czwartek, 12 czerwca 2014

O kocie Franku, który musiał zastąpić w pracy kotkę Meluzynę - Ałbena Grabowska- Grzyb


 Frankowi się nudziło. Leżał sobie co prawda na parapecie, głaskany przez słoneczko, ale czegoś mu brakowało. Kilkakrotnie zastanawiał się, co jest nie tak. Właściwie wszystko było w porządku. Brzuszek pełny, miseczki też, jakby co. Myszka leżała obok niego, a siostrzyczka Zuzia sapała na drugim parapecie. A jednak coś go uwierało. Człowieki poszły tam, skąd przynosiły pyszne chrupeczki i inne jedzonko w puszkach i saszetkach. Małe człowieki były też na szczęście poza domem, prawdopodobnie w miejscu, gdzie tłumaczyli im, że nie wolno Frania ani Zuzi ciągnąć za ogon ani na siłę przyciskać do piersi. Franek podejrzewał, że Robercik i Uleczka nie są najlepszymi uczniami, ponieważ tylko jeden moment nieuwagi wystarczył, żeby wylądować bez tchu w ich ramionach. Spojrzał przez okno. Człowieki posuwały się w zwartych kolumnach, jedne w te, drugie we wte. Trochę było między nimi małych człowieków i szczekających wrogów, których Franek starannie unikał, kiedy zdarzało mu się wychodzić na dwór. Popatrzył jeszcze raz na ulicę przed swoim blokiem, westchnął i już miał wrócić do drzemki, kiedy zauważył wysoką postać w czerwonym płaszczu i czarnym kapeluszu. Albo mu się wydawało, albo ta postać patrzyła prosto na niego. Przyjrzał się uważnie raz i drugi. Nie, nie mylił się. Spod gęstej grzywki i spoglądały na niego czarne oczy sąsiadki z ostatniego piętra. Widywał ją czasem jak wyprowadzała na dwór czarną kotkę Meluzynę. Meluzyna kilka razy mówiła mu, że jej Człowiekowa jest miłą i dobrą osobą. Sięgnął łapką w kierunku okna, otworzyło się bezgłośnie. Wszedł na parapet i spojrzał na wpatrującą się w niego postać.

- Gdzie Meluzyna? – miauknął.
- Jest chora - odpowiedziała mu Pani w kocim języku. – Musi pozostać w szpitalu przez kilka dni. Ale wyzdrowieje.
- To proszę ją pozdrowić ode mnie – odpowiedział Franek i już miał schować się w pokoju, kiedy Pani nieoczekiwanie zamachała rękoma.
- Poczekaj Franku – powiedziała proszącym tonem. – Potrzebuję kota, który ją zastąpi…
- Jak niby miałbym zastąpić Meluzynę?- zadumał się Franek. – I na jak długo?
Kobieta odetchnęła z ulgą i wyciągnęła ręce do Franka.
- To będzie bardzo łatwe – powiedziała. – Będziesz musiał tylko być kotem.
Wskoczył jej na ramię, a ona poprowadziła go do swojego mieszkania. Kiedy otworzyła drzwi rozejrzał się niespokojnie na boki. Może zbytnio pospieszył się z tą pomocą? Kto wie, czy ta kobieta nie miała antykocich zamiarów? Wszedł do obszernego pokoju i wskoczył na stół. Obszedł przezroczystą szklaną kulę i położył się na serwecie.
- Jesteś gotowy? – spytała Pani Meluzyny, kiedy weszła do pokoju już bez płaszcza i kapelusza na głowie.
Franek kiwnął łebkiem i popatrzył z ciekawością na kobietę. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Kobieta mrugnęła do Franka i poszła otworzyć drzwi. Po chwili wróciła do pokoju z grubym mężczyzną, który ocierał spocone czoło. Wskazała mu miejsce przy stole, sama usiadła naprzeciwko. Franek wskoczył jej na ramię.
- Czego pan sobie życzy? - spytała mężczyzny. – Powróżyć ogólnie, czy może ma pan jakieś pytania?
- Moja córka znika na całe dnie – powiedział cicho gość. – Ma gorsze stopnie w szkole. Wieczorem jest zmęczona. Boję się, że bierze narkotyki. Przeszukiwałem jej pokój, ale niczego nie znalazłem… Niech mi pani powie, czy to prawda i co mogę zrobić?
Kobieta spojrzała na szklaną kulę.
- Znasz jego córkę? – spytała Franka.
- Pewnie – Franek gdyby mógł, to by wzruszył ramionami. – Ale ona zawsze tak ładnie pachnie. Nie pali nawet papierosów. Innych rzeczy też nie pali.
- To gdzie znika na całe dnie? - zadawała mu pytania w kocim języku, bardzo cicho, tak, żeby mężczyzna nie zorientował się, że rozmawiają.
- Chodzi do takiego miejsca w którym jest muzyka, ludzie skaczą i tak dziwnie się wyginają – wyjaśnił. – To znaczy nie sami skaczą, tylko z kimś…
- Aha, chodzi ci o taniec w parach – domyśliła się.
Franek pokiwał łebkiem i zaczął lizać jedną ze swoich łapek. Tymczasem pani Meluzyny tłumaczyła mężczyźnie co i jak.
- Pana córka nie bierze narkotyków, tylko uczy się tańca. To dlatego jest zmęczona wieczorami.
- Ale dlaczego? – nie mógł zrozumieć dziwny pan.
- Tego moja szklana kula nie mówi – pokręciła głową. – Musi pan spytać córki. Może się zakochała i chce w ten sposób zaimponować chłopakowi, albo co innego?… Proszę dowiedzieć się, kiedy córka ma występ i przyjść z kwiatami.
- Mam przynosić kwiaty własnej córce? – spytał z niedowierzaniem. – Na występy taneczne?
- Tak mówi kula – powiedziała spokojnie kobieta. – Córka pana kocha. Musi pan tylko zacząć z nią rozmawiać. To łatwe, proszę spróbować…
Mężczyzna pomyślał chwilę, jeszcze raz otarł czoło chustką, podziękował i poszedł. Po jego wyjściu pani dała Frankowi przysmak koci. Jadł oblizując się.
- Podoba ci się praca u mnie? – spytała.
- To łatwe – powiedział Franek. – Tylko nie rozumiem, czemu Meluzyna bywa czasem smutna. Ten pan był nawet zabawny.
- Ludzie, którzy tu przychodzą dźwigają czasami wielkie ciężary na barkach – powiedziała szybko w jego języku. - Zobaczysz, teraz przyjdzie ktoś, kto jest bardzo smutny…
Franek nie zdążył dokończyć ulubionych chrupeczek, kiedy do drzwi znów ktoś zadzwonił. Tym razem Pani wprowadziła do domu kobietę, siwą i przygarbioną. Pomogła jej usiąść przy stole.
- Gdzie Meluzyna? – spytała smutna pani.
- Jest chora – wyjaśniła i wskazała na kota siedzącego jej na ramieniu. - A to Franek, przyjaciel Meli i mój. Czy coś się stało pani Barbaro?
- Tak - pokiwała głową staruszka. – Mój świętej pamięci mąż nawiedza mnie w nocy. Tłucze w ścianę i woła mnie… W dodatku moja córka chce mnie chyba oddać do domu bez klamek…
Pani Meluzyny pogłaskała po ręku starszą panią, a potem zaczęła pocieszać.
- Cóż za bzdury – zdenerwował się Franek. – Żaden tam mąż nie puka do tej pani w nocy. To Baltazar i Tereska biją się i kotłują za jej ścianą. Ich człowiekowa zamyka je na noc w pokoju. Dlatego są takie wściekłe.
- A córka? – spytała Franka pani Meluzyny.
- Ta córka jest miła i karmi moich braci. Ostatnio wzięła do siebie małą Psotkę. Na pewno nie chce nigdzie oddawać.
- A jeśli ta pani ma rację i córka chciałaby się jej pozbyć? – pytała pani Meluzyny.
Franek sapnął i wytłumaczył kobiecie co i jak, a ona przekazywała to starszej pani.
- Córka się o panią martwi, bo pani ostatnio schudła i ciągle niedomaga. Kilka dni temu zemdlała pani na ulicy. Proszę zgodzić się na badania.
Starsza kobieta pokiwała głową.
- Dużo pani wie… A co z moim świętej pamięci mężem?
- Mąż chce, żeby pani koniecznie zrobiła te badania. Mówi do mnie w szklanej kuli…
- Co mówi? - zdumiała się starsza pani.
Pani Meluzyny przymknęła oczy i zaczęła kołysać się na boki. Franek zaczął mruczeć, żeby podtrzymać odpowiedni nastrój
- Że jeszcze nie czas…
Po jej wyjściu Franek znów dostał przysmak. Jedząc zapewnił, że porozmawia ze swoimi koleżankami, żeby nie denerwowały sąsiadki, a pani powiedziała, że ona ze swojej strony poprosi sąsiadkę, żeby nie zamykała kotów w pokoju. Franek mlasnął i znów wskoczył kobiecie na ramię.
- Kto jeszcze przyjdzie? - spytał, bo bardzo mu się ta praca podobała.
- Na dzisiaj koniec - powiedziała pani i chciała zdjąć go z ramienia, kiedy Franek wczepił się pazurkami w jej ramię.
- Niech pani nie udaje – wymiauczał. – Przecież chce pani zapytać mnie o Meluzynę…
Kobieta westchnęła głęboko i pogłaskała Franka po łebku.
- Jesteś bardzo mądrym kotem – powiedziała. – No więc dobrze… Meluzyna uciekła. Wymknęła się dwa dni temu z domu i nie ma jej, a ja boję się, że coś jej się stało.
Franek zastanowił się przez chwilę. Wiedział, gdzie jest kotka, ale nie chciał o tym zbyt szybko powiedzieć.
- Kwestia jest taka - zaczął dyplomatycznie. – Gdzie jest Meluzyna? Wiem to bardzo dobrze. Ale dlaczego jest tam, gdzie jest, a nie z panią? Tego nie wiem. Mogę się jedynie domyślać…
Pani zaczęła płakać. Frankowi zrobiło się jej bardzo żal.
- Powiedz, żeby do mnie wróciła, bo ja ją kocham - szepnęła. – Już nigdy nie będę zmuszała jej, żeby pracowała i szpiegowała ludzi…
Kot pokiwał łebkiem i dał znak, żeby go wypuściła. Kiedy tylko znalazł się na schodach, cichutko pobiegł na ostatnie piętro, a stamtąd dał nura na strych.
- Malu - zawołał.
Zabrzmiało to jak „miauu”. Chwilę nic się nie działo. Franek czekał cierpliwie, ponieważ czuł jej zapach i wiedział, że Meluzyna tam jest. Wreszcie spod sterty gazet wychylił się mały, czarny łepek.
- Ona żałuje - powiedział. – Najbardziej tego, jak ci kazała pójść do mieszkania w którym są psy.
- Gorzej było, jak mnie posłała do małych człowieków - mruknęła Meluzyna. – Mało mnie nie złapały i nie zadusiły.
Wyjął małą paczuszkę chrupeczków, którą zdążył schować i podał koleżance.
- Zjedz - zachęcił ją. – Ona ma tego bardzo dużo. Całą szafę chrupeczków i innych… chrupeczków… i jeszcze innych … chrupeczków… A skąd wiedziałaś, że to właśnie mnie poprosi do pomocy? – zainteresował się nagle.
- Mówiłam jej o tobie – wzruszyła ramionkami Meluzyna. Jadła aż jej się uszka trzęsły. – Dobrze ci się pracowało?
Franek pogładził swoje wąsy.
- Gdybyś mi wszystkiego nie powiedziała o córce tego człowieka i tamtej starej pani, to wiesz, nic bym nie wymruczał sam…
Meluzyna skończyła jeść, oblizała się i zajęła czyszczeniem futerka. Franek cierpliwie czekał. Wreszcie skończyła.
- Ale z ciebie elegantka - mruknął, ale popatrzył na nią z podziwem. – Idziemy?
Zeszli oboje ze strychu i poszli zgodnie schodami w dół. Pod swoimi drzwiami Meluzyna miauknęła przeciągle dwa razy. Drzwi natychmiast się otworzyły i kotka wskoczyła w ramiona swojej pani. Franek postał chwilę./
- Dziękuję Franiu za pomoc – powiedział w końcu. – Dziękuję Franiu, że zwróciłeś mi moją ulubienicę – dodał jeszcze.
A potem poszedł do siebie. Kiedy wskoczył przez otwarte okno na swój parapet zauważył, że Zuzia wciąż spała.
- Prześpi swoje kocie życie – mruknął do siebie, po czym ułożył się wygodnie na poduszce i sam zasnął.
Śniło mu się, że podróżuje przez morza i lądy. Zewsząd witały go tłumy skandując: „Fra-nek, Fra-nek”. W końcu dotarł do celu podróży. Podszedł na nieco miękkich łapkach do wielkiego, grzywiastego lwa.
- Dzień dobry Królu Zwierząt – wyszeptał.
- Witaj, najwspanialszy kocie na świecie – powiedział lew i ukłonił mu się nisko, a wraz z nim cała świta złożona z innych, mniejszych lwów, tygrysów i panter.
- Fra – nek, Fra-nek – usłyszał skandowanie.
Stał zadowolony i patrzył na hołdy, ale po chwili musiał usiąść, bo ziemia zaczęła się kołysać. W końcu otworzył oczy. Nad nim stały małe człowieki i bezceremonialnie ugniatały jego futerko.
- Franiu – powiedziała Uleczka. – Tata kupił ci ulubione chrupeczki, a ty śpisz …
- Żyć kotu nie dadzą- mruknęła Zuzia i przeciągnęła się narzekając, że się nie wyspała.
- A co ja mam powiedzieć? – zdenerwował się Franek. – Tak ciężko się napracowałem…
Uleczka wzięła Franka na ręce, czego nie znosił i zaniosła w stronę miseczki. Po chwili pochłonęła go rybka, którą ktoś z dobrych człowieków przyniósł dla niego z pracy. „Swoją drogą”, myślał pochłaniając dorsza, „zawsze mi było ich żal, kiedy wychodzili rano po chrypeczki dla nas i mówili, że idą do pracy. Teraz nie będzie mi ich ani trochę żal – praca to najfajniejsza rzecz pod słońcem”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz