ze szpinakiem zmieszane w jedną breję i kości do wyboru, wołowe albo z kurczaka, pięknie panierowane.
A jednak wtedy zakochałam się w Chorwacji. Bo ludzie, bardzo serdeczni, przyjaźnie nastawieni, przyroda, wszędzie pięknie, nieco dziko, Adriatyk kryształowo czysty. I zabytki, przepiękne, zachwycające architektonicznie. Orebic w dziewiętnastym wieku był bogatym miastem portowym. Jego sława już przeminęła, ale można, a nawet trzeba odwiedzić Muzeum Pomorskie, klasztor Franciszkanów. Droga pod górę trwa wieczność, przynajmniej tak wtedy myślałam, gdy przewodnik tłumaczył, że jeszcze dziesięć minut i już jesteśmy, ale muzeum w klasztorze ma wiele do zaoferowania. Zbiór szesnastowiecznych wydań biblii, obrazy, pamiątki związane z wypływającymi z portu fregatami. Można też odwiedzić zabytkowy cmentarz kapitański, najstarsze grobowce pochodzą z osiemnastego wieku. A w drodze powrotnej napić się wina z wodą źródlaną – idealnie gasi pragnienie.
Naprzeciw Orebicia leży Korcula, wyspa, na której urodził się słynny podróżnik Marco Polo.
Popłynęłyśmy tam łódką, znalazłyśmy dom, otoczony starymi drzewami, czarny kot mignął nam na balkonie. Leniwe popołudnie, zwiedzanie Katedry św. Marka, przy marmurowej chrzcielnicy niewielkie zgromadzenie, prywatna uroczystość. Mały chłopczyk płacze, chłodne krople wody moczą mu czarne kędziory.
Korcula architektonicznie jest podobna do Wenecji, wąskie na półtora metra uliczki, przejścia pomiędzy budynkami, place i kościoły. Sklepiki, w których można kupić pamiątki, muszle połyskujące perłowo, ikony i różne mniej lub bardziej użyteczne drobiazgi.
Na Korculę przypływamy kilka razy, spacerujemy, odkrywamy nowe miejsca. Opalamy się. Płaskie głazy zachęcają żeby się na nich rozłożyć, promy Jadrolinji przepływają kilkaset metrów od nas, od restauracji, w której podają zimne piwo i wyśmienitą pizzę dzielą nas tylko betonowe schodki. Cieszymy się życiem, słońcem i absolutną beztroską. Mamy prawdziwe wakacje. Płyniemy też na wyspę Mljet, to Park Narodowy. Delfiny przez moment prezentują salto, rozbryzgując granatowe fale Adriatyku, praży słońce. Na wyspie dwie wyspy, otoczone jeziorem ze słodką wodą. Siadam na nagrzanym słońcem głazie, zanurzam nogi w ciepłej wodzie, podobno ma dwadzieścia siedem stopni, koniki morskie pełzają mi po stopach. Wokół góry pełne żmij, podobno to o wyspie Mljet pisał święty Paweł z Tarsu. Mury klasztoru benedyktyńskiego otaczają nas chłodem, wyciszają. Chwilo trwaj.
Iwona Mejza








niedziela, 22 maja 2016

Fotowakacje Małgorzaty Rogali

Jestem nieuleczalną „frankofilką”, kocham Francję, 
piosenki Edith Piaf, francuski język, prowansalskie miasteczka i francuskie komedie. 

Dlatego wszystkie drogi prowadzą mnie do Francji, nawet jeśli początkowo mam inne plany. 





Tutaj chciałabym wspomnieć mój pobyt w Marsylii, Cassis i Aix-en-Provence. Zamiast słów, mała fotorelacja. Jak przystało na przyszłą „kryminalistkę”, nie zabrakło zdjęcia z francuską policją.


sobota, 21 maja 2016

Dolnośląskie wakacje Agnieszki Krawczyk

W tegoroczne wakacje zamierzam rozszerzyć trasę ubiegłoroczną, czyli znowu pojechać na Dolny Śląsk. Wakacje 2015 roku były bardzo udane, więc warto rzecz powtórzyć. Dość powiedzieć, że cała trasa przebiegała pod dyktando kolekcjonowania pamiątkowych monet Złoty Dolny Śląsk. Pierwszą taką monetę moje dziecko nabyło we wrocławskim ZOO i od tego momentu musieliśmy konsekwentnie zdobywać kolejne. Nie muszę przy tym mówić, że po zebraniu większości monet, mój syn stracił nimi zainteresowanie i obecnie kurzą się gdzieś na półce.
Dla mnie wędrówka po Dolnym Śląsku była z kolei okazją do odwiedzenia miejsc związanych z tzw. Projektem Rise, czyli wielkimi tunelami żłobionymi w Górach Sowich przez Niemców. Do dzisiaj nie wiadomo, jaki był cel tych olbrzymich inwestycji – czy miały służyć schronieniu najważniejszych urzędników Rzeszy, czy też być miejscem, do którego miano przenieść fabryki na czas bombardowania?
Odwiedziliśmy więc Zamek Książ (praktycznie tuż przed wybuchem sensacyjnej wiadomości o Złotym Pociągu), który nawet bez skarbów ukrytych w podziemiach jest ogromnie czarującym miejscem.





Sporo czasu spędziliśmy też w Kamiennej Górze, gdzie w podziemiach prezentowane są szczegóły niemieckiego projektu Arado, czyli produkcji super samolotu, zdolnego do lotów transoceniacznych.



Nie szczędziliśmy czasu na wędrówki po górach.
W Błędnych Skałach zaskoczyła nas straszliwa burza, szczyty wyglądały prawie jak podczas przejścia Drużyny Pierścienia przez Karadhars.

Zachwyciły nas Kolorowe Jeziorka, przecudne miejsce, jak z bajki, tego się po prostu nie da opowiedzieć, to trzeba zobaczyć.



Było coś dla ducha, ale też i dla ciała. W Czechach odwiedziliśmy cudowną restaurację Královecký kohout w Královcu, którą ogromnie polecam (przejście graniczne z Kamiennej Góry). A co tam można zjeść? Popatrzcie na zupę czosnkową i gulasz z knedlami.



W Miedziance, słynnej z powodu książki Filipa Springera „Miedzianka, historia znikania” można wypić znakomite piwo o intrygującej nazwie „Cycuch Janowicki”

Szczęścia dopełnił towarzyszący nam podczas odpoczynku Kot Agroturystyczny z agroturystki Karkonska Drewniana Chata w Przedwojowie (k/Kamiennej Góry).


No i co? Prawda, że to były czary Dolnego Śląska? Serdecznie polecam tę trasę.

piątek, 20 maja 2016

Słodkie, miłe... wakacje - z Krystyną Januszewską

Nie jestem, niestety, typem podróżnika. Nie, żebym grzała fotel przez całe wakacje, ani leżała plackiem na leżaku. Sama właściwie nie wiem, dlaczego wolny czas wolę spędzać w domu, zamiast odkrywać i doświadczać nowe. Mam tyle świetnych pomysłów na robienie rzeczy, których jeszcze zrobić nie zdążyłam, a które zawsze mnie intrygowały, mam tyle pomysłów na nic nie robienie i tylko brakuje mi na nie czasu. Codzienna rutyna, dreptanie wokół tych samych problemów, przyzwyczajeń i konieczności zabija natchnienie i oducza leniuchowania. Tymczasem urlop, czas tak zwanego świętego spokoju i nudy, której zazwyczaj nigdy nie zaznaję, mógłby być bardzo twórczy. 


Za to mój mąż, niestety, uwielbia podróże. Cóż, ludzie podobno dobierają się na zasadzie przeciwieństw. Twierdzi, że w domu nie możne się zrelaksować. Jest tyle spraw, które trzeba zrobić, naprawić, przykręcić, albo pomalować, że odpoczynek w domu zamienia się w obowiązek, a momentami w horror. W czasie wolnym od pracy chce jeździć, patrzeć, poznawać, pokonywać własne słabości, mierzyć się z odległością i własnym ciałem. 

On refren piosenki Kombi „ Słodkiego, miłego życia, jest tyle gór do zdobycia” rozumie dosłownie, a ja jedynie w przenośni. I bądź tu człowieku mądry i pogódź dwa różne żywioły? Choć w moim przypadku trudno jest raczej mówić o żywiole. Może o „Cichej wodze”. Ponieważ jednak jakieś czterdzieści lat temu z okładem, obiecałam, na ślubnym kobiercu, że nie opuszczę go aż do śmierci, na dobre i na złe, więc cóż miałam począć? I tak łażę za nim od lat, po górach niskich i wysokich, zwiedzam miejsca, które zawsze chciał zobaczyć, towarzyszę żeby nie czuł się samotny, opuszczony i żeby miał z kim dzielić swój zachwyt nad światem. 

On się zachwyca, a ja przy okazji poznaję miejsca, do których wcale nie chciałam pojechać, rozdeptuję drogi i bezdroża leżące daleko od domu, tęsknię za nudą, tęsknię do ogrodu, w którym odkrywam własne tajemnice, tęsknię do myśli, na realizację których, na co dzień, brakuje mi czasu.
Któregoś roku zaprotestowałam, wszak kompromis ma swoje granice, także granice zdrowego rozsądku. Dobra, mogę zdobywać koronę gór polskich, mogę co roku latać samolotem, iść od rana do zmroku, jeździć z nim rowerem, podziwiać pejzaże, z niedowierzaniem docenić własną odwagę, ale 870 kilometrów do Santiago de Compostela, szlakiem świętego Jakuba, z plecakiem na plecach, to jak dla mnie, a głownie dla moich nóg i kręgosłupa jednak za wiele. On pojechał, ja zostałam w domu. 

Jakiś czas przed pamiętnym urlopem, raczej kilka lat niż kilka miesięcy, córka podrzuciłam nam na tydzień Janka i Julka. Teraz, to dorośli chłopcy, szkolą mnie i poprawiają, najczęściej zaskakują. Wtedy po prostu lubili się ze mną bawić. Tamten pobyt jakoś mocno utrwalił się w mojej pamięci, mam też sporo zdjęć z wakacji z wnukami. Jasiu miał wówczas obsesję, że w trzcinie, nad małym stawem w naszym ogrodzie mieszka groźny „Szuwar”. Kilka razy dziennie próbowaliśmy drania namierzyć uzbrojeni w motyki i grabie. Skutek był raczej marny, za to mąż zrobił nam w tym czasie sporo fajnych zdjęć, które natchnęły mnie, gdy samotnie spędzałam w domu wymarzony od dawna urlop. 

Każdego dnia na facebooku kontaktowałam się mężem, który przemierzał samotnie najpierw Pireneje, a później urocze zakątki Hiszpanii. Trzymałam rękę na pulsie pełna wyrzutów sumienia, że on tam sam przykleja sobie plastry na okaleczone nogi, a ja nie mogę mu pomóc i potrzymać w tym czasie plecaka. Kilka dni czułam się jakoś dziwnie, do samotności trzeba się przyzwyczaić. On sam tam, ja tutaj sama.
Reasumując: Mąż swoją podróż i wrażenia, z którymi wrócił do domu zapamięta do końca życia i ja swój urlop pamiętam. 

Po prostu było cudownie. Spałam, czytałam, w łóżku i w ogrodzie, godzinami oglądałam filmy, przez cztery tygodnie ani razu nie byłam w sklepie, wyjadałam zapasy. Opróżniłam spiżarnie z przeterminowanych puszek i kompotów, kasz, makaronów, zwietrzałych ciasteczek, wyskrobałam do czysta słoik skamieniałego miodu, nareszcie rozłupałam włoskie orzechy, zrobiłam sobie mleczne cukierki, takie jakie kiedyś robiła mi babcia i namalowałam trzy poniższe obrazy. Trochę mnie przy tym poniosło. Chciałam, żeby były duże, ot, taka ludzka zachłanność. Teraz biedne stoją na stryszku, bo mój domek jest mały i za małe ściany. Ale urlop był mega cudny !!!







 

czwartek, 19 maja 2016

Zakopianka - wakacje Joanny Zakrzewskiej Sykat

Joanna Zakrzewska Sykat


Wakacje nieodmiennie kojarzą mi się z... Zakopianką i Górą Borkowską w Krakowie. 


Od wjazdu na to wzniesienie rozpoczynały się moje wakacje. W zasadzie, kiedy byłam mała, wakacje zawsze wiązały się z tym konkretnym kierunkiem. Jeździliśmy do Mszany Dolnej, do Piwnicznej i do Rabki. Teraz, w tę stronę jeżdżę rzadziej; w związku z macierzyństwem nieco zmieniły mi się kierunki destynacyjne. 


Obecnie, od kilku lat, w połowie czerwca jeździmy nad morze. Powodem są katary Młodego i to, że po prostu uwielbiam ten zimny klimat i atmosferę Bałtyku. 


Jeździmy do Wicia. To mała miejscowość położona obok Darłówka, które odwiedzamy bardzo chętnie. W Wiciu spacerujemy, a synek zbiera to, co wyrzuciło morze i buduje interesujące instalacje na plaży. Zabawek nie potrzeba:) 



środa, 18 maja 2016

Słońce i ... mata, waleczne wakacje - Agnieszka Pruska

Woda, słońce, zwiedzanie i… mata.

Rodzinę mam wodolubną, więc od najmłodszych lat wakacje, a w każdym razie ich część, spędzałam nad wodą i na wodzie. Wyjazdy z rodziną i znajomymi nad jezioro pod namioty były stałym punktem każdych wakacji przez długie lata. 

Jeździliśmy albo stacjonarnie stale w to samo miejsce, albo na spływy kajakowe (Brda, Gwda, Drawa, Noteć, Drwęca). Nawet z mężem poznałam się na spływie kajakowym, ogólnopolskim...

Zamiłowanie do wody mi nie przeszło, więc teraz też staramy się część wakacji spędzić w jej pobliżu. 


Od mojego dzieciństwa możliwości podróży wakacyjnych „trochę” się zmieniły i teraz wyjazdy nad wodę najczęściej wiążą się z pobytem w jakimś ciepłym miejscu, takim, w którym pogoda będzie zagwarantowana, żeby trochę się na słoneczku powygrzewać. Jeszcze lepszą opcją jest: woda + słońce + coś do zwiedzania. 


W zeszłym roku był to Cypr i bardzo chętnie pojechałabym tam jeszcze raz, żeby dokończyć zwiedzanie.

Stałym wakacyjnym punktem programu od jakiegoś czasu jest obóz sportowy. Oboje z mężem trenujemy aikido od piętnastu lat i w miarę możliwości staramy się jeździć na sierpniowe obozy. Oprócz dużej dawki ruchu (trzy treningi dziennie) takie wyjazdy są znakomitą okazją do spotkań towarzyskich z ludźmi, których widujemy tylko kilka razy w roku.


Pewnym punktem tegorocznych wakacji jest tylko obóz w Chełmnie (zdecydowanie zachęcam do zwiedzenia tego miasteczka), reszta – to na jedynie tylko plany.



PS A laptop jeździ wszędzie ze mną, przeważnie na wyjazdach trochę piszę...



wtorek, 17 maja 2016

NASTOLETNIE WAKACJE BARBARY

BARBARA SPYCHALSKA-GRANICA

Moje najwspanialsze wakacje miały lat czternaście i były wyjątkowe, jak wszystko, co nas spotyka w tym wieku, a że było to dawno ( licznik mi się już jakiś czas temu zaciął, ale nie próbuje go naprawiać, bo po co, błoga nieświadomość jest lepsza niż okrutna rzeczywistość ), to wspominam te wakacje z przyjemnością, jako niezwykle udane.

Był lipiec, więc miesiąc upalny w byłej Jugosławii, bo tam właśnie zabrali nas, mojego brata i mnie, Rodzice. Samochód „Warszawa”, rewelacyjny, jak na tamte czasy, wyremontowany, posprawdzany ( moje wnuki oglądają teraz takie pojazdy jako zabytek, ja z rozrzewnieniem), wygodny, o ile wygodą w te upały można nazwać skajowe siedzenia, które przykrywaliśmy płóciennymi prześcieradłami. „Zjeżdżały” te szmaty przy każdym ruchu. nic sobie z nas nie robiąc, ale to nie miało znaczenia, bo jechaliśmy i to się liczyło. Jechaliśmy dość długo, upał dawał się we znaki, „klimatyzacja”, czyli wiszenie za oknem, urywała głowy, pamiętam nasze pytania: Daleko jeszcze?, na które mój Tata ze stoickim spokojem odpowiadał: Za tymi górami to już na pewno będzie morze…, ale morza nie było, za to były następne góry, które złośliwie wyłaniały się na horyzoncie.

Jakoś udało nam się dotrzeć, wprawdzie z wielkim mozołem, bo „Warszawa” ciągnęła za sobą domek, czyli przyczepę- skorupkę, i osiedliśmy na uroczym cypelku, prawie nad samym morzem, które zachwycało nas swoim kolorem, wędrującymi bokiem krabami (brrr…długo się przyzwyczajałam, że na każdej skałce mogę je spotkać) i zasoleniem. Nie wspomnę o egzotycznych palmach, dających błogi cień. Z resztą nie tylko palmy były egzotyczne, wszystko było egzotyczne.

Pierwsze parówki grubości palca, zamknięte w słoiku, chleb tostowy i czekoladki „Kraś”, które na tamte czasy były wyjątkowo pyszne i w wyjątkowych ilościach, u nas nie było ich wcale, a do tego musztarda w tubce. Wow! Same rarytasy!

Ach! To był „prawdziwy Zachód”, tak mi się wtedy wydawało, chociaż sąsiad z kempingu powiedział ze wschodnim akcentem: Panie! Gdzie tu zachód! Zachód słońca chyba!

Opalona na czekoladkę zwiedzałam Dubrownik, podziwiałam obraz Tycjana i wrzuciłam pieniążek do dubrownickiej fontanny, wypowiadając życzenie, które po latach się spełniło i jest już ze mną tak długo, że…., ale tu znowu ten sam nieczynny licznik wchodzi w grę, więc nie wiem ile. 
Żałuję tylko, że nie wypowiedziałam wtedy więcej życzeń. Takich konkretnych…., ale w wieku lat czternastu marzenia po prostu są rozmarzone i nic tego nie zmieni. Dopiero później dochodzą do głosu te bardziej zmaterializowane.
Krajobraz był uroczy, morze wspaniałe, a na drzewach rosły figi, które oczywiście trzeba było skosztować. I kosztowałam. A co było potem…

Na kempingu był bardzo przystojny Polak, niewiele starszy ode mnie. Podobał mi się, ale on częściej rozmawiał z moim starszym bratem niż ze mną. I właśnie jakimś czystym przypadkiem spotkali się obaj pod jedyną toaletą bez okien i drzwi, i namiętnie rozprawiali o czymś, a ja po tych figach….brrr…one mają dziwne działanie. No i miałam dylemat. Zrobić sobie dość akustyczną przyjemność, czy cierpieć i czekać. Wybrałam to pierwsze, albo ono wybrało mnie i….Cóż…Mogłam zapomnieć o przystojniaku, który również był opalony „na czekoladkę”, ale ja bardziej, bo czerwona jak pomidor opuściłam przybytek.


Niestety zdjęć z tych wakacji nie posiadam, bo wszystko uwiecznione zostało na błonie filmowej, podziwiać można tylko przy użyciu projektora.



poniedziałek, 16 maja 2016

WAKACYJNIE Z ANNĄ...

ANNA KLEJZEROWICZ

Moi Rodzice byli maniakalnymi górołazami, więc od najmłodszych lat uparcie wozili mnie w góry, głównie w Tatry – polskie i słowackie. I tak mi już zostało na długie lata.

Odkąd skończyłam 15 czy 16 lat, w Tatry jeździłam już sama, a raczej z przyjaciółką Lucynką (oj, rozrabiałyśmy tam, cud, że do tej pory żyjemy), następnie z chłopakiem, obecnym mężem zresztą:




Potem przez kolejne długie lata kupą, w gronie rodzinno-przyjacielskim, w Tatry oraz Bieszczady:







Ponieważ mój Ojciec pływał, więc po drodze jakaś Grecja albo Tunezja się czasem zdarzyły. Na zdjęciu Tunis, meczet chyba. Uwaga, kozioł pluszowy (grający), a w klatce trzymanej przez tego mniejszego przebierańca siedział drewniany ptaszek, który też "śpiewał". Muzyka wykonywana przez obie kukiełki była raczej... kocia. Większy przebieraniec to Tata, ten drugi: niżej podpisana w wieku 14 lat.









Obecnie nie za bardzo mam czas na wyjazdy, wakacje spędzam więc w najbliższej okolicy: czasem na jeziorze, chętnie na rowerze, w lesie lub po prostu we własnym ogrodzie. Nie narzekam, bo całkiem ładnie mam dookoła, nie muszę już szukać dodatkowych atrakcji. W ogrodzie, w okolicznościach sielskiej przyrody, w towarzystwie stada kotów i jeży, obmyślam swoje krwawe intrygi i zbrodnie. Może to i dość perwersyjne, ale… cóż, taka praca, a jaka praca – takie wakacje.








niedziela, 15 maja 2016

"ACH, MAZURY, JAKIE CUDNE..."

"ACH, MAZURY, JAKIE CUDNE..."

MAŁGORZATA KURSA

W kabarecie Elita był drzewiej cykl, który nieodmiennie rozpoczynał się od słów: "Będąc młodą lekarką...", po czym następowała opowieść o nietypowych przypadłościach zdrowotnych nietypowego pacjenta. Zacznę podobnie:

Będąc młodą mężatką, zostałam zmobilizowana do rewizyty u rodziny małżonka. Rodzina zasiedlała różne miejscowości na Mazurach, więc program miał być bogaty. I był rzeczywiście. Dwa tygodnie minęły nie wiadomo kiedy, a ponieważ naszym przewodnikiem mianował się wuj męża, który uwielbiał wszelkie eskapady, zwiedziliśmy wszystkie miejsca uznane przez niego za warte pokazania. Baza wypadowa była w Piszu u wujostwa i stamtąd wyruszaliśmy.

Przyznam, że czekałam codziennie na te wycieczki, albowiem wuj lubił piesze wędrówki, a jego żona gotowała jak anioł i miałam obawy, że do Kraśnika powrócę jako kurdupel typu antałek. Na szczęście te wszystkie, ubrane w cudowne smaki, kalorie spalałam podczas kolejnych wypraw. Zwiedziliśmy wtedy Świętą Lipkę ( w czasie organowego wykonania Poloneza Ogińskiego "polały się łzy me czyste, rzęsiste"), Wilczy Szaniec, Olsztyn, w Mikołajkach zachwycił mnie pomnik Sielawy mazurskiej, na moście tamże rąbaliśmy gofry z jagodami, obżarłam się jak bąk wszelkiej maści ryb jeziornych, ale najmocniej utkwił mi w pamięci rejs z Giżycka do Mikołajek. I zaraz opowiem, dlaczego. Byłam nieco zaniepokojona, bo żadnym statkiem wcześniej nie płynęłam i nie miałam pewności, czy ten środek lokomocji okaże się dla mnie przyjazny.

Stateczek był niewielki, ale wyglądał stabilnie, co mnie nieco pocieszyło. Zaraz potem zapomniałam o swoich obawach, bowiem pokład od dziobu po rufę opanowała wycieczka niemieckich emerytów (były to wczesne lata osiemdziesiąte), którzy podczas rejsu wymachiwali rękami, pokazując sobie wzajemnie rozmaite miejsca. Niemieckiego nie znałam, zatem nie robiło to na mnie wrażenia, ale wuj (kresowiak zmuszony do porzucenia rodzinnych stron jako dziecię) poczerwieniał, zacisnął zęby, łypiąc gniewnie na statkowych okupantów i wyraźnie widać było, że lada moment może dojść do, zminimalizowanej personalnie, ale jednak wojny polsko-niemieckiej.
Musiałam przeciwdziałać. Złapałam wuja za rękaw i zapytałam, wskazując na chmarę ptactwa krążącą nad statkiem: - Czemu one tak latają? Burza będzie, czy co? Wuj przez chwilę sapał jeszcze, po czym uśmiechnął się szeroko i uroczystym gestem wręczył mi resztki niedojedzonej bułki. - To rybitwy. Mają nadzieję na przekąskę. Stań przy burcie i rzucaj im kawałki tej bułki. Tylko celuj nad wodę. Zobaczysz, jakie są zwinne. Lubię karmić zwierzątka, więc ze szczęściem w duszy posłusznie przystąpiłam do wykonywania polecenia i z wielką frajdą przyglądałam się, jak ptaki w locie chwytają pożywienie. Razem ze mną przyglądali się widowisku niemieccy emeryci i sami zapragnęli podobnej rozrywki. Bułka mi się skończyła, więc poszłam sobie usiąść, a po chwili dołączył do mnie pełen satysfakcji wuj. - Szkoda, że tego nie widziałaś. Te niemieckie gamonie chciały to mieć na zdjęciach i rzucały bułki w górę - radośnie zatarł ręce. - Teraz mają uciapane te swoje markowe ubranka, bo ptaszki mają szybki przerób. Grunwald im zrobiły!


W sumie cały pobyt na Mazurach był bardzo pouczający, ale do dziś nie jestem pewna, czy nie wyświadczyłam obcokrajowcom niedźwiedziej przysługi. Dołączam zdjęcia z rejsu. Na pierwszym ja, rybitwa i niemiecki emeryt; na drugim ja po ptasim Grunwaldzie i moje wątpliwości. 
(M.J.Kursa)

poniedziałek, 23 marca 2015

Redakcja portalu Książka Zamiast Kwiatka zaprasza na konkurs wielkanocny. Do wygrania jak zawsze atrakcyjne nagrody: książki z imienną dedykacją.

Zasady: 
KONKURS WIELKANOCNY trwa do 31 marca do godz. 20-ej.
Napiszcie w komentarzach życzenia wiosenno-wielkanocne pod wybraną książką. Autorzy wybiorą najpiękniejsze życzenia, a laureat otrzyma książkę od autora z imienną dedykacją. Przypominamy, że konkursy są tylko dla fanów KzK. Warunkiem wzięcia udziału jest "polubienie" strony KzK na Facebooku.
A oto link do strony z konkursami: facebook.com-KsiazkaZamiastKwiatka-konkursy