piątek, 6 września 2013

Czas mgieł i ziemiopłodów

No cóż, jesień nadchodzi, westchnęłam i popatrzyłam w okno. Ciemność zapada dużo szybciej niż jeszcze dwa tygodnie temu, po osiemnastej wilgoć zaczyna pełzać wokół gołych kostek, a temperatura spada niebezpiecznie poniżej piętnastu stopni.  Kilka dni temu wybrałam się do ogrodu. Trzeba skosić trawę, a tam gdzie kosiarka się nie przedrze – wyrywać. Grządki czekają na opielenie, a resztki ogórków na zerwanie i ukiszenie. Poziomki chowają swe czerwone owoce wśród żółcących się listków. Sczerniały orzech, sztuk jeden spadł i przepadł, nawet nie sprawdzę, czy w środku też był czarny i niejadalny. Kalina obsypana czerwonymi koralami owoców aż prosi, by wziąć aparat i zrobić parę jesiennych zdjęć. W napadzie pracowitości zamierzam wyczyścić ziemię pod tujami;  urosły tak szybko, a dopiero niedawno je kupowałam, są gotowe do podcięcia.  Na razie niestety zarośnięte chwastami, podsypane skoszoną trawą. Zamierzam się grabiami na taką przyklepaną już kopkę trawy i odskakuję. Kupka się rusza, źdźbła trawy unoszą się, część z nich pozostaje na grzbietach dwóch jeży manifestacyjnie opuszczających swą kryjówkę. Jeże łypią na mnie groźnie, niezadowolone. Obudziłam je zbyt wcześnie. Mamrotam przeprosiny, nie przypuszczałam, że zakłócę sen tym miłym zwierzątkom. Odkładam pracę na następny dzień.

I jak zawsze, gdy zbliża się jesień, czas mgieł i ziemiopłodów sięgam po ukochaną książkę, czyli „Dewizę Woosterów” P.G.Wodehousa, w świetnym tłumaczeniu Hanny Rowińskiej. Poniżej bardzo jesienny fragment Dewizy:
Wysunąłem rękę spod kołdry, żeby zadzwonić na Jeevesa.
- Dobry wieczór, Jeeves.
- Dzień dobry, sir.
Zdziwiłem się.
- To już dzień?
- Tak jest, sir. 
- Jesteś pewien? A dlaczego tak ciemno?
- Mgła, sir. Zechce pan łaskawie sobie przypomnieć, że mamy teraz jesień. A to pora obfitości mgieł i ziemiopłodów.
- Pora czego?
- Obfitości mgieł, sir, i ziemiopłodów.
- Hm? Aha. Tak, tak. Rozumiem. Mniejsza o to, przynieś mi któryś swój środek na wzmocnienie, dobrze?
- Trzymam go w gotowości, sir. Stoi w lodówce. (…)
Jeeves wrócił niosąc swój balsam. Wypiłem go jednym haustem i za chwilę poczułem się lepiej, chociaż zrazu doznałem przykrego wrażenia – co nieuniknione, gdy się korzysta z porannych środków wzmacniających receptury Jeevesa – że wierzch czaszki ulatuje gdzieś pod sufit, a gałki oczne wyskakują z oczodołów  i odbijają się od przeciwległej ściany niczym piłeczki do ping-ponga.
Balsam Jeevesa, to niepowtarzalny specyfik, którego recepturę zna tylko Jeeves, ja w jesienne wieczory wypijam filiżankę aromatycznej czekolady.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza