piątek, 6 czerwca 2014

O Pani, Która Się Nigdy Nie Śmiała - Anna Klejzerowicz


Franiu, opowiem Ci bajkę, która nie do końca jest bajką. Jest tylko trochę bajką, a trochę… najprawdziwszą prawdą. Dawno, dawno temu była sobie pewna smutna pani, która nigdy się nie uśmiechała, bo nosiła w sercu żal. Ta pani straciła swoich bliskich i nic już jej nie cieszyło. Pewnego razu, żeby nie patrzeć wciąż na te same miejsca, które przypominały jej o tym, co straciła, wyjechała do innego miasta i zamieszkała w małym domku z ogrodem. Tam żyła sobie spokojnie, czytała książki, malowała obrazy. Jednak pewnego dnia jej spokój zmąciły pewne dziwne wydarzenia… 

Otóż, malując na tarasie, ujrzała nagle – w swoim ogrodzie, tuż przed sobą, za jabłonką – obcą kobietę z… kotem. Białym kotem, który szedł za nią krok w krok, ocierając się o jej nogi. Tamta pani z kotem nosiła duży kapelusz i ubrana była w sukienkę z falbankami. Nasza bohaterka (nazwijmy ją na przykład Marią) zdenerwowała się trochę, że ktoś, ot tak sobie, wszedł sobie na jej teren. Zawołała do nieproszonego gościa:
- Halo, proszę pani! To prywatna posesja. Kogo pani tu szuka?
Ale dziwni goście nawet na nią nie spojrzeli, tylko poszli sobie dalej: pani w kapeluszu oraz biały kot. Maria zerwała się z miejsca i pobiegła za nimi. A że akurat malowała obraz, więc odłożyła pędzel na bok, tak, że farba zaczęła z niego kapać na posadzkę tarasu. Maria już, już, prawie dogoniła intruzów, wołając za nimi:
- Hola, hola, proszę pani! Tam nie wolno! – gdy nagle… oboje zniknęli: dama w kapeluszu oraz biały kot. Po prostu rozpłynęli się w powietrzu.
- Ki diabeł?... – powiedziała do siebie. – Jak mogli tak po prostu zniknąć? To przecież niemożliwe. A może mi się tylko przyśnili?...
Zrezygnowana wróciła na taras, a tam… farba, która kapała na posadzę, ułożyła się w kształt… kota. W kolorach tęczy.
Maria nie mogła się nadziwić. Jeszcze nigdy w życiu nie udało jej się namalować tak ładnego obrazka!
Lecz na tym nie koniec. Gdy pod wieczór wróciła do domu, patrzy… a tu pod oknem, w jej ulubionym fotelu, siedzi tamta pani. Tym razem bez kapelusza. A na jej kolanach siedzi kot. Biały kot.
Ze strachu aż przybory do malowania wypadły Marii z rąk.
- Co pani robi w moim domu?! – krzyknęła. – Jak pani tu weszła?
Przetarła oczy ze zdumienia, a gdy spojrzała ponownie, obcej kobiety – ani jej kota – już nie było w pokoju.
Tej nocy bała się zasnąć, a kiedy w końcu zasnęła, przyśniła jej się ta sama tajemnicza para: kobieta i biały kot. Szli przez las, w stronę pobliskiego cmentarza. Kot przodem, a pani w kapeluszu o dwa kroki za nim. Maria chciała ruszyć za nimi, by zobaczyć, dokąd pójdą, jednak w tym momencie się obudziła.
Następnego dnia wprawdzie nie spotkała już więcej żadnych intruzów, lecz nie zamierzała bezczynnie czekać. Kupiła bombonierkę i udała się do mieszkającej obok sąsiadki, prosząc ją o pomoc w rozwikłaniu zagadki. I ta sąsiadka – nazwijmy ją na przykład: Joanna – opowiedziała jej bardzo dziwną historię…
Wiele lat temu domek, w którym teraz mieszkała Maria, należał do pewnej pięknej kobiety, która długo chorowała, a jedynym jej wiernym towarzyszem był biały kot. Gdy w końcu pani odeszła za Tęczowy Most – bo wiesz, Franiu, ludzie się tam także udają, kiedy ich życie tu na ziemi dobiega końca – pochowano ją na pobliskim niewielkim cmentarzyku, a kot… zniknął. Dobrzy sąsiedzi, którzy chcieli się nim zaopiekować, szukali go i szukali, aż w końcu znaleźli, leżącego przy nagrobku swej pani. Nigdy się stamtąd nie ruszył. Joanna przynosiła mu miseczki z mlekiem, ale on nie chciał nic jeść ani pić. Tęsknił. I w końcu z tej tęsknoty pobiegł za swoją panią na drugą stronę Tęczowego Mostu. Ona widocznie już tam na niego czekała, gdyż odtąd czasem ich widują – zawsze razem – jak spacerują po swoich dawnych włościach.
Nierozłączni na zawsze.
Maria rozpłakała się, a na drugi dzień narwała w ogrodzie dużo pięknych kwiatów i poszła na cmentarz. Od razu znalazła opuszczony grób tamtej pani i położyła na nim swój bukiet. Już miała wracać, gdy naraz usłyszała - gdzieś z góry - żałosne miauczenie. Nim zdążyła odszukać jego źródło, z rosnącego tuż obok grobowca drzewa, wprost pod jej nogi, zeskoczył malutki kociak. Był cały biały i od razu otarł się czule o jej stopę. 

- A co ty tu robisz, kotku? – szepnęła Maria. – Chodź. Zabieram cię do domu…

I uśmiechnęła się.
Po raz pierwszy od wielu, wielu lat!
„Jakby mi z nieba spadł” – chwaliła się potem każdemu, kto tylko zechciał poznać tę historię. Między innymi i mnie.
Od tej pory Maria już nigdy nie była smutna ani samotna. Miała wiernego towarzysza, który nie odstępował jej na krok. Mało tego, zyskała także wielu przyjaciół, bo do uśmiechniętych ludzi wszyscy lgną. A najbardziej zaprzyjaźniła się oczywiście z Joanną. Teraz codziennie po południu, gdy tylko Maria skończy malować, piją razem kawę i wyjadają czekoladki z bombonierki, a biały kot zawsze im towarzyszy. Maria nie widuje już żadnych duchów. Lecz dobrze wie, że oboje – tamta pani w kapeluszu oraz jej kot – są szczęśliwi.


Anna Klejzerowicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz