Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olszówka Piotr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olszówka Piotr. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 maja 2014

Książka mojego dzieciństwa - Piotr Olszówka


Kiedy mam powiedzieć coś o książkach mojego dzieciństwa to cierpię okrutnie. Którą wybrać? Czytać uczyłem się na "Potopie". Uwielbiałem "Robinsona" na zmianę z "Muminkami". Ale moje samodzielne czytanie już nie było takie dziecinne, jak trzeba i wszystkie przeczytane o własnych siłach zaliczam do innego etapu życia.

Tak naprawdę to miałem dwie najważniejsze książki dzieciństwa, obie na zawsze zostawiły mi ślad wypalony w mózgu jak cienie z Hiroshimy. Napisał je Jan Brzechwa, to "Sto Bajek" i "Brzechwa - dzieciom".
Obie kilka lat temu wznowione w tej samej szacie.

 "Sto bajek" czytali mi zazwyczaj wszyscy dorośli, którzy chcieli mieć ze mną na chwilę spokój - bo po kilku wierszach zajmowałem się starannym oglądaniem ilustracji i wyobrażaniem sobie odpowiedzi na rozmaite trudne pytania, takie jak: co to jest taradejka, na której Babulej z Babulejką pojechali na Łysą Górę, ewentualnie: jak właściwie wygląda sójka i dlaczego nie może wybrać się za morze.

Osobną sprawą był zbiorek "Brzechwa dzieciom" ilustrowany przez Marcina Szancera, pierwszego ilustratora jakiego rozpoznawałem po stylu. Otóż w tym zbiorze były dłuższe utwory. "Opowiedział dzięcioł sowie", "Pali się" czyli pierwszy utwór heroikomiczny jaki w  życiu poznałem, cała seria zoologiczna, bez której nie można było iść do ZOO oraz najważniejsze: "Szelmostwa lisa Witalisa"... ukochany i najdłuższy poemat, którego zawsze chciałem słuchać i rzadko mogłem się doprosić, ponieważ był taki długi... Właściwie to "Witalisa" słuchałem tylko wtedy, kiedy byłem chory i rodzice chcieli mi jakoś osłodzić niedolę. Był to jeden z powodów, dla których żałowałem, że nigdy nie opanowałem sztuki chorowania na zamówienie... za to nauczyłem się na pamięć bardzo długich kawałków tej książki, wyczułem trzynastozgłoskowiec na wiele lat przed spotkaniem z dziełami Mickiewicza i wytrenowałem sobie pamięć.
Do dzisiaj z tego korzystam.

(POL)

niedziela, 20 kwietnia 2014

Czar zapachów - Piotr Olszówka, Nana





Zachciało mi się kawy przy pracy. Kiedy przechodziłem przez drugi pokój, Nana przewróciła się brzuszkiem do góry i z miną absolutnie bezbronną zawołała:
- Nie bij mnie! Jestem malutka!
Kamień by się popłakał na ten widok. Nogi pode mną zmiękły i klapnąłem obok na dywan. Zgodnie z psimi zasadami powinienem ją polizać po mordce i piszczeć ale nie zszedłem aż tak na psy. Dlatego posmerałem biedną psinę po gardełku i spróbowałem uspokoić:
- Przecież wszystko jest w porządku, jesteś w domu, nikt cię tu nie skrzywdzi...
- A kto mnie tak okrutnie wykąpał? - popatrzyła z wyrzutem.
Nie ja, ale nie zamierzałem uciekać od odpowiedzialności. Ostatecznie pilnowałem, żeby nie uciekła z kabiny prysznicowej...
- Nie trzeba było tarzać się w krecie. Albo mogłaś znaleźć takiego świeżego... Musieliśmy cię wykąpać. Okropnie śmierdziałaś.
- Wcale nie śmierdziałam. To były perfumy. Przecież nie mogę być taka nieatrakcyjna... - Zmieniła pozycję na bardziej kokieteryjną - To był Naturalny Zapach Polny.
- No... ale w zbyt dużym stężeniu. - Nie chciałem sugerować jej, że nie tolerujemy jej gustu.
- E, tam w za dużym. - Nana poczuła się pewniej i postanowiła polemizować.



Dla podkreślenia wagi swoich argumentów wierciła się przez chwilę leżąc na plecach. - Nie macie węchu.
- Niestety mamy. I bardzo tego pożałowaliśmy. Samego kreta jakoś z trudem można było przez chwilę wytrzymać, ale jak dołożyłaś do niego te gnijące bagienne rośliny z potoku, to już było za dużo.
- To element tonizujący. Letnia Trzcina. Bez żadnej chemii ani konserwantów. Naturalny i trwały. - nadal kokosiła sie na plecach. Samo wspomnienie tych wszystkich perfum ją podkręciło.
- Dało się zauważyć, że trwały. Praliśmy koc z samochodu a i tak zalatuje.
- To po co praliście?
- Żeby nie zalatywał. Okropnie śmierdział... bagienko zmieszane z ze zdechłym kretem... na mokrym psie... ledwie dojechałem do domu.



- Wcale nie. To był bardzo atrakcyjny zapach. Wiesz, że pieski na osiedlu nie mogą tak pachnieć? Wszystkie by mi zazdrościły! A wy to zepsuliście...
- Pieski mogą sobie pachnieć jak chcą...
- No właśnie nie mogą! Wykąpaliście mnie! To jak mam sobie pachnieć? Szamponem? - Wpadła mi w słowo i aż kichnęła na samo wspomnienie.
- ... dopókie nie przeszkadzają innym.
- Mój zapach nikomu nie przeszkadzał. I na pewno spodobałby się wszystkim w promieniu kilometra.
Było całkiem możliwe, że w promieniu kilometra wyczułby ją każdy pies a nas kląłby każdy człowiek w kamienicy i okolicy.
- Nanusia... - pogłaskałem psie ucho - okropnie śmierdziałaś. Nie dało się tego wytrzymać.



- To nie mogę używać perfum? - przybrała zasmucony wyraz uszu - A Ilonka może?
- Ilonka nigdy nie wytarzała się w gnojówce. Ani w nadgniłym bażancie.
To ostatnie zdanie było całkowicie niepotrzebne. Nana przypomniała sobie swój największy zapachowy wyczyn sprzed dwóch lat. Zrobiła całkiem nieprzytomne z zachwytu oczy i z lubością zaczęła tarzać się po dywanie. Pogłaskałem ją po brzuszku żeby oprzytomniała.
- Myślisz, że ten bażant jeszcze tam jest?
- NIE!!!!!



sobota, 1 lutego 2014

Tramwaj zwany powąchaniem - Piotr Olszówka

Smród – zjawisko nie występujące w słownikach, obficie natomiast reprezentowane w rzeczywistości. Przez oficjalną naukę pomijane, etnografom-amatorom dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć i materiału do przemyśleń. Przedmiot ataków ze strony wielu szkół olfaktorycznych, od czasu renesansu karolińskiego zwalczany na szeroką skalę lecz bez skutku przy pomocy tzw. perfum a. woni Arabii. Za panowania Króla–Słońce uznany za półoficjalny znak rozpoznawczy dworzan wersalskich. Obecnie popularny sport niektórych grup zawodowych, od 2008 roku oficjalna dyscyplina olimpijska. Patrz także: pot, skarpetki, mydło, wodociągi miejskie, broń chemiczna bezpośredniego kontaktu, pieniądze, pecunia non olet.
Encyklopaedia Minima Mundi, t. XXXVII,
wyd. Dextrarius Altus & Palafredes, Smorgonie 2017 r.

Panie, Panowie, drodzy koledzy i przyjaciele!

Niniejszym otwieram MCDLXX Kongres Międzynarodowego Stowarzyszenia Olfaktorycznego. Jako seniora Stowarzyszenia poproszono mnie o zabranie głosu i krótkie przedstawienie programu.
Czekają nas wspaniałe chwile przede wszystkim dzięki zgromadzeniu wielu tak znakomitych specjalistów z dziedziny olfaktoryki praktycznej.
Jako pierwszy wystąpi profesor Nasus z Akademii w Droger’yach. Przybliży nam wszystkim problematykę walki o byt w środkach komunikacji miejskiej prowadzonej przy pomocy zapachów. Wykład swój rozpocznie prezentacją próbek pobranych od pracowników fizycznych po dniówce, drobnych urzędników, sportowej młodzieży po treningu a także staruszek handlujących na bazarach. Omówi także ich skuteczność.
Następnie opowie krótko o podstawowych technikach zapachowego pozyskiwania miejsc siedzących w autobusie w godzinach szczytu. Przedstawi sylwetkę i działalność obecnej mistrzyni Europy w tej konkurencji a także jej metody treningu, dzięki którym od dwudziestu pięciu lat ma ona zawsze do wyłącznej dyspozycji 1/3 autobusu bez względu na tłok. Profesor spotkał ją w Krakowie w roku 1999 – już wtedy osiągała te wspaniałe rezultaty!
W dalszej części wykładu wyjaśni, w jaki sposób urzędnicy pracujący w okienkach, petenci tychże okienek a także sportowcy mogą zapewnić sobie wolną przestrzeń w biurze lub na mecie dzięki konsekwentnemu używaniu dezodorantów zamiast mydła i wanny.
Kolejny referat wygłosi uczeń profesora, mgr Albrecht Skunkie. Prowadzi on zakrojone na szeroką skalę badania nad ochroną wszelkiego rodzaju uchwytów w miejscach publicznych. Jest to niezwykle ważne zagadnienie: uchwyty i poręcze wycierają się, są nagminnie urywane przez wandali a także tracą swój pierwotny kolor.
Okazuje się, że powłoki tłuszczowo-potowo-kurzowe najlepiej chronią przed dotykiem i rdzą. Tworzą się same, jeśli zwolnić z pracy ekipy sprzątające. Za to odkrycie mgr Skunkie otrzymał specjalną nagrodę Ministra Administracji i Transportu a także dożywotni bilet od Zrzeszenia Miejskich Przedsiębiorstw Komunikacyjnych. Jeszcze dziś zapozna nas wszystkich z wynikami swoich badań i próbkami najskuteczniejszych powłok ochronnych.
Kolejnym prelegentem będzie dr Scharik. W wyniku wieloletnich obserwacji miejskich doszedł do zdumiewającego odkrycia: żebracy nie potrzebują tak naprawdę ochronnej strefy zapachowo-buforowej, bowiem nie przepuszcza ona ofiarodawców a wcale nie chroni przed konkurencją. Dr Scharik wykrył ścisły matematyczny związek między utargiem a wonią, a także opracował rewelacyjną metodę ochrony zabytków przed turystycznym tłumem przez strategiczne rozmieszczanie przy każdym wejściu żebraków opłacanych przez kustosza. Roztaczany przez nich zapach ochronny skutecznie powstrzymuje przeciętnego wycieczkowicza przed plątaniem się po zabytkowych wnętrzach.
Po przerwie wystąpi profesor Doomsday z wykładem pt. „Stosowanie perfum dla stłumienia dobrego wrażenia”. Profesor przez trzy lata obserwował z ukrycia klientki stoisk perfumeryjnych. Odkrył między innymi, że zwiększenie dawki drogich perfum nie ma związku ze wzrostem elegancji, a mimo to jest powszechnie stosowane w celu informowania o zarobkach męża. Badania prowadzone w bezwietrzne dni na ul. Szewskiej w Krakowie pozwoliły określić przeciętny czas pozostawania w powietrzu zapachu na dwie minuty trzydzieści i jedenaście setnych sekundy po odejściu nosiciela. Profesor przedstawi także wyniki swojej długoletniej pracy nad opisaniem najbardziej gryzących zestawów drogich perfum. Skatalogował 64 kombinacje spotykane powszechnie na ulicach krajów rozwijającego się kapitalizmu. Niektóre z nich potrafią zepsuć każdą rozmowę kwalifikacyjną! Profesor odkrył także powszechne i skuteczne stosowanie w tym celu perfum wraz z niemytymi włosami.
Następnie doktor habilitowany Burpstomach z Instytutu Biologii w Nowym Orleanie przedstawi wyniki badań nad owadami. Wbrew powszechnemu mniemaniu unikanie mycia i wody jak ognia nie odstrasza komarów chociaż płoszy sąsiadów.
Samodzielna Katedra Olfaktoryki Stosowanej dostarczyła na nasz Kongres bogaty materiał pobrany z kin. Reprezentujący ją docent Lumieré przedstawi metody wczesnego wykrywania węchem wolnych miejsc już po zgaszeniu świateł. Dzięki zastosowaniu nosa do takich spraw możemy niezwykle dokładnie określić wiek, wzrost, wagę a nawet kolor włosów osób siedzących przed nami. Pozwolę sobie zwrócić już teraz Państwa uwagę, że zagadnienie to niezwykle ściśle łączy się z badaniami prof. Nasusa. Umiejętne posłużenie się własnym zapachem może nam zapewnić wolne miejsce nawet na premierowym seansie „Star Wars” a przy odpowiednim treningu możemy wręcz opróżnić salę! Poprosiłem prof. Nasusa o demonstrację, dlatego już wkrótce sami się o tym przekonacie.
Instytut Badań Prasoznawczych wraz z Wydziałem Socjologii UJ reprezentowane przez dr Niucha przedstawią wyniki badań nad rolą pism ilustrowanych w osłabieniu zapocenia młodzieży szkolnej. Ekspansja pisemek dla niedolatków spowodowała zmianę woni szkół podstawowych. Niektóre z nich całkiem zniknęły z mapy zapachowej miast, inne da się wykryć węchem tylko w okresie działalności stołówek. Okropnie zubożyło to węchowy obraz naszych miast. Na szczęście przemiany ustrojowe sprawiły, że ich miejsce zajęły noclegownie dla bezdomnych.
Jako ostatni prelegent w dniu dzisiejszym wystąpi pułkownik magister Michał Snifsnif z Wojskowego Instytutu Zbiorowego Żywienia z wykładem pt. „Militarne zastosowania oddechu bigosowo-piwnego w warunkach bitwy miejskiej na przykładzie baru na Placu Imbramowskim”. Pułkownik magister zapewnił nam nawet ćwiczebny tramwaj, w którym przeprowadzimy symulację.
A teraz zapraszam na uroczyste spalenie masek przeciwgazowych i pierwszy ze wspaniałych referatów.
Prof. Zbigniew Dulski jun.
Powyższy tekst jest stenogramem
z uroczystego otwarcia
MCDLXX Kongresu Międzynarodowego
Stowarzyszenia Olfaktorycznego

w Krakowie

czwartek, 23 stycznia 2014

Kocie Opowieści - Drożdżówka ma kota!



- Nie zgadzam się! Nie ma mowy! NIEEEEEEEEEE! - mniej więcej tyle miała do powiedzenia Drożdżówka pani Bożence i panu Radkowi na temat tej oburzającej sytuacji. Człowiek dorosły powiedziałby to ostro i wyraźnie, dziecko mogłoby wykrzyczeć... Ale Drożdżówka była Kotem. Wrzaski są poniżej jej godności a ostre stawianie się oznaczałoby, że sprawa jakoś ją dotknęła. A okazanie takiej słabości to proszenie się o powtórkę! 
Kot musi dbać o swój pi-ar i profesjonalny image... Znała te słowa z telewizji i nie wiedziała dokładnie, co znaczą, ale z grubsza chodziło o to, żeby ludzie patrzyli na Kota z odpowiednim szacunkiem i uwielbieniem. Bez tego Kot nie mógłby należycie zarządzać domem. Dlatego tylko przeszyła wszystkie dostępne ludzkie serca spojrzeniem pełnym wyrzutu, zawinęła ogonkiem w powietrzu i powędrowała na pawlacz, który od zawsze był Kocim Kącikiem Zmartwień Oraz Drzemek. A kiedy już się tam wygodnie ułożyła - pomyślała z satysfakcją:- Ale im pokazałam!
Po chwili doszła do wniosku, że tej satysfakcji nie wystarczy i zaczęła jeszcze raz rozpamiętywać wszystko od nowa. Albowiem nawet najbardziej dramatyczne wykręcanie kocim ogonem nie wyrazi pełni uczuć ukochanej jedynaczki, której ni stąd ni zowąd wprowadza się do domu kot-kurencję! 
Przyszli oboje... i przynieśli takie COŚ! Nieduże i chude... w czarne pręgi na burym futerku (albo odwrotnie - Drożdżówka nie obejrzała zbyt dokładnie, bo ją zatkało ze zgrozy). Pręgi układały się w kółka na bokach.
CZY KTOŚ WIDZIAŁ PORZĄDNEGO KOTA Z KÓŁKAMI !?! Czy kot to jest jakieś stare BMW, żeby miał na bokach koła zapasowe? Jak ma kółka to niech natychmiast odjeżdża, ale już!
Nazwali toto Pręgusią.
Na rozpamiętywaniu tych wszystkich zniewag zeszło sporo czasu i Drożdżówka doszła do wniosku, że jest głodna.I to podsunęło jej GENIALNY pomysł: zagłodzi się na śmierć. To powinno kompletnie załamać panią Bożenkę i pana Radka. Pożałują swojego zachowania!
Pani Bożenka zawsze siadała obok swojej kici podczas posiłków i na pewno będzie jej tego brakowało... Drożdżówka mocno wątpiła, czy ludzie potrafią jeść, jeżeli wcześniej nie zobaczą jedzącego Kota...Dostaną za swoje! Z tą myślą schowała się głębiej w pawlaczu.Głodziła się aż piętnaście minut.
Było naprawdę ciężko.Nie obawiała się o swoje zdrowie - sześciokilogramowy kot ma zapasy, które tak szybko się nie skończą... Z drugiej strony słyszała, że to może zaszkodzić... Przypomniała sobie opowieści o wszystkich wycieńczonych znajomych z podwórka... Doszła do wniosku, że nie może posuwać się tak daleko. Ale na pewno doczeka do chwili, kiedy jej ludzie zaczną się śmiertelnie martwić. No może nie "śmiertelnie" ale "bardzo".
Wyjrzała ostrożnie, żeby sprawdzić czy to już, ale nie zobaczyła niczego. Bezczelni. Mogliby się martwić w zasięgu jej wzroku.
Trudno. Wytrzyma, dopóki nie uzyska pewności.
Dla zabicia czasu policzyła sobie łapy i pazury, wylizała starannie ogon, wyczesała uszy i głowę... i wpadła na straszną myśl: a jeśli ta "Pręgusia" korzysta z nieobecności prawowitego Kota i wyjada ciasteczka? Do takiego bezprawia nie wolno dopuścić!
Zeskoczyła z pawlacza jak bomba spadająca na spokojne miasteczko... zresztą miała mniej więcej podobne zamiary wobec wszystkich domowników, jacy jej się nawiną pod pazury.
Ciasteczka pozostały nienaruszone. Spojrzała znacząco na panią Bożenkę robiącą coś w kuchni.
Podziałało.
- O, jesteś! - pani siadła obok Kociego Miejsca Obiadowego. Drożdżówka dostojnie zjadła kilka ciasteczek... a odchodząc wygięła grzbiet w dół tak, żeby o centymetr ominąć głaszczącą rękę.
W drzwiach kuchni spojrzała, czy demonstracja wywarła należyte wrażenie.
- Co ty, Kiniu? Gniewasz się? - to nie była oczekiwana reakcja, więc kocica poszła podrapać kanapę.
Wbiła pazury w obicie, pociągnęła dwa razy bez przekonania... Wpadałoby sprawdzić, czy ta cała "Pręgusia" nie zajęła Oficjalnego Kociego Koszyka.
Jak przystało na Kota i Władcę - Drożdżówka usiadła na chwilę a potem starannie otarła się o cały koszyczek. Nikt nie mógł mieć wątpliwości co do tak oznaczonego miejsca. No... może ludzie, którzy w ogóle nie znają się na prawie własności. Siadła na chwilkę na środku pokoju. Na fotelach nie siedział nikt... za wyjątkiem pana Radka ale bezogonowi się nie liczą. Zdecydowała, że podpisze fotele, kanapę i komodę. Po dopełnieniu tego obowiązku przypomniała sobie o drugim pokoju... skoro nie było tutaj tej pręgowatej przybłędy z kółkami... - musiała być tam.
Chyba, że ją wywieźli!
Pełna nadziei pognała co kot wyskoczy do pokoju i wpadła prosto na Pręgusię, która właśnie nieśmiało wyszła z drugiej kanapy, żeby pozwiedzać nowy dom. Obie kocice zderzyły się niczym gumowe kule do rozpędzania demonstracji, po czym natychmiast uciekły w przeciwne strony prychając na cały dom. W wyniku tak gwałtownego startu dywan zwinął się w rulonik na obydwu końcach.
Dotychczasowa Władczyni Domu opamiętała się na pawlaczu. Wylizała z namysłem całe futerko. Nie może uciekać. Będzie walczyć. Nastroszyła się na wszelki wypadek i stanowczym krokiem zlazła na dół. Demonstracyjnie pomaszerowała do kuchni, żeby zjeść coś na zapas. Wojna wymaga sił. Uniknęła głaskania o pół centymetra - swoją drogą co to za czasy, że ma powód do ćwiczenia takich zachowań - a następnie pewnym krokiem wtargnęła do małego pokoju. Jeszcze przed progiem zaczęła warczeć. Nie zobaczyła uzurpatorki. Warcząc wlazła do kanapy i przeszukała ją wzdłuż i wszerz. Warcząc otarła się o każdy istotny element mebla i wywędrowała do dużego pokoju. Warcząc. A kiedy penetrowała i oznaczała tamtejszą kanapę - warczenie niosło się pod sufit. Następnie Drożdżówka wskoczyła na fotele i ponownie otarła się o każdy ich wygodny fragment, tak, żeby było jasne, kto ma prawo na nich leżeć. Chyba nie trzeba wyjaśniać, jaki dźwięk tworzył tło dla tej operacji...
Pręgusia nie pokazała się nigdzie - zły znak... Starsza kocica postanowiła obejrzeć pokój z wygodnego punktu obserwacyjnego... czyli z oparcia fotela. Wskoczyła tam... warcząc. Ułożyła się wygodnie, tak, żeby fałdy sadełka na brzuszku równo objęły jedną i drugą stronę mebla, z lubością wystawiła mordkę do słońca wpadającego przez okno... po czy przypomniała sobie, że nie czas na kontemplację podczas zażartych działań wojennych. Spojrzała w dół. Na środku jej Osobistego Kociego Koszyka siedziała Pręgusia i wylizywała sobie grzbiet. W tym samym momencie podniosła głowę z wysuniętym do połowy językiem.
Oczy kocic spotkały się.
Warczenie urwało się w połowie.Dał się słyszeć łomot.
Pan Radek przestał czytać gazetę. Nie był w stanie powiedzieć czy Drożdżówka zeskoczyła czy też spadła z wrażenia. W następnej chwili zauważył najpierw jeden a potem drugi koci ogon przemykający w stronę kuchni.
Warczenie poniosło się znowu na całe mieszkanie. Przez następny tydzień ani na chwilę nie umilkło. Początkowo Pręgusia próbowała się chować ale dokądkolwiek poszła - w odległości metra warczało za nią sześć kilo zagniewanego kota w nastroszonym futrze. Jeśli szła coś zjeść - musiała wyminąć warczącą Drożdżówkę. Do kuwety wędrowała zataczając sprytnie kręgi pod meblami, dzięki czemu wymanewrowywała przeciwnika niczym admirał Nelson. 
Cóż robić? Po trzech dniach przestała się tym stresować. Kocia wojna pozycyjna trwała a ofiarą była ludność cywilna, czyli pani Bożenka i pan Radek, którzy z wolna wpadali w rezonans i sami zaczynali warczeć.
Kilka dni później Drożdżówka opadła z sił. Jeśli ktoś tego nie rozumie - to najwyraźniej nigdy nie warczał przez 168 godzin z krótkimi przerwami na posiłki.
Koty mają naturalne poczucie misji dziejowej - dobrze wiedzą, że zrelaksowany futrzak w domu upewnia wszystkich mieszkańców, że świat idzie w dobrą stronę. To dlatego z wdziękiem śpią, ile wlezie. Drożdżówka prowadząc wojnę oczywiście nie spała i proszę: jej ludzie zrobili się nerwowi. Ale nie wpadli na konieczność usunięcia Pręgusi... Zrezygnowana padła akurat na kanapie. Potrzebowała snu.
Śniła o mamie liżącej ją po uszach. A kiedy mrucząc zaczęła udeptywać jej wyśniony brzuszek - poprzez warstwy kociej świadomości przebiła się natrętna myśl, że łapki opierają się o coś miłego również w rzeczywistości. Otworzyła oczy.
- Mruuuu... - powiedziała Pręgusia - Fajne masz te łapy, wiesz?
Starsza kocica wystartowała z prychnięciem godnym czołgu "Rudy 102". Zatrzymała się dopiero na pawlaczu. Przez resztę dnia w samotności przeżywała swoją klęskę. Aby dokładniej ją wycierpieć, ułożyła sobie punkty:
1. Utraciła pozycję jedynaczki.
2. Spędziła mnóstwo czasu na przegranej wojnie.
3. Schudła.
4. Musi się podzielić Kocią Przestrzenią Luksusową...
4a. ... a szczególnie Kocim Koszykiem i Kanapami.
Po namyśle uznała, że najbardziej bolą straty terytorialne... Nie może ustępować w tak kluczowej kwestii a zatem nie ustąpi. Twierdzą jej będzie każdy próg, czyli próg od jednego pokoju, próg od drugiego pokoju, próg od kuchni i próg od łazienki. Taka ilość twierdz zabrzmiała pocieszająco. Zdecydowanie miała gdzie leżeć na straży Kociego Stanu Posiadania... a jeśli wyciągnie się wzdłuż progu to nawet nie musi warczeć, bo zajmie całą szerokość futryny. Pokrzepiona na duchu uznała miniony tydzień za całkiem ciekawy. Jako jedynaczka pławiła się w luksusach ale też i w nudzie. Pani Bożenka nie raz zauważała, że dwa koty bawią się lepiej niż jeden.
A może... postanowili podarować JEJ Pręgusię do osobistego użytku?Zaskoczona tym odkryciem siadła i podrapała się po głowie.
To zmieniało wiele – nie byłaby eks-jedynaczką ale jedynaczką posiadającą swoje zwierzątko... i to wygodniejsze niż chomik czy kanarek, które po jednorazowym wydobyciu z klateczki nadaje się najwyżej na jeden posiłek. Taka Pręgusia mogła wystarczyć na długo...
Resztę dnia Drożdżówka spędziła zerkając z pawlacza na młodszą kotkę i rozważając nową sytuację ze wszystkich stron.
Wieczorem zlazła z pawlacza. Usiadła na dywanie przed swoimi ludźmi. Popatrzyła im prosto w oczy i powiedziała:
- No dobrze. Ten prezent... może być moim zwierzątkiem... ALE WY MACIE TYLKO MNIE!

Piotr Olszówka

czwartek, 26 grudnia 2013

Kartki świąteczne - Piotr Olszówka


W mojej pracy bardzo dużo zależy od uporządkowania i systematyczności, dlatego staram się prowadzić regularny tryb życia. Po śniadaniu wychodzę z Nanusią, jakieś zakupy i drobiazgi załatwiam później szybko i sprawnie a potem biorę się do pracy. Tyle teoria... a praktyka...
Tym razem w drobiazgach znalazła się gruba koperta z napisem UNICEF.
Kiedyś coś wpłaciłem na ich konto i od tamtej pory co rok dostaję paczkę kartek świątecznych... i prośbę o wsparcie. Czasami wspieram.
Oglądałem kartki przy biurku i już miałem się wziąć do pilnej ilustracji, kiedy usłyszałem szuranie pazurków po parkiecie. Nana zaraz po obudzeniu wygląda, wydaje dźwięki i zachowuje się niczym dobrze zadomowiony bambosz, chociaż normalnie jest pieskiem zgrabnym i ruchliwym.
Siadła, spojrzała mi w oczy z wyrazem niezwykle pobudzonej inteligencji i zapytała:
- Dostanę kawałek tego ciasteczka? Chociaż malutki...
Spojrzałem na nią z wyżyn mojego fotela, czyli mniej więcej tak, jakby Jagiełło z pomnika grunwaldzkiego zerknął na przedszkolaka.
- To nie jest ciasteczko. A poza tym dopiero co jadłaś.
- Ale jestem puściutka! - wywróciła się na plecy i pokazała brzuszek. Brzuszek, nawiasem mówiąc, kulisty jak piłka.
- To wygląda jak balonik.
- I jest tak samo puste w środku! Widzisz? - przewróciła się z boku na bok dla podkreślenia wagi sytuacji.
Ta pokerowa zagrywka skłoniła mnie do blefowania. Delikatnie ją posmerałem po temacie rozmowy.
- Tu wyczuwam psie ciasteczka ze śniadania dwie godziny temu... a to... chyba ten gryzak do czyszczenia zębów... który skończyłaś przed chwilą.
Zwinęła się w kulkę, żeby polizać łapę i ukryć zakłopotanie, po czym sprytnie zmieniła temat:
- To dasz mi to ciasteczko? Chociaż kawałeczek... - zdecydowała się na ustępstwo - ...może być malutki.
- To są kartki na Boże Narodzenie a nie ciasteczko. Tego się nie je. Są papierowe.
- Papier się je.
No tak, Nana już nam udowodniła jadalność papieru... Nieźle odczuliśmy w portfelu skutki jej zainteresowania tekturą malarską. Nie zamierzałem tego odpuścić.
- A pamiętasz, że po zjedzeniu tej tektury musieliśmy zabrać cię do doktora? Pamiętasz jak cię bolał brzuszek i byłaś na diecie?
- Ale na pewno to nie papier mi zaszkodził... zresztą zjadłam go tyle co nic... - Nana opuściła uszy i wyglądała jak aniołek.
- Wymiotowałaś papierem. A zjadłaś go prawie pół metra kwadratowego. - celowo przesadziłem. W tej kwestii wolę utrwalić jej w pamięci moją wersję. - Jak nie pamiętasz, to pojedziemy do doktora i on ci opowie.
- Nie jadę do doktora. Tak bardzo go lubię, że nie będę mu przeszkadzać. - pokręciła się i znowu łakomie spojrzała na kartki.
- To po co one, jak się ich nie je? - w kwestii jedzenia Nana wierzyła tylko w dostawanie smakołyków. Resztę musiałem jej z trudem udowadniać.
- Wysyła się na święta Bożego Narodzenia.
- BożegoNaco?
- To takie bardzo ważne święto. Tak ważne, że w tym dniu zwierzęta mówią ludzkim głosem.
- Głupie jakieś?
- Kto?
- No... te zwierzęta.
- Dlaczego?
- Bo nie mówią, tylko raz do roku. A w ogóle, to co to za jedne?
- Zwierzęta i ludzie to tylko takie rozróżnienie między gatunkami. Na przykład ty i Puma to zwierzęta a ja i Ilonka to ludzie.
- Nieprawda! Jesteśmy jednym stadem! I rozmawiamy bez przerwy a nie raz na rok! - wyglądała jakby miała się rozpłakać, musiałem szybko coś wyjaśnić. Siadłem obok na podłodze.
- Nie marudź, tu chodzi o ogon. Zwierzęta mają ogony a ludzie nie. - pogłaskałem ją po boku.
Powąchała mnie.
- Acha... czyli Gama jest ludziem?
- Nie, przecież jest psem tak jak ty... czyli zwierzęciem.
- Ale nie ma ogonka.
- Ma, tylko malutki.
- E tam... - spojrzała na swoją imponującą chorągiewkę z tyłu - taki ogon, którego nie wdać, w ogóle się nie liczy.
Nana bywa czasami małostkowa. Musiałem wystąpić w obronie Gamy, którą zresztą oboje lubimy.
- Gama merda ogonkiem, czyli go ma. Ludzie nie potrafią merdać. A poza tym ludzie chodzą na dwóch nogach a zwierzęta na czterech.
- Gama chodzi na dwóch. Czasami.
- Czasami to i ty chodzisz na dwóch. Jak zaglądasz do kieszeni albo chcesz ciasteczko.
- To ja wtedy jestem ludziem?
- Nie. Tego nie da się zmienić. Jak się urodzisz pieskiem, to zawsze będziesz pieskiem. No i ogon jest ważny. Ludzie nie maja ogonów. Nie chcesz swojego ogonka?
- No to ja nie chcę być ludziem. A dasz mi teraz ciasteczko?
- Nie mam.
- A te rzeczy na Boże Narodzenie? I o co chodzi z tym nie-mówieniem, skoro my rozmawiamy? - przypomniała sobie po niewczasie. Rozmowa z Naną przypomina zakupy w drogerii: zawsze się po coś wraca przez cały sklep.
- Ludziom często się wydaje, że zwierzęta nie mówią... bo nie używają słów, tylko ogonka, uszu, miny... a ludzie rozmawiają głównie językiem.
- Ja też rozmawiam językiem. Kocham cię. - po tej deklaracji uczuć musiałem wytrzeć ucho.
- No ale większość ludzi nie wie, że pieski mówią.
- Głupi jacyś?
Właściwie to się z nią zgadzałem ale w tak delikatnej materii wolałem nie obniżać powagi własnego gatunku.
- Nie, tylko zajęci. Jak ty jesteś zajęta, to też nie zauważasz, że się do ciebie mówi.
- Wcale nie! Zawsze od razu zauważam!
- To dlaczego muszę cię tyle razy wołać?
- Przychodzę od razu, jak tylko usłyszę.
- A zanim usłyszysz, wołam pięć razy i trzy razy gwiżdżę.
- Bo... czasami jestem strasznie zajęta. A jak mam dużo pracy to nie mogę uważać na wszystko...
Położyła się z nosem schowanym w łapach.
Spojrzałem na zegarek. Rany Boskie, gadam z nią już godzinę... a ja też mam dużo pracy!
- Wielu ludzi też jest bardzo zajętych. I wtedy nie widzą, że pies mówi do nich ogonem. A jak nie widzą, to myślą, że pies nie mówi. I dopiero jak jest wielkie święto, to siadają na chwilę, rozglądają się spokojnie... i widzą, że pies do nich mówi. A Boże Narodzenie to właśnie takie wielkie święto. Dlatego myślą, że pies mówi tylko wtedy.
- To dlaczego ja nic nie wiem o takim święcie? - popatrzyła jak zbity pies.
- Wiesz, tylko nie pamiętasz. Rok temu świętowałaś z nami u mamy. Leżałaś pod stołem, Puma strącała z choinki zabawki a ty objadłaś się jak bąk.
Na sekundę zatopiła się we wspomnieniach z miną bardzo szczęśliwą.
- To teraz dasz mi to świąteczne ciasteczko, żeby uczcić święta!
- To nie ciasteczko, tylko taka wiadomość. Ludzie piszą wiadomości, jeśli nie mogą się zobaczyć na święta.
- A nie mogą nasikać na drzewko?
- A spodnie?
Powąchała moje spodnie. Najwyraźniej doszła do wniosku, że przez spodnie nie można sikać... co mnie ucieszyło. Gdyby pomyślała inaczej, chyba bym się załamał.
- Spodnie tylko przeszkadzają - oświadczyła z miną znawcy.
- Ludzie nie mają futra i marzną - powiedziałem i zauważyłem, że Nana chce mnie poprawić, więc szybko dorzuciłem - i nie mają takiego węchu, jak pies. Mamy dobry wzrok, dlatego wiadomości piszemy tak, żeby czytać wzrokiem a nie nosem.
Zamyśliła się... widziałem, że nie bardzo ogarnia nie-psie sposoby komunikacji. Istniała szansa, że szybko zakończę wyjaśnienia i wreszcie wezmę się do pracy. Nadchodziło południe a ja byłem w lesie z terminami.
- Piszemy wiadomość na takich specjalnych kartkach i wkładamy do czerwonej skrzyneczki a w niej każdy może przeczytać wiadomość dla siebie. - chciałem uniknąć tłumaczenia, jak działa poczta.
- I to są te specjalne kartki?
- Tak.
- I nie można ich zjeść?
- Nie.
- To znaczy, ze nie dostanę ciasteczka? - postanowiła upewnić się w jedynej kwestii, która interesowała ją tak naprawdę.
- Nie. Nie mam ciasteczka.
Wobec takich faktów Nana postawiła iść na swoje posłanie. Odetchnąłem z ulgą. Przysiągłem sobie, że już nigdy nie będę tłumaczył psu zawiłości ludzkich świąt.
Mogłem wziąć się do pracy. Odwróciłem się do monitora.
Na tablecie siedziała Puma vel Pumianna znana również jako Pumiasta albo Pumidło.
- Co tam masz? - zapytała owijając ogonkiem łapy i siadając wygodnie na moim narzędziu pracy.
- Kartki na Boże Narodzenie... - wyszeptałem z cichą rozpaczą i spojrzałem w zielone oczy głębokie jak szmaragdowe studnie.
- Boże Narodzenie? Musisz mi o tym opowiedzieć. - zamruczała asertywnie.
Ano, muszę.


Piotr Olszówka kończy osiem zdań




1. Pierwszy idol.....
Michał Wołodyjowski (zagrany przez Tadeusza Łomnickiego) i Zorro (zagrany przez Alaina Delona). A po nich ktoś, kto na to nie zasługiwał.

2. Książka, która nigdy mi się nie znudzi....
"Na południe od Brazos" Larry'ego McMurtry i "Wyspy na Golfstromie"  Hemingwaya.

3. Lubię w sobie...
...zdrowie i upór.

4. Najbardziej nie znoszę....
...aroganckich mądral. Naruszają mój monopol. Ale po namyśle musze przyznać, że znacznie bardziej nie lubię kłamców i obłudników oraz gości żądających czegoś, co im się nie należy. Mam na nich coś w rodzaju uczulenia.

5. Brakuje mi...
... Czasu. Czasu i spokoju, żeby zobaczyć i zarejestrować, jak zmienia się świat, zrealizować kilka marzeń, na które już jest za późno, wykorzystać należycie szanse, które jeszcze mam.

6. Humor poprawiam sobie....
... Malując i oglądając zdjęcia, oglądając stare programy satyryczne, chodząc boso po lesie. Mam też inne sprawdzone środki ale to już byłaby niedyskrecja.

7. Gdyby nie było internetu....
...byłoby coś innego. I wydawałbym o wiele więcej pieniędzy na rzeczy mało warte. Mam wrażenie, że z internetu korzystam raczej celowo i sensownie, nie jestem jego niewolnikiem. Pewnie bez sieci nie poznałbym wielu świetnych ludzi, byłbym bardziej zamknięty w swoim mieście. Ale widzę, jak u wielu sieć zabija konieczność kontaktu bezpośredniego z drugim człowiekiem, jak łatwość zdobywania informacji (również pozornej) zabija potrzebę i umiejętność zdobywania wiedzy... Być może brak sieci nie byłby rzeczą do końca złą.

8. Rozczulają mnie...
...Różne rzeczy. Na to nie mam reguły. Najłatwiej osiągał to Farel, a teraz Puma i Nana. Ale też nie jestem człowiekiem, który łatwo się wzrusza, łatwiej mnie zaciekawić i skłonić do analizowania. Z drugiej strony... nie jestem kimś pozbawionym emocji.

piątek, 20 grudnia 2013

Piotr Olszówka w kuchni, czyli horror surrealistyczny.


Lubię pichcić ale te rzeczy, które robię dobrze, nijak nie pasują do wigilii. Z dań mniej więcej wigilijnych udaje mi się tylko zakalec drożdżowy. A zatem podaję przepis:

Zakalec Drożdżowy:
Robimy ciasto dokładnie tak, jak każdą inną drożdżówkę, ale po wyrośnięciu lekko przygniatamy od góry. Możemy też podczas wypieku na chwilę wyjąć ciasto z piekarnika i potrząsnąć.  Gwarantowany efekt daje też pominięcie drożdży w przepisie.
Dokładna metoda uzyskania zakalca nie ma większego znaczenia, ponieważ i tak nie będziemy tego jedli.

Oprócz zamierzonych wigilijnych specjałów są i takie, które robią się same, zresztą nie tylko na Wigilię.
Jednym z nich jest Pies Nadziewany Mamą.
Składniki:
1 piesek o dużym uroku osobistym i apetycie (czyli każdy)
1 Mama
1 kuchnia Mamy

Sposób przyrządzania: kiedy Mama pójdzie do kuchni, żeby coś ugotować - wpuszczamy za nią pieska. Piesek siada za Mamą i z wielką inteligencją oraz pożądaniem w oczach patrzy jej na plecy lub na ręce. Po kilku minutach Mama nie wytrzymuje i zaczyna napychać Pieska smakołykami, które jej w ręce wpadną, tłumacząc się co chwila: Ja nie mogę wytrzymać jak on się tak patrzy!
Jedyna wada tego przepisu to fakt, że Piesek nigdy nie uzna się za wystarczająco napchanego. Po prostu pieski mogą jeść bez końca a zatem nasze danie nigdy nie będzie gotowe.



Pewną modyfikacją tego przepisu są Znikające Żeberka w Sadełku. Modyfikacja polega na tym, że nie potrzebujemy Mamy i jej kuchni, wystarczymy my sami i Piesek. Również procedura przyrządzania jest o wiele łatwiejsza: po prostu karmimy Pieska normalnie lub z minimalną przesadą, ale za to wyprowadzamy na mocno skrócone spacery, bo mamy przecież mnóstwo pracy. Po kilku dniach żeberka w Piesku udadzą się na emigrację wewnętrzną i trzeba będzie wielu długich terenowych spacerów zanim znowu znajdziemy je w psich boczkach. Dodatkową zaletą przepisu jest mozliwośc zastosowania na ludziach.


Łyżka w Miodzie to coś prostego, co przygotowujemy w sekundę a efekt dostarcza nam przyjemności i satysfakcji przez wiele śniadań.
Składniki:
1 duży słoik miodu
łyżeczka do kawy, najlepiej malutka i elegancka, może być srebrna lub bogato zdobiona.
Sposób przyrządzania:
Słoik miodu stawiamy na stole wśród innych rzeczy przygotowanych do śniadania. Łyżeczkę opieramy na jego brzegu, tak, żeby trzymała się ledwie-ledwie. Po czym zaczynamy śniadanie. Przy pierwszym nieuważnym ruchu łyżeczka wpada do miodu i tonie - i to już wszystko. Dopóki nie skończymy całego słoika miodu - będzie nas cieszyć i rozśmieszać. Efekt można zwielokrotnić używając większej ilości łyżeczek.


Codziennym, prostym i interesującym przepisem jest Kocia Sierść w Maśle.
Składniki:
1 nasza własna kuchnia
1 kostka masła (może być mniej)
1 ciekawski kotek
Sposób przyrządzania:
Wyjmujemy masło i umieszczamy w otwartej maselniczce. Zostawiamy je na chwilę z boku a o resztę zatroszczy się kotek. Gotowe danie podawać ze świeżym chlebem i ziołami oraz wędliną i serem.


Smacznego!


niedziela, 15 grudnia 2013

Fizyka Psa - Fragment: Piotr Olszówka

Wstęp

Na rynku jest już bardzo wiele książek poświęconych psom, z których można dowiedzieć się wszystkiego o pielęgnacji, zwyczajach, rasach... dlatego nigdy nie zdobyłbym się na napisanie kolejnej, gdyby nie Nana. W ciągu pierwszych tygodni naszej znajomości podsunęła mi wiele pytań, na które nigdzie nie znajdowałem odpowiedzi, takich jak: czemu mówi się: „szewc-szewca” ale nie „pies-piesa”? w czym jest lepszy kapeć od patyka? dlaczego pies na krótkich łapach ucieka szybciej niż pies z łapami długimi? po co się gryzie telefony komórkowe? czy malarstwo pastelowe jest smaczniejsze od książki z biblioteki? oraz najważniejsze: JAK JA MAM WYTRZYMAĆ Z TĄ OGONIASTĄ ZARAZĄ?




To ostatnie nabierało szczególnego znaczenia, gdyż Nanusia po każdym swoim piekielnym występie zamieniała się w aniołka... i ta anielska mina była pierwszym sygnałem jeszcze nie odkrytej katastrofy.

Warto dodać, że przebywanie w towarzystwie Nany dostarczało więcej pytań, niż mogłem zapisać, nie mówiąc już o znajdowaniu odpowiedzi... i to ostatecznie zadecydowało, że zająłem się poważnymi badaniami nad psią naturą, która z jednej strony okazała się bardziej przewidywalna niż Metafizyczny Kot, z drugiej strony jednak zmieniała się tak szybko, że człowiek i tak nie mógł za nią nadążyć.
Na szczęście okazało się, że w przeciwieństwie do Kota – Pies podlega większości praw fizyki i matematyki... a zatem skupiłem się na specyficznej psiej fizyce, tym chętniej, że nie znalazłem ani jednej książki na ten temat.
Oddaję tę książkę w ręce czytelników mając świadomość, że nie wyczerpałem zagadnienia... ale cóż, każdy pies chętnie dopisze do niej własny rozdział.

Rozdział 5.

Pieselencja



Wszystkie Zjawiska Piesiuchowe* są anomaliami działającymi wbrew fizyce. Problem polega głównie na tym, że nie ma rzeczy działających wbrew fizyce. Wyciągnąłem stąd wniosek, że za tymi anomaliami stoi jakiś rodzaj energii wewnętrznej, właściwej tylko psom. Istnienie takiej energii tłumaczy rozmaite cuda – jeśli podczas zamiany energii kinetycznej ratlerka na energię potencjalną człowieka dojdzie do przekazania również innej energii – tajemnica Czwartego Zjawiska Piesiuchowego zostanie wyjaśniona.
To odkrycie stało się dla mnie jasne w wyniku pewnego wydarzenia:
Na jednym z wieczornych spacerów Nana bardzo się rozbrykała – biegała po pustej alejce i poszczekiwała w moim kierunku wywijając ogonkiem. Nagle wystartowała bardzo szybko i zanim zdążyłem zareagować – szczeknęła z tyłu na młodą kobietę, która wyszła z bocznej alejki. Doszło do wyładowania akustycznego, w wyniku którego nieznajoma pani wskoczyła z miejsca na metrowy murek.
Szczeknięcie było za słabe, żeby tak podnieść człowieka, a zatem doszło do przekazania jeszcze jakiegoś rodzaju energii... Obserwowałem Nanę. Natychmiast po całej akcji (i po przeproszeniu nieznajomej pani) psina zachowywała się w sposób bardzo stonowany – jakby nagle rozładowały się jej bateryjki. I wówczas doznałem olśnienia: Nana przekazała swoją energię wewnętrzną...
Rozpocząłem obserwacje a poszukiwaną tajemniczą energię nazwałem pieselencją. Po pierwsze dlatego, że występuje ona tylko u psów, po drugie dlatego, że to ładna, grzeczna nazwa, kojarząca się z „ekscelencją” i tak dalej...
Pieselencja to psia energia wewnętrzna odpowiedzialna za zdolność psa do cieszenia się z bycia psem tu i teraz.


To energia o dobroczynnym wpływie na otoczenie, ponieważ pies, który zgromadzi odpowiednio wysoki pieselencjał, promieniuje niczym polska elektrownia atomowa, z tą jednak różnicą, że z napromieniowania pieselencją człowiek odnosi korzyść.
Stopień napromieniowania pieselencją możemy określić bez specjalistycznych przyrządów: jeśli nastrój psa udziela się ludziom, to znaczy, że korzystamy z promieniowania tak, jak trzeba. Odpowiednio doładowana Nana biega jak szalona w kółko i szczeka, co udziela się otoczeniu i po chwili wszyscy wokół zaczynają biegać po śniegu, łapać się a czasem nawet szczekać i gryźć w ogon. Podczas takich zajęć człowiek gubi sporo codziennych zmartwień a to przecież bez psa stanowi poważny problem. Wchłonięcie dużej dawki pieselencji to najlepszy sposób, żeby zejść na psy właściwą drogą.

* zjawiska piesiuchowe to anomalie fizyczne wywołane psem, takie jak piesosublimacja kapci lub śniadania na stoliku czy zamiana energii kinetycznej psa na energię potencjalną człowieka z naruszeniem zasady zachowania energii - ten temat omawiają inne rozdziały Fizyki Psa.

czwartek, 12 grudnia 2013

"Krzyżacy" Sienkiewicza - historyczna prawda i powieściowa fikcja - Piotr Olszówka


W dzieciństwie zaczytywałem się w "Krzyżakach". Po latach wciąż lubię tę powieść, jednak bez poprzedniego entuzjazmu, bo chociaż jest to najlepsza powieść historyczna Sienkiewicza, to pod wieloma względami jest historycznie nieuczciwa i stronnicza, co gorsza, do dzisiaj wywiera zły wpływ na masową wyobraźnię Polaków.

Sienkiewiczowskie przekłamania można podzielić na kilka grup: pierwsza to świadome mijanie się z prawdą – pisał bowiem „ku pokrzepieniu serc”, wobec zagrożenia antypolską polityką Bismarckowskich Prus, które jawnie odwoływały się do tradycji „Panów Pruskich”. Druga, liczna grupa pomyłek wzięła się z ówczesnego stanu wiedzy na temat polskiego średniowiecza. Po prostu od tamtej pory wiemy więcej – trudno mieć za złe pisarzowi, że tworzył sto lat temu. Trzecia wreszcie wzięła się z osobistych kompleksów Mistrza Henryka...
Być może kiedyś powstanie w miarę dokładne opracowanie wszystkich trzech zagadnień – póki co warto przyjrzeć się niektórym.
Najważniejsze dotyczy samych Krzyżaków. Ich wampiro-podobny obraz ciążył przez lata nad nami – cierpiały na tym wspaniałe zabytki krzyżackiego gotyku, których nie traktowano z należytą troską a które są dzisiaj częścią naszego dziedzictwa.

Oskarżenie i okoliczności

Kłopot w tym, że obraz ten jest nie tylko nieprawdziwy ale i w dużej mierze niemożliwy historycznie - tak dalece, że powieściowe czarne charaktery nie mogłyby zaistnieć a naczelna intryga nie miała racji bytu.
Sienkiewicz wyposaża ich w najgorsze możliwe cechy charakterów, łącznie z pospolitym tchórzostwem. Posuwa się też do sugerowania satanizmu wśród zakonników czy homoseksualnego związku między Zygfrydem a Rotgerem, co miało w jego czasach czyli w XIX wieku rangę zbrodni karanej więzieniem a w średniowieczu jako sodomia prowadziło na stos w ekspresowym tempie.
Spójrzmy dokładniej na te zarzuty. Zmuśmy się przy tym do bezstronności – nad polskim postrzeganiem Krzyżaków ciąży bowiem widmo roli Prus w naszej historii a to trochę tak, jakby ktoś winą za Berezę Kartuską obciążał osobiście Zygmunta Augusta.


Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie czyli Ordo fratrum domus hospitalis Sanctae Mariae Theutonicorum in Jerusalem powstał jako stowarzyszenie opiekujące się pielgrzymami niemieckimi w Jerozolimie – gdyż mimo wspólnoty chrześcijańskiej inne zakony wspierały wyłącznie swoje narodowości, do tego stopnia, że Niemcy nie mogli liczyć nawet na ochronę zbrojną na niebezpiecznych drogach. Wkrótce też do szpitalników przyłączyło się kilku rycerzy i rozpoczęto starania o utworzenie zakonu rycerskiego. Papież Honoriusz III nadał mu przywileje, na mocy których przyjęcie ślubów uwalniało od odpowiedzialności karnej za wcześniejsze czyny.
Polscy autorzy rzadko kiedy odmawiają sobie stwierdzenia, że przywilej ten przyciągał szlachetnie urodzonych bandytów – nie jest to jednak szczególnie uczciwe postawienie sprawy. Przywilej taki oznaczał po prostu szansę na odkupienie wcześniejszych błędów uczciwą służbą – taką szansę dał Sienkiewicz Kmicicowi, dlaczego nie zastosować tej miary do autentycznych niemieckich rycerzy? Zwłaszcza, że do zakonu nie przyjmowano automatycznie – zgromadzenie brało na siebie odpowiedzialność za przyszłego brata, zatem selekcję prowadzono starannie – wybaczano błędy młodości, jeśli kandydat zasługiwał na zaufanie, nie mogły to jednak być rzeczy hańbiące rycerza – prestiż Zakonu był dobrem naczelnym.
Inaczej mówiąc: celem było skupianie ludzi chcących z całej duszy służyć zgromadzeniu, a nie ukrywanie bandziorów pod krzyżem na płaszczu. Ponadto życie braci rycerzy podlegało ścisłym regułom, od których trudno się wyłamać – wątpliwe, by osobnicy z marginesu pakowali się dobrowolnie w taką sytuację.

Po czterdziestu latach od powstania zakon był już poważną instytucją na arenie międzynarodowej. Pamiętajmy, że w tych czasach autorytet ludzi brał się wyłącznie ze znajomości osobistej a Wielki mistrz Herman von Salza przyjaźnił się z cesarzami i królami, posłował w imieniu papieża – czy przywódcy państwowi wybierają do takich celów szefa kryminalistów?
Co więcej – osobisty autorytet był podstawą działania Krzyżaków przez prawie cały czas istnienia państwa zakonnego. Dopiero klęska grunwaldzka i zabiegi dyplomacji polskiej podważyły ich dobrą markę międzynarodową.
Czy jednak wszyscy Krzyżacy musieli się tak bardzo przejmować dobrym imieniem Zakonu?
Otóż tak.
Zakon nigdy nie był zbyt liczny – w czasach swej świetności miał zaledwie 600 braci-rycerzy w całej Europie, z czego w państwie pruskim było ok. 250. Pod Grunwaldem zginęło 203 z 220 którzy wzięli udział w bitwie, co zresztą stanowi niezłą odpowiedź na jeden sienkiewiczowski zarzut: tchórze nie walczą do ostatniego. Wizja nawały jeźdźców w białych płaszczach z czarnym krzyżem to czysta fantazja – starczyłoby ich na jedną  chorągiew, gdyby byli tak szaleni i nie zdjęli płaszczy idąc do walki.
 Zresztą z tymi płaszczami warto pamiętać o pewnym drobiazgu: w niektórych językach to samo słowo oznacza "płaszcz" jak i wierzchnią szatę herbową noszoną na zbroi. Inaczej mówiąc "krzyżacki płaszcz" to niekoniecznie taka peleryna, jaką sobie wyobrażany na podstawie niezapomnianego filmu Aleksandra Forda... bo to samo słowo oznaczało też "cote de armes" czyli wierzchnią suknię, zgrabnie dopasowaną do sylwetki rycerza w pełnym rynsztunku.


Ile znaczy dobra opinia? czyli problem zakonnej gościnności

Ludność państwa zakonnego stanowili Prusowie (ze zrozumiałych względów nienawidzący zdobywców), oraz imigranci z Polski i Niemiec. Nie mieli oni specjalnych powodów do lojalności wobec zakonu – pamiętajmy, że Niemcy w tym czasie byli podzieleni na niewielkie księstwa , które aż do XIX wieku toczyły ze sobą walkę na różne sposoby. Dla Saksończyka Brandenburczyk był równie obcy jak Polak, może nawet bardziej, bo swój wróg zawsze dokucza dotkliwiej. Bracia-rycerze, rekrutowani mniej więcej z jednego regionu, trzymali się razem, nie było jednak mowy o jakiejś ogólnoniemieckiej wspólnocie, wręcz przeciwnie - niemieckich i polskich poddanych zakonu łączyła wspólnota interesów. Opisane w Krzyżakach animozje i wrogość poddanych do zakonnych władców była autentyczna, nawet, jeśli Sienkiewicz kłamał co do przyczyn. A Zakon istniał w stanie permanentnej wojny z Prusami i Litwinami. Potrzebował stałej silnej armii - jednakże uzbrajanie własnych poddanych było bardzo ryzykowne... dowodem wojna trzynastoletnia i bunt stanów pruskich.
Siłą rzeczy Zakon militarnie polegał na przybyszach skupionych w dwóch kategoriach: bardzo kosztownych wojskach najemnych i gościach zakonu – rycerzach przybywających wraz z oddziałami w poszukiwaniu przygód połączonych z pobożną pielgrzymką i walką o chrześcijaństwo.
Utrzymywanie stałych wojsk zaciężnych było ponad siły europejskich państw – także krzyżackiego. Najmowano je tylko na konkretną wyprawę i tylko specjalistyczne oddziały zawodowców: genueńskich kuszników, piechotę szwajcarską, angielskich łuczników. Wynajęcie chorągwi rycerskich było tak naprawdę możliwe tylko dla bajeczne bogatych kupieckich republik we Włoszech. Nikt inny na całym kontynencie nie miał tyle pieniędzy.
Główną siłą uderzeniową byli goście zakonu – przybywający dobrowolnie. Potężne krzyżackie zamki budowano w dużej mierze dla nich – należało im zapewnić odpowiednie wrażenia z wyprawy i warunki pobytu. Należało ich też utrzymać w dostatku, tak, aby roznosili sławę Zakonu po całej Europie. To dla nich organizowano dwa razy do roku najazdy na pogan: Prusów, Litwinów, Jaćwingów. Państwo zakonne było specyficzną machiną wojenną: wyciskało podatki z poddanych i z najazdów, by sprowadzać gości, których obecność utrzymywała poddanych w ryzach i pozwalała zdobywać nowe ziemie.
Warto sięgnąć do Opowieści Canterberyjskich. Ważnym ich bohaterem jest Rycerz. Można powiedzieć: literacki wzór rycerza doskonałego z epoki okołogrunwaldzkiej. Wśród licznych jego tytułów do chwały poczesne miejsce zajmuje dwukrotny udział w pruskich wyprawach. Akurat te rycerskie przygody nie budziły w Europie żadnych kontrowersji moralnych – wedle ówczesnych norm porządnemu rycerzowi przynosiły chwałę, bez względu na to, co o panach pruskich myślano w Polsce. Zresztą w Polsce w owych czasach nie myślano o nich bardzo źle.
Pytanie: czy tacy ludzie przyjechaliby brać udział w imprezie organizowanej przez satanistów, tchórzy i łajdaków? Przecież, gdy polska dyplomacja zaprezentowała na soborze w Konstancji ochrzczonych Litwinów, gdy wysłuchano ich opinii o zakonie – goście natychmiast przestali przyjeżdżać. Mit ostatnich krzyżowców prysł, Zakon stał się państwem jakich wiele – rycerze stracili zapał do podejmowania dalekiej i kosztownej wyprawy tam, gdzie wprawdzie diabeł mówi dobranoc, ale jest to diabeł zwyczajny, swojski, nie dający chwały obrońcom chrześcijaństwa.
Gdy urwał się dopływ gości – prysnęła potęga zakonu.

Gdyby Sienkiewicz pisał prawdę...

Jak widać – dla Krzyżaków dbanie o własną nieposzlakowaną opinię stanowiło kwestię ważniejszą od życia i śmierci pojedynczego zakonnika.
Porwanie Danuśki z dworu księcia? Na dworze księcia mógł Rotger bezczelnie tłumaczyć podrobienie listu diabelskim spiskiem, ale władze zakonne wiedziałyby swoje – a neutralność księcia Janusza znaczyła więcej niż życie Zygfryda czy dowolnie wybranych dwóch rycerzy zakonnych. Dla dogodzenia księciu mazowieckiemu zakon podarowałby mu głowy winnych, gdyby tylko istniał cień wątpliwości co do zachowania braci. Cóż dopiero, gdyby były to tak poważne zarzuty!
Zabójstwo pana de Fourcy? Świadectwo księcia i jego rycerzy miało rangę dowodu. Gdyby nawet książę kłamał i nakazał kłamstwo całemu dworowi (co mógł uczynić, a jakże) to dla zaspokojenia jego żądań wielki mistrz zrobiłby bardzo wiele. Wręcz ze wszystkich sił starałby się aby nie doszło do oficjalnego wygłoszenia takich zeznań, bo stałyby się przedmiotem komentarzy i rozmów wśród zakonnych gości.
Cień podejrzeń w sprawie porwania szlachetne urodzonej dwórki księcia wywołałby natychmiastową reakcję władz zakonu. Bynajmniej nie łagodną. Bracia zostaliby natychmiast pozbawieni możliwości jakiegokolwiek działania i wezwani do Malborka, na ich miejsce przysłano by kontrolera o odpowiednio wysokiej randze. Mocno wątpliwe, by wrócili na dawne stanowiska. Skoro prawdy doszedł Zbyszko, to jak miała się ukryć przed autorytetem np. wielkiego komtura? Nawet, gdyby wyszli obronną ręką z zarzutów – odesłano by ich na inną placówkę. Gdyby zarzuty zostały potwierdzone – w najlepszym razie zgnili by w lochu. Jest też prawdopodobne, że rzecz załatwiono by dyskretnie. Gdy pod koniec XIV wieku dwóch malborskich Krzyżaków zachowywało się w sposób nie licujący z godnością zakonnego rycerza - „przypadkowo” wypadli z zamkowej toalety do fosy położonej dwadzieścia metrów niżej i skręcili karki.
Albo inna sprawa: Danveld mógł się wytłumaczyć ze swej ucieczki przed Jurandem. Ale w starciu tym zginęło kilku gości zakonnych, samo tłumaczenie to za mało. Musiałby służbą w najtrudniejszym miejscu odzyskać zaufanie – czyli nie pozostałby w Szczytnie, tylko pojechał ze szczupłym oddziałem w najgorszy rejon walk.
Odwaga osobista u normalnego człowieka jest głównie kwestią motywacji: są rzeczy ważniejsze niż zdrowie i życie, a Krzyżacy byli bez wyjątku ludźmi bardzo silnie umotywowanymi do szczególnej odwagi.
Zresztą, jest niemożliwe aby w walce wręcz tchórz odnosił jakiekolwiek sukcesy zaś do zakonu przyjmowano rycerzy o potwierdzonej reputacji wojowników.

Gdzie się krzywi Sienkiewicza "szkiełko i oko"?

Pozostaje kwestia innych zarzutów wobec zakonu – oczywiście nie wszystkich, bo Sienkiewicz zmieścił ich więcej niż potrzeba na porządny paszkwil.
Jakoś nie mogę darować mistrzowi Henrykowi potraktowania więzi między Rotgerem i Zygfrydem.
Zastanówmy się nad życiem osobistym wójta z Landsberku. Był stary a życie spędził służąc Zakonowi. Nie była to służba łatwa i przyjemna – raczej ciężka, pozbawiona tego, co świeckim rycerzom rekompensowało trudy: reguła przewidywała niewiele przyjemności a zakonnik nie mógł przecież mieć rodziny. To, co słodziło życie Maćkowi z Bogdańca, czyli schyłek życia w otoczeniu wnuków i kochającej rodziny, dla Zygfryda de Lowe było nieosiągalne. Nadchodziła starość - jeśli nie zginąłby w bitwie, mógł liczyć najwyżej na przytułek w Malborku, gdzie wprawdzie nie cierpiałby nędzy ale też nie miałby nikogo bliskiego. Żyłby niepotrzebny nikomu, niezdolny do służby i bezużyteczny. Czy można się dziwić, że starzejący się rycerz przywiązał się do młodego i zdolnego? Wspierał go i obdarzył uczuciami, które każdy normalny mężczyzna w tym wieku miałby dla syna. Rozpaczliwa samotność starego człowieka dla Sienkiewicza stała się okazją do sugerowania homoseksualizmu – a w czasach, gdy powstawali „Krzyżacy”, ogół społeczeństwa uważał to za grzech, zbrodnię kryminalną i obrazę boską. A gdybyśmy tak przyłożyli tę samą miarkę do bohaterów pozytywnych? Czy relacje między Maćkiem a Zbyszkiem nie dają podstaw do podobnych podejrzeń? Starszy rycerz i młody giermek-cherubinek, "prawy dzieciuch"... toż to jeszcze lepszy materiał do plotek niż Zygfryd i Rotger.

Krzyżak i kobieta

Niesmaczne podejrzenia, pełniące w strukturze akcji tak ważną rolę, dość często ocierają się o relacje damsko-męskie. Oto chcąc ukazać upadek obyczajów zakonnych, przywołuje księżną grającą z wielkim mistrzem w złote warcaby, czy też dostojników Zakonu tańczących z piękną, szlachetnie urodzoną damą, która ich odwiedziła wraz z poselstwem.
Ale co mieli zrobić Krzyżacy z tymi damami? Opluć? Zamek w Malborku miał być swoistą świątynią ideałów rycerskich, wśród których dworność stanowiła perłę w koronie waleczności. Musieli dać wzór zachowania i taktu przybyłym licznie rycerzom z całej Europy.
No i ten gorszący taniec... Średniowieczny taniec dworski był przede wszystkim widowiskiem dla publiczności, feudalnym rytuałem nauczającym elegancji i estetyki, misterium grzeczności i wzorem wysublimowanej delikatności a nie rozładowaniem gorącej krwi znanym z plebejskich wesel i zabaw. Partnerzy dotykali się najwyżej czubkami palców – zapewne to gorszyło Sienkiewicza, 47-letniego męża 17-letniej Marynuszki.
Zresztą wizyty dam były dla zakonnych rycerzy (doborowych mężczyzn, jakby nie patrzeć) niemałym kłopotem – wszak wyrzekli się tej części życia składając śluby zakonne, a nie można przypuszczać, by było to łatwe wyrzeczenie. Miewali wówczas pokusę na wyciągnięcie ręki... i ani centymetra bliżej. Dawni Grecy nazywali to "mękami Tantala", Sienkiewicz sugeruje rozwiązłą przyjemność.
Czy traktowali te śluby poważnie? Raczej tak. Na dotrzymywaniu przysiąg i ślubów stała cała ich egzystencja, bardziej, niż wśród rycerzy świeckich. Gdy księżna mazowiecka (udzielna władczyni i dobrodziejka zakonu) zapragnęła zwiedzić Zamek Wysoki – dostojnicy mieli poważny problem: reguła jasno stwierdzała, że przez bramę – jedyne wejście – nie może przejść kobieta. Z drugiej strony nie mogli odmówić gorącej prośbie swojej protektorki. Ostatecznie wielki mistrz przeniósł miłego gościa „na barana” zatem reguły dotrzymał (bo nie przeszła) i prośbę spełnił.
A jak zareagowałaby księżna, gdyby na tak trudno dostępny dla niej zamek weszła ot tak sobie jakaś kucharka czy panienka lekkich obyczajów? Odwiedziny pań w siedzibie zakonników możemy między bajki włożyć.
Ale przecież mogli się bracia wymknąć na miasto? Mogli, tylko kiedy? Na zamku było ich 64. Każdy z nich pełnił normalne obowiązki kadry zarządzającej wielką twierdzą (machiną wojenną i gospodarczą zatrudniającą kilka tysięcy ludzi z miasta i okolicy), każdy z nich stale opiekował się gośćmi zakonu, których było co niemiara, każdy w tym czasie musiał jeszcze wykrzesać czas na wielogodzinny trening w sztuce rycerskiej. Każdy z nich był doskonale znany całej okolicznej ludności, która umilała sobie życie plotkami a Krzyżaków nie lubiła. A poza tym wszystkie twierdze świata ściśle kontrolują kto wychodzi, kiedy, dokąd, po co i za czyją zgodą. Malbork i inne zamki to twierdze wojskowe, o czym zapominamy w tłumie turystów. Z racji reguły zakonnej – twierdze dostępne tylko dla mężczyzn.
A nocne wycieczki do pań? Mała przeszkoda: reguła jasno mówiła, że brat zakonny nie może spędzić nocy poza konwentem. Karą za takie wykroczenie było kilka miesięcy w lochu. Zaś sypialnia zamkowa była wspólna, tylko wielki mistrz miał własną komnatę. Puste łóżko było niczym publiczne ogłoszenie. Nieobecności nie dało się ukryć bo wśród współbraci zawsze istniały jakieś animozje i ktoś na pewno by to wykorzystał.
W kwestii powtarzanych wielokrotnie oskarżeń o wizyty w domach publicznych miasta Malbork też wypada wspomnieć o pewnej trudności: w takich miejscach się płaci a zakonnicy nie posiadali własnych pieniędzy, nie mieli też miejsca, w którym mogliby coś takiego schować. Cała gotówka konwentu leżała w skarbcu, do którego klucze miały tylko dwie osoby pilnujące się nawzajem. Arnold von Baden formalnie mógł dostać okup za Maćka i Zbyszka, ale nawet nie dotknąłby tych pieniędzy: powędrowałyby prosto do Złotej Komnaty. Sprzedaż rzeczy osobistych też nie wchodziła w grę – nie mieli nic zbędnego, zaś niezbędne wydawano im z zasobów konwentu. Otrzymanie np. sakiewki czy nożyka wymagało uzasadnienia.
Ostatecznie seksualne przygody Krzyżaków mogły mieć miejsce tylko podczas wypraw wojennych – tyle, że na oczach gości zakonnych, którzy z chęcią omawialiby takie zdarzenia w całej Europie a jesli nie oni, to ich służba.

Pląsy bosych dziewek

Kiedy zwiedzałem Malbork po raz kolejny, w wielkim refektarzu ktoś zapytał przewodnika o słynne „pląsy bosych dziewek”. Rzecz zasługuje na szersze objaśnienie. Otóż w świecie bez betonowych chodników, asfaltowych dróg i gumiaków ludziom wygodniej jest pracować na polu czy w gospodarstwie boso niż w przemoczonych skórzanych butach. Buty nosili przede wszystkim ci, którzy z racji statusu społecznego musieli się stroić chociaż trochę lub ci, których do butów zmuszały obowiązki, np jazda konna czy względy ochronne.
Tym sposobem buty stały się symbolem osoby wolnej od brudnych prac fizycznych, czyli posiadających wyższy status społeczny. Mogła Jagienka w Zgorzelicach biegać po lesie boso i z łukiem, ale jak wracała do domu – wkładała trzewiczki.
Bosa dziewka – to służba najniższego szczebla, taka od prac brudnych i źle płatnych, pogardzana lub w najlepszym razie tolerowana tak, jak się toleruje urządzenia dostarczające wodę i usuwające nieczystości. Czy dumni feudalni panowie organizowali by im imprezę taneczną w swoim domu z narażeniem własnego dobrego imienia?

Jak Kali ukraść krowy...

Sienkiewicz stroi się w piórka moralisty, ile razy zbliża się do kobiet zaś podstępnie maskuje czyny naprawdę podłe. Wśród czarnych krzyżackich charakterów w powieści poczesne miejsce zajmują bracia Szomberg i Markwart – słynni i bezkarni mordercy synów Witolda. Na co Zakonowi taka sława – powiedziałem wyżej. Ale oczywiście nie rozwiązuje to zarzutu dzieciobójstwa, które zgrozą przejmowało wszystkich bohaterów powieści. Problem polega na tym, że książę Witold nie miał takich synów, co zatem idzie – zbrodniarze nie mieli kogo mordować. W momencie, gdy toczy się akcja "Krzyżaków" książę ma tylko jedną córkę, urodzoną w 1370 roku Zofię, od 1391 roku poślubioną księciu Moskwy Wasylowi I, nie dość, że dorosłą, to jeszcze poza zasięgiem zakonnych braci.
Poza tym Witold na zmianę wojował z Krzyżakami lub się z nimi przyjaźnił – robiłby tak z mordercami własnych dzieci?
Ale Henryk Sienkiewicz nie wszystko zełgał w bezczelny sposób – bracia Szomberg i Markwart to postaci historyczne, wymienione w Kronice Długosza. Walczyli pod Grunwaldem i dostali się do niewoli. Faktycznie byli osobistymi znajomymi księcia Witolda – Markwart von Salzbach pod Worsklą w 1399 roku uratował życie wielkiego księcia uciekającego przed Tatarami. Nawet, jeśli widział przerażonego Witolda w postawie nieprzystojącej rycerzowi, to nie pisnął nkomu ani słowa, chroniąc cześć księcia. Doprowadzony przed oblicze dawnego towarzysza broni mógł się spodziewać wielu rzeczy – ale nie tego, co nastąpiło. Oto książę wobec jeńców zaczął pysznić się zwycięstwem. Krzyżak, wezwany do odpowiedzi, rzekł tylko, że koleje wojny są zmienne i rycerz musi się z tym liczyć. Wówczas Witold po krótkim namyśle kazał go ściąć - po co, jeśli nie dla uciszenia świadka? Nad czym się zastanawiał zanim nakazał egzekucję? Kronikarz Długosz opowiada rzecz całą ze szczegółami ale powstrzymując się od osobistych komentarzy. Ten sam Długosz, który zakonu nienawidził a swoim wrogom chętnie przypisywał rozmaite bezeceństwa ani słowem nie wspomniał o rzekomym dzieciobójstwie!
Relacja Długosza była dość znana w czasach Sienkiewicza – czy oskarżenie Szomberga i Markwarta w powieści nie jest przypadkiem dość nędzną próbą zatuszowania podłego zachowania księcia? Skoro Witold był nasz, to musi być święty, nawet za cenę oczernienia jego ofiar?

Listę moich żalów do Henryka Sienkiewicza można ciągnąć długo. A z drugiej strony – po latach wciąż lubię zasadzać się na misia ze Zbyszkiem czy zastanawiać, ile też wiatr pokazał bogdanieckim panom pod spódnicą Jagienki. Bo przy wszystkich historycznych kłamstwach i złośliwościach jest to kawał świetnej opowieści, dla naszej kultury równie cenny jak gotycka twierdza. Ale uczyć się z niej powinniśmy sztuki władania językiem a nie historii.

niedziela, 24 listopada 2013

Grodzisko w Dolinie Prądnika.

Wielokrotnie szedłem boso na ślizgawkę po to tylko, żeby przekonać się, że bosy człowiek się nie ślizga, zupełnie jakby skóra miała jakieś specjalne zabezpieczenia. Potwierdziło tę opinię również kilka kilometrów po zalanym wodą lodzie w Slovenskim Raju, kiedy to moja Ilonka w trekkingowych butach jechała co krok a ja trzymałem się pewnie na nogach. Dlatego okropnie się zdziwiłem, kiedy na podejściu pod Grodzisko zacząłem zsuwać się równiutko jak na łyżwach.


Na szlak weszliśmy koło młynów - ostro w górę zaśnieżoną ścieżką. Na samym jej początku jak zwykle wsadziłem klapki do kieszeni plecaczka, zrobiłem kilkanaście kroków po śniegu i .... zaczęło się. Kilka kroków... zjazd. W porządku, pójdę obok ścieżki. Nic z tego. Też jadę. Ścieżka jest pochyła, pokryta nieudeptanym śniegiem - powinienem przejść bez problemu.


A jednak jadę w dół i coraz trudniej mi się zatrzymać, bo trafiam na odcinki, które już wyślizgałem. Sytuacja robi się mało śmieszna. Kilka metrów pode mną jest droga. Jeśli się rozpędzę chociaż trochę, to nie zatrzymają mnie te badylki, które rosną wzdłuż ścieżki. Mam spore szanse na nieprzyjemny upadek.
Chyba wiem, co się dzieje: jest temperatura bliska zera. Tam, gdzie leży śnieg jest troszkę zimniej ale jak tylko wyjdzie słońce - śnieg zaczyna się topić. Moja skóra jest gorąca, jak to zwykle przy spacerze po śniegu. Topię śnieg pod sobą, gdzie tylko postawię stopę. Na tej stromiźnie oznacza to szybki zjazd. Gdyby temperatura spadła poniżej zera, pewnie nic by się nie stało.
Chcąc nie chcąc wkładam klapki. W nich przynajmniej nie topię śniegu. Docieram poza najgorsze kilka metrów, aż do schodków z drewnianą poręczą.


Z góry schodzi rodzina wracająca z kościoła. Też mają problem ze śliską ścieżką, dlatego pilnie patrzą pod nogi. Pierwszy doszedł do mnie ojciec:
- Nie zimno panu w sandałach?
- Ja jestem gorący chłopak.


Tłumaczę, jak to ze mną jest ale mi nie wierzy do końca. A może po prostu uważa to za dziwactwo. Rozmawiamy przez chwilę o hartowaniu i zdrowiu - do momentu nadejścia jego małżonki, która usiłowała bezpiecznie zejść po stromej ścieżce. Jak mnie zobaczyła - prawie upadła, bo z wrażenia zapomniała o patrzeniu pod nogi.
- Rany boskie, pan się zaziębi!
Tłumaczę jej, że to dla zdrowia: hartuję się i tak dalej. Argument do niej trafił ale i tak jest z lekka wstrząśnięta pomysłem, więc dodaję, że chodzę tak już kilka lat i przestałem chorować. Z pomocą przychodzi moja małżonka, która bynajmniej nie wygląda jak żona wariata – jej potwierdzenia wypadły przekonywająco.
Ale przede mną jeszcze ich prawie dorosła córka. Mówi tylko:
- Jezus – Maria...
Poddaję się:
- Skoro panią tak wstrząsają moje buty, to w porządku. Już je ściągam.
Macham im klapkami na pożegnanie i idziemy pod górę. Na szczęście już przestałem się ślizgać i droga jest naprawdę przyjemna, zresztą to w ogóle jedna z najprzyjemniejszych tras na krótki spacerek poza miastem.


Widok na Dolinę Prądnika jest wspaniały przy każdej pogodzie, idzie się po ścieżce a nie po asfalcie, no i można w każdej chwili zejść na trawę czy luźny śnieg, jeśli ktoś ma taki stosunek do butów jak ja. W gruncie rzeczy nie ma w tym nic niezwykłego – większość ludzi woli rzucać śnieżkami bez mokrych rękawiczek, więc dlaczego nie zastosować tego do przemoczonych butów?
Kiedy ludzie pytają mnie o moje hobby, zwykle zazdroszczą korzyści: poprawy zdrowia, sprawności, przyjemnych wrażeń, luzu. I zawsze boją się, co powiedzieliby inni, gdyby ich zobaczyli?
Z doświadczenia wiem, że prawdopodobnie ostrzegliby przed szkłami na drodze i zapytali, czy nie zimno. I podziwialiby. Reakcje negatywne zdarzają się bardzo rzadko.
Schodzimy z punktu widokowego – chcemy obejrzeć pustelnię błogosławionej Salomei i kościółek obok.


Przy kościele spotykamy księdza:
- O! Święty Franciszek wiecznie żywy?
- Nie trzeba się dziwić, trzeba naśladować!


Podobnie jak wielu innych ksiądz uważa, że jest na to za stary i nie ma zdrowia. Nie uwierzył w argument, że chodzenie boso wzmacnia zdrowie. Ksiądz tak niewierzący wydaje mi się egzotyką ale i tak nam się miło gadało - o błogosławionej Salomei i świętej Jadwidze. Potem każdy idzie w swoją stronę.
Myślę trochę o obydwu paniach.
Święta Jadwiga szokowała surową ascezą, pomimo której (a może dzięki niej?) dożyła późnego wieku w doskonałym zdrowiu. Ludzie nie mogli uwierzyć, że osoba posiadająca na własność CAŁE ich otoczenie rezygnuje ze wszystkiego, na czym im zależy. Oficjalnym powodem była pokuta dla odkupienia nieszczęść, które dotknęły jej bliskich w Niemczech – jednak prawdziwych przyczyn było pewnie więcej.
Książę Henryk próbował poprzez spowiednika nakłonić ją do zjedzenia mięsa od czasu do czasu i noszenia butów. Mięso jej zaszkodziło (była wtedy od kilkunastu lat wegetarianką) a buty nosiła... przywiązane do paska, godząc w ten sposób posłuszeństwo wobec męża, spowiednika i własne upodobania. Nadaje się nieźle na patronkę chodzących boso. Władcza, uparta i ekscentryczna – miała charakter gwiazdy na kilkaset lat przed powstaniem popkultury.


Jej kuzynka Salomea, która założyła sobie pustelnię w tym miejscu, nie imponowała tak osobowością.
Z pewnością jednak miała świetny gust – widać to i fundowanych przez nią dziełach sztuki i w samej pustelni wybudowanej na wysuniętej ponad dolinę skale.


Dzisiaj można dojechać tam samochodem, w jej czasach ta jedyna droga była mniej wygodna.
Przez rozmowę z księdzem wylądowaliśmy duchem w XIII wieku. Obchodzimy kościółek szukając śladów tej epoki. Nie jest łatwo. W średniowieczu okolica stale płonęła a wojna goniła wojnę – zakonnice nie wytrzymały tu długo. Na ich usilne prośby Władysław Łokietek przeniósł je do Krakowa.
Przez kilkaset lat miejsce stało puste, obecny kościół zbudowano na fundamentach romańskiego w drugiej połowie XVII wieku.


Zwiedziliśmy już go latem - i dobrze, bo tym razem był zamknięty. W każdym razie trzeba sporo wysiłku, żeby wyobrazić sobie stan z czasów Piastów. Oglądamy kamienne rzeźby na obwodowym murze, potem mały Ogrójec na tyłach. Śnieg jest ubity i niezbyt śliski, nie dostarcza nowych wrażeń.


Za kościołem jest obelisk na kamiennym słoniu i trzy groty modlitewne, a znacznie niżej, na krawędzi skały – pustelnia księżnej Salomei. Schodzę do słonia, żeby ze „słoniowego punktu widzenia” zrobić zdjęcie kościoła. W tym momencie orientuję się, że mnie ktoś łapie w obiektyw. Małżeństwo – o tyle nietypowe, że rolę paparazziego wzięła na siebie pani chowająca się za mężem i rogiem budynku. Całkiem poważnie pytam ją o legitymację prasową i informuję, że jeśli takowej nie posiada, to niestety musi wykupić zgodę na fotografowanie mnie u mojego agenta. Przez moment speszyła się okropnie, potem śmiejemy się z tego oboje. Rozmawiamy przez chwilę, przyłącza się do nas Ilonka. Spacerowanie boso przyciąga ludzi: ciekawi, intryguje, prowokuje do rozmowy. Gdybyśmy szli w jedną stronę, gadalibyśmy cały dzień. No, ale oni idą w swoją stronę a my schodzimy na dół – po różańcowych schodkach do pustelni.


To najstarszy i najmniejszy budynek w tym miejscu. Podobno przez kilkaset lat był tylko remontowany, bez znaczących modyfikacji. To największy ślad księżnej Salomei tutaj.



Murowana chatka z trzema pokoikami i kamiennym łóżkiem przytulona do skały. Wydaje się ciasna... ale czy tak naprawdę potrzeba więcej miejsca na sen i modlitwę?
Wracamy wyżej, do grot modlitewnych i tarasu widokowego za nimi.


Jemy śniadanie z widokiem wzdłuż doliny Prądnika. Co chwilę odzywa się kruk, który przegania jakiegoś mniejszego drapieżnika. Nagle uświadamiamy sobie, że księżna Salomea musiała często siadać w tym miejscu. Pewnie miała wówczas szerszy widok, bo pustelnię i dom zakonny otaczały fortyfikacje a przy nich z reguły karczowano drzewa. Mieszkała w domu z pięknym widokiem, nie podlegała dworskim rygorom, ubierała się skromnie ale wygodnie, nie jadła mięsa... tylko czy to jest zbyt wielkie wyrzeczenie? Czy był wyrzeczeniem ślub czystości w małżeństwie? A może uwolnieniem się od tego, co nie sprawiało jej przyjemności?


Ostatecznie księżniczki wydawano za mąż w wieku dwunastu lat – zdecydowanie za wcześnie na cieszenie się seksem, zazwyczaj za młodych wojowników, czyli w najlepszym razie - wiecznie napalonych brutali. W wieku 18 lat zwykle miały za sobą kilka porodów i serdecznie dość męża. I nigdy nie kierowano się ich opinią co do człowieka, z którym miały spędzić życie.


Poza tym rodzina książęca zawsze jest zagrożona atakiem, zawsze na oku stada służących i odpowiada za wszystko, łącznie z suszą i głodem. A bogactwo? Kiedy pewien grecki władca zapytał filozofa , czy widział kiedykolwiek coś piękniejszego niż jego dwór, otrzymał odpowiedź: Owszem, koguty i bażanty. Bogactwo imponowało chłopom, urodzona i wychowana w nim księżniczka mogła mieć powyżej uszu.
Księżna pani nie wyjdzie o poranku boso na łąkę, bo służące ubiorą ją w bogate szaty stosowne dla pozycji. Nie zje w ciszy świeżego chleba z masłem, bo to takie plebejskie. Nie pomodli się w ciszy, bo każdy jej gest ma być widowiskiem i wzorem dla jak największej rzeszy osób. Wyobrażam sobie życie supergwiazdy, która mieszka ze stadem paparazzich i nawet nie może się na nich skrzywić - za to musi bezwzględnie ulegać ich gustom. Tylko klasztor mógł ją od tego uratować.
Może śluby zakonne były sposobem na to, by w spokoju ducha spędzić resztę życia na prostych zmysłowych przyjemnościach?


Do samochodu wracamy inną drogą – prowadzącą w dół, dochodzącą do asfaltówki. Ale póki co idziemy czymś w rodzaju wąwozu z drzewami po obu stronach. Na uboczu przycupnął sobie maleńki drewniany domek – stary, zgarbiony, pokryty wapnem, pomalowany na niebiesko. Nagle zauważam w śniegu wykopane korytarzyki – to norniki albo myszy polne zbudowały sobie myszostradę. Zaglądamy w mysi świat, którego pewnie bym nie zauważył w butach, bo buty zwalniają od obowiązku patrzenia pod nogi.
Niby człowiek ma oczy w głowie. Ale patrzenie stopami poszerza pole widzenia.